Standard StageCo

Są takie firmy na świecie, których znaczenie jest większe, niż nazwa i potoczna świadomość przeciętnych konsumentów usług. Są takie firmy, bez których wielkie uznane marki nie mogły by być tym kim są. Dziś zaczynam cykl tekstów (a może kontynuuję?) o firmach, bez których depeche MODE nie mogłoby funkcjonować na trasie koncertowej.

Podobnie jak Apple bez Foxconn jest jedynie biurem wzornictwa przemysłowego opakowań do podzespołów Samsunga / LG / Sharpa i paru jeszcze innych dostawców komponentów w świecie emejzingu iPada, czy iPhone’a. Tak również depeche MODE, organizując trasę koncertową zatrudnia pewnych sprawdzonych partnerów biznesowych, którzy są gwarancją standardu i jakości na rynku, na którym firma depeche MODE od lat operuje.

O ile jednak o Foxconnie nie usłyszelibyśmy nigdy, gdyby nie seria samobójstw pracowników fabryk pracujących dla Apple, tak właściwie w świadomości fanów depeche MODE z firm wspierających ulubiony zespół istnieje jedynie firma Stage (piorun) Truck, która wozi dla depeche MODE cały osprzęt sceniczny, instrumenty, garderobę i jeszcze parę innych drobiazgów. Świadomość ta istnieje w umysłach fanów, bo ciężarówki Stage Truck są jak oznaka końca adwentu, niczym ciężarówki pewnej firmy od bąbelków, zbliżające się do miasta z muzyką w tle i podobizną skrzata Clausa z policzkami czerwonymi, jakby grzał od miesiąca siwuchę.

Dziś jednak będzie nie o reniferach i czerwonych lub srebrnych ciężarówkach. Dziś chciałbym zająć się pewną firmą, która wywarła na depeche MODE bardzo duży wpływ i wywiera go nadal. Mam też poczucie, że ten wpis jedynie otrze się o temat. Może to choć w jakiejś części przybliżyć Wam powody pewnych wyborów ekipy z Bassildon. Pisząc o wyżywieniu na trasie właściwie rozpocząłem już cykl opisujący firmy wspierające depeche MODE, w następnych tekstach planuję przybliżenie Wam, czym jest firma Stage Truck, Beat The Street, czy Lite Alternative.

Ten wpis będzie o firmie StageCo. Jest to belgijska firma zajmująca się budową konstrukcji scenicznych. Pierwsze doświadczenia zbierali dostarczając konstrukcje na potrzeby festiwali odbywających się od lat 80 – XX. w krajach beneluxu takich, jak – Torhout, a w szczególności Werchter z którego StageCo pochodzi. Tu zaczynali nawiązując współpracę z wieloma sławami tego świata budując stopniowo potęgę, która obecnie sprawa, że firma ta ma niebagatelny udział przy sukcesach wielu gwiazd muzyki pop. Właściwie dochodzi obecnie do takiej sytuacji, że jeżeli zespół ogłasza trasę koncertową, to w ciemno można wymienić firmy które będą odpowiedzialne za swoją część działalności koncertowej. Na pewno za transport będzie odpowiadać Stage Truck, za autokary Beat The Street, za zarządzanie trasą – Live Nation. W przypadku StageCo ten wpływ jest o wiele większy. Firma ta od lat prowadziła politykę polegającą na oferowaniu swoich usług po baaaardzo przystępnych cenach (ktoś może powiedzieć nawet, że stosują dumping) natomiast, oczywiście, było to w zamian za pewne przywileje wynikające z udziału w trasie koncertowej. Przez wiele lat firma StageCo oferowała pewien, z góry określony, standard konstrukcji scen, dzięki czemu pozwalało to na ustandaryzowanie procesu budowy sceny przez samą firmę. Pozwala to mieć na magazynie ograniczoną liczbę elementów potrzebnych do wybudowania sceny. Ogranicza to koszty logistyczne transportu. Z góry wiadomo ile ciężarówek potrzeba na przewiezienie konkretnej konstrukcji. Z czasem ten standard zaczęły przejmować inne firmy oferujące podobne usługi również na rynkach lokalnych. Doprowadziło to do sytuacji, że kapele takie jak depeche MODE przestały wozić konstrukcje scen. Tym zajmują się lokalni dostawcy, podnajmowani przez lokalnego organizatora koncertu. Pozwala to na ograniczenie kosztów zatrudnienia ekipy, wyżywienia, potencjalnego uszkodzenia takich konstrukcji w transporcie. Odpowiedzialność zostaje przeniesiona na lokalnego organizatora, od którego po prostu się wymaga – “Ma być!”.

060314_Katowice_24depeche MODE w Katowicach 2006.03.14 (024)
060314_Katowice_24depeche MODE w Katowicach 2006.03.14 (024)

Firma StageCo, przez lata współpracy z gwiazdami muzyki dorobiła się takiej renomy, że sposób pracy i oferowane systemy konstrukcji scen stały się standardem w branży i wiele ekip koncertowych zaczęło powoływać się na ten standard konstruując swoje warunki umów koncertowania z innymi firmami w branży w zakresie sceny i scenografii.

Kiedy muzyka na scenie zaczęła się odrywać od kabli i pozwoliło to na budowanie co raz większych i co raz wymyślniejszych konstrukcyjnie scen naturalne było, że zespoły i wykonawcy zwrócą się właśnie do StageCo po robotę.

Nawet jeżeli depeche MODE nie korzysta z usług StageCo zbyt często, to wpisanie do umowy z firmami trzecimi pojęcia Standard StageCo sprawia, że wszyscy wiedzą o co chodzi. Przykład z 2006 roku. StageCo zabezpieczało jedynie kilka wybranych koncertów na letniej trasie po Europie, tym czasem zespół wszędzie miał ten sam standard sceny.

During the “Touring The Angel” 2005/6 World Tour, Depeche Mode played to more than 2.5 million people in 31 countries at all sizes of venue in support of their latest album ‘Playing the Angel.

The importance of the live show was underlined by the fact that the band recorded and mixed each show to create a unique high-quality CD that captured the Depeche Mode live experience.

StageCo built a three-tower roof stage system for the larger shows at eight of the European venues and some festivals during June and July. Two sets were required to fulfil the touring schedule, with Stageco’s Germany office staff looking after the six trailers’-worth of steelwork per stage.

StageCo supplied stages for eight of the shows. The rest were festivals where staging was already in place.

Żródło: Newsletter StageCo z 2006 roku.

Z usług StageCo korzystają np organizatorzy Rock Am Ring, dlatego w 2006 zespół miał taką łatwość implementacji wnętrza swojej sceny w konstrukcję festiwalową.

Wielu fanów narzeka, że zespół od lat jeździ właściwie z tą samą sceną, a zamiana materiałowego ekranu na którym wyświetlane są projekcje z 2 projektorów, jak to miało w 2001 roku na rzecz transparentego ekranu led z Tour Of The Universe, to jedynie kosmetyka. Ale dzięki temu zespół może ze sobą wozić jedynie czerwoną podłogę montowaną na konstrukcji sceny oraz ekran + instrumenty i mamy gotowy koncert. Takie dodatki, jak wybieg są jedynie niuansami. Dlatego też m.in. często jednym ze sposobów na rozróżnienie z którego koncertu jest dana fotka jest właśnie kształt wybiegu, który jest zapewniany razem z konstrukcją sceny przez lokalnego dostawcę i często jest wynikiem lokalnych ograniczeń obiektu koncertowego.

depeche MODE w Łodzi 2010.02.10 (001)
depeche MODE w Łodzi 2010.02.10 (001)

No dobrze to jak to jest, że inne zespoły mają takie gigantyczne sceny i jeżdżą z nimi po świecie i żyją. A depeche MODE nie może tak, choć raz… od 1993 roku?

Dla zespołu to same plusy: stosunkowo niskie koszty logistyczne, wysoka powtarzalność koncertów, szybki zwrot z poniesionych kosztów na produkcję sceny i oprawy koncertu. Jakie to ma znaczenie niech świadczy fakt, że U2 w 2009 roku musiało zagrać 42+ koncerty, żeby wyjść na 0 w części koszty produkcji scen(y) i oprawy wizualnej. Dopiero od okolic koncertu w Pasadenie mogli zacząć mówić, że zarabiają na utrzymanie siebie i ekipy zatrudnionej przy obsłudze trasy – hotele, wyżywienie, paliwo, przeloty itp. Tak na marginesie za budowę sceny U2 na ostatniej trasie i poprzedniej również, też odpowiadało StageCo. A nie mówimy tu jeszcze o zysku na czysto dla członków zespołu.

Na koniec taka refleksja. Przeglądając oficjalną stronę firmy StageCo nie znajdziemy nic na temat konstrukcji z jakimi depeche MODE jeździ od lat po świecie. Są za to z dumą prezentowane takie konstrukcje jak U2, Take That czy Rolling Stones. Wszystkie zdjęcia scen są konstrukcjami nieszablonowymi. Z dumą prezentowane są tylko przedsięwzięcia wybiegające po za standard… Standard StageCo. Oficjalna strona www StageCo.

Warszawa 1985 – trasa, świat, media…

W tekście z przed 2 lat próbowałem przybliżyć lokalną otoczkę pierwszego koncertu w Warszawie z poziomu lokalnego, miasta, hoteli, klubów. Jeszcze wcześniej opowiadałem o tym koncercie jako końcu pewnej epoki w historii depeche MODE. W tegorocznym wpisie przyszła pora na zajęcie się otoczką międzynarodową koncertu, trasy itp.

W 2009 napisałem, że koncert w Warszawie stał się z jednej strony punktem narodzin naszej subkultury, ale jednocześnie była to data (może bardziej okres) zamykający młodzieńcze lata w historii depeche MODE. Stało się to przez przypadek i jakby przy okazji. Nie było to dlatego, że depeche MODE upodobało sobie Polskę, wprost przeciwnie. Patrząc na historię tego okresu trudno nie ustrzec się przemyśleniom, że wizyta w Warszawie w lipcu 1985 roku to był jeden wielki przypadek. Nie zmienia to jednak faktu, że tym koncertem zamykali trasę promującą Some Great Reward, zamykali pewien rozdział, następna była już w kolejce składanka podsumowująca pierwsze 5 lat działalności zespołu.

W samym zespole atmosfera była również niewesoła. Ekipa miała poczucie dojścia do pewnego punktu, który wymagał od nich zmiany brzmienia i podejścia do tworzonej muzyki lub… rozpad. Przełom roku 1985/1986 był pierwszym poważnym kryzysem dla zespołu i chłopaki nigdy nie byli tak blisko wyprowadzenia sztandaru, jak wtedy. Po raz pierwszy w historii, ale nie ostatni. Efektem tego kryzysu był album Black Celebration – jeden z najmroczniejszych albumów w historii zespołu. Co “gorsza” Daniel Miller miał poważne obawy, że po bardzo przebojowym albumie z 1984 roku, kolejny album nie miał potencjału komercyjnego. A kolejny koncert po Warszawie 1985.07.30, to był otwierający Black Celebration Tour występ w Oxford 1986.03.29.

Ale wróćmy do Warszawy i Some Great Reward Tour. Wtedy trasa ta była najdłuższą trasą zespołu w historii obejmowała cały świat, no prawie… Setlista była najdłuższa ever… Powrót po latach do USA i to z sukcesem! Było jedno ale… nie wiem który z Panów (pewnie Martin, jako że mieszkał w Berlinie) miał chęć wybrania się za żelazną kurtynę, a konkretnie do ZSRR. Dla mieszkańców zażelaznokurtynowej krainy wyjazd w nasze rejony był uznawany za szczyt heroizmu i dawał +10 do szacunu na dzielni, a ponieważ wybrać się do ZSRR było szczególnie trudno, bo trzeba było zdać egazmin z czujności i moralności ploretariackiej, co by nie nawywijać jak Rolling Stones w latach 60. w Warszawie, to było tym bardziej trudno i jeszcze większy rispekt na kwadracie. Podobnie, jak Rolling Stones – dM nie mogli wywieźć ani grosza z naszej umęczonej przez Regana Ojczyzny, więc musieli zostawić kasę w Polsce, albo w barze, albo gdzie się dało np w Desie. Wyszła więc z tego wycieczka turystyczna połączona z potańcówką w podrzędnej tancbudzie, a wszystko płatne w Karolach i Ludwikach z których mogli co najwyżej zrobić sobie piekło-niebo, które dla nich miały wartość paciorków za które Holendrzy kupili Manhattan od Indian.

Finał był taki, że pomimo licznych starań zespół nie uzyskał zgody na koncert w Moskwie. Wszystko było właściwie już zaplanowane i po koncercie w Atenach 1985.07.26 zespół miał lecieć do radzieckich towarzyszy z wizytą przyjaźni i pozdrowieniami od uciemiężonej klasy robotniczej Wielkiej Brytanii, z której przecież sam się wywodził. Niestety dla najważniejszego z socjalistycznych krajów miłujących pokój i przyjaźń między narodami depeche MODE nie spełniali wysokich standardów ideologiczno-artystycznych (byli zbyt awangardowi? Martin ubierał się zbyt postępowo?), a jedna Construction Time Again nie była wystarczającą laurką opisującą ciężką dole robotników w UK i aspekty walki o światowy pokój na ziemi.

Koncert nie doszedł do skutku, podobnie jak wizyta w bratnim Berlinie Wschodnim, więc zapadła decyzja, że zespół pojedzie tylko do Budapesztu 1985.07.23 i właśnie Warszawy 1985.07.30. I tak przypadek i wroga postawa radzieckich towarzyszy sprawiła, że PAGART ściągnął do Polski kapitalistyczny zespół, który zawitał na Torwar by zaprezentować swoją twórczość polskim, młodzieżowym przodownikom pracy. Oczywiście na koncert postanowił się wybrać również wywrotowy element, ale bijące serce partii i aktyw dokonały prewencyjnego pałowania na Torwarze, dzięki temu potem prawie nie pojawiły się żadne nieprzychylne komentarze i recenzje jakoby nagłośnienie na koncercie było fatalne i stojąc z tyłu hali praktycznie słychać było tylko dudnienie.

Również w samej Socjalistycznej Polsce istniał sprzyjający klimat by gościły zagraniczne gwiazdy. Po zniesieniu stanu wojennego zachodnie gwiazdy zjawiały się w naszym kraju nie tylko w czasie Festiwalu w Sopocie, szumnie nazywanym międzynarodowym, ale też tak normalnie, jak to w kraju z przejściowymi problemami w zaopatrzeniu. W końcu normalizacja postępowała…

Dla depeche MODE decyzja o tym, aby wybrać się za żelazną kurtynę było przede wszystkim podyktowana tym, że dawało to większy szum i zauważenie w mediach w ich rodzimym kraju. W tamtym czasie zespołowi jeszcze zależało i walczyli o zauważalność medialną w UK, na szczęście potem przestali się już łudzić. Zespół miał zagwarantowane zwrócenie uwagi brytyjskiej prasy nie tylko muzycznej, również w TV członkowie depeche MODE mieli zagwarantowane przynajmniej 1-2 pytania typu: “No i jak i jak tam jest? Widzieliście dużo niedźwiedzi na ulicach?” Choć nie sądzę, żeby na ulicach pokazywano ich i szeptano potem:

  • To Ci co byli w Warszawie Pani kochana.
  • No niech Pani nie mówi i przeżyli???!!!

A i potem dzięki temu nasi, dziennikarze (z bloku wschodniego) mieli łatwiejszą robotę, bo mogli przeprowadzając wywiad spokojnie zapytać o wspomnienia z pobytu w 1985 roku. Zawsze to było miłe i fajnie się, gdy potem czytało, jak mówili ładnie o nas. Bo pytania z cyklu: ’Czy przygotowaliście coś specjalnego dla polskich fanów?’ od dawna już na nich nie działają i raczej świadczą o niskim przygotowaniu dziennikarza do rozmowy.

PS. Jeżeli są jeszcze jakieś znane materiały z mediów o których tu nie wspomniałem, to prosiłbym napisanie w komentarzach MODE2Joy, lub na profilu na FB.

depeche MODE we Wrocławiu? nie sądzę….

Dziś Gazeta Wrocławska podała informację, że depeche MODE mieliby zagościć we Wrocławiu, to bardzo miło, ale… nie sądzę żeby była to prawda.

  1. depeche MODE jest w stajni Live Nation, podobnie jak U2. Live Nation sama w Polsce reprezentuje swoje interesy, a nie firma SMG.
  2. Oferty na występy U2, Bon Jovi, Aerosmith, depeche MODE lub Take That, to raczej informacja po potencjalnej możliwości zorganizowania koncertów zespołów, które zapowiadają lub oczekuje się, że będą w 2013/2014 koncertowały.
  3. Jesteśmy za małym krajem jeszcze…, aby udźwignąć dwa koncerty stadionowe w czasie jednego sezonu (letniego). Jeżeli prawdą jest, że ma być koncert depeche MODE na Narodowym (choć są obawy, że tam się koncert nie zapełni), to bez sensu jest robienie drugiego we Wrocku.
  4. Czy wyobrażacie sobie żeby nie było koncertu w Pradze? Ja na pewno nie, a organizując koncert we Wrocławiu staje się nie logiczne organizowanie koncertu w Pradze. Jeżeli podejmiemy ten tok rozumowania i w PL miały by być dwa koncerty, w tym jeden we Wro, to oznacza, że Czesi zostają bez koncertu.

Uważam, po prostu, że jeżeli koncert depeche MODE miałby się odbyć we Wrocławiu, wtedy nie odbędzie się w Wawie. Dwóch nie będzie.

Informacja dzisiejsza wypływa po informacji o rozmowach na temat możliwego koncertu w Warszawie. Dla mnie jest to przede wszystkim info, że casting trwa i prowadzone są teraz zacięte negocjacje, a taka PRowa kulka może być formą nacisku na Warszawę lub Wrocław – patrzcie jest jeszcze inna strona i jak będziecie za bardzo się stawiać w negocjacjach, to wybierzemy konkurencję.

Stadion Miejski we Wrocławiu.
Stadion Miejski we Wrocławiu.

Nie oszukujmy się o ile do Euro2012 miasta / stadiony współpracowały, grały do jednej bramki, tak teraz stały się konkurentami o organizację dużych widowisk. Mecze piłkarskie nie są przedstawieniem najważniejszym, to z czego się będą stadiony utrzymywać nie pochodzi wcale od piłki nożnej.

Czas pokaże robi się co raz ciekawiej 🙂

Lista Dyskusyjna DMPL odchodzi do przeszłości.

Takie dni jak ten zawsze przywodzą różne myśli, a to jaki człowiek jest już stary, a to dają chwilową radość z faktu odnalezienia dawno nie widzianej zabawki, która przez wiele lat leżała pod szafą… Dziś jest właśnie taki dzień.

Na moją skrzynkę pocztową dostałem dziś emila o następującej treści:

Dear User,
Unfortunately, the time has come to say goodbye to Yahoo! Groups Labs Applications (beta) and Groups Chat. We thank all the users that were a part of this program. We intend to use this learning to enhance Yahoo! Groups further with new features. On July 04, 2012, we will shut down the Yahoo! Groups Labs Applications (beta) and Groups Chat. We request you to backup any data that you might have created using the applications. This closure will not affect your other services on Yahoo! Groups. We look forward to continue having you as our customer.

Best,
The Yahoo! Groups Team

Dla młodych użytkowników Internetu napiszę, że były takie czasy… kiedyś, gdy Facebooka nie było. Nie było nawet For Internetowych, ludzie spotykali się na listach dyskusyjnych i irc’ach. Nie było nawet Google 🙂 Przez wiele lat istniała taka platforma spotykania się fanów depeche MODE – 'dMpl’ na Yahoo.com.

To były czasy, gdy najważniejszą wyszukiwarką było właśnie Yahoo, a ludzie używali jeszcze AltaVisty i NetSprint. Właściwe, to one istnieją do dziś i nadal są alternatywą dla Google. Ale ja nie o tym… 🙂

Na Listę Dyskusyjną DMPL trafiłem na jesieni 1998 roku dzięki stronie pewnego lubelskiego fana – Insight. Pod tą nazwą funkcjonował kiedyś adres depechemode.pl. Lista Dyskusyjna DMPL miała nawet swoją stronę www – lista-dmpl.prv.pl Lista działała bardzo prężnie aż do 2003 roku, kiedy to powstało depechemode-forum.pl.

Właściwie cały ruch społeczności depeszowskiej przeniósł się na to forum. Potem powstały kolejne fora, gdzies tam Grono, NK, FB, Google+ i co tam jeszcze. Lista wegetowała gdzieś w rowie Internetu, bo już nawet nie na poboczu. W końcu Yahoo postanowiło dobić konającego i zamknąć cały serwis listowy.

Właściwie można zaryzykować teorię, że Lista Dyskusyjna na Yahoo, to była taki rodzaj ówczesnego Facebooka. Na nim poznałem właściwe wszystkich, których znam do tej pory, choć nie utrzymuję już kontaktu, ale spotykam się na zlotach, koncertach itp. Na tej liście poznałem ludzi z którymi przez lata współorganizowałem imprezy, wymieniałem się bootlegami, współtworzyłem strony www, czy też tworzyłem subkulturę fanów depeche MODE w tym kraju. 4 lipca część mojej historii Internetowo-depeszowskiej odejdzie do… historii na dobre.

Ile kosztowała organizacja koncertu w 1988 roku…

…i dlaczego płaci się tyle za koncerty. Rok 2012, to 25 rocznica wydania Music For The Masses i 25 rocznica rozpoczęcia Music For The Masses Tour. Co prawda do rocznicy trasy jeszcze trochę czasu i tak na prawdę trasa ta jest bardziej znana z jednego koncertu z roku 1988, niż z przebiegu trasy jako całości. Nie mniej „świętując” ćwierćwiecze trasy postanowiłem opisać z czego składał się koncert w 1987/88 roku i przynajmniej zbliżyć się do mechanizmów działających na trasach koncertowych, co się składało na to, aby każdy koncert doszedł do skutku. Gdzieś tam chciałbym również odpowiedzieć na końcu – dlaczego w owym czasie fani musieli (muszą?) “tyle” płacić za koncert… no i ile każdy z elementów kosztował. Jest to o tyle pouczająca historia, że właściwie w 100% ma przeniesienie na czasy nam współczesne. Ponieważ Nowa Trasa za pasem, dlatego tym bardziej zachęcam do lektury poniższego wpisu.

To, że zorganizowanie trasy koncertowej jest kosztowne, to wiemy wszyscy. Jest to nie tylko wydarzenie artystyczne, ale w dużej mierze techniczne, logistyczne, a przede wszystkim finansowe. O aspektach kulinarnych pisałem ostatnio, na techniczne i logistyczne sprawy przyjdzie jeszcze czas. Dziś będzie o kasie… i to dużej.

Wprowadzeniem niech będzie tekst o Music For The Masses Tour z przed roku. W 1987 roku depeche MODE należało już do, powiedzmy 2 ligi światowych zespołów. Regularnie koncertując również w Ameryce i w Azji. W Europie regularnie wyprzedawali koncerty. Jednak były to głównie hale o pojemnościach do 10 000. Ta trasa miała wszystko odmienić, zespół po raz pierwszy wystąpił na stadionach i obiektach, na których gościły wielkie tuzy lat 80. depeche MODE wchodziło do obiektów w miastach, gdzie jeszcze rok wcześniej grali po kilka koncertów noc w noc, ale w obiektach nieporównanie mniejszych. Weźmy na ten przykład Nowy Jork. W 1986 roku zespół dał 3 koncerty z rzędu w Radio City Music Hall – każdy koncert zapełniony na 6000 gardeł. Razem 18 tyś fanów. W 1987 roku depeche MODE przybywa do tego miasta, by zagrać w Madison Square Garden tylko 1 koncert. Obiekt ma pojemność 20 000 ludzi.

Music For The Masses Tour
Music For The Masses Tour

Dla depeche MODE, była to nie tylko zmiana jakościowa, ale i prestiżowa. Z jednej strony wejście na wyższy poziom w hierarchii koncertowej oznaczał “prawo” do grania w obiektach klasy MSG. Ten przywilej wcale nie dotyczył zespołu, tylko obiektu. Nie wszystkie obiekty pozwalają wszystkim u siebie występować. Gwiazda lub zespół powinien gwarantować pewne standardy i nie zawsze chodzi tu o kasę, jaką organizator płaci za wynajem sali koncertowej. Z drugiej strony granie w wyższej lidze dawało prawo do krzyczenia u organizatorów wyższych stawek za koncerty. W 1983 roku za koncert w Sztokholmie zespół krzyczał 2033 Funa. Koncerty odbył się w Draken – obiekcie na 1000 osób. Wychodzi 2,03 funta na głowę uczestnika.

Za wizytę w Sztokholmie w styczniu 1988 roku zespół zgarnął 32 500+ funtów. Na Isstadion wchodziło 8800 fanów, co daje 3,69 funta od łba. I nie są to wszystkie pieniądze, jakie zespół przytulał występując w każdym z miast. O tym będzie na końcu.

Podział przy organizacji koncertu (trasy) jest następujący. Zespół przygotowuje i zapewnia sprzęt do tego, aby odbyło się show, natomiast organizator koncertu ma obowiązek zapewnić lokalnie wszystko, by koncert się odbył. Aby organizator koncertu wiedział, co ma przygotować od tego są właśnie dokumenty typu kontrakty, ridery, itinerary, pozwolenia na pracę itp., w których szczegółowo zapisywane są wszelkie wymagania. Te wymagania potem zamienia się na konkretne pieniądze, jakie organizator koncertu musi wydać, aby doprowadzić do odbycia się koncertu.

Jak już napisałem po stronie zespołu jest przygotowanie show i zgromadzenie sprzętu i ludzi, którzy zapewnią maksymalną powtarzalność projektu przez całą trasę. Koszty produkcji trasy rozbijane są potem na poszczególne koncerty – jest to tzw. Artistes fee. Z tego fee opłacana jest również ekipa i sprzęt podróżujący z zespołem. Sam zespół zostawia sobie z tego coś na waciki… Praktyka i doświadczenie pokazuje, że im większa gwiazda, tym skrupulatniejsze pilnowanie tego, aby to Artistes fee nie zostało w żaden sposób uszczuplone. Dlatego wszystkie dodatkowe koszty jak catering, a nawet hotel, czy wizyta w nocnym klubie uznawane są za koszt organizatora koncertu, a nie zespołu.

880213_getegorg
880213_getegorg

Przedsięwzięcie organizacji koncertu jest rodzajem szacunku i analizy, gdzie z jednej strony bierze się koszy organizacji, pojemność obiektu, a z drugiej strony możliwości i siłę nabywczą społeczeństwa, które potencjalnie chciało by przybyć na koncert i zapłacić za bilet określoną sumę. Dlatego tam, gdzie społeczeństwa są biedne lub koszty produkcji przerastają potencjalne zyski z organizacji koncertu/trasy pojawiają się sponsorzy tras/koncertów. Tyle teorii i idealnego świata. Jak w Polsce jest na prawdę, to już do pogadania przy flaszce, bo na czeźwo tego się nie da… 🙂

Skoro ogarnęliśmy już mechanizmy stojące za koncertami, to popatrzmy w takim razie jak wyglądała koszt koncertu w 1988, gdy my w Polsce jedynie śniliśmy po koncercie w Warszawie z 1985 roku lub zazdraszczaliśmy Czechosłowakom koncertów w Pradze.

Koncert odbył się 12.02.1988 roku na Isstadion w Sztokholmie.

1. Przychód (w Koronach Szwedzkich)

  • Pojemność max 9200 widzów, ale do szacunków zespół brał pod uwagę niższą liczbę widzów – 8800 (ile było faktycznie nie wie już nikt).
  • Bilet kosztował 150 Koron.

Łącznie daje to kwotę 1 320 000 Koron przychodu. Tyle potencjalnie organizator mógł mieć przychodu po tym koncercie.

2. Koszty (w Koronach Szwedzkich)

  • Wynajem hali – 20% od 8800 widzów – 264 000
  • PRS (???) – 3,5% od 8800 widzów – 46200
  • Prowizja za sprzedaż biletów – 2,5% od 8800 – 33000
Wydatki promotora:
  • Transport lokalny – 5000
  • Scena – 28500
  • Menadżer sceny – 2050
  • Siła fizyczna – 23280
  • Wózki widłowe – 3000
  • Barierki – 2500
  • Obsługa koncertu – 39500
  • Ochrona – 17050
  • Straż pożarna – 1500
  • Zaopatrzenie – 1420
  • Jedzenie – równowartość 1000 Funta – 15000
  • Koszty połączeń telefonicznych – 2500
  • Goniec – 970
  • Reklama – 35500
  • Druk biletów – 2500
  • Druk plakatów – 6000
  • Plakatowanie miasta – 6500
  • Ulotki – 3000
  • OC – 1000
  • Czerwony krzyż / Van / paliwo / meble etc – 8500

Razem 548470 Koron

  • Prowizja Artysty (32500 Funtów) – 341250
  • Prowizja promotora – 60200,65

Oszczędzając Wam liczenia powiem, że przychody były większe od kosztów, co za tym idzie pozostawał pewien zysk, którego zespół gwarantował sobie odpowiednią część. Zysk netto do podziału to 370059,35 Koron.

Kilka linijek wyżej napisałem, że zespół oprócz swoje daniny mógł liczyć jeszcze na dodatkowe przychody. Pierwszym źródłem zysku były gadżety i koszulki firmowane przez depeche MODE. Jaki był zysk na koncert niestety nie wiem.

Drugim źródłem był zysk netto wymieniony powyżej. Zespół zastrzegł sobie w kontrakcie, że jeżeli promotorowi pozostaje wolna kasa, to nie może sobie ją tak wziąć i schować do kieszeni, ale musi się nią dodatkowo podzielić z zespołem w proporcji 85/15 – zespół / promotor. Sprytne.

My konsumenci koncertów często psioczymy na organizatorów za ceny biletów, że drogo, że za szybko się rozchodzą, że za wcześnie rusza sprzedaż itp. Prawda bardzo często jest taka, że wiele z tych kosztów to wynik fanaberii zespołów, które organizator musi na swój Wasz koszt spełnić. Przecież na końcu zarówno promotorowi, jak i zespołowi płacimy my fani – i Hardkory, i Pikniki 🙂

Bufet – czyli wyżywienie na trasie, cz.4 – Music For The Masses Tour

Nawet nie przypuszczałem, że ostatnia (jak na razie) część opisująca około kulinarne zaplecze tras depeche MODE będzie tak obszerna. Materiały do jakich dotarłem na temat kateringu na Music For The Masses Tour należą do najobszerniejszych. Dla porównania kontrakt z A Broken Frame Tour liczy 5 kartek, tym czasem kontrakt wraz z załącznikami z trasy z 1987/88 roku liczy 28 kartek, z czego o kateringu są 2 strony. Poniższy tekst powstał na podstawie kontraktu zawartego 3 grudnia 1987 roku i dotyczył 5 koncertów w Skandynawii w okresie 12-18.02.1988.

O ile jeszcze w poprzednio opisywanych materiałach źródłowych temat kulinarny ograniczał się do 1-2 paragrafów, o tyle w kontrakcie z 1987 roku został wyłączony z głównej umowy i przeniesiony do załączników szczegółowo opisujących różne aspekty tego zagadnienia. Kontrakt szczegółowo reguluje zarówno wymagania dotyczące zaplecza kuchennego, zaopatrzenia, jakości produktów, dostępu do nich, wyżywienia ekipy koncertowej, jak i samego zespołu. Wszystko mieści się w konkretnych paragrafach różnych załączników tej umowy.

Zacznijmy od kosztów (w planach mam tekst o tym co się składało na organizację przykładowego koncertu depeche MODE w 1987/88 i w 1983 roku i dlaczego tyle płacimy za bilety. Teraz będzie mała zajafka tego.), które dla Was prześwietlę. W kontrakcie koszty podzielone są na dwie części – koszt pracy firmy kateringowej w czasie koncertu, oraz koszt samego jedzenia. I tak koszt obsługi to 1420 koron szwedzkich, natomiast żarełko to koszt 15000 koron. W przeliczeniu na funty dawało to kwotę ówczesnych 1563 funtów. W skład tej kwoty wchodziło również wyżywienie lokalnej ekipy zatrudnionej do koncertu. Co ciekawe zespół miał z góry określony budżet na jedzenie i wynosił on £1000 funa na koncert (o tym więcej poniżej). Oczywiście chodziło o wyżywienie całej ekipy koncertowej, ktokolwiek był tam zatrudniony.

Całość obsługi na tej trasie zapewniała firma Flying Saucers, firma od przeszło 30 lat na rynku, a lista zespołów pokaźna. Niestety nie ma wypisanego depeche MODE.

W załączniku nr 5 umowy pojawia się informacja o wymaganiach jakie zespół stawiał w garderobie każdego z członków zespołu. Porównując do opisów wyżywienia z A Broken Frame Tour  na nawet Construction Tour lista życzeń z 1987 roku przyprawia o sporą dawkę zdziwienia i pokazuje jak zespół w ciągu ledwie 4 lat (licząc od 1983), z zespołu na dorobku stał się gwiazdą z pretensjami do gry w pierwszej lidze.

Całość zaczyna się od stwierdzenia, że zespół po za standardowymi życzeniami, jakie zwykle wymagane są od garderoby gwarantuje sobie następujące dodatki (skupię się tylko na sprawach około-bufetowych):

  • 1 stół z czystym obrusem na zastawę;
  • 1 otwieracz do napojów;
  • 50 czystych szklanek lub kubki papierowe;

A jak zespół się będzie najadał lub też pójdzie złamać się na kiblu, to warto wtedy coś poczytać. Jak wiadomo faceci lubią oddawać się lekturze w czasie, gdy na czole wychodzi żyła, dlatego zespół gwarantował sobie w kontrakcie, że w każdym dressing roomie musi być 10 plakatów promujących ten konkretny koncert oraz przynajmniej dwie gazety z reklamą i artykułami na temat wieczornego koncertu.

PIC000138

Teraz już wiecie dlaczego tuż przed koncertem pojawiają się artykuły i reklamy w prasie, gdy koncert jest już wyprzedany. Nie po to, żeby zwiększyć sprzedaż, ale po to żeby zespół przeczytał o sobie w lokalnym języku w czasie godzinnej sesji na tronie…

No ale wróćmy do czynności, które poprzedzają wizytę w krainie gliny, stali i chromu. Przeskakując kilka stron dalej docieramy do załącznika nr 6, które opisuje wszelkie wymagania zespołu w zakresie kateringowo-żywieniowym.

Opisując trasę wyżywienie na A Broken Frame Tour, czy Construction Tour po stronie organizatora było ewentualne przygotowanie, a na pewno dostarczenie żarełka w życzonym standardzie. Gdzieś około roku 1984 sytuacja uległa zmianie, zespół zmienił zakres swoich oczekiwań wobec organizatora koncertu. Zamiast konkretnego jedzenia, zaczął oczekiwać standardów dotyczących wyposażenia pomieszczeń, w których przygotowywane jest jedzenie przez firmę kateringową podróżującą z zespołem. I tak gwarantował sobie:

  • Pomieszczenie kuchenne ma mieć ciepłą i zimną bieżącą wodę (z nieskażonego ujęcia). Minimum dwa zlewozmywaki z adekwatnymi odpływami. 6 gniazdek 220/240V, oraz zlewy i miejsce do przygotowywania żywności;
  • Odpowiednie miejsce na mobilną kuchnię (najbardziej niezbędne części wyposażenia ekipa koncertowa woziła ze sobą – przypis Mode2Joy);
  • Drugie pomieszczenie z 12 składanymi stołami (lub w innej konfiguracji), 40 krzeseł; (by usadzić minimum 20 osób z 40 za jednym razem), oraz minimum dwa gniazda 220/240V;
  • £1000 w walucie lokalnej na zakupy na zakupy wg listy sporządzonej przez firmę kateringową;
  • Jedną osobę na zmywak;
  • Kucharze artystów używają mobilnych pieców na gaz. Promotor powinien zagwarantować, że całe ustawienie kuchni zostało wykonane zgodnie z regulacjami obiektu, jak i prawem lokalnym. Jeżeli z lokalnych regulacji wynika, że w dniu koncertu zakazane jest użycie butli gazowych, wówczas organizator zapewnia dwa elektryczne piekarniki i kuchenki z 6 nagrzewnicami do gotowania (włączając w to odpowiednie zasilanie – czytaj 3 fazy, siła itp). Wszystko na wyłączność przez zespół i na koszt organizatora.
  • Promotor musi zagwarantować, że kuchnia i jadalnia są utrzymane w czystości.
  • W kuchni musi być 50 kg lodu, 25 kilogramów musi oczekiwać na wejściu, pozostałe 25 kilogramów musi być dostarczone o godzinie 16.
  • Wymagane były 2 lodówki i 1 zamrażarka od początku instalowania się ekipy koncertowej z zasilaniem wydzielonym i innym od tego, co jest wymagane w p-kcie 1;
  • Goniec (osoba na posyłki) musi posiadać van, a nie samochód osobowy;
  • Promotor musi dostarczyć z kontraktem informację, czy żaden z występów nie jest w czasie święta narodowego lub też godziny otwarcia sklepów mogą uniemożliwić dokonanie zakupów.

I to jest właściwie wszystko, co dotyczy tematu wyżywienia na Music For The Masses Tour. Cała reszta była w głowie kucharzy podróżujących z zespołem i ekipą koncertową. Niestety żadne menu z tamtych czasów nie zachowało się, ale sami możecie zobaczyć jak wyglądało szamanko na dwóch ostatnich trasach. Raczej te sprawy nie uległy dramatycznej zmianie.

PIC000139

Oczywiście to nie był szczyt fanaberii gwiazd koncertowych, bo czytając ten kontrakt wygląda na to, że zespół korzystał z usług hoteli w których nocował, a przecież na czas pobytu zespołu w danym mieście do hotelu mogłaby się przecież wprowadzić druga ekipa kucharska gotująca tylko na potrzeby 4 członków zespołu i przybocznej świty.

Tym wpisem kończę na razie wizytę w kulinarnych zakamarkach koncertowej działalności zespołu. Oczywiście część 5 może powstać tak szybko, jak dotrą (być może kiedyś) kolejne porażające dokumenty demaskujące kulisy działalności depeche MODE. Liczę, że nadchodząca trasa pozwoli odkryć te zakamarki również.

Przeczytaj o wyżywieniu na: A Broken Frame Tour, Construction Tour i Touring The Angel / Tour Of The Universe.

Materiał opracowany na podstawie umów, riderów koncertowych i tour itinerary z 1988 roku.

MODEontheROAD to już nastolatka

W myśl zasady, że nikt Cię tak dobrze nie pochwali, jak Ty sam, postanowiłem popaść swoje ego i trochę się podsumować. Przyczyną tej jakże lanserskiej decyzji jest fakt, iż 17 maja (chyba… historycy do tej pory się spierają), odnotowano pierwszy fakt onlajnowej egzystencji tworu wyznania handlowego metodą pierwszych mieszkańców tych ziem, potocznie zwaną tradingiem – czyli mowa tu o spisie bootlegów szumnie nazywanym MODEontheROAD. Później strona powoli ewoluowała i przeradzała się w permanentny zalew myśli epistolarnej. Tak jest do dziś. Z nieopierzonego dziecięcia strona MotR staje się powoli nastolatką…

Tym czasem jedenaście lat minęło, a dwa lata od reaktywacji MODEontheROAD i pora pochwalić się co się udało do tej pory zrobić. Po za kilkoma sprawami MotR właściwie prowadzone jest przez jedną osobę. Choć wiele spraw powstało dzięki inspiracji, podpowiedziom, tłumaczeniom i ścisłej współpracy osób trzecich. Za co wielkie dzięki. Z czego się strona składa to użytkownicy m/w wiedzą. Ponieważ modne jest teraz raportowanie na kilka dni przed EURO o postępie prac i % ułożenia warstwy ścieralnej, o ułożeniu nasypów nie wspomnę. Wobec czego i ja postanowiłem zdać raport jak wyglądają poszczególne działy strony. Oszczędzę % chyba, że tych pędzonych w księżycową jasną noc i od razu zamelduję, że na erło mam kompletnie wyjechane i nie planuję zdążyć z niczym. No dobra lecimy z wyliczanką.

1. Trasy. Opisane już wszystkie, choć brakuje pewnych elementów opisu trasy, takich jak np sprzęt na trasie, ochrona, pamiętniki. Te elementy, albo zostały celowo pominięte, bo wymagają na prawdę dobrego opracowania, albo sukcesywnie, choć pewnie za wolno, się pojawiają na stronie. Przyjąłem jednak zasadę, że głębsze opracowania drążące temat trasowy będą pojawiać się na blogu, a nie na stronie, stąd powstanie poddziałów na MODE2Joy dedykowanych każdej trasie (to te po prawej stronie z tytułem TEMATY). Parę dni temu dodałem np na stronie pamiętniki z The Singles 86>98 Tour. Dziękuję za pomoc w odpaleniu pamiętników osobie o nicku MaaN. Część trasowa będzie nadal obrastać tego typu materiałami, choć same trasy pozostaną już w niezmienionej formie.

MotR 4.5
MotR 4.5

2. Koncerty. Wszystko właściwie na tej stronie opiera się na koncertach. To jest podstawa tej strony. W tej chwili na stronie jest opisanych 241 występów na żywo. Czy to dużo, czy mało oceńcie sami. Wystarczy powiedzieć, że samego Never Let Me Down Again było zagranych przeszło 720 razy. A zważywszy, że czeka nas w 2013 roku trasa jestem dziwnie spokojny, że okolice 850+ wcale nie są na wyrost.

W szczegółach wygląda to tak:

  • Pierwsze występy (1980-1981) – 12/39 koncertów – póki co wszystkie opisy
  • Speak & Spell Tour (1981-1982) – 35/108 koncertów – póki co wszystkie opisy
  • See You Tour (1982) – 2/40 występów
  • A Broken Frame Tour (1982/1983) – 1/51 występy
  • Construction Tour (1983/1984) – 14/49 występów
  • Some Great Reward Tour (1984/1985) – 1/84 koncerty
  • Black Celebration Tour (1986) – 5/76 występów
  • Music For The Masses Tour (1987/1988) – 9/101 koncertów
  • World Violation Tour (1990) – 7/88 koncertów
  • Devotional Tour (1993) – 4/98 koncertów
  • Exotic/US Summer Tour – 0/64 koncerty
  • Ultra Press Show – 7/7 koncertów – wszystkie opisy
  • The Singles 86>98 Tour – 7/66 występów
  • Exciter Tour – 87/87 koncertów – wszystkie opisy
  • Touring The Angel – 18/126 koncerty
  • Tour Of The Universe – 32/104 występy

Razem 241.

Jak pisałem ocenę zostawiam Wam. Dla mnie ciut mało, ale czasu na tyle mi wystarczyło czasu. Póki co jak na koniec roku będzie 300 to będzie na prawdę dobrze. W ramach występów zaliczam też telewizyjne występy na żywo. Obiecuję natomiast, że jak ruszy trasa, to koncerty będą na stronie pojawiać się w czasie prawie rzeczywistym 🙂

3. Zestawienia utworów. Na ten moment są wszystkie i zgodnie z wiedzą jaką mam, wszystko do czego do tej pory dotarłem. Największa niewiadoma to nadal początki depeche MODE i czas do lipca 1994. Od 1998 roku nie ma żadnych niewiadomych i nie może być. Wszystko przed lipcem 1994 jest obarczone mniejszą lub większą dozą błędu. Im bliżej początku, tym ten błąd jest co raz większy, lub też niewiadoma jedna, czy druga co raz większa. Work Hard, czy wczesne utwory i setlisty nadal kryją swoje tajemnice mimo, że sporo udało się wyjaśnić.

Tak oto wygląda MODEontheROAD po 2 latach działalności w tej formie i 11 od momentu zaistnienia w 2001 roku. Serwis wchodzi w okres dorastania, burz i naporów, trądziku i nowych włosów tu i tam. Zobaczymy co się z tego wykluje….

Bufet – czyli wyżywienie na trasie, cz.3 – A Broken Frame Tour

Kontynuujemy cykl bufetowy, tym razem przyszła pora, aby zaznajomić się z menu, jakim raczył się zespół podczas najwcześniejszej trasy, do dokumentów, której udało mi się dotrzeć. A mowa tu o A Broken Frame Tour z lat 1982 i 1983. Po mojemu kontrakt ten należy do standardowych, więc można zakładać, że podobne zasady obowiązywały na innych koncertach Europy.

Po opisach menu zespołu z Construction Tour i przeskoku o 20 lat do przodu do Touring The Angel i kolejnej trasy. Tym razem cofamy się do roku 1982, by zagłębić się w najwcześniej dostępny dokument jaki mi się udało zdobyć z obozu depeche MODE. Raider europejskiej trasy z 1982 roku.

No to lecimy. W §10 (cały dokument zawiera jedynie 26 paragrafów + załącznik dla Europy) depeche MODE zastrzega sobie, że na wjeździe musi czekać na nich kawa i herbata dla 6 osób, które stanowiły wewnętrzny krąg zespołu. Dla nich w garderobach dodatkowo musiały czekać:

  • 4 kwarty czystego, niesłodzonego soku pomarańczowego;
  • 1 kwarta czystego, niesłodzonego soku jabłkowego;
  • 1 kwarta czystego, niesłodzonego soku ananasowego;
  • 1 kwarta świeżego mleka;

Wybór kanapek (z czego część z nich musiała być nie z serem i szynką) w ilości dla 6 osób;

  • 2 butelki białego wina;
  • 26 puszek lagera.

Dla ekipy technicznej również należała się partia szamanka.

  • Gorąca kawa i herbata na wejściu;
  • Wybór kanapek liczbie odpowiedniej dla 6 dorosłych ludzi;
  • 6 kwart czystego, niesłodzonego soku pomarańczowego.

W czasie koncertu ekipa techniczna miała mieć zapewnione 24 puszki lagera.

Po próbie zespół miał dostać ciepły posiłek w ilości dla 11 osób. Zespół jadał posiłek w grupie z całą ekipą. Najciekawsze zastrzeżenie jest na końcu. Zespół w ostateczności akceptował jedzenie nie gorsze niż z kantyny uniwersyteckiej. Natomiast ściśle  zakazane było jedzenie z McDonald’s, Wimpy, Burger Kingów itp. wynalazków.

Fragment umowy z Abroken Frame Tour.
Fragment umowy z Abroken Frame Tour.

Jeśli porównać to menu, z tym, co było zastrzeżone w kontrakcie na kolejnej trasie, to widać jak sporo pod względem finansowym musieli jeszcze zapracować na siebie, żeby zasłużyć na serwis z Construction Tour. Wszystko, co zespół zastrzegał sobie w kontraktach było finansowane przez organizatora koncertu, czytaj przez fanów z biletów. Zespół za nic nie płacił. Oznaczało to, że apetyty dosłownie zespołu musiały być na wodzy, bo eskalując żądania organizator musiałby podwyższyć ceny biletów, których cen fani mogliby nie udźwignąć już.

Materiał opracowany na podstawie umów, riderów koncertowych i tour itinerary z 1982 roku.

Przeczytaj o wyżywieniu na Construction Tour, Music For The Masses Tour i Touring The Angel / Tour Of The Universe.

depeche MODE na swoim czyli See You Tour

W 1982 roku zespół postanowił zagrać trasę promującą nowy singiel. Singiel był tylko pretekstem, tak na prawdę chciano udowodnić niedowiarkom, że po odejściu kluczowego dla składu członka zespół nie tylko band się nie rozpadł, ale koncertuje, nagrywa i ma się dobrze, a nie długo wyda nowy album. To była oficjalna wersja dla mediów i fanów.

Równolegle pozostali w zespole muzycy byli na rozdrożu. Zespół odniósł pewien sukces, pojawił się w ogólnobrytyjskiej telewizji, a w owym czasie to było już coś. Po pierwszych sukcesach Panowie musieli się zdecydować co z tym zrobić. Zachować ciepłe posadki w korpo, czy rzucić się w nie do końca znane rejony, ze wsparciem ze strony wytwórni, której właściciel właściwie całkiem nie dawno temu zrobił dokładnie tę samą decyzję, co oni teraz. Jedyna osoba, która miała na to wszystko kompletnie wyjebane była właśnie Vince. Jako osoba, która nie miała nic do stracenia i paradoksalnie powinna kurczowo trzymać się zespołu postanowiła odejść. Właśnie dla tego, że nie miała nic do stracenia.

depeche MODE live 1982
depeche MODE live 1982

Tym czasem zespół stał na rozdrożu. Zostawić tyrkę w banku i zacząć koncertować na pełny etat, czy pobawić się w zespół i skończyć, jako zespół jednego hitu i zapisać się w historii muzyki na licznych składankach wydawanych na fali sentymentu lat 80. Właściwie tak się dla brytyjskiej prasy stało i późniejsze próby zaistnienia na wyspach były ignorowane.

W latach 80. podstawą dochodów zespołów były przychody z tantiem – radio / TV, kasa z wytwórni, dopiero w dalszej kolejności koncerty i cała ta otoczka, która dziś jest szalenie ważna – gadżety, licencje, pola eksploatacji. Dlatego przez lata wytwórnie nie interesowały się trasami koncertowymi, które były robione na koszt i ryzyko zespołów. To koncerty były potrzebne aby promować płytę, a nie płyta była pretekstem do grania kolejnej gigantycznej trasy z kolejną porcją Greatest Hits.

depeche MODE być może mając świadomość faktu, że artystycznie nie mają… jeszcze za wiele do zaoferowanie lub też mając świadomość, że nowe brzmienie będzie mniej przystępne komercyjnie zdecydowali się na pionierski krok, który w owym czasie mógł być uznany za ryzykowany. Zespół postanowił być permanentnie w trasie z przerwami na nagrywanie kolejnej płyty.

Te wszystkie przesłanki sprawiły, że podjęcie decyzji o ruszeniu w kolejną trasę ledwie w 3 miesiące po zakończeniu trasy promującej album Speak & Spell (koniec Speak & Spell Tour – 16.11.1981 – początek See You Tour 10.02.1982) wynikać musiał właśnie z powyższych przesłanek.

Bycie rok w rok w trasie, co roku w tych samych miejscach sprawiło, że zespół nawet jeżeli nie był grany w radio, nawet jeżeli był masakrowany przez krytykę, nawet jeżeli na listach przebojów nie istniał dłużej niż kilka tygodni, to systematycznie budowany fanbase sprawiał, że jest w tym miejscu historii muzyki, gdzie jest obecnie. Oczywiście później nie odbyło się bez ofiar – Nie wydane video z trasy A Broken Frame – ale bycie po dwa razy w ciągu roku w trasie z przerwą na wakacje i nagrywanie kolejnego albumu musiało prowadzić do pewnych ograniczeń w nieskończonym wydawaniu kolejnych pozycji. Kto z Was pamięta jeszcze jęki mas fanów o tym, jak to zespół nie docenia fanów, traktuje ich po macoszemu, bo nie wydaje nowych pozycji, czy też robi to w sposób bardzo ubogi?

Decyzja o pojechaniu w trasę promującą singiel była właśnie konsekwencją tych decyzji, położeniem wszystkiego na jednej szali i 100% skupieniu się na jednym biznesie, ze wszelkimi predyspozycjami do tego, że może się wszystko posypać. kto kiedykolwiek podejmował w życiu decyzję o przejściu z pracy na etacie do własnej firmy ten wie o czym mowa. W przypadku depeche MODE opłaciło się to, a decyzja była trafna.

1982: MODEPECHE w Brighouse
1982: MODEPECHE w Brighouse

Była to też ostatnia trasa na której pojawił się projekt/zespół – MODEPECHE. Zespół zmieniał nazwę swoją z okazji specjalnych projektów charytatywnych lub gdy chciał bez rozgłosu dać występ na mieście. Zespół ten „istniał” w latach 1981-1982.

W historii zespołu były dwie trasy, które postrzegane są jako samodzielne projekty, choć tak na prawdę nigdy nimi nie były. Jedną jest See You Tour, a drugą była Exotic Tour. Obie teoretycznie nie promowały żadnej płyty długogrającej. Obie trasy miały aranże pochodzące z poprzednich tras. Obie trasy następowały właściwie w odstępie kilku-kilkunastu tygodni od zakończenia poprzednich tras. Prawda jest jednak taka, że obie te trasy były jedynie przedłużeniami poprzednich projektów i za każdą z nich stały inne względy, niż promocyjne.

W przypadku See You Tour głównym powodem było odejście Vince’a. Dlatego jedyne co zrobiono, to przetasowano setlistę z 1981 roku i dołożono gotowe numery z przyszłej płyty zachowując te same aranże. Dla mnie tzw See You Tour jest jedynie przedłużeniem, kolejną nogą Speak & Spell Tour. Ten zespół wielokrotnie zmieniał set dokładając nowe numery w końcówce tras i tak też było po prawdzie właśnie w tym przypadku.

See You Tour i Exotic Tour mimo, że obyły się w różnych dla zespołu, etapach działalności mają pod tym względem trochę ze sobą wspólnego. Ale to już temat następnego wpisu…

_
Do tej pory, oprócz powyższego, napisałem następujące opisy tras koncertowych:

10 lat od śmierci Franka Toveya

To już 10 lat od kiedy Franka Toveya nie ma na tym świecie. Rok 2002 miał być wielkim powrotem jego i jego grupy. Po latach chudych i pobocznych projektach zespół zapowiadał nową płytę. W 2002 mieli wejść do studia i nagrać nowy materiał. Wiele zespołów krążyło i splatało swoje ścieżki z depeche MODE, ale chyba tylko Nitzer Ebb przeplatał swoje losy tak blisko z depeche MODE, jak to robiło Fad Gadget. 3 kwietnia 2002 roku dotknęła wszystkich, którzy interesowali się muzyką z wytwórni MUTE informacja, że Frank Tovey zmarł na atak serca. Miał 45 lat.

Niektórych zastanawia, co takiego jest w tym człowieku, że poświęcam mu jeden ze swoich wpisów na blogu poświęconym depeche MODE i do tego w aspekcie koncertowym. Przyczyn jest wiele. Niektóre błahe  niektóre sentymentalne, przede wszystkim jest to wyraz szacunku dla człowieka, dzięki któremu mój ulubiony zespół mógł również przebić się do grona najjaśniejszych na firmamencie muzyki. Ktoś powie, że to przecież Daniel Miller pomógł depeche MODE, podał rękę itp, a nie mało znany zespolik, o którym wielu nie słyszało, albo przeczytało, że w 2001 roku grali jako support przed depeche MODE na Exciter Tour.

No tak tylko, że historia depeche MODE sięga trochę dalej niż do pamiętnego koncertu, po którym zawarcie kontraktu zostało przypieczętowane uściskiem ręki. Nie wiele brakowało, żeby zespół, jeszcze jako Composition Of Sound, stało się częścią inne wytwórni, w której miało być również Fad Gadget. Fad Gadget był wtedy już sporą gwiazdą w Anglii i Composition Of Sound/depeche MODE otwierało koncerty przed nimi. Na takim właśnie koncercie pojawił się Daniel Miller (drugi już raz) i zaproponował depeche MODE przystąpienie do Mute. Problemem była jednak wytwórnia Some Bizzare. Nie dość, że proponowała więcej, to zarówno Fad Gadget, jak i depeche MODE mieli już nagrane i przygotowane do wydania swoje utwory na składankę Some Bizzare. Fad Gadget umieścili na niej swój jeden z najlepszych numerów Back To Nature, a depeche MODE – Photographic. Jak się historia potoczyła wiemy. Najpierw Fad Gadget, a potem depeche MODE przeszli do Mute. Wcześniej musieli tylko wypełnić zobowiązanie wobec Bizzare Records i pojechać w trasę koncertową.

Trasa koncertowa Some Bizzare zakontraktowane miała pięć koncertów m.in. w takich miastach, jak Leeds 1981.02.02, czy Shefield 1981.02.03. Trasa była ciężka, ale depeche MODE wspomina, że dzięki tej trasie i podpatrywaniu Fad Gadget nauczyli się wiele, nabrali oklepania koncertowego. To była ostatnia wspólna trasa, aż do jesieni 2001 roku, kiedy oba zespoły się spotkały na trasie znowu. O tym jednak za chwilę.

Po zakończeniu trasy koncertowej oba zespoły pojawiły się jeszcze raz wspólnie na płycie. Tym razem tylko one dwa. Wiele razy przytaczano fakt wydania utworu – I Sometimes Wish I Was Dead na parszywej jakości płytce w magazynie Flexi Pop. Mało jednak ludzi pamięta, że na stronie 'A’ pojawił się utwór Fad Gadget – King Of The Files. To Fad Gadget było gwiazdą tej „płyty”, a depeche MODE zajmowało miejsce właściwie dla siebie w owym czasie, czyli stronę B.

Po przejściu Fad Gadget do Mute zespół podążył śladem depeche MODE i pojawił się w Hansa Studio. Fad Gadget od 1983 roku pojawiał się regularnie nagrywając swój ostatni studyjny krążek Gag. Wielokrotnie spotykali się z depeche MODE w Berlinie, które Frank również upodobał sobie jak Martin.

W latach 1983-1984 zespół współpracował z takimi tuzami elektroniki i industrialu, jak Einstürzende Neubauten, z którymi nagrali Collapsing New People na Gag właśnie. Była to ostatnia płyta studyjna wydana jako Fad Gadget, później Frank już pod własnym nazwiskiem udzielał się w wielu projektach pobocznych. Do najbardziej znaczących i kategorii 'must’ należy koncept album – Easy Listening for the Hard of Hearing. Album nagrany wraz Boyd Rice w 1981 roku, ale wydany dopiero w 1984 nakładem Mute Album ciężki, ale dla tych co lubią pierwsze płyty Recoil i twórczość Einstürzende Neubauten – ważny.

Wracamy w tym momencie do porzuconego przeze mnie wątku koncertowego. Jest rok 2001 wytwórnia Mute postanawia przypomnieć o istnieniu Fad Gadget, która z gwiazdy przeistoczyła się w zapomnianą alternatywną kapelę początku lat 80. Wychodzi składanka The Best of Fad Gadget. Wyjście albumu ma być poparte trasą koncertową, której częścią będą również wspólne koncerty z depeche MODE. Przyznam się, że do 2001 roku nie znałem Fad Gadget. Po raz pierwszy zobaczyłem go na koncercie w Berlinie 2001.09.05. Stałem w tłumie i widziałem, jak fani depeche MODE (jak zwykle z resztą) powiewali biletami pokazując Frankowi, że tam nie ma napisane nic o Fad Gadget. Były gwizdy i odwracanie się od sceny. Jednak stopniowo strzelanie focha zamieniło się w co raz większą ciekawość, albo przynajmniej w obojętność.

Stopniowo z koncertu na koncert widziałem, jak fani patrzyli na tego freak’a, jakim dla wielu był Tovey z co raz większym zainteresowaniem. Zabawy z wiertarką, sztuczną ręką wyrywanie sobie włosów z pod pachy i zjadanie ich, wdrapywanie się po konstrukcji sceny. To wszystko dopełniało i teatralizowało występy Fad Gadget.

Historia odwróciła się depeche MODE z supportu stała się gwiazdą pierwszej klasy, a Fad Gadget powracał po 17 latach zapomnienia. depeche MODE pokazywało co noc swoją koncertową klasę, tym czasem Fad Gadget musiało udowodnić, że ten powrót znikąd nie był na wyrost. Również dla mnie był to okres szybkiej edukacji o tym zespole. Jeszcze w Berlinie 2001.09.05 śmiałem się z zażenowaniem oglądając koncert Fad Gadget, ale jeszcze tego samego miesiąca w Monachium 2001.09.29 nagrywałem ich koncert tak samo jak depeche MODE. Wtedy już wiedziałem, że przybywałem na koncerty dwóch gwiazd, a nie jednej.

Po zakończeniu trasy koncertowej Fad Gadget grało dalej. Pierwszy kwartał 2002 zespół spędził grając po klubach Europy. Jednak najważniejszym wydarzeniem tego roku miało być właśnie wejście do studia i nagranie nowego albumu. Pierwszego od 1984 roku. Niestety zawał serca przekreślił te plany.

Dla mnie Fad Gadget, obok depeche MODE, Nick Cave i Nitzer Ebb pozostaną najważniejszymi projektami MUTE. Mogę tylko żałować, że tak późno poznałem ten zespół, ale jednocześnie z satysfakcją mogę powiedzieć, że było mi dane zobaczyć ten zespół na żywo u boku swoich uczniów na ostatniej wspólnej trasie.

[*]

PS Jako uzupełnienie tego wpisu, podpinam jeszcze link do moich wspomnień z Exciter Tour, które w jakiejś części wiążą się z Fad Gadget również.

Skąd się biorą IEMy?

Dziś przyszedł czas na wyjaśnienie kolejnego specyficznego pojęcia ze świata koncertów i bootlegów. Postaram się opisać skąd się to pojecie wzięło, jak powstają IEMy i czym różnią się od soundboardów, których są bliskimi kuzynami. Jest to wg mnie najbardziej niszowa forma fanowskiej rejestracji koncertów, ale jednocześnie najbardziej zaawansowana technologicznie i najbardziej pożądana. Z tą niszowością to też sprawa umowna, w przypadku fanów depeche MODE zapewne tak. Ale np. dla fanów U2 słuchających bootlegów U2 już nie koniecznie. To też mam nadzieję wyjaśni się w trakcie czytania tego tekstu.

Zanim przejdę do wyjaśniania 'Skąd się biorą IEMy’ najpierw rozszyfruję sam skrót. IEM znaczy tle co In-Ear Monitoring, a po naszemu to po prostu odsłuchy.

Odsłuchy są potrzebne po to, aby muzyk lub wokalista słyszał co gra lub śpiewa na scenie. No ale na koncercie jest przecież głośno i taki artysta nie słyszy co gra? Nie do końca…

Dźwięk idący z głośników skierowany jest na publikę, przez co może być gorzej słyszalny, lub też ze zniekształceniami lub opóźnieniem. Odsłuch daje informację, czy to, co jest grane, dociera do fanów w sposób prawidłowy, czy poszczególni muzycy się zgrywają i nie tworzą kakofonii itp. Jeżeli gra zespół, to każdemu muzykowi zależy, aby przede wszystkim słyszeć siebie, swój instrument, aby wiedzieć, czy gra czysto. Kiedyś na festiwalach można było zobaczyć piosenkarzy zatykających jedno ucho, dzięki temu w głowie tworzyło się pudło rezonansowe i piosenkarz mógł słyszeć swój śpiew. Tak było dawniej teraz stosuje się właśnie odsłuchy. Wiem, że to nadal nie wyjaśnia co mają odsłuchy wspólnego z bootlegami. Zanim przejdę dalej, trochę historii, która pozwoli wyjaśnić częściowo dlaczego nie ma bootlegów depeche MODE, których źródłem są IEM’y

W czasach, gdy żył Elvis i chciano mu ustawić na krańcu sceny odsłuchy on stwierdził, że prawdziwy muzyk to słyszy to, co mu zespół zapodaje w taki sam sposób jak słyszy to publika. Jeżeli publika słyszy dobrze, to on też będzie słyszał właściwie. Ponieważ towarzyszący muzycy są ustawieni z tyłu, to jedyny możliwy dźwięk powinien dochodzić zza jego pleców, a nie pałętać się gdzieś pod nogami. Tak było dla niego naturalne, a ustawianie odsłuchów z przodu to fanaberia przeszkadzająca w śpiewaniu, odgradzająca go publiki.

Z czasem odsłuchy się upowszechniły i zajęły swoje miejsce na krańcach sceny. Stopniowo postęp technologiczny i zwiększające się wymagania muzyków, spektaklu muzycznego, jakim jest koncert wymusiły miniaturyzację odsłuchów, by finalnie wylądować w uszach muzyków. Stąd angielska nazwa In-Ear Monitoring, czyli system odsłuchów dousznych. Dlaczego odsłuchy sceniczne przestały wystarczać? Ponieważ sceny koncertowe się zmieniały, nastąpiła gigantomania, pojawiło się coś takiego jak wybiegi. Tyle, że odsłuchy były gdzieś tam daleko na scenie, a muzyk w tym czasie kroczył dumnie po wybiegu nie słysząc co śpiewa, bo następny zestaw odsłuchów stał dopiero na końcu wybiegu. Tak, jak w pewnym momencie pozbawiono mikrofony kabli, aby dać więcej swobody wokaliście i muzykom, również odsłuchy zminiaturyzowano, wsadzono do uszu i pozbawiono sporej części kabli.

Postęp technologiczny sprawił, że wykonawców śpiewających bez odsłuchów dousznych zaczęło ubywać z roku na rok. Obecnie dochodzi do tego, że Ci, co nie używają IEMów są postrzegani jak dinozaury. IEMy stały się standardem. Jednym z niewielu wokalistów, który nie używa IEMów jest Dave Gahan. Doskonałym przykładem, gdy artysta milknie krocząc dumnie po są fragmenty, gdy Dave w czasie World In My Eyes wychodzi na scenę (dlaczego to się dzieje wczesie przerwy w śpwieaniu), Peace, Enjoy The Silence na ostatniej trasie.

Być może jest to jeden z powodów tego, iż w czasie minionej trasy wielu zarzucało mu fałszowanie lub brak zgrania z resztą muzyków. Odsłuchy obok wielu plusów w pewnym sensie odgradzają publikę od wokalisty. Wokalista słyszy tylko tyle, ile jego mikrofon zbierze z publiki. W pewnym sensie wokalista przez cały koncert słucha soundboardu z uwypukleniem swojego wokalu. Dla wokalisty publika słyszana przez odsłuchy (a raczej niesłyszana) wygląda jak oglądanie TV z włączonym „MUTE” Wiele razy spotykałem się z tym, że śpiewający, aby coś usłyszeć od publiki wyjmowali odsłuchy, bo inaczej nie byli w stanie złapać kontaktu. Co ma wspólnego fałszowanie z brakiem odsłuchów w uszach? Otóż Dave jako ruchliwa bestia podróżuje przez całą scenę i często traci kontakt z odsłuchami umieszczonymi na scenie, ale to nie jest cała prawda. Współczesne systemy odsłuchowe otworzyły pole do dużo większego wsparcia muzyków na scenie.

square_louped_ew300-2-G3-sq01-sennheiser.jpg

W IEM’ach muzyk może nie tylko słyszeć siebie i swój instrument, a następnie resztę muzyków w tle, ale też może słyszeć pracujący metronom wyznaczający taktowanie utworu, Wszystko po to, aby śpiewać możliwie czysto, możliwie powtarzalnie i zgrywać się z resztą ekipy. Może komunikować się z innymi muzykami, może również słyszeć informacje przekazywane przez ekipę nagłaśniającą koncert. Dotarliśmy do takich czasów, gdzie zespoły zamieniają się w aktorów, a scena jest jedynie miejscem, z góry wyreżyserowanych spektakli. Całością kieruje reżyser który mówi kiedy wokalista ma zacząć śpiewać pilnuje aby np. gitarzysta wszedł we właściwym miejscu z solówką, albo spowalnia jakiś instrument, gdy za szybko zaczyna swoją partię. Dzięki dousznym odsłuchom zespół może wiedzieć, co dzieje się z pozostałymi członkami zespołu, gdy częścią sceny są wybiegi rozchodzące się w różne strony. W pewnym sensie zespół oddaje część odpowiedzialności za to, co się dzieje na scenie komuś kto nawet na niej nie jest. Z punktu widzenia użyteczności same plusy, choć estetycznie nie jest to najlepszy ozdobnik uszu. Również zabija sporą część spontaniczności na scenie i odbiera pewien czar niepowtarzalności koncertu. Trzeba jednak zrozumieć, że w czasach, gdy zagranie konkretnego akordu może sprawić iż na ekranie pojawi się jakiś obraz lub w odpowiedni sposób zaświecą się światła sprawia często, że to muzyk jest przedmiotem / narzędziem akcji, dla kogoś kto koordynuje spektakl, a nie sam kreatorem. Takie czasy….

W depeche MODE odsłuchów dousznych używają Martin Gore, Christian Eigner, Peter Gordeno. Odsłuchów scenicznych używają za to Dave i Andy.

No dobrze, ale co z tymi bootlegami? Już wyjaśniam. Odsłuchy zapewniają sporą dozę swobody ruchu i są ze wszechmiar użyteczne. Dzieje się tak dzięki pozbawieniu artysty kabla łączącego wykonawcę z aparaturą ustawioną za sceną. Podobnie jak w przypadku mikrofonów bezprzewodowych komunikacja odbywa się droga radiową. Jednak IEMy z technicznego punktu widzenia mają dla zespołów jeszcze jeden słaby punkt.

31G-pqM3OXL._SL500_AA300_.jpgSygnał radiowy przesyłany między muzykiem, a stacją bazową bardzo łatwo przechwycić. Fani zespołów używający IEMy zaczęli wykorzystywać ten fakt i zaczęli nagrywać koncerty przechwytując właśnie sygnał z IEMów. Wystarczy ustawić tzw scanner (potocznie nazywany krótkofalówką) na odpowiedni kanał i można usłyszeć cały koncert, co więcej nie trzeba być pośród publiczności, wystarczy ustawić się gdzieś na parkingu w pobliżu hali i otrzymujemy odsłuch koncertu gratis. Wszystko jest kwestią jakości zakupionego sprzętu, a w szczególności zasięgu anteny. Teraz wystarczy już tylko podłączyć sprzęt nagrywający i mamy temat załatwiony. Oczywiście im dalej od sceny tym nagranie może być bardziej zniekształcone i zaszumione. Historia zna jednak takie przypadki, że bootleg z koncertu powstał w bagażniku samochodu.

Na początku tekstu napisałem, że IEMy to właściwie pewien rodzaj soundboardów. To prawda, nie mniej są pewne różnice. W poprzednim tekście szerzej o tym pisałem. Teraz wystarczy, że powiem iż SBD jest zapis sygnału na sumie ze stołu mikserskiego wszystkich muzyków na m/w tym samym poziomie słyszalności, z ledwo słyszalną publiką. Tym czasem nagrania z IEMów, to zapis odsłuchu jednego muzyka, lub wokalisty, który przede wszystkim słyszy siebie i swój instrument. Dlatego najpopularniejszymi „ofiarami” tego sposobu nagrywania bootlegów są wokaliści lub gitarzyści, dużo rzadziej basiści, czy pałkerzy. Choć tak na marginesie, to właśnie słaba jakość linii basowej, czy perkusyjnej jest najczęstszą słabością bootlegów tzw audience recordings, czyli robionych z publiki.

Recorder cyfrowy Tascam df-680. Tego typu urządzenia mogą być odbiorcami przechwyconego sygnału przez scanner cyfrowy.
Recorder cyfrowy Tascam df-680. Tego typu urządzenia mogą być odbiorcami przechwyconego sygnału przez scanner cyfrowy.

Jeżeli drogi czytelniku dotarłeś do tego miejsca, to myślę, że już wiesz dlaczego nie ma IEMów z koncertów depeche MODE. Po prostu nie ma od kogo nagrywać. Dave nie używa odsłuchów dousznych, a dotychczasowe doświadczenia z nagraniem, którego źródłem był przechwycony sygnał z odsłuchu Petera Gordeno (Dusseldorf 2006.02.21) skutecznie zniechęciły potencjalnych zapaleńców do dalszej twórczej pracy na tym polu. Osobiście bardzo lubię IEMy i słucham ich dosyć sporo od innych zespołów. Trzeba jednak przyznać, że zapisy z IEMów są tylko półśrodkiem. Dlaczego? Tego typu nagrania dają bardzo dobrą jakość zapisu, nieosiągalną dla bootlegów nagrywanych z publiki. IEMy są jednak przekoszone w jedną ze stron jako, że uwypuklają tylko jednego z członów zespołu. Podobnie, jak i mi zaczęło to przeszkadzać innym fanom. Reakcją na problemy egzystencjalne bootlegerów stało się grupowe nagrywanie IEMów, gdzie każdy bootleger rejestruje sygnał innego muzyka, do tego dodając jeszcze nagranie z publiczności otrzymujemy bootleg o niespotykanej do tej pory jakości. To gdzie można dostać takie bootlegi? Zapytacie. Odpowiadając po pejsbookowemu… 'to skomplikowane’. Teoretycznie można je ściągnąć z sieci. Praktycznie zapisów audio samych w sobie właściwie nie ma. Takie miksy kilku IEMów i nagrania z publiki robi się na potrzeby fanowskich multicamów.

Przed koncertem społeczność fanów umawia się na nagranie koncertu z kilku kamer. Od początku wszystko jest zaplanowane kto, gdzie stoi na jakie miejsce kupuje bilet, a nawet kogo filmuje. Podobnie jest z ekipą rejestrującą audio, która z góry wie na czym się skupić. Po odpowiedniej obróbce otrzymujemy nagranie właściwie bliskie profesjonalnemu koncertowi (przy zachowaniu wszelkich proporcji oczywiście). Tego typu muliticamów z koncertów U2, Metallicy, czy innych artystów pojawia się sporo i są dla mnie tym najwyższym stadiów rozwoju rejestracji bootlegów, jakie fani są w stanie osiągnąć. Później są już tylko profesjonalne rejestracje.

Na koniec tego, i tak już długiego, tekstu pora sobie odpowiedzieć na pytanie, czy kiedyś jeszcze pojawią się IEMy z koncertów depeche MODE. Przede wszystkim trzeba pamiętać, że jest to inwestycja w sprzęt paru tysi. Z tym sprzętem ryzykuje się w końcu utratę jego i kłopoty ze służbami porządkowymi. Skupiłbym się też na zapisie z odsłuchów Martina, a nie Petera. Słuchając tego Dusseldorfu czasami ciężko było oprzeć się wrażeniu, że słucha się zupełnie innego koncertu, niż tego na którym miałem okazję osobiście być, a sam Gordeno brzmi jak pierwszoroczniak w klasie syntezatorów. Martin gra i śpiewa, chyba jednak dużo płynniej, a przynajmniej musi.

Ostatnia sprawa w odpowiedzi na powyższe pytanie, to są LHN’y. Jeżeli tego typu nagrania będą się upowszechniać na całą trasę i ich jakość będzie wzrastać (wszyscy pamiętamy problemy z jakością nagrań i fałszerstwa utworów z początku TOTU w 2009 roku), to potrzeba nagrywania IEM-bootlegów jako takich zostanie baaardzo mocno zawężona do grupy fanów-taperów, bo pozostała masa fanów będzie zainteresowana już tylko LHN’ami w dowolnej postaci.

Internet w służbie depesza

Są tacy, którzy często, aby dowiedzieć się coś na temat jakiegoś pojęcia, zjawiska, osoby, odpalają wyszukiwarkę wpisują poszukiwaną frazę i przeglądają strona, po stronie z linkami, aby dowiedzieć się co jest nowego na temat poszukiwanej frazy. Oczywiście nie mam na myśli tych, co odpalają googla, aby w oknie wyszukiwarki wpisać np. www.depechemode.com 🙂

Zdaję sobie sprawę, że wielu nie rozróżnia przeglądarki od wyszukiwarki, w takim razie ten tekst będzie dla nich kursem dla zaawansowanych i to mocno. Chciałbym podzielić się z Wami rodzajem tipa, który mi pomaga śledzić informacje na temat m.in. depeche MODE w codziennym życiu. Gdzie zamiast codziennie wyszukiwać, przeszukiwać informacje i śledzić je, to one przychodzą do mnie same i zapoznaję się z nimi zawsze wtedy, gdy mam na to czas i ochotę.

Ponieważ 90-kilka procent utożsamia wyszukiwarkę z Googlem, a Binga „musi” się używać tylko na pejsbooku, o Yahoo, czy Volfram Alfa, Yandex, czy polskiej wyszukiwarce NetSprint nie wspomnę już, dlatego główny przykład będzie właśnie na tej pierwszej.

* * *

Jeżeli często, a nawet codziennie zdarza Ci się, że wyszukujesz tę samą frazę np. „depeche MODE mp3„, „depeche MODE forum„, „depeche mode zdjęcia„, „depeche mode koncerty” itp, warto pomyśleć o zautomatyzowaniu tej czynności.

Internet
Internet

Od pewnego czasu tak właśnie robię wykorzystując jedną z funkcjonalności Googla, który nazywa się Alerts. Wpisując odpowiednią frazę i parametryzując pozostałe zmienne możemy otrzymać informacje z:

  1. najświeższymi publikacjami z blogów, for internetowych, stron www, portali, w których pojawiła się poszukiwana fraza;
  2. w miarę jak napływają lub raz dziennie lub raz w tygodniu;
  3. tylko rezultaty najlepiej dopasowane lub wszystkie;
  4. na swojego emila (nie musi to być koniecznie gmail) lub jako rss.

W przypadku posiadania konta na gmailu, łatwiej jest potem zadanymi frazami zażądać, ale zasada działania pozostaje taka sama niezależnie od posiadanego emila.

W moim przypadku efektem są przychodzące raz dzienne emile na moje konto, w których zebrane są wszelkie informacje jakie w ciągu ostatnich 24h pojawiły się na temat np. depeche MODE. Są tam oczywiście śmieci, jak i informacje wartościowe, ale to, co dla mnie jest informacją śmieciową, dla innych może być wartościowe i na odwrót. Cały czas też pamiętam, że są inne drogi docierania do ważnych dla mnie informacji, jak np specjalistyczne serwisy (blogi, strony), czy fanpejdże w serwisach społecznościowych.

Żeby nie było tak na jedną nóżkę, to warto zainteresować się również podobnym narzędziem w polskiej wyszukiwarce NetSprint – NetSprint Donosiciel.

Przez wiele lat była to dla mnie najlepsza wyszukiwarka indeksująca polski Internet i chyba tak jest nawet do tej pory. Nie wszystko jest dobrze widoczne za oceanem ze stołka w Mountain View. Po wpisaniu poszukiwanej frazy i swojego emila również codziennie możemy otrzymywać raporty na temat potencjalnie interesujących nas pojęć pojawiających się w polskim Internecie. Zasada działania jest taka sama, jak w przypadku Google Alerts. Co godzinę, raz na dobę lub raz na tydzień.

Za kilka miesięcy rozkręci się ponownie cyrk płytowy, ruszy trasa i będziemy śledzić dzień po dniu wydarzenia naszych ulubieńców. Ten tekst to taka podpowiedź jak spróbować ogarnąć i nie zgubić się w zalewie informacji.

Skąd się biorą Soundboardy?

Pfff, no jak to skąd? Ktoś z obsługi technicznej nagrywa, a potem wypuszcza w świat. Wielka mi filozofia. Tak można najprościej napisać i właściwie temat pierwszego w Nowym Roku wpisu można odfajkować jako załatwiony. Skoro jednak już w pierwszym zdaniu tego tekstu wyjaśniam sprawę, to może jednak nie o to mi chodzi. Dziś o tym jak i skąd biorą się soundboardy.

Paradoksalnie powinienem tego typu rozważania zacząć od opisania czym są bootlegi itp, bo potoczna wiedza nie jest do końca tym samym, co mówi o bootlegach literatura fachowa. Zostawię to sobie jednak na inne czasy.

Do ruszenia tego tematu skłoniło mnie wypłynięcie na światło dzienne specyficznej formy bootlegu jakim jest soundboard, w tym przypadku z pierwszego koncertu w Los Angeles 1990.08.04. Nagranie wypłynęło pod koniec ub roku i od razu wzbudziło liczne spekulacje. Ciężko jednak nie stawiać pytań, gdy po takim czasie pojawiają się na ebay’u nagrania, o których nikt nawet nie marzył lub wszyscy byli przekonani, że ew. jedynymi posiadaczami jest zespół lub jego otoczenie.

Ale od początku. Co to jest soundboard? Jest to zapis koncertu zgrany bezpośrednio ze stołu mikserskiego lub z jakiegoś innego miejsca poprzez wpięcie się w instalację nagłaśniającą koncert. Jest to ten sam dźwięk, który potem publika słyszy płynący z głośników. Podstawową zaletą bootlegów, których źródłem jest zapis ze stołu mikserskiego jest stosunkowo wysoka jakość nagrania. Minusem (dla wielu) jest brak wyraźnie słyszalnej publiczności. Publika jest o tyle słyszalna o ile mikrofony ustawione na scenie zdołają zebrać jej krzyki. Dla mnie odsłuch soundboardu to taki test weryfikujący jakość publiki. Nagrać koncert z publiki i powiedzieć, że była głośna jak żadna to każdy głupi potrafi :-P. Ale tak śpiewać i klaskać, żeby potem na soundboardzie było to wyraźnie zarejestrowane to trzeba już umieć. Mówię o publice oczywiście 😉

Bootleg
Bootleg

Po co, w takim razie, są nagrywane koncerty w takiej postaci? Teoria jest taka, że zespoły często rejestrują zapisy swoich występów, aby potem móc wprowadzać zmiany w wykonaniach utworów oraz w samej setliście. Zarejestrowane nagrania używane są do korekcji ustawień aparatury nagłaśniającej. Służą również jako dokumentacja koncertów. Czasami wykorzystywane są w celach promocyjnych dla dziennikarzy, marketingowców, szefostwa wytwórni. W przypadku takich zespołów jak U2, Metallica, czy depeche MODE mogą służyć również jako baza do przygotowania nagrań z koncertów do sprzedaży fanom. Wystarczy ustawić dodatkowe mikrofony zbierające pracę publiki i po zmiksowaniu i oczyszczeniu (kolejność chyba odwrotna) powstaje wydawnictwo potocznie nazywane przez fanów depeche MODEjako LHN. Tak, tak LHNy to są właśnie soundboardy z dograną publiką. Dlatego nie będą to nigdy płyty koncertowe z krwi i kości i zawsze będą należeć do bocznego katalogu depeche MODE. I dlatego, tzw LHNom bliżej do bootlegów, niż do pełnoprawnych wydawnictw z oficjalnego katalogu zespołu.

Skoro już wiemy po co powstają soundboardy, warto postawić kolejne pytanie: Jak to się dzieje, że tego typu nagrania wypływają? Co zespół na to? Odpowiedź jest jedna: to skomplikowane… nie wyjaśnia? No to rozwinę. Otóż w początkowych latach istnienia zespołu Panowie Dave & Co wręcz sami rozdawali zapisy swoich koncertów, dzięki temu zwiększał się fanbase. Potem fani przegrywali sobie te bootlegi i szum wokół zespołu się nasilał. Z czasem sytuacja zaczęła się zmieniać, bo zespół nie miał już w tym interesu. Źródłem soundboardów zaczęli być członkowie ekipy technicznej, pracownicy stacji TV, radiowych lub pracownicy firm zewnętrznych dostarczających dodatkowe nagłośnienie, osprzęt potrzebny do tego, aby koncert się odbył.

Performance - Live In Basel, 1984.11.29
Performance – Live In Basel, 1984.11.29

Nie od dziś wiadomo, że dla technicznych na koncertach zapis koncertu z konsolety jest tym czym dla pilota zapis z czarnej skrzynki samolotu (dokumentacją jego pracy). Teoretycznie przyjęte jest, że po nagraniu konkretnego koncertu i ew. późniejszym odsłuchaniu w celu naniesienia ew. korekt nagłośnienia, brzmienia instrumentów przy okazji kolejnego koncertu takie nagranie jest nadpisywane przez kolejny koncert. Po prostu kasety (DAT) rotują w sprzęcie nagrywającym co kilka występów. Oczywiście są też takie ekipy, że każdy koncert jest nagrywany i archiwizowany. Zespoły mają różne podejście do tej kwestii, wszystko zależy od tego, jak bardzo powtarzalny jest występ na przestrzeni całej trasy koncertowej. Kiedy w 2010 roku wypłynęły SDB’y z San Francisco 1990.07.21 i Los Angeles 1990.08.05. Side-line przepytało na tę okoliczność Alana potwierdzając, że źródło tych nagrań powstało, aby sprawdzić:

how the show was sounding generally, or how well or badly it was being mixed out front.

To oczywiście wszystko fajne, co napisałem, ale Ciebie drogi czytelniku-fanie nurtuje pytanie – czy depeche MODE nagrywa swoje koncerty w taki sposób? Tak, nagrywa. Nie wiem od kiedy ale jestem więcej jak pewien (tzw doświadczenie życiowe i wiedza nabyta przez lata), że każdy koncert depeche MODE jest nagrywany. Czy przetrzymuje próbę czasu, to już inna sprawa. Od 2006 roku mamy dowód namacalny w postaci LHNów. To nie jest nic nadzwyczajnego, to rodzaj rutyny na trasie. depeche MODE praktycznie od początku koncertowej działalności to robi. Najstarszy, znany soundboard pochodzi z Londynu z 1983 (rejestracja przez BBC).

Wypłynięcie kolejnego nagrania z trasy World Violation zostało wsparte przeciekiem, że soundboardów z tej trasy jest więcej i należy przygotować się na kolejne produkcje jak TA. Źródłami SDB są techniczni ze starych tras depeche MODE lub ludzie, którzy weszli w posiadanie tych nagrań czasami w dość przypadkowy sposób. Otwartą kwestią pozostaje sprawa, czy i kto archiwizuje te nagrania, dzięki czemu mogą one po lata wypływać i przyśpieszać krążenie.

Ultra live - Bootleg
Ultra live – Bootleg

Soundboardy były i będą pożądanymi, przez fanów, nagraniami z tras koncertowych, bo pozwalają wejść w posiadanie nagrania koncertowego dobrej jakości bez żadnych poprawek. Daje to poczucie obcowania z czymś oficjalnie nieosiągalnym i trudno dostępnym. Dzięki soundboardom możemy również bawić się na zlotach przy nagraniach koncertowych z tras, do których nie zostały wydane oficjalne nagrania koncertowe.

W następnym wpisie o tym, co to są IEM’y i dlaczego właściwie nie ma ich z koncertów depeche MODE.

Bufet – czyli wyżywienie na trasie, cz.2 – TTA+TOTU

W poprzednim wpisie opisywałem wyżywienie na trasie dla raptem 11 osób zespołu, żon, kochanek i ekipy technicznej, jaka była obecna na trasie koncertowej w 1983 roku podczas Contruction Tour. Tym razem przenosimy się o 20+ lat i zahaczymy m.in. trasy Touring The Angel i Tour Of The Universe. Ekipa koncertowa na trasie rozrosła się do blisko 80 osób.

Czasy się zmieniają i zespół jest już na tyle sławny, że ich wolność poruszania w czasie trasy staje się mocno ograniczona. Do tego doszła również zmiana relacji w zespole, o całym bagażu historii będę już wspominał, bo to każdy fan doskonale je zna. depeche MODE zmieniło już swoje upodobania, co do kulinariów. Czasy wspólnego biesiadowania odeszły w zapomnienie. Teraz zespół jeżeli nie musi, to siedzi cały czas w pokojach lub udziela wywiadów.

Do 1986 zespół polegał na kateringu dostarczanym przez organizatorów poszczególnych koncertów. Zmiana nastąpiła od 1987 roku, kiedy to na stałe pojawili się członkowie ekipy odpowiedzialni za część kulinarną trasy. Byli to przeważnie zatrudnieni na potrzeby trasy ludzie z zewnętrznych firm kateringowych. W 1987 roku były to 3 osoby z firmy Flying Saucers, w 1990 roku 4 z firmy Popcorn Catering, a od 1993 roku pojawia się firma Eat Your Hearts Out z Londynu; od tej trasy stała ekipa zapewniająca wyżywienie na trasie to również 5 osób. Firma Eat Your Hearts Out, z wyjątkiem Touring The Angel obsługuje depeche MODE stale, również w latach 2009-2010. W 2005 i 2006 roku pojawia się ponownie firma Popcorn Catering, choć stosowną informację znalazłem dopiero na stronie tej firmy, a nie tourbooku. Tam nie ma śladu po tym. Oczywiście kiedy zapuści się wyszukiwanie w tym temacie, to można znaleźć również firmy dostarczające wyżywienie np. po koncertach w Polsce, ale nie ma co ściemniać, nie było to wyżywienie dla zespołu czy ekipy, a jedynie dla vipów odwiedzających koncert lub na aftershowparty i to zdecydowanie bez udziału zespołu – Tomato Catering, lub przy okazji niedoszłego koncertu w Warszawie w maju 2009.

100223_Horsens_00

Zespół i ekipa koncertowa są w zasadzie samowystarczalne. Ze względu na specyfikę przedsięwzięcia i często zmieniające się miejsca stacjonowania ridery techniczne dla organizatora są bardzo zwięzłe i właściwie sprowadzają się do dostarczenia narzędzi i środków potrzebnych do zapewnienia egzystencji w danym mieście. Porównania do statku i portu nasuwają się same. Ma to również zastosowanie w przypadku wyżywienia. Przykładem może być tu rider techniczny z trasy w 2006 (koncert w Bratysławie). Wszystko ogranicza się właściwie do 6 punktów. Rider skupia się raczej na zapewnieniu wyżywienia dla ekipy technicznej, niż samego bandu. Stąd jego zwięzłość. Najprawdopodobniej na 6 punktów tylko niektóre odnoszą się do samego zespołu.

6 punktów ridera dotyczące kateringu wygląda następująco:

  • Organizator koncertu zobowiązuje się przygotować część jadalną dla 75 osób.
  • W części kuchennej mają być zabezpieczone kosze do sortowania odpadów.
  • Dwie pojemne lodówki.
  • 100kg lodu (chyba do drinków, mój przypis)
  • Jeżeli katering był zewnętrzny, to część jadalna musiała mieć wymiary 12x12m, podobnie jak część kuchenna. (trochę tego nie rozumiem, ale oki mój przypis)
  • Zespół ma własny katering, organizator zabezpiecza jedynie półprodukty wedle zamówienia. Każdego dnia będzie przygotowywany specjalny rider na ten temat.

rider_TTA_1

I faktycznie, jak ogląda się np materiał zza kulis z Tour Of The Universe na video z Barcelony, to czasami trudno nie zauważyć, że na każdej ścianie wisi menu dnia. Oczywiście dotyczy to części zarezerwowanej tylko dla zespołu. Zakładam jednak, że przynajmniej część swojej kulinarnej aktywności zespół poświęca na pochłanianie kuchni hotelowej.

rider_TTA_0

rider_TTA_2

Picture by Steve Currid Picture shows: DEPECHE MODE backstage menu at concert in the O2 Arena in Prague (O2 Praha), 14 January 2010. Part of their TOUR OF THE UNIVERSE tour
Picture by Steve Currid
Picture shows: DEPECHE MODE backstage menu at concert in the O2 Arena in Prague (O2 Praha), 14 January 2010. Part of their TOUR OF THE UNIVERSE tour

Z listy zamówień kateringowych właściwie zniknął alkohol. Z dwóch powodów. Dave, jak wiemy, od połowy lat 90. nie pije. Natomiast Martin rzucił picie właściwie z dnia na dzień podczas Touring The Angel. Jedynym odurzającym się różnymi wersjami alkoholu metylowego jest Andy i część ekipy koncertowej. To już nie czasy jak choćby z roku 2001, gdy trzeba było zapewniać ekipie koncertowej w Warszawie pełen katering bo… „mieli troszeczkę kataru” jak śpiewa inny klasyk.

Przeczytaj o wyżywieniu na A Broken Frame Tour, Construction Tour i Music For The Masses Tour.

Tekst opracowany na podstawie Tourbooków z lat 1984-2010, Tour Itinerary z lat 1990-2010, Riderów Technicznych z lat 1983 i 2006.

The Landscape Is Changing, czyli o tym jak zmienia się rynek muzyczny

W branży muzycznej (przyznam spodziewaną) informacją dnia jest sprzedaż labelu EMI do Universal, a publishingu do Sony. Tak o to po kilku latach rewolucji cyfrowej w branży z wielkiej piątki mejdżorsów została tylko trójka. Dzisiejszy dzień był też interesujący z innego powodu, ale o tym w drugiej części tego wpisu.

O tym, że EMI jest zagrożone sprzedażą mówiło się właściwie od czasów wybuchu kryzysu w 2007 roku. Wtedy to za pieniądze banków jeden funduszy inwestycyjnych przejął własność EMI. Finał był taki, że w momencie, gdy wybuchł kryzys fundusz popłynął, a faktyczne właścicielstwo nad EMI przejęła grupa CITI.

Kwestią czasu była już tylko informacja o tym, że papiery EMI zostaną sprzedane komuś kto pozwoli grupie CITI odzyskać umoczoną kasę. Wszyscy wiemy, jak banki w naszych czasach poszukują kasy.
Co to dla nas depeszy może oznaczać? Ano i nie wiele i dużo, zależy jak się na to patrzy. Spora część starego katalogu leży  w rękach EMI, choć wszystko wydane, wznowione lub reedytowane po 2001 roku jest już opatrzone klauzulą: „under exclusive licence of Venusnote Ltd„, przez co depeche MODE jedynie łaskawie „pozwalało” wydawać swoją twórczość przez podmioty trzecie.
Obecna sytuacja jest taka, że Venusnote = depeche MODE i po wydaniu Sounds Of The Universe pozostaje bez wytwórni. Jest trochę jak panna na wydaniu (ponownym) z bogatym posagiem do przejęcia. Może łapy położyć na tym nadal Universal (EMI) lub zupełnie ktoś inny. Może też depeche MODE wydać się samo i Venusnote może stać się w końcu wydawcą, a nie tylko formą zarządzania i ładu prawnego dla projektu o nazwie depeche MODE.
Zanim jednak dotarła do mnie informacja o sprzedaniu EMI. Treść tego wpisu na blogu miała wyglądać trochę inaczej. Też miało być o zmieniającym się rynku muzycznym, ale trochę z innej strony…
W 2010 roku przy okazji rozważań nad Video z Barcelony (2009), na tym blogu, ale też na PFDM, prowadziłem rozważania i dyskusje nt wydanego dvd/br. Jedną z moich konkluzji była myśl o tym, że to jest jedno z ostatni wydawnictw depeche MODE w postaci fizycznej. Spotkało się to z głębokim nie zrozumieniem, bo przecież płyty (niektóre się kupuje), a tylko frajer płaci za pliki, które można ściągnąć z zaprzyjaźnionych serwisów.
Moje argumenty (sprzed roku) o tym, że gry i oprogramowanie właściwie w większości podbiera się z sieci w postaci aplikacji dedykowanych dla danego środowiska. Kto ma telefon pędzony na Androidzie lub iOS ten wie o czym mowa. Właściwie już nikt nie kupuje pudełkowych wersji, chyba że częścią instalacji jest opasła literatura i program kosztuje „many milion dollars„. Dzieje się tak, bo jest to na rękę producentom i dystrybutorom aplikacji, dzięki temu w pewnym sensie odzyskują kontrolę nad sprzedażą i dystrybucją oprogramowania.
Film w wypożyczalni fizycznie wypożyczyłem baaaardzo dawno temu, za to wiele tytułów zobaczyłem w postaci VOD lub na serwisach typu FilmWeb. Nie wspomnę bijącym rekordy popularności formacie mkv ;-), ale to inna historia. Dystrybucja na fizycznych nośnikach dla tzw szarej masy lub ciemnego ludu przestaje istnieć.
To samo czeka nas i to bardzo szybko w temacie muzyki. Na Spiders Web znalazłem dziś bardzo pouczający artykuł. Jako, że ten serwis należy do bardzo dobrze poinformowanych uznałem, że trzeba wrócić do tematu z przed roku. Komu nie chce się czytać napiszę w skrócie, że w przyszłym roku możemy zostać zmuszeni do przejścia na zakupy cyfrowe muzyki. Ponieważ wydawcy chcą uchronić się przed sytuacją, gdy wydając albumy na fizycznych nośnikach przestaną na tym zarabiać. Chcą zrobić uderzenie uprzedzające i póki jest to jeszcze rynek dochodowy (z tendencją spadkową), to chcą przestać wydawać tytuły na płytach CD. To wszystko ma się stać w przyszłym roku. Na CD mają być wydawane jedynie wersje kolekcjonerskie.
Tłumacząc to z polskiego na depeszowe. Następna płyta depeche MODE jako podstawowa wersja wydana będzie jedynie w formacie cyfrowym. Natomiast na CD/DVD wydany zostanie jedynie box typu Super DeLux lub Uber Super Delux. A jeszcze inaczej mówiąc karton zostanie, a plastik i wydawnictwa typu „Polska Cena” zamienią się w ciąg bitów. Zdecydowanie na pewno ten los czeka single. Być może co jakiś czas po prostu będziemy otrzymywać box ze zbiorem singli z danej dekady lub na zakończenie okresu promocji danego albumu. To samo czeka również koncerty video, choć w naszym kraju potrzeba trochę bardziej stabilnych i szybszych łączy.
Z jednym nie mogę się zgodzić w przytaczanym tekście ze Spiders Web:
Zresztą i to nie na zawsze – nawet najwięksi audiofile w końcu przekonają się do bezstratnych formatów cyfrowych.
Otóż prawdziwi audiofile słuchają z winyli, a CD uznawane jest za coś gorszego.
No nic czas pokaże czy i jak szybko te czasy nadejdą. Renesans winyli pokazuje, że niektóre pogłoski o śmierci mogą być mocno przesadzone.

Ten zespół skończył się po…

Trochę z przymrożeniem, trochę na serio, zebrałem wszystkie zarzuty, jakie pojawiał się pod adresem depeche MODE na przestrzeni lat. Dla jasności nie interesowało mnie zupełnie obecne postrzeganie płyt zespołu z przed lat, ale to, jak ewolucja zespołu i ich muzyka była postrzegana przez ludzi w tamtym czasie. No to zaczynamy. depeche MODE skończyło się po…

…Speak & Spell…

Ja wiem, że to brzmi kuriozalnie dla ludzi, którzy zakochiwali się w tym zespole długie lata po wydaniu debiutu. Tekst: depeche MODE skończyło się po Speak & Spell jest przytaczany raczej, jako żart jest na równi ze słynnym powiedzeniem, że Metallica skończyła się po Kill’em All. Właściwie tak należałoby ten pierwszy przykład traktować, gdyby nie to, że rzeczywistość czasami jest śmieszniejsza od fikcji.

W każdym razie czytając i przeglądając prasę anglosaską, a szczególnie tę z wysp trudno nie odnieść wrażenia, że dla brytyjskich mediów depeche MODE skończyło się właśnie po Speak & Spell.

W 1981 roku Vince Clarke był podporą muzyczną dla młodego zespołu z ledwo jednym albumem wydanym w niszowej wytwórni. Po odejściu z zespołu prasa wieszczyła rychły koniec depeche MODE.  Nie dawano im zbyt wiele szans. Po ukazaniu się pierwszych nagrań pod szyldem Yazoo i nowych nagrań zapowiadających A Broken Frame próbowano antagonizować oba zespoły, przeciwstawiając i porównując ich twórczość. Kto pamięta wojny wszczynane przez prasę brytyjską – The Beatles vs. The Rolling Stones, czy Oasis vs. Blur, ten zrozumie, co próbowano zrobić z depeche MODE i Yazoo. To był jeden z powodów późniejszej niechęci Vince’a do zespołu aż do 1995 roku, kiedy to próbował powrócić do zespołu po odejściu Alana. Oczywiście muzyka w wykonaniu Yazoo była stawiana wyżej od tego, co ówczesne trio z Basildon chciało pokazać światu. Zespół sam się podkładał występują w masie gównianych programików typu Jim’ll Fix It, czy śpiewając z kurami.

Niestety prasa brytyjska miała rację, syndrom drugiego albumu spełnił się na prawie całym albumie i do tego bez głównego filara muzycznego. Do tego próba udowodnienia na siłę swoich możliwości muzycznych jako tiro, bez angażowania w proces twórczy nowego muzyka – Alana Wildera dało wszystkim znany efekt.

Był to czas, gdy zespół przebywał w permanentnej trasie koncertowej z przerwą na sesję nagraniową A Broken Frame, bo wiedzieli, że na listach przebojów nie mają szans. Musieli być TAM w terenie, aby przyszli fani mogli ich poznać. Tak jest właściwie do dziś. Wersje koncertowe nawet średnich płyt brzmią lepiej na żywo, niż studio. To właśnie koncertami depeche MODE utorowało sobie drogę do dusz fanów, a nie byciem na listach przebojów, czy po przez uznanie mediów.

Po średniej drugiej płycie dla anglosaskiej prasy muzycznej depeche MODE przestało istnieć właśnie po Speak & Spell. Kolejne próby przebicia się na brytyjskim rynku sprawiały co najwyżej obojętne przyglądanie się tym poczynaniom. I tak jest do dziś… z niewielkimi wyjątkami.

Inna sprawa, że dla wielu fanów również dopiero płyta Construction Time Again to ponowny debiut depeche MODE pod względem artystycznym i w najlepszym składzie.

…po Black Celebration…

Tu już będzie poważnie. Wiele razy przy okazji dyskusji o depeche MODE przytaczałem poniższe opowieści jako przykłady obrazujące moje wywody. Zanim przejdę do meridium 😉 sprawy krótki rys historyczny. Lata 80. to był taki dziwny(?) czas, gdzie ważna była pewna czystość formy. Pod każdym względem…

Metal to był metal i widząc kolesia z długimi piórami w rurkach i na czarno wiadomo było kto on. Depesz jak szedł ulicą, to też bez dwóch zdań można było z daleka powiedzieć, że to nasz. Dlatego na ulicach depesze witali się jak bracia i siostry, przybijali piątki, gawędzili z totalnie nieznajomi ludźmi, potem czasy się zmieniły i podobno teraz ważne jest to, co ma się w głowie, a nie na głowie. Wtedy było nie do pomyślenia, żeby Skin lubił muzykę depeche MODE, a hip-hopowieć powoływał się na kształtowanie swojego gustu i korzeni również na depeche MODE.  Inna sprawa, że nawet będąc depeszem można było od depesza w Polsce obskoczyć łomot tylko za to, że było się z niewłaściwego miasta, np. za Warszawę, albo w Toruniu za Bydgoszcz, czy w Radomiu za Kielce. Ale to była taka nasza głupia, lokalna specyfika.

Ten rodzaj czystej formy był, w owym czasie ważny również w muzyce. „Szanujące się” zespoły metalowe nie mogły nagrywać teledysków, bo fani pluli im w twarz – pamiętna scena z Jamesem Hetfieldem który został opluty przez fana za to, że nakręcili w 1987 roku teledysk do One – ze słowami o sprzedaniu się. Teledyski były dobrze dla kapel spod znaku pudel rocka, a nie wymiataczy ciężko grających. Zespoły rockowe nie mogły używać elektroniki jako, że ta była uznawana wśród „szanującego się”, szeroko pojętego środowiska rockowego za coś gorszego. Potem chyłkiem weszły tła odpalane ze stop umieszczonych przed gitarzystą. Ale zespoły zasłaniały się, że nie jest to elektronika, tylko sample, ale furtka powoli się otwierała. W muzyce elektronicznej było, podobnie, choć może mniej ortodoksyjnie.

Music For The Masses zwiastowało nadchodzącą zmianę. Na 4 lata przed nastaniem nowej dekady płyta była zapowiedzią zmiany podejścia do muzyki i w muzyce na świecie. Rzeczy, które stały się kwintesencją lat 90. w poprzedniej dekadzie działy się podskórnie w klubach Detroit, Machasteru, Bristolu, czy Berlina. Właściwie cała scena muzyczna, która znaczyła coś potem w latach 90. na europejskim i amerykańskim rynku muzycznym, jako swoje korzenie wymienia właśnie depeche MODE.

W USA zespół z płytą Music For The Masses odniósł co prawda spory sukces, który był fundamentem pod przyszłe sukcesy Violatora na całym świecie. W owym czasie były dwa zespoły, które mając swoje korzenie na wyspach, w swoich ligach namieszały w USA, w sposób masakryczny. Było to U2 i depeche MODE właśnie. Jednak to depeche MODE było w awangardzie zmian i trendów, na które U2 musieli dopiero zdążyć wydając w późniejszym czasie Achtung Baby i pozostałe płyty z elektronicznej trylogii. Po drodze zaliczyli jednak sporego klapsa w tyłek, jakim było wydanie Rattle & Hum. Kowbojskie granie z  Joshua Tree (objawienie w 1987) dwa lata później prawie nie wywróciła U2 do góry wozem. Zespół musiał zniknąć, żeby powrócić na rynek z nowym brzmieniem, całkowicie innym od tego co robili do 1998. Wydając Achtung Baby w 1991 ścieli drzewo Josuego.

Wróćmy jednak do depeche MODE. W Europie płyta była przyjęta bardzo ciepło, choć nie obyło się bez kontrowersji. Wspomniana wcześniej czystość formy lat 80. sprawiała, że pojawienie się zespołu stricte elektronicznego z gitarą na scenie wzbudziło liczne kontrowersje wśród zagorzałych fanów muzyki elektronicznej.

Wśród niemieckich fanów płyta Music For The Masses została przyjęta, jako „zdrada”. Szczególnie zapamiętałem historię jednej z fanek, która opowiadała, o tym jak to na koncercie w Essen zobaczyli Martina z gitarą, to najdelikatniejszy komentarz z grona fanów był z półki: Co to kurwa jest?!!! Zmiana w zespole z 3 parapetów na 2 + gitara była uznana, za niegodną „szanującego się” zespołu elektronicznego.

Dla mnie osobiście wydanie Music For The Masses to rozpoczęcie swoistego czasu przemiany, podczas którego zespół ze stricte elektronicznego zaczyna ewoluować i staje się, tym czym jest obecnie. Wszystko działo się krok po kroku. Dla kronikarskiej dokładności nie ma co demonizować użycia gitary na tej płycie, właściwie służyła ona w większości jako generator efektów elektronicznych/gitarowych. Dopiero kolejna płyta przyniosła postawienie gitary jako głównego instrumentu, na którym oparty był głównu riff numeru. Takich numerów, jak Behind The Wheel na Music For The Masses (jest tylko właściwie jeden), na Violatorze było tego znakomicie więcej z Enjoy The Silence, jako sztandarowym przykładem na czele.

Jeden powie staczanie się po równi pochyłej, ktoś inny „naturalna ewolucja”. Kwestia gustu i preferencji. Nie zmienia to jednak faktu ze Black Celebration jest ostatnią w 100% elektroniczną płyta w historii zespołu. Był przez chwilę taki moment, że dla niektórych fanów depeche MODE dyskografia kończyła się na Black Celebartion.

…po Music For The Masses…

Wydanie płyty Violator było szokiem dla wielu fanów. Po przełknięciu ’Musica’ zespół zaserwował fanom ‘komerchę’. Bo takim mianem określano tę płytę. Każdy młody fan, który zaczął słuchać depeche MODE od albumu z 1990 roku nie był godzien miana prawdziwego fana. Pewnie zobaczył zespół w Bravo, powiedzieli mu w MTV, że to jest cool i że inne dzieciaki tego słuchają. No i faktycznie tzw. ‘endżojów’ pojawiło się masa, szybko jednak wyparowali. Równie szybko, jak depeche MODE było trendy, tak szybko stało się obciachem i czasami trzeba było mieć dużo odwagi cywilnej, żeby przyznać się do faktu słuchania depeche MODE. Dzięki temu młodzi fani mieli podwójnie pod górkę. Z jednej strony od tych, co im przeszła moda na 4 Anglików i od tzw starych fanów, dla których Violator był głębokim ukłonem w stronę komercji, a więc nie godnym ‘klasyki’ z przed paru lat. Byłem świadkiem jak tzw stary fan wyjmuje na imprezie kasetę z Violatorem, po krótkiej lekcji latania kaseta ląduje na bruku, a w sprzęcie pojawia się (już nie pamiętam), czy Black Celebration, czy Some Great Reward, bo to było ‘prawdziwe’ depeche MODE.

Violator przyniósł jeszcze coś innego wprowadzenie perkusji (elektronicznej). Czym Music For The Masses było dla gitary, tym Violator był dla instrumentów perkusyjnych. Fakt na niektórych występach dla TV zespół już promując singiel Never Let Me Down Again „używa” zestawu perkusyjnego, ale dopiero singiel Personal Jesus przyniósł zasadniczą zmianę i użycie jej na żywo. Na koncertach również Clean otrzymał podkład perkusyjny grany live na padach. Była to jednak zajawka przed tym co miała przynieść kolejna płyta. Songs Of Faith And Devotion to twórcze tego rozwinięcie, a kolejne trasy pokazały, że perkusję można wsadzić właściwie do każdego numeru granego na żywo. Lata po odejściu Alana, to już czas obdzierania piosenek depeche MODE z elektroniki i wykony z towarzyszeniem akompaniamentu Gordeno.

Dziś Violator to klasyka, a ciężkie czasy Endżojów skończył się w raz z nastaniem kolejnej płyty. Szok był tak wielki, że nikt nie zajmował już się tym, czy Violek to komercha czy też nie… fanów głowa bolała już z innego powodu.

…po Violator…

Fani oswajali się, przyzwyczajali i kiedy myśleli, że nic już „gorszego” niż Violator ich nie spotka. Okazało się, że był to dopiero 1 rozdział. Koniec trasy World Violation, to już stałe szprycowanie się przez Dave’a ciężkimi narkotykami. Następnie rozwód i wyprowadzka do Kalifornii sprawiły, że jeden z filarów zespołu zaczął przechodzić na tyle drastyczną przemianę, że miała ona zasadniczy wpływ na dalszy rozwój zespołu. Chyba jeszcze nigdy tak wielu fanów brzmienia zespołu z lat 80. nie mogło powiedzieć, że depeche MODE skończyło się właśnie po Violatorze. Myślę, że era Songs Of Faith And Devotion jest fanom bardzo dobrze znana i nie będę się rozwodził nad tym zagadnieniem szerzej. Nie mniej nie można nie zauważyć, że zmiana brzmienia w 1993 była sporym zaskoczeniem, wielu przepowiadało przemianę. Wielu obstawiało, że depeche MODE pójdzie w kierunku tego, co modne było ówcześnie na starym kontynencie, a pierwsza płyta lat 90. będzie depeszowską, mroczną wersją muzyki tanecznej z klubów Niemiec lub Anglii. Jednak to co zaproponowali panowie z depeche MODE, było próbą ułożenia się względem tego, co działo się w USA w pierwszej połowie lat 90. z jednej strony, z drugiej była to również próba zagospodarowania zmasowanego postępu technologicznego w tworzeniu muzyki i zmianie sposobu słuchania jej. Tak, jak depeche MODE flirtowało wtedy z rockiem, tak U2 flirtowało wtedy z elektroniką. Nikt jednak nie przewidział, że depeche MODE może zrobić coś, co Flood określił ówcześnie jako nagrywanie Achtung Baby 2.

Ostatnio, przy okazji nagrywania coveru So Cruel Martin został zacytowany na tę okoliczność:

We first heard Achtung Baby working on Songs Of Faith And Devotion with Flood. It was the closest our bands ever got: U2 had become more electronic while depeche MODE were working on a new rock vision. But there was never a rivalry. (…)

Okres Songs Of Faith And Devotion to też pierwsze, jawne wystąpienie fanów przeciw depeche MODE. O ile zaskoczenie z okazji użycia gitar, czy wydanie Violator’a to były raczej spory akademickie, wewnątrz subkultury, to wydanie Songs Of Faith And Devotion jest tym momentem, kiedy fani głośno powiedzieli nie podoba na się kierunek jaki obiera depeche MODE. Wydanie płyty przez projekt Disel Christ jest tego najgłośniejszym przejawem.

…po Songs Of Faith And Devotion…

Odejście Alana, jest dla wielu cenzurą, granicą między którą jest rezerwat starego depeche MODE i otwarta przestrzeń na której rozpościera się nowe , inne, gorsze(?) depeche MODE. Dla wielu po Songs Of Faith And Devotion skończyło się to mroczne depeche MODE. Nastąpiła zmiana brzmienia zespołu – Martin Gore zajął miejsce Alana w studio. O Songs Of Faith And Devotion mówi się, że była to najbardziej rockowa płyta w historii zespołu. Nie jest do końca tak. Gitary i perkusja są mocno przetworzone i ich brzmienia były generowane przez instrumenty elektroniczne schowane gdzieś daleko za sceną. W przypadku Ultry pojawiło się właściwie wszystko z gitarą akustyczną, bassową i tzw Pedal Steel znanym z muzyki country włącznie. Pojawiły się instrumenty akustyczne użyte właściwie bez przetworzenia, w postaci generycznej. Do powstania Ultry był potrzebny za to sztab ludzi, który musiał zastąpić jednego człowieka…

I znowu dla jednych depeche MODE skończyło się na Songs Of Faith And Devotion, a Ultra była początkiem tego, choć wielu dopiero po Ultrze określa wszystko pozostałe jako nowe depeche MODE, a do Ultry jako stare. Nie można jednak nie zauważyć, że wielu młodszych fanów i krytyka muzyczna przyjęła Ultrę bardzo ciepło, jako na prawdę depeszowski i po prostu dobry album. Być może wynikało, to z tego, że producentem tego albumu był właściwie fan depeche MODE – Tim Simenon, a jego remixy pojawiały się na singlach depeche MODE od 1989 roku. Na bazie remixu Everything Counts z 1989 roku powstała potem wersja koncertowa na trasę World Violation.

Ten sukces Ultry mógł wynikać również z innej rzeczy – oczekiwanie na nowy album depeche MODE po przejściach z pierwszej połowy lat 90. sprawił, że właściwie wszystko, co wyszło spod szyldu depeche MODE miało wartość emocjonalną większą, niż fakt, że muzycznie było to dosyć drastyczne odejście od tego, co zespół prezentował w pierwszej połowie ostatniej dekady XXw.

Ultra została bardzo dobrze przyjęta również przez nie fanów. W pewnym momencie miałem wrażenie  że tzw nie-fani mają lepsze zdanie o tej płycie, niż fani będący z tym zespołem od lat. Dla nich depeche MODE skończyło się na płycie z 1993 roku.

…po wszystkiemu pozostałemu…

Od Ultry dla wielu słuchaczy depeche MODE kończy się już permanentnie. Raz lepiej raz gorzej, ale proces jest stały. Nie ma sensnu się rozwijać po której płycie od 1993 bardziej, bo sami fani nie doszliby do ładu z tym. To już kwestia ich indywidualnych preferencji czy Exciter to już wcielone zło, czy dopiero Sounds Of The Universe.

Trudno nie zgodzić się jednak ze słowami Dave’a który już w 2003 stwierdził w jednym z wywiadów, że od momentu odejścia Alana zespół stracił swoją wyrazistość i płyty są nie równe i za każdym razem brzmią inaczej. Alan był tym, który sprawiał, że jeżeli nawet zespół się zmieniał, to z płyty na płytę zachowywał swój charakter. Słowa Dave’a wynikają być może z tego, że raz producenci mieli zbyt duży wpływ na brzmienie albumów, raz zbyt dużo swobody dostał Martin, innym razem producenci mieli zbyt mało do powiedzenia, a jeszcze mniej Dave. Finał jest taki, że od 1997 roku każda płyta to zamknięty, niespójny rozdział, pod każdym względem.

_

Podobnie można podchodzić do powyższych wiadomości o śmierci depeche MODE, wiele z nich było przedwczesne. Wiele z tych opowieści budzi dziś uśmiech na twarzy, a nawet politowanie. Pamiętać należy jednak o kontekście historycznym, czy też sytuacyjnym. Wtedy kiedy rozmawiano o tym, nikt nie mógł być wróżką i wiedzieć, co stanie się na następnej płycie. Czasy się zmieniają i to, co kiedyś było powodem do drastycznych i zasadniczych sądów dziś wydaje się blade, a nawet żenujące. Jak widać czas leczy rany i tępi nawet najostrzejsze noże.

Tekst się zbliża już do swojego szczęśliwego końca, a pewnie niektórzy nie dowiedzieli się kiedy depeche MODE się skończyło… No cóż o tym zdecydują już sami zainteresowani i na pewno nie nam o tym decydować…

Bufet – czyli wyżywienie na trasie, cz.1 – Construction Tour

Tekst zaplanowany był jedynie na 2 części, ale rozrósł się do 4 części. W kolejnych odsłonach zajmę się tematem kulinarno-trasowym na przestrzeni 4 tras. Od A Broken Frame Tour po Tour Of The Universe. W tym odcinku zajmiemy się latami 80. Mam zamiar zajrzeć do garów i wsadzić palucha w dania ze stołu kateringowego depeche MODE w czasie Contruction Tour. W kolejnym odcinku zajmę się tym tematem przeskakując o przeszło 20 lat do przodu, ale nie uprzedzajmy faktów…

Parę razy przymierzałem się do napisania czegoś o tym jak wyglądał/wygląda katering na koncertach depeche MODE. Taka w sumie mało istotna sprawa, przy tym czym jest w istocie koncert czy trasa. Daje to jednak pogląd na to, jak zmieniły się relacje w zespole na przestrzeni lat. W końcu to jak jemy, spędzamy czas przy stole z innymi, świadczy o nas i o naszych relacjach z ludźmi.

Ale dosyć tej filozofii 🙂 Jakiś czas temu wszedłem w posiadanie dokumentów opisujących 3 koncerty trasy – Construction z 1983. Są to koncerty ze Skandynawskiej części promującej 3 album depeche MODE. Zakładam jednak, że pewne rzeczy musiały być usystematyzowane, skoro były częścią umów między organizatorami koncertów / agencjami koncertowymi / agencjami bookingowymi, a zespołem. Mam też świadomość faktu, że nie jest to pełne wyżywienie, a jedynie ta część, którą musiał zapewnić organizator koncertu na terenie obiektu koncertowego. No dobrze, to jak wyglądał katering w 1983 roku?

1.
Zacznijmy od ekipy koncertowej:

Techniczni mieli zagwarantowane w kontrakcie, że na wejściu dostaną herbatę i kawę, czysty, niesłodzony sok pomarańczowy oraz kanapki dla 4 osób.

I to by było na tyle, jeżeli chodzi o ekipę techniczną.

2.
Zespół zagwarantował sobie o wiele lepsze warunki:

  • Na wejściu zespół miał zapewnioną herbatę i kawę,
  • Czysty, niesłodzony sok pomarańczowy dla 8 osób.

W garderobach każdy z członków zespołu życzył sobie o wiele szerszy zestaw:

  • 1 duża butelka wody Perrier
  • 3 butelki pół wytrawnego, białego wina
  • 4 kwarty czystego, niesłodzonego soku pomarańczowego
  • 1 kwarta czystego, niesłodzonego soku jabłkowego
  • 1 kwarta czystego, niesłodzonego soku anasowego
  • 36 puszek piwa (zamówienie było na lagera)
  • 1/2 butelki ginu
  • 1 butelka wódki
  • 1 duża butelka tonica
  • 1 duża butelka bitter lemon

Do tego należy dodać kanapki (zespół zastrzegł sobie, że połowa musi być wegetariańskich). Do tego ciastka i świeże owoce dla ekipy 11 osób.

To wszystko serwowane w szklankach, z lodem, otwierane otwieraczami do butelek w odpowiedniej ilości.

MODE2Joy
MODE2Joy

W latach 80. zespół miał tradycję, że cała ekipa jadła wspólny posiłek. Ramię w ramię techniczni z zespołem.

Zespół zastrzegał sobie jednak kilka spraw. Gorący posiłek miał się pojawić po soundchecku dla ekipy 11 ludzi. Obiad miał się składać z trzech dań. Z 11 zestawów 3 miały być wegetariańskie. Jednym z wegetarian w zespole jest do dziś Martin. Na posiłek składały się zupa, danie główne i deser. Jeżeli katering nie był dostępny na miejscu w hali, to organizator był zobowiązany do przygotowania takiego posiłku w hotelu. W tamtym czasie zespół właściwie od soundchecku do końca koncertu przebywał już w hali. To jeszcze nie te czasy, że zespół robi próby tylko co kilka koncertów, bo reszta prób to odpalane podkłady przez technicznych, a tak na prawdę przybywa tuż przed samym koncertem.

W latach 80. zespół podróżował autokarem przystosowanym dla zespołu muzycznego, w którym jeździli techniczni, zespół i sprzęt. Reszta wyposażenia sceny jeździła w ciężarówkach. Zespół przebywał ze sobą właściwie non-stop, dlatego naturalną sprawą były wspólne posiłki. Poniżej umieszczam film z lutego 1984 – Birmingham. Materiały na których oparłem dzisiejszy wpis pochodzą z grudnia 1983. Dlatego ten materiał doskonale uzupełnia ten tekst. W 3 minucie pojawia się watek kulinarny na którym doskonale widać jak wyglądały ówczesne relacje kulinarne i międzyludzkie w zespole.

Bufet na koncertach w Draken 1983.12.01 i Lund 1983.12.03 kosztował po 2000 ówczesnych koron Szwedzkich na koncert. Natomiast posiłki w Kopenhadze 1983.12.02 pochłonęły koszty na poziomie 6.500 tyś koron duńskich.

Materiał opracowany na podstawie umów, riderów koncertowych i tour itinerary z 1983 roku.

Przeczytaj o wyżywieniu na A Broken Frame Tour, Music For The Masses Tour i Touring The Angel / Tour Of The Universe.

So Cruel

Jeszcze parę dni dzieli nas od usłyszenia nowej piosenki depeche MODE. Tak tak, celowo piszę, że jest to nowa piosenka depeche MODE, a nie cover U2, bo wszyscy ekscytują się nową aktywnością depeche MODE jedynie przez pryzmat 20-lecia Achtung Baby, a ja mnie jako fana depeche MODE bardziej interesuje ten temat przez pryzmat studyjnej działalności depeche MODE. W końcu jest to pierwsza studyjna aktywność naszych ulubieńców od 2009 roku.

Niedawno Andy, ze szczególnym dla sobie wdziękiem, sprzedał kolejnego newsa, że zespół wchodzi do studio w marcu przyszłego roku. Płytę możemy się spodziewać w 2013 roku. Uff mamy rok spokoju 😛 Trzeba przyznać, że Andy Fletcher umie w bardzo umiejętny sposób podtrzymać zainteresowanie swoim DJ Tour, które już trwa dosyć długo i ponieważ nie wydarza się nic ciekawego i jak na chwilę uda nam się zapomnieć to dostajemy gorącego newsa, który przypomina światu, że Andy jest w trasie.

Tak było z info o tym, że depeche MODE (czytaj Martin i Dave) nagrali cover U2. Przypomnę, że to właśnie od tego newsa zaczął się szum wokół tej składanki i kolejne informacje były tylko obudowanie newsa o tym, że depeche MODE nagrało jakiś cover z repertuaru U2. Dzięki temu nie mogło zabraknąć w żadnym newsie o tym wydawnictwie faktu, że to właśnie depeche MODE jest autorem jednego z coverów. Dla wielu była to informacja równie szokująca, co sam szum wokół tego cover-albumu.

Mnie natomiast ciekawi inna sprawa. Czy ten numer pojawi się kiedyś na oficjalnym wydawnictwie depeche MODE, bo jak na razie wszystkie utwory, które zespół kiedykolwiek nagrał i opublikował gdzieś na innym wydawnictwie potem pojawiały się np. jako strony B singli, albo na składankach. Wystarczy przypomnieć tylko Death’s Door z 1992 roku, czy wcześniej Flexible. Nie wspomnę już o tym, że Death’s Door znalazło się potem w secie koncertowym w 1993 roku. Tak na marginesie było to dosyć duże zaskoczenie, bo utwór miał wszelkie cechy aby być jedynie stroną B singla, jako numer nie z sesji Songs Of Faith And Devotion, a dodany na doczepkę.

Ktoś uważny zauważy, że przecież numery przytaczane powyżej są autorskimi numerami depeche MODE, a So Cruel, to cover. No tak, ale jak już wspomniałem, wszystko, co kiedykolwiek ujrzało światło dzienne pod szyldem depeche MODE znajdowało się wcześniej, czy później na oficjalnych wydawnictwach zespołu. A jeżeli już uwzględniamy fakt, że jest to cover, to miejsce tego typu utworów zawsze było na stronie B jakiegoś singla, wspomnę tylko Dirt, czy Route 66. Nota bene te covery tak się wryły w klimat i dyskografię depeche MODE, że mało kto je postrzega, jako covery, ale po prostu jako utwory z repertuaru depeche MODE. Czy tak będzie z So Cruel? Czas pokaże.

Może też tak być, ale może być i tak, że utwór ten jako pochodzący od U2, jest na tyle mocno mentalnie powiązany z Bono & Co, że nigdy nie będzie tak postrzegany. Nie wspomnę, że obok całkiem sporej rzeszy fanów sympatyzujących równolegle z depeche MODE i U2, jest też niemała grupa fanów depeche MODE tych co nie trawią U2. Dla nich nagranie tego coveru jest co najmniej nie zrozumiałe, ale to temat na zupełnie inny wpis na MODE2JOY

Przeczytaj o przecinających się ścieżkach depeche MODE i U2 w biografii u2byu2.

* * *

Cover depeche MODE ukarze się na  płycie ’AHK-toong BAY-bi Covered’, która będzie insertem do listopadowego wydania magazynu Q. Czasopismo będzie na rynku od 25 października 2011.

Music For The Masses backing tapes!

Ciekawe aukcje miały miejsce w minionym tygodniu na eBay. Pewien obywatel z kraju w którym chodzi się na rękach wystawił nieoczekiwane rarytasy. Jedne z nich były prawdziwymi perłami inne trochę mniej, ale wszystkie budziły szybsze bicie serca wśród fanów depeche MODE

W poprzednim tygodniu, co dociekliwsi fani/ebay-owicze (jeśli można tak napisać) ekscytowali się aukcją pewnego sympatycznego Nowo Zelandczyka.

Ów gość z antypodów wystawił 7 mniejszych lub większych rarytasów z koncertowej historii. Jak napisał w każdej aukcji wyprzedaje rzeczy, które dostał od inżyniera światła w paczce z kurtką, którą ów inżynier używał m.in. na World Violation Tour w 1990 roku.

Idąc od końca na aukcji pojawiły się tourbook z: Construction Time Tour, Some Great Reward Tour (Europa), Some Great Reward Tour (USA), Black Celebration Tour. O ile właściwie wszystko poniżej Devotional Tour osiąga ceny w okolicach 300 PLN i za takie m/w pieniądze chodzą Tourbooki z A Broken Frame Tour i Construction Tour, to tego typu pozycje nie robią już zbytniego wrażenia. Wielu poszukiwaczy nawet jeżeli nie są w stanie jeszcze ich kupić, to nie dostają już migotania przedsionków na samą myśl, że na ebay’u, czy allegro pojawiła się taka pozycja. Nie mniej na końcu walka o te pozycje jest zażarta.

Choć nie można też nie zauważyć, że niedawno zakończona aukcja tourbooka z World Violation Tour nie wzbudziła popłochu we wsi. (100 PLN + koszty i nie spotkało się to z reakcją).

Większe poruszenie wzbudziły 3 kolejne aukcje. W kolejności od najmniej rozpalającej sytuacja wyglądała następująco:

  1. WVT-TIWorld Violation Tour Itinerary – osobiście widziałem tę pozycję na ebay’u może ze 3 razy, u znajomej fanki 1 raz. Pokrótce jest to rozpisana w każdym szczególe trasa koncertowa od strony techniczno-logistycznej. Wszystkie hotele, godziny rozpoczęcia koncertów itp. Tego typu pozycje nie są czymś częstym, ale przy odpowiednim zasobie portfela, czasu i cierpliwości. Można na spokojnie zebrać tego typu publikacje. Po za tym fani posiadający te pozycje raczej chętnie wymieniają się za kopie tego typu książek z innymi fanami. Pozycja poszła za niespełna 75 USD, w przeliczeniu na PLN daje to jakieś 245 zł w zależności od kursu.
  2. BC TourBlack Celebration Tour Itinerary (USA) – i tu zaczyna się szybsze migotanie przedsionków. Tę pozycję widzę pierwszy raz na jakiejkolwiek aukcji. Jak do tej pory jest to najstarsza pozycja z tego gatunku jaka się pokazała na rynku. Nie liczę tu Construction Tour – Tour Itinerary / Raider Techniczny / Kontrakt – na trzy koncerty w Skandynawii z 1983 roku. Wycinek tej pozycji został wykorzystany do stworzenia tekstu o wyżywieniu na trasie. Kontrakt z Construction Tour wykorzystałem również do opisania koncertów – ze Sztokholmu 1983.12.01 / Kopenhagi 1983.12.02 / Lund 1983.12.03. Black Celebration Tour Itinerary poszło za 182,50 USD, czyli na nasze niespełna 600 PLN.
  3. backing_tapesNa koniec zostawiłem prawdziwą perełkę, choć tak na prawdę wypucowałem się pisząc ten tytuł. Choć nie do końca. Jak zobaczyłem co zostało wystawione na aukcji, to miałem nie tylko migotanie przedsionków, ale i zaburzenia ruchu zatokowego. Otóż na aukcji zostały wystawione 3 kasety magnetofonowe, które zawierał podkłady do setu z Music For The Masses Tour (tzw Backing Tapy). Kasety zawierają również presety, oraz ustawienia (powiązania) z dźwiękami świateł pracujących podczas trasy. Autor aukcji opisał to następująco:

Studio recording of the live backing tracks that they used in live shows. This is a one off rare item have never seen another like it…. Also a copy of the lighting desk cues used during the black celebration tour…

Przypomnę tylko, że wiele lat temu wypłynęły Backing Tape’y z trasy World Violation i do niedawna były jedynym tego typu zapisem z koncertów depeche MODE.

Rozmawiając ze sprzedawcą miałem wrażenie, że nie ma bladego pojęcia o tym, jak cenną rzecz sprzedaje, prosił mnie o wyjaśnienie, co to są „lighting desk cues” i co się z nimi robi. Wyprzedawał te rzeczy głównie dlatego, że mu zbywały, nie miał nawet na czym tego słuchać, a po za tym jemu chodziło o tę kurtkę, co dostał od najprawdopodobniej od Adama Ducketta lub Billiego Lawforda lub kogoś powiązanego z nimi. Nie chciał jednak zdradzić swojego źródła. Obaj Panowie byli Inżynierami Świateł na Music For The Masses Tour (za Tourbookiem z tej trasy w Europie).

Jak takie lightning desk cues działały w czasie koncertu możecie zobaczyć na poniższy fragmencie ze 101 tak około 39 sekundy:

Niedawno zakończyła się aukcja fantów wyprzedawanych przez Alana, można było kupić np banki z dźwiękami używanymi przez klawisze Alana na trasach Music For The Masses / Devotional / Exotic. Już można posłuchać sobie próbki tych brzmień, po kliknięciu na powyższy link. Mając te dwie pozycje w ręku właściwie mamy już całą muzykę z tej trasy gotową. W końcu Mart sporo numerów grał (dogrywał) na gitarze, a Andy głównie walił w pady. Oba te tematy można łatwo dorobić.

Trzy kasety poszły za kwotę 167,50 USD co na nasze daje prawie 550 PLN. Jestem bardzo ciekawy jak szybko to wypłynie.

Spodziewam się uzyskać jeszcze kilka informacji na ten temat. Jak to piszą w gazetach do czasu zamknięcia tego numeru nie udało mi się skontaktować ze zwycięzcą, który wyjął te kasety. Ponieważ sprawa ma charakter rozwojowy będę Państwa informował w miarę rozwoju wypadków.

O Niezagranych utworach na Devotional Tour

Jakiś czas temu, będzie już z 5 lat, światło dzienne ujrzała pełna setlista z Devotional Tour. Nie chodzi mi o setlistę graną na tej trasie, ani listę zagranych zamienników, ale o pełne zestawienie utworów, jakie zespół przygotował do grania w bankach pamięci swoich klawiszy i na podkładach ukrytych za sceną.

depeche MODE od zawsze grało mniej, niż byli na to przygotowani. Od momentu, gdy set chwycił publikę tłukli go aż do samego końca. To, że ktoś widział ich koncert kilka razy, to był, w ich mniemaniu, problem tego, kto wybrał się po kilka razy na ich koncerty, a nie zespołu. Każdy robił to na swoje ryzyko. Inna sprawa, że w czasach, gdy nie było internetu, zespół nie czuł presji i mógł sobie pozwolić na granie nawet trzy noce z rzędu ten sam set. Jak Kraftwerk nie przymierzając. Po prostu nie było aż tak mocno rozwiniętej mody na podążanie za zespołem z koncertu na koncert. Od początku występ na scenie był pomyślany, jako jednorazowe show. Ten sam wysoki, powtarzalny standard. Niczym, nic nie ujmując dM, jak hamburger w jednym fast foodzie.

Fani zawsze zastanawiali się, jakie utwory mogli usłyszeć, a nigdy nie ujrzały światła dziennego, choć były przygotowane na daną trasę do grania. Dlaczego jakiś utwór został zagrany tylko raz i nie zyskał uznania w oczach zespołu. Czasami „winni” są fani, którzy przybywszy na koncert nie zakminili od początku i nie odpłacili się odpowiednią reakcją pod sceną. Dopiero z biegiem lat i wieloma odsłuchaniami bootlegów (np Something To Do z 1993), albo tylko znając historię z opisów (np. Work Hard z 1983) zespół wspomina coś o jakiejś „szkodzie”, „nie rozumieniu” itp sprawach. Wystarczy wspomnieć, że szykując się do ostatniej trasy zespół, podobno, przepróbował 50 utworów, z czego zagranych zostało 39. Nie mam pewności, czy zbiór zagranych utworów w 100% pokrywa się z tymi przygotowanymi przed trasą do grania ze wspomnianej 50.

Fax ze wstępną setlistą z Devotional Tour.
Fax ze wstępną setlistą z Devotional Tour.

Ten wpis pewnie u niektórych doleje oliwy do ognia, ponieważ lista utworów do marudzenia znacznie się wydłuży. 🙂

Fax (kiepskiej jakości) pochodzi z wiosny 1993 i został przygotowany w formie tabeli która wyszczególnia kilka istotnych z punktu widzenia wysyłającego informacji, jak:

  • Główny wokal
  • Gdzie użyta jest gitara
  • Gdzie użyte są gary
  • Gdzie użyte jest pianino
  • W którym numerze wyświetlane są wizualizacje
  • Na jakich numerach wychodzą chórki.

To, co uderza, to krótszy od faktycznie granego set. Jedynie 17 utworów. Brakuje drugiego solowego wykonu Martina, oraz 3 bisu. Być może jest to jakiś wstępny – Proposed set list, lub kolejny zarys setlisty, która jeszcze się kształtowała. To, co jednak jest dla nas fanów najciekawsze znajduje się na końcu. Swoista lista rezerwowych zawodników, którzy mieli wejść do gry z ławki. Z biegiem czasu set urósł o dwa numery po Judas [40] fani usłyszeli w pierwszym składzie Death’s Door [49], a po Enjoy The Silence [96] pojawiło się Fly On The Windscreen [79]. Dla mnie pojawienie się, ówcześnie, tego numeru po tylu latach w secie było sporą sensacją. Nie przypuszczałbym, że po 1986 roku jeszcze usłyszałbym ten numer na żywo.

Wyjściowy set na pierwszy koncert wyglądał następująco:

Higher Love
Policy Of Truth
World In My Eyes
Walking In My Shoes
Behind The Wheel
Halo
Stripped
Condemnation
Judas
Death’s Door
Get Right With Me
I Feel You
Never Let Me Down Again
Rush
In Your Room
Personal Jesus
Enjoy The Silence
Fly On The Windscreen
Everything Counts

Selista z pierwszego koncertu rozgrzewkowego w Lille 1993.05.19.

Z czasem i w miarę trwania trasy setlista zaczęła ewoluować. Niektóre numery wypadały, inne były tylko zamiennikami lub pojawiały się jedynie na chwilę. Myślę, że temat jest dobrze znany, stałym czytelnikom MotR i słuchaczom bootlegów depeche MODE. Dla kronikarskiego obowiązku dodam, że prawie pełna ewolucja setu z 1993 roku znajduje się w opisie Devotional Tour. Przez setlistę przewinęły się następujące utwory:

Mercy In You
One Caress
A Question Of Lust
Somebody
Something To Do

Zapasowe utwory do grania na Devotional Tour.
Zapasowe utwory do grania na Devotional Tour.

Jak widać Mercy In You [59] wcale, w pierwszym zamiarze, nie miał być głównym utworem. Dopiero z biegiem trasy awansował jako podstawowy numer po obu stronach Atlantyku. Get Right With Me [18], po trasie w Skandynawii i pierwszych koncertach w Niemczech stało się wiecznym zamiennikiem. Dla Amerykanów również pewnym zaskoczeniem mogło być brak w pierwszych setach A Question Of Lust [39] i One Caress [31], bo właśnie te utwory były podstawą setlisty w Ameryce Północnej, w przeciwieństwie do Europy, gdzie królowało Death’s Door [49] i Judas [40].

Z tego opisu wyłamuje się jedynie Something To Do [1], które po jednym wykonaniu podczas drugiej nocy w Brukseli 1993.05.25 znikło na zawsze z uwagi zespołu. Podobno zespół nie był zachwycony wykonaniem tego utworu, oraz reakcja publiki była niezadowalająca i dlatego utwór nie miał ciągu dalszego.

No dobrze ale co z tymi niezagranymi utworami? Wiem, drodzy czytelnicy, że właśnie na to czekacie 😉 Oto one:

Clean
Leave In Silence
Nothing
Strangelove

Fajnie co???? O ile Clean wypłynął podczas trasy Exotic w 1994 i miał być grany podczas ostatniej części trasy w Ameryce Północnej, o tyle żaden z kolejnych utworów nie został wykonany nigdy na żywo, ani w 1993, ani w 1994.

No dobra pora na konkluzje. Jest ich kilka. Alan wspominając tamtą trasę mówił o tym, że chciał przypomnieć utwór The Sun & The Rainfall. Podobno spotkało się to z dużym niezrozumieniem reszty ekipy. Być może właśnie dlatego do zagrania zaplanowane zostało Leave In Silence. Podobnie, jak w przypadku Fly On The Windscreen [79] i tu sensacja wisiała w powietrzu.

Natomiast nie wiadomo nic o Nothing i Strangelove. O ile ten ostatni był ówcześnie w miarę na świeżo, bo w 1990 był na trasie, to zagranie Nothing byłoby prawdziwą sensacją na miarę zagrania Master & Servant w 2009. depeche MODE z reguły nie gra utworów nie singlowych po zakończeniu promocji płyty z której pochodzi dany utwór. Być może jakiś fragment tej tajemnicy zostanie uchylony w momencie, gdy wypłynął banki brzmień sprzedane na aukcji Alana, a wystawiony Emax trafi do jakiegoś fana, który będzie wiedział jak wyciągnąć z niego ukryte utwory.

Uważam również, że na mocy tracą opowiadania o tym, że Waiting For The Night było przygotowane do grania na Devotional. Utwór ten przypomniano dopiero szykując się do trasy w 1994 roku.

Na koniec mała uwaga dot autentyczności samego dokumentu. Dokument został wysłany na fax z papierem termicznym, a następnie pożółkły został sfotografowany Nikonem D70s w 2006 roku. Nie znam, niestety innych szczegółów tego dokumentu, ani kto nadał, ani kto odebrał go, ani w jakim celu. Pierwszy raz pojawił się właśnie w tamtym czasie na forum serwisu Halo/EW3/Home.

dm misc

P.S.1

Ten tekst pisałem w sierpniu i ze względu na obchody 10. rocznicy koncertu dM w Warszawie na Służewcu, zwlekałem z opublikowaniem powyższych zapisek. Jednak życie dopisało swój epilog. Po dokładniejszym poszperaniu na stronach odnoszących się do aukcji Alana można znaleźć częściowe potwierdzenie tego, co napisałem powyżej. Dwa najciekawsze numery, czyli Leave In Silence i Nothing faktycznie były przygotowane do grania na Devotional Tour. Do tej pory zachowały się w bakach Emax’ów i na zipach sprzedawanych przez Alana. Ciekawy jestem, czy i/lub kiedy pojawią się na sieci.

P.S.2

A po jeszcze dokładniejszym poszperaniu na YT można znaleźć prezentacje banków brzmień z aukcji Alana, które fani kupili, a potem namiętnie kopiowali po świecie.

Blog o depeche MODE, ich muzyce, koncertach, subkulturze, a wszystko subiektywnie i po mojemu.

%d bloggers like this: