Archiwum kategorii: dMUniverse

So Cruel

Jeszcze parę dni dzieli nas od usłyszenia nowej piosenki depeche MODE. Tak tak, celowo piszę, że jest to nowa piosenka depeche MODE, a nie cover U2, bo wszyscy ekscytują się nową aktywnością depeche MODE jedynie przez pryzmat 20-lecia Achtung Baby, a ja mnie jako fana depeche MODE bardziej interesuje ten temat przez pryzmat studyjnej działalności depeche MODE. W końcu jest to pierwsza studyjna aktywność naszych ulubieńców od 2009 roku.

Niedawno Andy, ze szczególnym dla sobie wdziękiem, sprzedał kolejnego newsa, że zespół wchodzi do studio w marcu przyszłego roku. Płytę możemy się spodziewać w 2013 roku. Uff mamy rok spokoju 😛 Trzeba przyznać, że Andy Fletcher umie w bardzo umiejętny sposób podtrzymać zainteresowanie swoim DJ Tour, które już trwa dosyć długo i ponieważ nie wydarza się nic ciekawego i jak na chwilę uda nam się zapomnieć to dostajemy gorącego newsa, który przypomina światu, że Andy jest w trasie.

Tak było z info o tym, że depeche MODE (czytaj Martin i Dave) nagrali cover U2. Przypomnę, że to właśnie od tego newsa zaczął się szum wokół tej składanki i kolejne informacje były tylko obudowanie newsa o tym, że depeche MODE nagrało jakiś cover z repertuaru U2. Dzięki temu nie mogło zabraknąć w żadnym newsie o tym wydawnictwie faktu, że to właśnie depeche MODE jest autorem jednego z coverów. Dla wielu była to informacja równie szokująca, co sam szum wokół tego cover-albumu.

Mnie natomiast ciekawi inna sprawa. Czy ten numer pojawi się kiedyś na oficjalnym wydawnictwie depeche MODE, bo jak na razie wszystkie utwory, które zespół kiedykolwiek nagrał i opublikował gdzieś na innym wydawnictwie potem pojawiały się np. jako strony B singli, albo na składankach. Wystarczy przypomnieć tylko Death’s Door z 1992 roku, czy wcześniej Flexible. Nie wspomnę już o tym, że Death’s Door znalazło się potem w secie koncertowym w 1993 roku. Tak na marginesie było to dosyć duże zaskoczenie, bo utwór miał wszelkie cechy aby być jedynie stroną B singla, jako numer nie z sesji Songs Of Faith And Devotion, a dodany na doczepkę.

Ktoś uważny zauważy, że przecież numery przytaczane powyżej są autorskimi numerami depeche MODE, a So Cruel, to cover. No tak, ale jak już wspomniałem, wszystko, co kiedykolwiek ujrzało światło dzienne pod szyldem depeche MODE znajdowało się wcześniej, czy później na oficjalnych wydawnictwach zespołu. A jeżeli już uwzględniamy fakt, że jest to cover, to miejsce tego typu utworów zawsze było na stronie B jakiegoś singla, wspomnę tylko Dirt, czy Route 66. Nota bene te covery tak się wryły w klimat i dyskografię depeche MODE, że mało kto je postrzega, jako covery, ale po prostu jako utwory z repertuaru depeche MODE. Czy tak będzie z So Cruel? Czas pokaże.

Może też tak być, ale może być i tak, że utwór ten jako pochodzący od U2, jest na tyle mocno mentalnie powiązany z Bono & Co, że nigdy nie będzie tak postrzegany. Nie wspomnę, że obok całkiem sporej rzeszy fanów sympatyzujących równolegle z depeche MODE i U2, jest też niemała grupa fanów depeche MODE tych co nie trawią U2. Dla nich nagranie tego coveru jest co najmniej nie zrozumiałe, ale to temat na zupełnie inny wpis na MODE2JOY

Przeczytaj o przecinających się ścieżkach depeche MODE i U2 w biografii u2byu2.

* * *

Cover depeche MODE ukarze się na  płycie ’AHK-toong BAY-bi Covered’, która będzie insertem do listopadowego wydania magazynu Q. Czasopismo będzie na rynku od 25 października 2011.

depeche MODE w U2byU2

Skończyłem niedawno czytać U2 by U2, oczywiście szukając też fragmentów dotyczących depeche MODE. O ile w temacie Polski, książka ma kilka fragmentów ściśle lub luźniej nawiązujących. To w przypadku depeche MODE jeżeli nie zna się historii obu zespołów, dat koncertów, czy historii wg kalendarium nagrywania płyt U2 i depeche MODE  można przeoczyć te momenty bardzo łatwo.

Faktycznie nie jest tego wiele. Losy obu zespołów krzyżują się głównie dzięki ludziom, którzy dla nich i z nimi pracowali. Mam tu na myśli przede wszystkim Antona Corbijna, który od połowy lat 80. pracował z U2, gdzieś od Unforgettable Fire, a z depeche MODE na poważnie od 1986 roku.

U2 - U2byU2
U2 – U2byU2

Jednak nazwa depeche MODE pada tylko raz w książce  Są to słowa Eadge’a, który mówiąc o Floodzie jako przykład podaje własnie depeche MODE. Rzecz dzieje się gdzieś pomiędzy Zooropą, a POP, kiedy Eadge opowiada o brzmieniu nowej płyty którą chciałby uzyskać. Flood był współtwórcą Pop, Zooropy i Achtung Baby na różnych poziomach. Również w kontekście Flooda przytaczane jest depeche MODE, bez podania nazwy, jako wytłumaczenie czemu Flood nie mógł zaangażować się w jeden z projektów U2. Mówi się wtedy, że Flood był zaangażowany w inne projekty.

Oczywiście historia depeche MODE i U2 przeplata się na wielu płaszczyznach, ale nie był to nigdy związek bezpośredni, raczej wynik zbiegów okoliczności. Szczególnie pod koniec lat 80. i w pierwszej połowie lat 90.

Biografie

Był taki okres, że fani, albo ci, co chcieli zaistnieć, albo wielkie gwiazdy, wszyscy tłukli trybiuty, covery i jak tam jeszcze by to nazwać. Na szczęście się to skończyło. Był już masakryczny przesyt tego. Ostatnio zaczyna być moda na wydawanie biografii i opracowań historycznych zespołu, oraz jego członków.

Jak do tej pory ukazały się 3 biografie, takie w miarę sensowne. Jedna stała się już powieścią w odcinkach. Pan Malins co roku… no prawie, dopisuje kolejny rozdział i zarabia na tłuczeniu dodruków. Taka nasza „Mode(a) na Sukces

Ukazała się też biografia Some Great Reward – Dave’a Thompsona, ale jej nie polecam, bo w paru miejscach mogła by konkurować z „X-files”. Dużo w niej historii nie z tej ziemi.

Osobiście najwyżej cenię Stripped – J. Millera. Książka najbardziej rzeczowa, pomimo tego, że nie mam tam ani jednego słowa wypowiedzianego przez członków zespołu na potrzeby tej książki. A może właśnie dlatego… Any łej. Materiał świetnie opracowany, choć i tam znalazłem parę byków. Często korzystam z tej książki przy opracowywaniu MODEontheROAD.com

060314_Katowice_01

Ostatnio pojawiła się jednak moda na pisanie biografii pojedyńczych członków zespołu. W ubiegłym roku pojawiła się biografia Dave’a GahanaDave Gahan: Depeche Mode & The Second Coming autor – Trevor Baker. Szkoda tylko, że jest to finalnie biografia depeche MODE przerobiona na biografię Dave’a. Miałem wrażenie, że zamiast „oni” jest „on”, a zamiast depeche MODE jest Dave Gahan. Wartość poznawcza średnia, ale kto wie może ja się czepiam. Podobno niedługo ma być po polsku.

Teraz wypłynęła informacja, że ma się ukazać biografia Martin’a. Jeżeli będzie wyglądać tak samo, to można sobie darować ten temat na czasy, gdy już wszystko, co możliwe w depeche MODE będzie znajdować się na półce i już nie będzie nic nowego do kupienia.

Póki co nowa, i pierwsza biografia zapowiedziana jest na wrzesień tego roku. Tytuł to: Insight – Martin Gore und Depeche Mode: Ein Porträt, autorstwa: André Boße, Dennis Plauk. Panowie są dziennikarzami, ten pierwszy pisze do Galore, gdzie w ub roku ukazał się wywiad z Martinem.

060314_Katowice_02Teraz ten wywiad posłużył jako baza do stworzenia całej biografii. Drugim autorem jest Dennis Plauk z z magazynu Visions. On również w kwietniu ub roku przeprowadził wywiad z Martinem i Davem. A prywatnie jest fanem depeche MODE. Autorzy, podobnie, jak to było u Millera oparli się na cytatach z wywiadów, oraz materiałach z własnych rozmów z zespołów.

No nic czekamy w takim razie na kolejne biografie Alan’a, Vince’a, pewnie ciekawa mogła by być biografia Corbijna, albo Daniela Millera, ale najbardziej na świecie czekam na biografię Andy’iego. Może być porażająca 🙂 To tylko kwestia czasu i budżetu… 😛

Live In Łódź 2010.02.10 [MultiCam] – beta.

Dziś miałem okazję obejrzeć multicam z lutowego koncertu w Łodzi, z pierwszej nocy. Nie będę się rozwodził nad tym jak zespół dawał na scenie, bo to każdy widział na koncercie, albo sobie przypomni ponownie oglądając to wideo. Choć pewnie może być i też tak, że pewnych ujęć nie zobaczy, bo kamera nie widziała, albo jakość ujęć była taka, że nie mogły wejść do tego multicamu. I ja właśnie o tych kamerach i o tej jakości…

Nie ma co ukrywać Krzychal się spisał, montaż miejscami przypominał rzeźbę w gównie, a jednak tego nie widać. Materiał źródłowy, przekazany do montażu, pochodził każdy z innej parafii. Mamy tu i kasety, i flashe i dyski twarde. Kamery są SD i HD. Jakość i umiejętności kręcących również miały pełną rozpiętość skali. Wielokrotnie rozmawiając z Krzychalem podkreślał, że podstawowym problemem jest tzw. galareta, czyli kręcenie z ręki lub brak stabilizacji obrazu podczas kręcenia. To dyskwalifikowało wiele świetnych ujęć i momentów na scenie.

Tyle tylko, że na wideo z Łodzi nie widać tego wcale lub prawie nie widać. I myślę, że właśnie za to czego nie widać należą się największe brawa Krzychalowi. Za to, że potrafił sprawić iż materiały z różnych źródeł nie rażą swoją nieporadnością, amatorszczyzną lub brakiem znajomości sprzętu. Bo nie oszukujmy się, wszyscy, którzy kręciliśmy w czasie tego koncertu jesteśmy amatorami, kręcimy od wielkiego dzwonu lub to, co nam uchodzi w nagraniu u cioci na imieninach na potrzeby tego nagrania już nie może mieć racji bytu. Na koncertach kręci się inaczej.

Tu, na tym dvd mimo, że wielu się „starało”, dzięki montażowi Krzychala sytuacje takie właściwie nie mają miejsca.

Bardzo dużym plusem tego DVD jest również audio. Dźwięk, w stosunku do oryginalnego zapisu jest właściwie nie skompresowany. Jeżeli ktoś chce zrobić sobie boota do posłuchania w autku, czy innym przenośnym odtwarzaczu, to radzę przyszykować się właśnie na zapis z tego DVD. Szczerze polecam. Audio to sprawia, że przy braku LHNu z Łodzi przestaję „cierpieć” na myśl o jego braku. I nawet gadanie ludzi w czasie utworów, potrącenia mikrofonu nie przeszkadzają mi wcale. Na tym audio słychać publikę, a nie ludzi. Na tym audio słychać halę i zespół, a nie walkę o przetrwanie bootlegera, który poświecił się by nagrać audio, zamiast bawić się na koncercie. Audio było nagrywane niezależnie od obrazów, a potem montowane z obrazem. Dzięki temu uniknęliśmy wyboru pomiędzy lepszym lub gorszym płaskim zapisem dźwięku z jednego z fabrycznych mikrofonów któreś z kamer. Jeden jedyny feler to końcówka, gdzie z niezrozumiałych dla mnie powodów nagrywający chyba podbił czułość nagrania, co sprawia wrażenie przesterów np w czasie Personal Jesus [104].

A wracając do obrazu. Najlepsze wrażenie robią dalekie plany całej hali i ujęcia jednego z nagrywających, który kręcił z tłumu, w pewnym oddaleniu po prawej stronie sceny. Fajnie też sprawdzają się ujęcia, gdy kamera odwraca się od sceny i pokazuje to, co dzieje się z publicznością lub pełnię gry świateł, które w wielu utworach zaczynają swój bieg daleko od sceny.

Nagranie może cieszyć, ale myślę, że jeżeli dojdzie do wydania kolejnej płyty i zespół zawita z koncertami do Polski, to warto będzie pomyśleć nad przygotowaniem takiego multicamu od samego początku, zanim kupimy bilety. Żeby koncert nie wyglądał, jak zbiór ujęć i efekt pracy samotnych kowbojów. Kiedyś może o tym więcej, dziś nie czas i pora. Dziś szykujcie się na ucztę i wspomnienia z pierwszej nocy w Łódzkiej Arenie. Było na co czekać i jest nadal, bo gdy nasycimy się pierwszą Łodzią z pewnością padnie pytanie od drugą noc. I uwierzcie mi, że to pytanie nie pozostanie bez odpowiedzi… 🙂

Bo tak jest modnie…

Wygląda na to, że fani psioczący na małą pojawialność się depeche MODE w teledyskach, to zaścianek i brak rozeznania się w obecnie panujących tryndach w sztuce tworzenia wideoklipów. Teraz, aby być na fali trzeba być na koszulce, mijać po drodze plakat z podobizną zespołu, lub dać się minąć w pędzącym samochodzie głównemu bohaterowi.

Peace
Peace

depeche MODE spełnia wszystkie te oczekiwania i jest trendy. Obecnie nastał czas klipów fabularnych, ale takich, gdzie zespół wykonujący dany utwór spełnia się w roli muzyki filmowej, gdzie muzyka ma współgrać z filmem, który opowiada fabułę związaną z treścią piosenki lub nie bardzo. Tym razem to obraz jest ważniejszy, niż muzyka i to mimo tego, że clip ma promować utwór wykorzystany do zilustrowania jego.

Korespondencja obrazu z dźwiękiem.

Osobny temat to teledysk do instrumentalnego kawałka „Mono No Aware”, gdzie David Altobelli, reżyser i jeden z dwójki operatorów, stworzył wideoklip, który wychodzi poza ramy gatunku i śmiało aspiruje do miana etiudy filmowej. Obserwujemy historię samotnej dziewczyny, wszystko rozgrywa się w chłodnych barwach, obraz i dźwięk wędrują tutaj ramię w ramię i do samego końca pozostają w idealnej symbiozie. Tego rodzaju połączenie stanowi mniejszość, zauważalna gołym okiem jest tendencja do rozchodzenia się tych dwóch elementów. Historia w klipie Coldplay, biegnie zupełnie obok muzyki, która stanowi w zasadzie jedynie podkład, pozwalając odgrywać pierwsze skrzypce opowieści. Ta tendencja mniej rzuca się w oczy w przypadku teledysków do utworów o tanecznej proweniencji, gdzie twórcy nadal stawiają na zespolenie obrazu z dźwiękiem. „Warriors Dance”, czy „The Messages” Filthy Dukes wykorzystują tempo muzyki do nadania rytmu opowieści filmowej. Podobnie jest w przypadku „Wrong” zespołu Depeche Mode, ale – generalnie – nie można powiedzieć, by było to zjawisko dominujące.

Dalej dowiadujemy się, że muzyka jest tylko po to, aby dopełniała obraz i to jedyne czego od niej się oczekuje.

Artyści w defensywie

Zauważalnym kierunkiem jest odejście od opierania opowieści w teledyskach na wizerunkach wykonawców. Ze schematu wyłamuje się Eminem, ale muzyka hip-hopowa podszyta jest dążeniem do zaspokojenia rozbuchanych ego raperów, a Marshall Mathers dodatkowo wykazywał się od lat pociągiem do aktorstwa (patrz: „8.mila”). Jednak i jego wideoklipy są próbą znalezienia interesującego sposobu opowiedzenia historii, co odróżnia Eminema od klipów pełnych lansu, baunsu i bujających pośladków skąpo odzianych kobiet. „3am” zawiera echa „Blair Witch Project”, „Piły”, ale nawiązania do współczesnego horroru są przeprowadzone sprawnie i, w gruncie rzeczy, widz bawi się wynajdywaniem inspiracji. Eminem to gwiazda światowego formatu, podobnie jak Depeche Mode, którzy migają w tle klipu „Wrong”, co ma raczej wymiar cameo.

Teledyski w których zespół występuje z gitarą i nie daj Boże jeszcze śpiewa w nim, to wynik zacofania i byciem w tyle w stosunku do tego, co wielcy tego świata robią, to przykład taśmowej produkcji klipów. Przy czym odejście od tego służyć ma zepchnięciu do defensywy klipów, w których największą atrakcję stanowi pojawienie się na ekranie przez 5 minut wokalisty z zespołem. Oczywiście, nadal pokaźna grupa to teledyski gwiazdeczek popowych, skręcane taśmowo i eksponujące wdzięki urodziwych wykonawczyń lub modelek wytrząsających się nad muzykami. Pełna wersja artykułu TUTAJ.

Na szczęście mody mają to do siebie, że przemijają, a czasami potem wstyd do nich wracać, bo są już nie modne.