Po Warszawie. Stadion – tak, Koncerty – nie.

Koncert depeche MODE w Warszawie już za nami, jeszcze przez kilka tygodni (najpewniej do startu trasy w Ameryce Północnej), będziemy przeżywać i wspominać to wydarzenie. Pewnie powstanie (już powstał) projekt stworzenia multicamu, albumów ze zdjęciami, czy innych tablic pamiątkowych upamiętniających pobyt bogów klawisza na ziemi ojczystej.

Miło jest słyszeć i czytać wiele pozytywnych opinii fanów, oraz mediów, które w końcu potrafiły docenić i uczcić przyjazd depeche MODE do Polski. Być może to fakt zaprzęgnięcia nowej wytwórni, która w końcu potrafiła ogarnąć potencjał, jakim jest koncert depeche MODE w naszym kraju. Być może to z powodu tego, że duży, globalny sponsor pojawił się na tej trasie. Pewnie to prawda, ale ja dziś nie o tym…

Nie mam zamiaru się rozwodzić nad kondycją zespołu, fajnością i porównaniami do np pierwszego koncertu na trasie. Na to przyjdzie pewnie jeszcze czas, a na pewno na swój specyficzny sposób coś o tym napiszę w kilku najbliższych tekstach podsumowujących zakończoną właśnie nogę.

Pisząc recenzję z pierwszego koncertu w Nicei kończyłem ją słowami o tym, że:

niektórzy dopiero na zimowej trasie posłuchają pełnego spektrum dźwiękowego zespołu. Plenery to jednak nie to samo.

wtedy odnosiło się to do bootlegów, ale dziś napisałbym jeszcze raz to samo, w kontekście nagłośnienia.

Nie była to moja pierwsza wizyta na Stadionie o nazwie prawie tak długiej, jak najdłuższe niemieckie słowa. Do tej pory były to jednak mecze naszej narodowej reprezentacji kopanej lub akcje typu Noc Muzeów. Trzeba tu podkreślić dobitnie ten obiekt ma świetną widoczność z każdego krzesełka. O ile na mecze i inne widowiska sportowe ten obiekt nadaje się wyśmienicie i tak na prawdę tam nie ma złych miejsc. To niestety organizowanie koncertów na Narodowym, a tym bardziej płacenie za nie to pomyłka.

Podobno akustyka na Narodowym w dniu koncertu depeche MODE była najlepsza ze wszystkich koncertów, które odbyły się do tej pory. Jeżeli to jest prawda, to serdecznie gratuluję wrażeń fanom Coldplay, czy Madonny.

Ja ze swojego doświadczenia koncertowego mogę stwierdzić, że lipcowej nocy byłem na najsłabszym akustycznie koncercie depeche MODE na tej trasie. Nic nie pobije akustyki hali w Nicei, a i Dusseldorf może być spokojny. W czerwcu tego roku byłem na koncercie depeche MODE na Stadionie Olimpijskim w Berlinie. Już słuchając supportu w Berlinie obawialiśmy się, że koncert będziemy słuchać dwa razy. Pierwszy raz gdy dociera do nas z głośników, a drugi raz, gdy wraca odbity od trybun. Było jednak inaczej i pomimo tego, że był to koncert na stadionie z zadaszonymi trybunami. Tak na dobrą sprawę wcale nie było tak źle. To co działo się w Warszawie biło na głowę Berlin in minus. Przez cały koncert w Polsce miałem wrażenie, że słucham tego samego koncertu odpalonego z dwóch taśm puszczonych w jakiejś tubie z niewielkim opóźnieniem względem siebie. Jeżeli dla kogoś koncert w Warszawie był pierwszym koncertem depeche MODE na tej trasie, to ja serdecznie współczuję i mam nadzieję, że doznania odbierane innymi zmysłami zrekompensowały wrażenia wypaczone przez wrażenia docierające przez zmysł słuchu.

Dla porównania Never Let Me Down Again z Berlina 2013.06.09 i z Warszawy 2013.07.25:

Berlin

Warszawa

Sprzęt tej samej firmy i klasy, w obu przypadkach nagrania robione z trybun, w obu przypadkach jest echo, ale różnica w skali tego zjawiska jest powalająca na niekorzyść Warszawy.

Pierwsza i podstawowa różnica to brak dachu na stadionie w Berlinie. Na prawdę nie wiem po co zamykany jest dach na koncertach na Narodowym. Odbicia, jakie to powoduje sprawiają, że koncerty na warszawskim stadionie zamienia się w kakofonię dźwięku, bez wyraźnie słyszanych instrumentów, zaniku dołów, w permanentnym reverbie, a praca inżyniera dźwięku to na prawdę wyzwanie. Czy kilka kropel wody to na prawdę taki wielki i ważny powód, by psuć ludziom koncerty za które dojeni są na grube setki??!! Kupując bilet płacę za najwyższą jakość obrazu, muzyki i widowiska, tym czasem jedną niezrozumiałą decyzją wychodzi na to, że jestem pozbawiany części tego za co płacę.

Koncert w wielu miejscach ratowała publiczność, szczególnie w momentach… kiedy muzyka nie grała, lub była tylko tłem do chóralnych śpiewów fanów. Wymienienie Shake The Disease, Enjoy The Silence, Policy Of Truth, Should Be Higher to będą truizmy w tym momencie. Z resztą próbkę tego możecie posłuchać poniżej – audio występu w Warszawie:

Nie oszukujmy się jednak, nawet gdyby dach był otwarty, to forma obiektu niezbudowanego do obsługi widowisk muzycznych sprawia, że uczestniczenie w koncertach na tym obiekcie, to nadal pomyłka. Dlaczego koncerty stadionowe depeche MODE w 2009 roku najlepiej wypadały na obiektach typu Olympia Stadion w Monachium? Dlaczego U2 grając swoją ostatnią trasę zdecydowało się nagrać koncertowe wideo na starutkim stadionie Rose Bowl w Pasadenie (my fani depeche MODE doskonale znamy ten obiekt) mimo, że wcześniej grali na światowej klasy obiektach typu Wembley, San Siro? Ponieważ światowe to one może są, ale dla widowisk piłkarskich, ale dla muzyki granie na nich, to istna męczarnia i dla technicznych, i dla publiczności. Jedyny powód to możliwość upchnięcia w jednym miejscu największej możliwej liczby widzów i opędzenie dzięki temu np. nie 15-20 tysięcy biletów, jak to jest w przypadku hali, ale 40-50 tysięcy. Keszi, keszi…

Gdyby U2 wpadłoby na „genialny” pomysł nagrania wideo z koncertu w Polsce, to nigdy nie wybrałoby Stadionu Narodowego, ani tym bardziej Legii, Lechii, czy Lecha. Prędzej zagraliby i nagraliby materiał na Śląskim. Dlaczego? Bo zarówno Śląski, jaki Rose Bowl, to stadiony otwarte, bez stromych, wysokich trybun, z rozłożystymi koronami. Przede wszystkim jednak bez dachu, gdzie dźwięk może się swobodnie rozchodzić na boki i w górę, gdzie ilość załamań fali dźwiękowej jest znakomicie mniejsza niż na stadionach klasy Narodowego.

Właśnie dlatego do tej pory wspominam z przyjemnością koncert U2 na chorzowskim stadionie, a w przypadku Narodowego poważnie się zastanowię nad ponownym pójściem na koncert na tym obiekcie. I to po mimo tego, że podobno akustyka na depeche MODE była najlepsza z możliwych. A znajomi, którzy byli na Madonnie i Paulu McCartney’u, właśnie fatalną jakością nagłośnienia argumentowali wcześniejsze wyjście z tych koncertów.

Dopóki Warszawa nie dorobi się hali koncertowej z prawdziwego zdarzenia, gdzie obiekt będzie budowany od początku z myślą o akustyce koncertowej i widowiskach niesportowych, to na prawdę lepiej wyłożyć parę groszy więcej i bujnąć się do Łodzi, Gdańska, Berlina, Pragi, czy innego miejsca z halą, niż wybrać się na koncert w Warszawie na Narodowym. To będą zdecydowanie lepiej wydane pieniądze. Szczerze polecam Palais Nikaia w Nicei, jak do tej pory najlepszy obiekt na jakim dane mi było słyszeć występ depeche MODE.

Obawiam się jednak, że na halę widowiskową w Warszawie poczekamy jeszcze przez długie lata. W tym mieście mamy dwa stadiony z codzienną walką o utrzymanie się, gdzie jeden ma akustykę gorszą od drugiego. Kto bywał na Orange Warsaw Festiwal, na Legii, ten wie o czym mowa. Jednym z argumentów przenosin festiwalu z Legii na Narodowy było właśnie nagłośnienie koncertów. Podobno w tym roku było najlepiej w stosunku do lat 2012 i 2011, no to jak źle musiało być na Legii, jeżeli Narodowy jest też fatalny.

Niestety najbardziej zainteresowani niepowstaniem koncertowego obiektu w Warszawie są własnie zarządzający Narodowym i Legią, oraz… Atlas Areny w Łodzi. Powstanie obiektu koncertowego na powiedzmy 20+ tysięcy w Warszawie może oznaczać, że spora część wydarzeń odpłynie z tych obiektów do nowej hali. Atlas Arena zbudowała swoją markę m.in. dlatego, że nie ma alternatywy dla tego obiektu w centrum Polski. Wystarczy popatrzeć na Ergo Arenę, która klasą dorównuje łódzkiemu obiektowi, jednak liczba pierwszoligowych koncertów na tym obiekcie, to wciąż jedynie ułamek tego, co dzieje się w Łodzi.

Dla Pani Prezydent również budowa takiego obiektu nie jest na liście priorytetów w Warszawie. Dlatego będziemy jeszcze przez długie lata skazani na stadiony, które więcej robią złego, niż dobrego w temacie koncertów.

Na koniec dedykuję wszystkim organizatorom i fanom muzyki koncertowej, aby mieli okazję być na tak nagłośnionym koncercie, jakim był niedawny występ Kraftwerk w Poznaniu. Ten zespół pod względem jakości nagłośnienia bije na głowę każdy koncert na jakim byłem… od koncertu Kraftwerk w Krakowie w 2008. 😛

I to był opener… można? można!!! Kolejna próba Narodowego na The Wall 20 sierpnia.

Shuttorf 1983.05.28 – nieznane wideo

W poprzednim wpisie rozwodziłem się na tym, że wideo z Warszawy 1985.07.30, to pierwszy bootleg depeszowski wideo ever. Ledwo skończyłem pisać ten tekst (połowa lipca), a tu życie boleśnie poddało próbie moje oceny.

Na sieci pojawił się zapis wideo występu depeche MODE w Schüttorf 1983.05.28. Aż dziwne, że ten fakt przeszedł bez echa. Z tej trasy jest kilka dobrych nagrań, ale amatorskiego nagrania nigdy nie było.

Dla przypomnienia był to koncert na którym depeche MODE występowało jako support przed Rodem Stewardem. Dlatego prawdopodobnie był to zapis zrobiony przez któregoś z fanów tego artysty, a nie przez fana depeche MODE. Może to być również zapis zrobiony przez jakiegoś technicznego, bo kamera jest zamocowana na statywie i porusza się jedynie prawo-lewo. A tak postawić kamerę mógł raczej ktoś z obsługi koncertu.

Zespół wykonał na tym koncercie skróconą setlistę z trasy A Broken Frame. Na koncercie nie zagrano Dreaming Of Me [49].

Póki co nic nie wiadomo o pełnym zapisie tego występu. Dlatego koncert z Warszawy nadal pozostaje dla mnie pierwszym depeszowym zapisem koncertu na wideo w historii zespołu.

Warszawa 1985 – bootlegi

Co roku w okolicach kolejnej rocznicy przybliżam, odkrywam na nowo, przypominam różne mniej lub bardziej istotne fakty z historii depeche MODE, polskiego ruchu fanowskiego. Było już o miejscach związanych z koncertem, było o tym jak zagraniczne media pokazywały wyprawę depeche MODE za żelazną kurtynę, w tym do Polski, było też trochę filozofii.

Powoli kończą mi się tematy związane z rocznicą pierwszego koncertu w Warszawie, ale na ten rok i na kolejny jeszcze mi starczy weny. Będę musiał się bardzo wysilić, żeby coś zrobić ekstra na 30. rocznicę w 2015. Póki co dziś będzie o bootlegu… a właściwie bootlegach z tego koncertu.

Bootleg Wideo.

Jako pierwszy chronologicznie powstał bootleg w postaci wideo, stając się tym samym pierwszym znanym na świecie depeszowskim/fanowskim bootlegiem wideo z koncertu depeche MODE. Do tej pory jeżeli macie w swoich zbiorach jakieś bootlegi wideo z przed lipca 1985, to na pewno są to pro-shot’y zarejestrowane do domowego archiwum, które potem wyruszyły w świat najpierw na kasetach wideo, potem na CDR’ach, a teraz fruwają on-line.

Do tego koncertu żadnemu fanowi nie przyszło do głowy, żeby zabrać kamerę na koncert i zarejestrować cały występ depeche MODE.

Mam oczywiście świadomość, że przy ówczesnym rozwoju techniki i naszej komunistycznej rzeczywistości na tzw. zachodzie taka akcja nie była by możliwa. Tam taki zawodnik szybko zostałby spacyfikowany przez ochronę lub kogoś z ekipy zespołu.

W latach 80. kamery nawet te amatorskie przypominały te profesjonalne tylko w ciut mniejszej skali. Fajnie to widać na zdjęciach z lat 80. gdzie Alan dokumentuje na swoje potrzeby życie w depeche MODE.

Alan 1984-1985
Alan 1984-1985

Nie to co obecnie, smartfonem możesz zarejestrować cały koncert i w HD. Kiedyś kamery trzymało się na ramieniu, a cały koncert oglądało przez czarno-biały wizjer.

Z rejestracją koncertu w Warszawie jest jeszcze inna ciekawostka. Cały koncert został zarejestrowany na kamerze typu Betacam* w towarzystwie żołnierzy, kamerzysta niepokojony przez nikogo dokonał tego czynu. Widać to dobrze po zakończeniu koncertu, gdy zapalają się światła, a pracująca jeszcze kamera rejestruje kompanów nagrywającego. Dlatego uważam właśnie, że jeżeli rejestracji na prywatny użytek nie podjął się nikt z ekipy koncertu, to w normalnych warunkach nagranie koncertu w Warszawie w 1985 roku nie miałoby prawa się zdarzyć.


Remasterowany fragment koncertu z Warszawy.

To właśnie dzięki postępowi w miniaturyzacji sprzętu domowego dopiero dwa lata później podczas Music For The Masses Tour pojawiają się pierwsze fanowskie bootlegi wideo.

Po zarejestrowaniu koncertu kaseta zaczęła żyć własnym życiem i podróżować po świecie. Zanim jednak kaseta wyruszyła w świat prapremierowy pokaz odbył się w jednym z Warszawskich bloków na Chomiczówce w pokoju wielkości większego kojca. Kilkanaście osób zgromadzone na niewielkiej powierzchni  wpatrzeni w telewizor marki Rubin. Kopie koncertu stały się relikwią podróżującą od domu do domu po całej Polsce, a z czasem po świecie.

Bootleg Audio #1.

Z zapisem wideo koncertu w Warszawie zetknąłem się gdzieś w okolicach 1998 roku. Była to tylko część występu – 11 kawałków od People Are People [83] do końca. Samo nagranie w różnych formach krążyło między fanami od samego początku po koncercie. Kolejne kopie nagrania sprawiały, że obraz stawał się co raz bardziej czarno-biały, jak to na VHS.

Some Great Concert In Warsaw
Some Great Concert In Warsaw

Właśnie gdzieś w okolicy 1998 wspólnie z webmasterem strony Insight (kiedyś istniała pod adresem www.depechemode.pl, zupełnie inna strona niż obecnie) stwierdziliśmy, że może warto zrobić transkrypcję tego nagrania do audio, ponieważ do tej pory nie istniała wersja audio (dziś wiem, że istniała, ale o tym będzie później) pierwszego koncertu depeche MODE w Polsce. Tak oto powstał jedno-płytowy bootleg audio – Some Great Concert in Warsaw.

Po jakiś 2-3 latach takiej samej transkrypcji dokonałem dla pełnej wersji koncertu. Obie wersje (1 płytowa i 2 płytowa) brzmiały fatalnie (2-płytowa jednak trochę lepiej, ostatnio nawet w samochodzie słuchałem tego koncertu), ale wtedy to był cud miód i co tam jeszcze. Ile ja bootlegów za to nagranie dostałem, to były czasy… ale ja nie o tym. Pewnie któraś wersja jest u Was pod postacią płyt albo plików.

Bootleg Audio #2.
Bootleg z Warszawy 1985.07.30
Bootleg z Warszawy 1985.07.30

Na poprzednim akapicie mógłbym zakończyć historię bootlegów z tego koncertu, gdyby nie pewien wpis na forum z kreską z kwietnia tego roku. Otóż podobnie jak to było z bootlegiem z Pasadeny, również i tu pewien fan objawił się, że posiada zapis koncertu z Warszawy do Somebody [79]. Różnica między bootlegiem nr 1, a tym jest taka, że transkrypcja z wideo nie posiada zapowiedzi polskiego konferansjera. Natomiast krótka wersja takową zapowiedź ma. Oczywiście nagranie jest już w dobrych rękach i po remasteringu całkiem niedawno ujrzało światło dzienne na torrentach dla taperów.

Jeżeli dodamy do tego, że istnieje zapis występu supportu z tego koncertu, oraz pokaźna liczba fotografii i tekstów prasowych (a tak!), to wychodzi na to, że koncert ten jest na prawdę dobrze udokumentowany i to lepiej, niż niejeden koncert z zachodu, o USA nie wspomnę…

Z resztą z odzyskiwaniem, czy też próbą dotarcia do najlepszych możliwe kopii nagrań też jest osobna historia. Szczególnie dotyczy to nagrania wideo, które w postaci mastera nie przetrwało, ani pierwszej kopii z mamuśki na VHS, od której zaczęło się powielanie między fanami tego koncertu. Na ten moment wiemy, że istnieje tylko nagranie wideo w okolicach 2-3 kopii z matki.

Przez lata były próby masterowania dalszych kopii nagrania, czego przykładem jest powyższy Shake The Disease [8], aby uratować od zapomnienia występ. Niestety najlepsze jakościowo nagranie tego koncertu jest co prawda w polskich rękach, ale nie w Polsce. Być może uda się przywrócić na 30-lecie koncertu najlepszą z możliwych kopii fanom, jednak póki co idzie to opornie.


Pełny zapis koncertu z Warszawy.

Słuchając po latach koncertu z Warszawy, kilka rzeczy mnie zadziwia, jak miejscami inaczej uczestniczyło się w koncertach niż dziś. Na pewno fascynuje mnie Somebody [79], w czasie którego fani przez cały czas klaszczą. Nie zmienne zostało krzyczenie „depeche MODE” przez naszych rodaków, to mamy do dziś 🙂

Trudno też nie zwrócić uwagi na Just Can’t Get Enough [82], gdzie Martin lub Alan grają jakąś wariację na temat tego utworu do głównego podkładu. Zdecydowanie jest to luźna interpretacja. Z resztą takie granie tego kawałka było charakterystyczne dla depeche MODE pod koniec tej trasy, gdy zespół grał koncerty na co raz większym luzie i w pewnym sensie zlewce.

Zaskakiwać może też świetna znajomość Shake The Disease [8], ze śpiewem publiki do samego końca utworu, a nawet dłużej. Z drugiej strony co się dziwić Shake The Disease [8] królowało wtedy na Liście Przebojów Programu 3.

Jestem daleki traktowania tych nagrań jako relikwii, nie mniej będąc częścią subkultury, pewnie tak, jak wielu, chętnie postawiłbym kompletną antologię koncertów depeche MODE w Polsce, z pełną dokumentacją, jaka została wytworzona do tych występów. Może przyjdzie na to czas po zakończeniu trasy, bo póki co obecna trasa zatrzymała wiele toczących się projektów i często słychać, również z moich ust, aaaa to zostawmy na po trasie… oby nie na długo.

_

P.S. Tekst powstał w przy współpracy z Więcorem, który podzielił się wspomnieniami i wnosił uwagi do powstającego tekstu, za co mu wielkie dzięki.

* System Beta był konkurencją dla VHS. Beta przewyższała jakością zapisu VHS, jednak to VHS wygrało ponieważ było tańsze. W myśl zasady gorszy pieniądz wypiera lepszy. Szybciej upowszechnił się VHS. System Beta stał się standardem dla TV. Stąd tym bardziej na podziw, ale i do zastanowienia jest sprawa pojawienia się tego sprzętu na koncercie. Ale to już są teorie spiskowe…

Halo – wizualizacja [edit]

Po pierwszych reakcjach na Halo w wersji 2013 było od ściany do ściany, jednym się podobało bardzo innym mniej. Z czasem większe dyskusje ucichły i wszyscy przeszli nad tym numerem do porządku dziennego, bo nawet jak się nie podoba, to nie drażni. Oczywiście są tacy, którym tęskni się klasyka w wersji 2001, albo jeszcze starsza.

W jednej sprawie chyba wszyscy są zgodni. Wizualizacja do Halo, to jedna z najlepszych autorstwa Corbijna na tej trasie. A ja zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że jedna z lepszych od kilku tras. Żadne pieski i kotki nawet nie stały przy symbolicznej, retrospektywnej wizualizacji do jakby nie było kultowego utworu.

Początkowo, tak jak wielu myślałem, że jest to montaż archiwalnych filmów z przebitkami na których pomyka pewna dziewoja. Wszystko ładnie zmiksowane, aby wyglądało na zgrabną całość i jedność. I materiał archiwalny.

Nawet na bazie takich przemyśleń wysunąłem hipotezę, że wizualizacja ta, a co za tym idzie utwór, może podzielić los Peace na poprzedniej trasie. Przyglądając się jednak samym wizualizacjom na koncertach moje wątpliwości zostały w 100% rozwiane. Nic nie grozi ani Halo, ani wizualizacji <kamień z serca :-P>

Wszystkie ujęcia wykorzystane w tym klipie są współczesne i były kręcone tej zimy… (w każdym razie na początku tego roku) w Berlinie.

Ujęcia zostały zrobione m.in w miejscach:

  • Przed budynkiem Parlamentu
  • Bernauerstrasse
  • Alexanderplatz
  • Haus der Kulturen der Welt

Cały film został tak zmontowany, aby wydawało się, że jest to stary czarno-biały film z okresu, kiedy Berlin był podzielony. Nawet zachwycałem się tym pisząc swoją recenzję z Nicei.

_

Tym czasem dokładniejsze przyjrzenie się ujęciom ładnie pokazuje, że są to świeże zdjęcia. Ujęcia pod Murem Berlińskim były kręcone przy ocalałym, oryginalnym fragmencie tej budowli przy Bernauer Strasse (Mitte), a cały kompleks nazywa się Mauerpark. Prawdopodobnie ujęcia były robione od wewnętrznej strony muru, który stoi przy samej ulicy w kilku sporych odcinkach. Od strony ulicy byłoby to nie możliwe, gdyż za dużo tam jest samochodów i turystów, oraz za mało miejsca. Podobny fragment muru stoi tuż przy O2 Arena, gdzie w listopadzie zagra depeche MODE dwie noce. Potocznie to miejsce nazywane jest East Side Gallery.

Mur berliński
Mur berliński

Wyświetl większą mapę

_

Druga scena pochodzi z Reichstagu, z placu na którym kiedyś pasły się króliki, a ludzie uprawiali warzywa, a dziś nazywa się Plac Republiki (Platz der Republik). Dziś jest to miejsce wycieczek, stanowienia prawa, koncertów i pikników. Jeżeli przyjrzeć się poniższej rycinie z koncertu, to widać tam obecną flagę Niemiec, oraz w tle żurawie na jednej z budów tego miasta.

Berlin_parlament

Wyświetl większą mapę

_

Trzecia scena powstała opodal Alexanderplatz, co ciekawe nie w miejscu najbardziej znanym, czyli od strony zegara słonecznego, Alexy lub u podnóża wierzy telewizyjnej, czy paru innych charakterystycznych dla dawnego centrum Berlina Wschodniego miejsc. Ujęcie było kręcone od strony fontanny Neptuna na Spandauer Strasse. W tle widać podstawę wieży TV.

Alexander Platz
Alexander Platz

Wyświetl większą mapę

_

Ostatnie miejsce to Haus der Kulturen der Welt, Miejsce znajdujące się nieopodal Bundestagu.

Haus der Kultur der Welt
Haus der Kultur der Welt

Wyświetl większą mapę

_
Przy Bernauer Strasse ale w dzielnicy Tegel znajdują się parki i jeziora, które były prawdopodobnym miejscem kręcenia scen w tzw dziczy 🙂

101 – 25 lat mitów i legend o koncercie

W 2011 roku napisałem tekst opisujący trasę Music For The Masses od strony setlistowo-bootlegowo-koncertowej. Wtedy też przyszło mi na myśl oddzielne zajęcie się 101 koncertem tej trasy i rozprawienie się z mitologią tego koncertu. Jeżeli pamiętacie tekst pt. „12 ciekawostek, których możesz nie wiedzieć o koncercie w Warszawie i Exciter Tour.” z 2011, to będzie to coś w tym stylu.

Dla mnie ten koncert jest właściwie relikwią. Od tego koncertu zaczęła się moja znajomość z depeche MODE. To na tym nagraniu poznałem piękno koncertów depeche MODE i czar winyla. Ten koncert sprawił, że zacząłem wnikać w muzykę, teksty i historię tego zespołu. Jednak im dalej zagłębiałem się w ten zespół i historię 101ego koncertu, tym częściej doznawałem wielu zaskoczeń, nieścisłości i mnogości wersji, jakie krążą o tym wydarzeniu. Dziś będzie właśnie o tym. Fakty, mity i legendy o 101.

101 – w ruchu fanowskim liczba ta urosła do miana mitologicznej. Niektórzy z Was pamiętają pewnie na forum z kreską limit 101 stron, po którym dany topic był obligatoryjnie zamykany. Nagradzanie 15, 66 i 101 fana zlotu, to tylko kolejny przykład. Prawda jest taka, że liczba koncertów była czysto przypadkowa, a jeżeli spojrzy się na odwołane koncerty, to koncert mógł mieć równie dobrze oznaczenie 102, 103 lub 104, bo taką liczbą mogłaby się skończyć ta trasa. Co więcej wystarczy zajrzeć do Tourbooka z 1987, by zobaczyć, że rozpiska koncertów na poszczególnych częściach trasy różni się od tej finalnej.

Sam album 101 też nie miał się tak nazywać. Plany były inne. Album miał mieć tytuł „Live Mode„. Wówczas magia liczby 101 nigdy by nie zaświeciła tak jasno. W końcu jeżeli doceniamy koncert nr 101, to czemu nie 102 – liczba wykonów na Tour Of The Universe, czy 75 – liczba wykonów na Black Celebration Tour, o liczbach 55 i 35 nie wspomnę.

Jedna z wersji tytułu mówi również o tym, że pochodzi on od nazwy międzystanowej, która przebiega obok i ma właśnie numer 101. Ale to myślę, że nadinterpretacja jakiegoś dziennikarza, albo jakiegoś blogera 😛

Frekwencja – To jest najbardziej dyskusyjny element mitologii tego koncertu. Często im bardziej chce się podnieść rangę tego wydarzenia, tym padają co raz wyższe liczby. Spotkałem się nawet ze stwierdzeniem, że 101 to właśnie liczba widzów tego koncertu. W biografiach i artykułach czytałem o publiczności w rozstrzale od 60 do 85 tysięcy. Najczęściej w przekazach fanowskich słyszałem magiczne 75 tys. Po latach również różni członkowie ekipy depeche MODE podają różne wartości. Wystarczy obejrzeć jednak dokument 101, aby dowiedzieć się ilu było fanów na koncercie. Wg ekipy księgowej na koncercie było 65 314, ale jak odliczymy od tego masę vipów to wychodzi 60 452 wg Keslera. Te VIPy nie przyszły tu bez powodu, wszystko przez pewne wydarzenie, ale o tym poniżej. Na razie cytat:

They sold out the Rose Bowl in 1988 even though their album barely cracked the Top 40. The band ended its 'Music for the Masses’ tour by selling out the Pasadena Rose Bowl, which contains more than 60,000 seats. The album made it to only No. 35 on the chart. http://diffuser.fm

Kasa – 1.006.192,50 tyle wynosił przychód zespołu z tego koncertu. tzn bilety + koszulki i inne gadżety. Od tego trzeba odliczyć koszty. Jak kosztował i liczył się mniejszy koncert na trasie w 1988 możecie przeczytać tutaj.

_

Koncert / Festiwal / Urodziny / Spęd na Rose Bowl – potocznie mówi się, że depeche MODE dało koncert na Rose Bowl, aby zwieńczyć tym występem swoją najdłuższą trasę koncertową w historii. Miejsce koncertu było wyborem zespołu, ale zrobiono bardzo wiele, aby najpierw nie przypominało to koncertu, a potem włożono wiele PR, żeby nikt nie pamiętał o tym wysiłku.

Koncert był rodzajem dealu między zespołem, a radiem KROQ. Z punktu widzenia tej stacji, nie był to wcale koncert wieńczący najdłuższą trasę w historii, ale jubel z okazji 10 lat istnienia KROQ, a wszystkie zespoły występowały tak na prawdę na urodzinach tej stacji. W zamian za możliwość urządzenia w czasie tego wydarzenia na Rose Bowl swoich 10. urodzin stacja rozkręciła potężną kampanię promocyjną rozdając masę biletów, dzięki czemu na koncercie była również masa przypadkowych ludzi i VIPów ze strony stacji.

Otwartym pozostaje pytanie na ile frekwencja była wynikiem sukcesu trasy, a na ile wynikiem promocji KROQ, w którym od lat i przez następne lata grano depeche MODE na potęgę. Myślę, że działało tu pewnego rodzaju sprzężenie zwrotne, czego efektem były potem sceny pod Warehouse w 1990.

Z drugiej strony bez wsparcia KROQ taka akcja nie byłaby możliwa i zrobienie takiego koncertu po za Kalifornią również mogłoby skończyć się klapą.

Dave również robił wiele, aby promować ten ostatni występ na trasie, na koniec (prawie) każdego koncertu w USA żegnał się: See You in Pasadena!

Wydarzenie na Rose Bowl było jednocześnie jednodniowym festiwalem z line-up’em: Wire, Thomas Dolby, OMD i… depeche MODE. Wykonawcy występujący przed depeche MODE grali za dnia i w pełnym słońcu, cała konferansjerka była prowadzona przez djów z KROQ.

Żeby była jasność, kompletnie nie umniejszam przez to samego koncertu, wręcz uważam to za zaletę tego zespołu, że nie porwali się na tak duże przedsięwzięcie i nie położyli go od strony organizacyjnej i biznesowej, i jeszcze sprzedali do tego bardzo romantyczną historię, którą wszyscy znamy. Równie dobrze mogło się wydarzyć tak, jak w przypadku U2, którzy w 1983 roku pojechali do Red Rocks, (depeche MODE wystąpiło na Red Rocks po raz pierwszy w 1986.07.01) by udowodnić sobie i światu, że w USA dadzą radę. Zainwestowali oszczędności swojego życia po czym okazało się, że niewiele brakowało, a utopiliby cały kiesz dosłownie i w przenośni.

Po za tym sproszenie na koncert przez KROQ masy VIPów, którzy w normalnych warunkach nigdy by się nie pofatygowali na koncert pewnej niszowej kapeli z jakiegoś Basildon. To oni zobaczyli, że syntezatorowy zespół (a właściwie zespoły, bo OMD, to również syntezatorowa kapela czerpiąca z dorobku Kraftwerk) mogą zapełnić stadiony. Kiedy ta wiadomość została poniesiona na wyspy, to Anglicy przecierali oczy ze zdziwienia i nie potrafili zrozumieć, jak to było możliwe i co takiego się stało.

Przełożyło się to potem na sukces komercyjny i wydawniczy singla Personal Jesus w 1989, który jest do tej pory najlepiej sprzedającym się 12″ singlem w historii Sire Records i całego albumu Violator.

After that film came out, suddenly we were this 'stadium band’, which wasn’t actually true – we’d played one stadium – but the perception really changed. We started to get bigger than I’d ever imagined we’d be. – Dave dla Q, lipiec 2001

Stadion – To był pierwszy występ stadionowy depeche MODE. W pewnym sensie to prawda. Wcześniej zespół występował, jako support przed wielkimi pierwszej połowy lat 80. na stadionach. Jednak na tak dużym stadionie – jako headliner – depeche MODE wystąpiło po raz pierwszy. Faktyczny pierwszy koncert solo ever na stadionie to Budapeszt 1985.07.23.

tumblr_mol6z8v4Mn1rusvu1o1_500Najlepszy koncert na trasie – Kolejna legenda głosi, że był to najlepszy koncert depeche MODE na trasie, dlatego został wydany. No nie zupełnie. Alan w wywiadach opowiada, że wprost przeciwnie. Na tej trasie mieli dużo więcej lepszych koncertów. Ze względu na wielkość koncertu, co było nowością dla zespołu, były pewne problemy techniczne z nagłośnieniem, przebiciami prądu, wodą, która zbierała się na dachu sceny i zalewała sprzęt. A Dave tracił głos z minuty na minutę. Wszystko to musiało sprawić, że zespół pracował potem nad tym koncert w studio przez 4 miesiące masterując, ale również dogrywając brakujące lub źle zarejestrowane partie koncertu. Alan nigdy nie powiedział tego wprost, ale dawał do zrozumienia, że album 101 nie jest w 101% nagraniem live.

Koncerty halowe da się muzycznie lepiej kontrolować, niż stadionowe. Zespół miał tylko jedno podejście, nie było szansy nagrania drugiej nocy, przez co nie było możliwości zdublowania materiału. Druga sprawa, że był to również trudny technicznie koncert ze względu na fakt, iż nie był to samodzielny występ depeche MODE, a występ na urodzinach i całe to zamieszanie, jakie ze sobą takie wydarzenia niosą.

_

People Are People – z tym utworem jest ciekawa historia. Początkowo na tej trasie był grany w wydłużonej wersji. Zbieracze bootlegów określają ja mianem wersji 12″, jednak z powodu rozłażenia się utworu przez środkową wstawkę utwór został skrócony. Ale ja nie o tym…

Kawałek był grany nieprzerwanie przez 3 nogi Music For The Masses Tour, aż do koncertu w Wiedniu 1988.03.13. Od momentu wznowienia trasy na kolejnej nodze utwór ten został zastąpiony przez Master & Servant [101], który przywędrował tu z bisów, na miejsce Master & Servant [101], wskoczyło za to Just Can’t Get Enough [41]. Tak było przez całą Japonię, Kanadę i USA… z wyjątkiem Pasadeny, gdzie numer niespodziewanie powrócił do setu. Master & Servant powędrowało na bis. Dzięki temu była to…

Najdłuższa setlista na trasie – dzięki temu na płytach mamy 20 utworów, a nie 19, jak to było przez resztę trasy. Przez co, przez chwilę gdzieś nawet krążyła plotka, że nie jest to koncert z Pasadeny, a montaż z kilku koncertów i People Are People [67] pochodzi właśnie z jakiegoś innego koncertu na Amerykańskiej trasie. Z resztą ta teoria o posztukowanym (z kilku koncertów) koncercie powraca co jakiś czas, a posztukowany dokument – 101 nie pomaga temu. Jak było nie wiem, za to spotkałem się kiedyś ze stwierdzeniem, że…

Music For The Masses Tour
Music For The Masses Tour

Set z Pasadeny to była setlista całej trasy – Daaawno temu usłyszałem takie stwierdzenie. Nie ma sensu się nad nim rozwodzić. Zapraszam do lektury działu o tej trasie na MODEontheROAD.pl. Myślę, że to wystarczy.

Bootleg z Pasadeny – Po 15 latach od koncertu w Pasadenie wypłynął na światło dzienne jedyny i prawdziwy bootleg z Pasadeny 1988.06.18. Jest to jedynie pierwsza część koncertu. Jak relacjonuje właściciel nagrania kiedy wyszła 101 po prostu skasował kasetę z zapisem koncertu. Bo przecież była już 101 i była lepszej jakości. To takie oczywiste… Jako bonus do bootlegu dołączony jest występ OMD też z tej nocy, oraz zapis występu Nitzer Ebb z 1990 roku z L.A. jako support depeche MODE.

Sam bootleg niestety trochę za bardzo przegadany, ale mimo to można usłyszeć jak Dave śpiewa, a reszta gra i daje to fajne porównanie z tym co zostało stuningowane w studio w postaci 101. Na Blasphemous Rumours [101] słychać jak pada deszcz. Słynna scena i komentarz o tym, jak nad stadionem przeszło oberwanie chmury. Zaczęło się od pierwszych taktów utworu i zakończyło wraz z końcem numeru. …God have sick sence of humor…

Po sieci krążyły niby-bootlegi, które były niczym innym jak zmasakrowaną wersją płyty 101. Okazywało się, że w rzeczywistości jest to przegrana z CD na dyktafonu 101, a potem nagrana jeszcze raz na CD lub do plików. Zabieg ten miał na celu pogorszenie jakości materiału tak, aby stał się wiarygodny dla kolekcjonerów. Jednym słowem nie ma pełnego bootlegu z Pasadeny!

Dokument 101 – podobno pomysł na serię Real World w stacji MTV, dawniej nazywanej Music Television inspirowano się historią grupki dzieciaków wyrwanych ze swojego środowiska, wsadzonych w zupełnie im nowe i obce miejsce – autobus przemierzający Amerykę w pogodni za zespołem – a do tego z pod nos wsadzonymi mikrofonami i kamerami zaglądającymi im nawet do kibli. Podobno…

To chyba tyle mitów, legend i ciekawostek o koncercie, który gdyby nie dokument pozostałby tak samo niezauważony, jak finalne koncerty na poprzedzających ten koncert trasach i wielu po nim.

But Not Tonight – dlaczego Martin Gore nie śpiewa tego numeru częściej?

Kiedy parę tygodni temu pisałem Wam o potencjalnych nowych utworach, które zespół na różnym etapie prób testował, pewnie zastanawialiście się kiedy, które utwory pojawią się w secie, a może zanosiliście modły, żeby konkretny utwór nie pojawił się nigdy, bo już Wam się przejadł, czy raczej przesłuchał.

Kiedy ruszyła trasa, część fanów podzieliła się na dwie grupy tych, co chętnie by pożegnali Home na trasę lub dwie, oraz tych, którzy kompletnie nie rozumieją o co całe zamieszanie. Niezależnie w której grupie jesteś, a może nawet w jakiejś trzeciej, to z radością przywitasz mała zmianę setu od czasu do czasu.

Martin Gore przez lata przyzwyczaił nas do tego, że to właściwie on był ostatnią nadzieją fanów, na urozmaicenie setlisty. Na tej trasie zaskakuje nas zarówno Dave – raz a porządnie – w Londynie 2013.05.29, oraz Martin, który przyjął politykę pełzających zmian, czy też ewolucyjnie niż rewolucyjnie. Oczywiście wielu się zastanawia co się stało, że The Child Inside i A Question Of Lust po jednym razie wypadły, choć tak na prawdę odpowiedzi należy szukać w Home, czy When The Body Speaks, niż w problemach w w/w utworami.

130529_London_01Jest jednak jeden utwór, który obecnie jest chyba największa zagadką dla wielu fanów, sytuacji nie ułatwia sam Martin, który najpierw zaskoczył niegraniem The Child Inside i A Question Of Lust, a następnie po koncercie w Londynie pojawiła się setlista na której stało jak byk – But Not Tonight do grania na pierwszy bis – tym czasem tradycyjnie poleciało Home.

Na kolejnych koncertach setlista została napisana w taki sposób, że przy pierwszym bisie widać zapis Home / But Not Tonight. Przykład takiej setlisty pojawił się w Stuttgarcie 2013.06.03, tym czasem faktycznie But Not Tonight pojawiło się dopiero we Frankfurcie 2013.06.05. Kolejne koncerty były powrotem do obecnego status quo, które najczęściej jest grane na tej trasie. Takie setlisty będą wyciekać po każdym koncercie.

130603_Stuttgart

Natychmiast pojawiły się różne interpretacje tej sytuacji. Na forach u naszych zachodnich sąsiadów, czy na mniej lub bardziej oficjalnych forach fani dawali do zrozumienia, że granie tego, czy innego utworu to rodzaj nagrody dla fanów, za to jak pracuje publika na koncercie lub też chęć przypodobania się komuś.

Prawda jest zgoła inna. Przede wszystkim But Not Tonight nie może być nagrodą, bo Martin czerpie wręcz mistyczną radość ze śpiewania Home, o czym pisałem w jednym z poprzednich wpisów. Rozmawiając z naszymi źródłami w ekipie technicznej dostaliśmy do zrozumienia, że But Not Tonight nie będzie częstym goście na koncertach. Więcej, to czy But Not Tonight, czy Home będzie pojawiać się na będzie decydowane w czasie przerwy między głównym setem, a bisami. Dlaczego tak?

Odpowiedź jest prozaiczna i tyleż zaskakująca, co prosta. Tym problemem jest tonacja. But Not Tonight jest utworem napisanym i zaaranżowanym pod Dave’a, a nie Martina. Dla Martina nie jest to najwygodniejszy numer do śpiewania. Wg naszych źródeł Martin podejmuje decyzje o graniu tego numeru w czasie trwania koncertu w zależności od tego jaki ma humor, jak czuje się wokalnie i czy ma siłę pociągnąć ten numer. Na potrzeby koncertu Martin już i tak zmienił ten numer w balladę, bo nie jest w stanie zaśpiewać go w wersji oryginalnej. Porównajcie sobie wersję oryginalną i z koncertu. Pierwsze, czego nie ma to zawodzenie „Uuuuuu„, które jest ulubioną częścią Gore’a na Home. I dlatego Martin kończy utwór i jak publika jest ogarnięta, to kończy ten numer zawodzeniem. Przykład poniżej:

Co musiało by się wydarzyć, żeby Gore zaczął częściej śpiewać But Not Tonight i porzucił na dobre Home? Panowie musieli by dokonać transpozycji tonacji w jakiej grany jest ten numer na taką, która jest najwygodniejsza dla Martina. Problem polega na tym, że wtedy fani mogli by nie poznać tego numeru lub zadawać retoryczne pytanie „Co to k…wa jest?”, w wersji międzynarodowej „WTF?”. Ale ja nie o tym… Wówczas numer prawdopodobnie jeszcze szybciej by wyleciał z setu, jak się w nim pojawił. Dlatego nie ma kompletnie reguły, na patent grania But Not Tonight na tej trasie. Równie dobrze można obstawiać zwycięstwo narodowej reprezentacji w obecnych eliminacjach. Wynik może być podobny.

No dobrze co w takim razie w zamian, czy jesteśmy skazani na Home do końca trasy? A od czasu do czasu, w ramach focha pojawi się But Not Tonight? Otóż nie, Home nie będzie wieczne. Ten numer czeka na kolejnych koncertach zamiana na kolejne propozycje. Numery już są przygotowane do grania w wersji bare. Pytanie tylko kiedy. Na mojego nosa raczej nie usłyszymy ich wcześniej niż na amerykańskiej nodze obecnej trasy. Do końca lipca Martin będzie grał Home z wymianą na But Not Tonight, natomiast w USA i Kanadzie usłyszymy kolejne numery. Ale to już moje spekulacje.

A skoro już mówimy o tonacji, to Sister Of Night jest napisane i zaaranżowane w tonacji Gore’owej i o ile w studio można zaśpiewać i zmiksować wszystko i w każdej wersji. To na żywo, jest już z tym problem. Dlatego właśnie Gahan nigdy nie zaśpiewa tego numeru na koncercie, a Martin wprost przeciwnie.

No nic, pora ruszać w trasę na koncert do Berlina. Do przeczytania po…

Historia się działa – Londyn 2013.05.29

Ta noc powinna przejść do historii. Oczywiście można mieć ale, bo zamienione numery w większości ograne, a zespół ze zmianami nie wyszedł po za rok 1987. I nie było to wydarzenie na miarę Londynu 2010.02.17, gdy wystąpił Alan Wilder. Wszyscy jednak liczyli, że tradycyjnie Martin pociągnie zmiany drugiej nocy i max na 3 zmianach się skończy. Stało się jednak inaczej, a to cieszy.

Założenia były takie, że usłyszymy – Only When I Lose Myself, być może The Child Inside, oraz A Question Of Lust lub But Not Tonight. Właściwie nic, co nie było już grane na tej trasie lub też było w jakiś tam sposób znane. Oczywiście gdzieś tam w tyle były przecieki z prób, ale chyba i ja nie pokładałem w tym większych nadziei i nie spodziewałem się aż takich zmian.

Tym czasem, to właśnie Dave wszystkich zadziwił wywalając z setu aż 5 numerów. Martin dołożył swoją jedną zmianę i 1/4 setlisty była różna od Londynu 2013.05.28 i znacząco odmienna od setlist z poprzednich koncertów tej trasy. Ale po kolei:

Pierwsza zmiana nastąpiła już po 2 numerze, gdzie Walking In My Shoes – zastąpiło In Your Room. Numer powrócił do setlisty po raz pierwszy od koncertu w Dusseldorfie 2010.02.27. I tu zaskoczeń kilka. In Your Room nigdy nie był grany tak wysoko w setliście, to był numer drugiej części setu, a tu taka zmiana. Ważniejszy do odnotowania jest jednak fakt, że Walking In My Shoes nie zostało zagrane na koncercie po raz pierwszy od początku swojej kariery koncertowej. Utwór nigdy nie wypadł z setlisty pełnowymiarowego koncertu! Nawet na rozgrzewkowych koncertach numer był grany.

Kolejne zaskoczenie nastąpiło chwilę później. Poleciał Precious i wszyscy szykowali się na Black Celebration, gdy tym czasem z głośników poleciało Behind The Wheel. Był to powrót do setlisty po raz pierwszy od koncertu w Dusseldorfie 2013.02.26.

Trzecia zmiana nastąpiła od razu po drugiej i Policy Of Truth musiało ustąpić miejsca – World In My Eyes. Podobnie, jak to było w przypadku In Your Room, był to powrót do setu po raz pierwszy od koncertu w Dusseldorfie 2010.02.27.

Na kolejne zmiany musieliśmy poczekać do części Martinowej. Tym czasem z koncertu dochodziły sprzeczne relacje a to, że publika jest jedną z najgorszych, jakie były na tej trasie, a to, że wprost przeciwnie. Po koncercie fani pisali, że koncert przypominał wyspy bawiących się w morzu stojących. W przeciwieństwie do Dave’a, który przechodził sam siebie i nie zaniżał formy. Nie mnie to oceniać, przytaczam tylko relacje tych co byli i bawili się i tych, co widzieli nie bawiących się.

Nastanie Martina za głównym mikrofonem sprawiło, że Only When I Lose Myself zastąpiło Higher Love i zostało wykonane po raz trzeci na tej trasie. (Ostatni raz w Belgradzie 2013.05.19.) Więcej zmian nam Martin już nie zaserwował. Pozostałe utwory znamy z poprzedniej nocy i koncertów.

Pojawienie się Dave na scenie raczej nie zapowiadało już żadnej zmiany. Myślę, że wielu zakładało, już tylko ew. zmiany w setliście bisowej u Martina. Tym czasem musieliśmy odczekać jedynie 2 numery i pojawiło się chyba największe zaskoczenie tej nocy, czyli wykonanie John The Revelator, zastępującego A Pain That I’m Used To. Jaś pauzował aż od koncertu w Atenach 2006.08.01.

Ostatnia zmiana wybrzmiała w chwilę po zakończeniu poprzedniego zamiennika. Tym razem zaszczyt bycia zastąpionym przypadł – A Question Of Time, na którego miejsce pojawił się utwór – Soft Touch/Raw Nerve. Był to debiut tego numeru na trasie. Poprzednio numer grany był na występach promocyjnych dla mediów. Do A Question Of Time wrócę jeszcze na końcu tego wpisu.

Do końca koncertu nie było już więcej zmian, choć największe emocje budziło pojawienie się ewentualnego zamiennika do Home. Na poprzednich trasach Martin przyzwyczaił nas, że wymiany utworów setliście następują właśnie na tej pozycji, a jednak nic z tego. Każdy ma swoją opinię o Home, nie zmienia to jednak faktu, że gdy w większości fani przyjęli do wiadomości fakt nie-wymiany tego numeru przez Gore’a, tuż po zakończeniu koncertu wypłynęła oryginalna setlista przygotowana na ten koncert:
130529_London_01Wynikało z niej, że planowana była jeszcze 7 zmiana w setliście w stosunku do poprzedniej nocy i jednocześnie debiut na The Delta Machine TourBut Not Tonight. Zmiana niby kosmetyczna, bo właściwie to by było pianinko za pianinko, nie mniej odczarowałoby to trochę przyspawanie Gore’a do Home. Niestety tak się nie stało i tu wracamy do A Question Of Time.

Wymiana A Question Of Time i nie zagranie But Not Tonight sprawiło, że tej nocy po raz pierwszy odkąd są grane utwory z albumu+single z Black Celebration nie został zagrany żaden utwór z tak szeroko pojętej produkcji. Trochę to naciągane, ale właściwie ostatnim koncertem na którym taka sytuacja miała miejsce był koncert w Warszawie 1985.07.30. Tylko, tam to było oczywista oczywistość, album Black Celebration jeszcze nie istniał. Od tamtej pory nie było żadnego pełnego koncertu, na którym choć jeden utwór nie był grany. Przeważnie to zadanie przypadało Stripped, ale jak wiemy na tej trasie ten numer jeszcze nie zaistniał.

Ogromny szacun dla Dave’a za podjęcie wyzwania i zaskoczenie. Podtrzymuję swoje zdanie, że zespół ma ludzi którzy czytają, słuchają fanów, a sam zespół słucha swoich ludzi. Cieszyć może ilość zmian, a tym jednym koncertem zespół załatwił temat i ma już 31 utworów wykonanych na tej trasie. Z But Not Tonight było by ich 32. Przypomnę tylko, że na Tour Of The Universe zespół potrzebował prawie całej trasy, żeby osiągnąć limit 39 zagranych utworów, a na Touring The Angel prawie cała trasa została poświęcona na wykonanie 32 numerów. Jak widać pod względem liczby utworów zespół zbliżył się już do Touring The Angel, albo się zrównał. Zależy kto, jak liczy. Oby to nie był jednorazowy zryw, a koncert z Londynu 2013.05.29 nie był kwiatkiem do kożucha, podobnie jak teraz jawi się Nicea 2013.05.04.

To, co jednak może smucić, to jakość aranżacji. I tu będzie lekkie marudzenie. O ile powrót John The Revelator cieszy, to wykonanie In Your Room, czy zastąpienie zbierającego co raz lepsze recenzje Policy Of Truth (które z koncertu na koncert nabiera mocy) przez World In My Eyes nie jest aż takim wielkim powodem do zachwytu. Gdyby te numery były grane w regularnej setliście, to pewnie napisałbym o nich to samo, co o Personal Jesus, czy A Question Of Time w mojej recenzji koncertu z Nicei. Szczególnie ciepło wyraziłbym się o In Your Room, który nawet kolory i ustawienia świateł ma z poprzedniej trasy.

No nic, depeche MODE od niedzieli zjawia się ponownie bardzo blisko nas, a bardzo wielu rodaków zawita do Berlina 2013.06.09, gdzie i ja będę. Oby zespół nie siadał na laurach i kontynuował, jak dotąd, w sumie na prawdę niezłą i różnorodną trasę.

PS Piszcie i komentujcie zarówno na blogu, jak i na poszczególnych stronach o koncertach na MODEontheROAD. Czekam też na Wasze recenzje i relacje z widzianych koncertów. Miejsca na serwerze jest wiele, każdy się zmieści.

Co noc z Alanem na trasie depeche MODE

…eee w pewnym sensie. Nie osobiście, ale duchem zawsze, gdy grany jest jakikolwiek numer z przed 1995 roku. Nie chodzi mi również o powrót do setlisty Higher Love w pełnej elektronice, choć również, gdy słyszałem ten numer na koncercie w Nicei 2013.05.04 to nie wiem, czemu ale na chwilę myśli moje właśnie skierowały swój bieg do czasów, gdy depeche MODE = się 4 ludzi.

Kolejnym ukłonem do czasów z okresu Songs Of Faith and Devotion, było wykorzystanie remixu pochodzącego z 2 singla I Feel You – Helmet at the Helm. Znowu cierpko uśmiechnąłem się do czasów niesłusznie minionych. Właśnie o I Feel You będzie reszta tego tekstu.

Oglądając pierwszy raz wizualizację do tego utworu miałem po raz kolejny odczucie, że wizualizacja rodem z dance klubu nie jest najszczęśliwszym wytworem i wyborem Antona, gdyby skupić się na odpowiednim przetworzeniu i animowaniu pracującego głośnika, tak jak to miało miejsce w 2001 roku z przetworzeniem zabawy kreską na wizualizacji do Black Celebration myślę, że byłby to lepszy pomysł niż wsadzanie do ciężkiego numeru kolorowusich, falujących i tańczących wizualizacji. No cóż widocznie każda trasa musi mieć swoje baloniczki. Nie wspomnę już, że ten patent widzieliśmy na poprzedniej trasie jako tańce zespołu do Personal Jesus.

Na koncercie nie było, ani na to czasu, ani siły, dopiero w domu przeglądając uważnie zapisy występów z tej trasy na YT dostrzegłem (choć pewnie nie tylko ja), że na wizualizacji do I Feel You, obok stołu dj’skiego leży okładka Songs Of Faith And Devotion z dostrzegalnymi podobiznami Dave’a, Andy’iego i właśnie Alana. Ciekawe, czy to przypadkowy, czy też celowy zabieg Corbijna, ale w całym zalewie słodkości, akurat ten rodzynek smakuje przednio.

ify

A na koncercie wygląda to tak:

P.S. Jak na razie Nicea 2013.05.04 była jedynym (moim) koncertem w życiu na którym bycie na trybunie na wprost sceny było zaletą, a nie wadą (choć sam byłem na podłodze). W takim Berlinie, czy Monachium, wybór trybuny na wprost sceny, jest albo aktem desperacji, albo nabijaniem sobie spisu koncertów na których się było. Przyjemność z bycia na takim koncercie jest żadna.

Czego Wam nie powiedziałem do tej pory…

Zanim zdradzę Wam swoje dwa małe sekrety, najpierw muszę, w uzupełnieniu poprzedniego wpisu o początku trasy depeche MODE, dopisać jeden akapit…

…którego zabrakło. Dotyczy on małego pokajania się i posypania głowy popiołem. Otóż w licznych poprzednich postach odsądzałem od czci i wiary, oraz podważałem myślą, mową i uczynkiem dobre prowadzanie się Panów z depeche MODE na okoliczność spalenia setu występami promo. Oczywiście, jak wiemy, zespół nie dość, że zaskoczył długością setu, to jeszcze „haniebnie” wywalił Soft Touch/Raw Nerve, zastępując ten utwór innymi produkcjami z nowej płyty. Oczywiście kwestią otwartą pozostaje czas w jakim Dave wytrzyma w tym stanie uświęcenia, ale bądźmy dobrej myśli. Na prawdę nie pogniewałbym się, gdyby Dave nie zmienił (po za drugim Londynem i drugim Dusseldorfem) swojej części za nadto. Po doświadczeniach z poprzedniej trasy myślę, że warto dać szansę wszystkim fanom na przeżycie tego, co niewielu miało okazję zobaczyć i usłyszeć w Nicei. Ponieważ promo set nie został 1:1 przeniesiony do setu koncertowego… i bardzo dobrze, to ciekawi mnie jak szybko Soft Touch/Raw Nerve będzie grany ponownie na trasie. Jeżeli tak się nie stanie, to występy promo zyskają jeszcze na znaczeniu. To samo tyczy ogrania Only When I Lose Myself, a że jest taka szansa (potencjalnie) świadczyć może dalsza część dzisiejszego wpisu.

IMG_6552a

Mam też złe wieści w temacie Home. Według doniesień z serca trasy. Martin „zazdraszcza” Dave’owi bycia frontman’em i bardzo go kręci bycie nim na koncertach. Czy zauważyliście jak bardzo do przodu i na środku stoi Mart na koncertach? Po za tym lubi, jak fani śpiewają mu swoje wokalizy, a ponieważ łączą się one w znacznej części z Home, więc zapadła w kwaterze głównej decyzja, że numer wraca na stałe do setu i nie ma co się łudzić, że będzie inaczej. Kawałek na stale zagościł na pozycji pierwszego bisowego. Pogódźcie się z tym.

W Sofii Martin zagadnięty o szanse wymiany Home na np A Question Of Lust odpowiedział, że szanse marne, bo ten ostatni jest „too overplayed” No i bądź tu mądry… chyba następnym razem sam się wybiorę do niego ze statystykami w łapie i pokażę mu naocznie w jakim błędzie żyje.

Z tego wynika, że żeby wybić Gore’owi z głowy ten numer, trzeba mu zepsuć występ i nie reagować na jego zaczepki. Niestety nie może być to tylko jednorazowy wybryk na jednym koncercie, ale zaplanowana, systematyczna akcja z koncertu na koncert, inczej będziemy udupieni tym kawałkiem do końca świata.

Żeby była jasność, ja nie nie lubię tego utworu. Wprost przeciwnie uważam, że jest to ostatni dobry kawałek autorstwa Gore’a, jaki nagrał ze sobą na wokalu. Całkowicie mu się należało bycie na singlu. Problem jest w ograniu do nieprzytomności tego utworu na każdej trasie od 1997 roku. Wystarczyłoby pominąć ten kawałek choć na jednej trasie i już byłaby inna rozmowa. Paradoks sytuacji polega na tym, że numery solowe Gore’a starsze o +/- 10 lat były mniej grane na żywo niż Home. A Question Of Lust (317+), Somebody (274+), a Home (360+).

IMG_6554a

No dobra pora przejść do zasadniczej kwestii. Pisząc poprzednie teksty z potencjalnymi spoilerami mogłem swobodnie zamieścić to, co przeczytacie poniżej. Jari nawet zaczął wrzucać na wydarzenie o koncercie w Nicei 2013.05.04 początek setlisty przed koncertem, ale daliśmy sobie wtedy na wstrzymanie. Postanowiliśmy jednak cieszyć się, dać radość innym, i nie publikować grubych przecieków z prób, tylko raz na jakiś czas sączyliśmy jakieś głodne kawałki i kompilowaliśmy znane tematy z tymi, które za wiele nie zdradzały. Dziś przyszła pora opublikować trochę więcej. Oczywiście nie znamy i My całej prawdy, ale jakoś nie mamy z tego powodu nocnych moczeń i migotania przedsionków.

Zanim jednak konkret warto obejrzeć ten wywiad. Dave w dalszej części (tak od 14 minuty) wiele opowiada o tym, jak zespół składał set na tą trasę. To, co wcześniej usłyszeliśmy od Fletcha w wywiadzie u Stelmiego, tym razem przytacza Dave:

Nim jednak doszło do stworzenia Dave’owej wersji setlisty, Dave pracował w Nowym Jorku nad wokalami i powoli składała mu się jego wersja. Równolegle Martin i reszta zespołu koncertowego pracowała w Santa Barbara. Poniżej przykład tego, jak zespół Martin & Co kształtował swoją wizję setu.:

Angel
Soft Touch/Raw Nerve
Walking In My Shoes
Barrel Of A Gun
Wrong
Should Be Higher
Heaven
The Child Inside
Always
Only When I Lose Myself
The Things You Said
Home
Somebody
Higher Love
Little 15
Soothe My Soul
Policy Of Truth
Miles Away
Pleasure Little Treasure
Personal Jesus
Enjoy The Silence
Never Let Me Down Again
I Feel You
Policy Of Truth
World In My Eyes
Behind The Wheel
Stripped
Photographic

Jak głosi legenda, chłopaki pracowali i pracowali, aż Dave przysłał swoją propozycję setu i pozamiatał temat. Tak przynajmniej zeznawał Andy na wywiadzie ze Stelmachem. Jak to tam było na prawdę, to ich sprawa. Powyżej zamieszczony zarys setu pochodzi z grudnia / stycznia.

Zwróćcie uwagę, że w przytaczanym powyżej wywiadzie Dave opowiada, o skupieniu się na płytach MFTM / V / SOFAD. Po części to widać już na objawionej na trasie setliście. Najmniej z tego objawienia dotyczy MFTM, być może dopiero drugonocne występy przyniosą jakieś wyjaśnienie, albo dopiero 3 i kolejne nogi. Pamiętając pierwsze wywiady po konferencji Martin opowiadał, że trasa stadionowa ma być komercyjna, a halowa… alternatywna (czort wie jak ją nazwać)… inna.

Kolejna setlista, jaka wpadła mi w ręce z obozu depeche MODE, nie jest właściwie setlistą rozumianą jako układ utworów następujących po kolei ze swoją dramaturgią itp. Poniższy zestaw został określony jako zbiór utworów z próby, jaka odbyła się 01.05 już w Nicei. Co z tego wypucowało się na wyjściowym secie wiemy dobrze.

Angel
Should Be Higher
Walking In My Shoes
Barrel Of A Gun
World In My Eyes
Heaven
Only When I Lose Myself
Child Inside
Wrong
Soft Touch/Raw Nerve
Soothe My Soul
Enjoy The Silence
Personal Jesus
In Your Room
Goodbye
But Not Tonight
Stripped
Policy Of Truth
Never Let Me Down Again

Kompletnie nie przywiązuję się do powyższych spisów utworów, raczej traktuję to, jako zbiór poglądowy tego, co było na warsztacie, choć nie koniecznie trafiło do setu. Ciekawie to brzmi i jeszcze bardziej zastanawia kiedy i co nowego usłyszymy.

P.S.
Pewnie, ktoś się się zastanowi chwilę i powie, że widział już gdzieś te sety. No bo to prawda. Jak wspominałem nie mieliśmy zamiaru psuć nikomu zabawy, więc półgębkiem wkleiłem te sety na PFDM do działu o typowaniu setlisty, strona 1 i 2.

P.S.2
Fotki pochodzą z nowego tourbooka, thx @sofadboy.

Nicea zdobyta.

Tekst zacząłem pisać jeszcze w samolocie w Nicei, ale byłem tak padnięty, że nie skończyłem go, dlatego obok myśli na gorąco będzie też trochę laborki. Pierwszy koncert za nami, więc choć raz pokuszę się o analizę setu szczególnie, że potem może już nie być okazji.

Przede wszystkim szok 23 utwory, jak na ten zespół masakrycznie dużo. Ciekawe czy wytrzymają (czytaj Dave) kondycyjnie do finału w lipcu (?) 2014. Póki co szacun za wysiłek. Moje generalne spostrzeżenie jest takie, że jednak zespół (ich ludzie) czytają i słuchają głosów fanów. Oczywiście widać, że filtrują to przez swoje potrzeby, czego wypadkową i kompromisem jest setlista. Nie zmienia to jednak faktu, że zespół odrobił lekcje i przynajmniej postarał się choć trochę zaskoczyć – patrz wykon i aranż A Pain That I’m Used To, czy sam aranż do Halo, nawet jeżeli nie wszystkim podeszła ta wersja Halo, to jednak + za to, że się starali. Ciężko nie mieć wrażenia, że chłopaki byli już zmęczeni klasycznymi wersjami stworzonymi przez siebie na płyty i ogranymi do bólu.

Przez wiele lat lansowałem i lansuję tezę, że w dawnych czasach (gdy Alan był w zespole) i chłopaki robili remixy na swoje single, to wersje pakowane na strony b były tak na prawdę bankami niewykorzystanych pomysłów przy pracy nad podstawową wersją utworu lub też odrzutami, gdzie po głosowaniu okazywało się, że wersja nr 32 idzie na album, jako podstawowa, a wersja 17 i 56 znajdą się na stronie b jako remixy, choć równie dobrze mogło być na odwrót.

Później gdy zespół (czytaj Alan) robił wersje koncertowe utworów, to właśnie remixy ze stron b były bazą do budowania tych wersji. Dziś już zespół nie robi remixów na single, ale pokazali, że umieją korzystać z tego, co pakują na strony b, które nie są tylko zapychaczami badziewnych remixerów lansowanych przez wytwórnie.

Współcześnie przykład takiego podejścia mieliśmy w 2005/2006, gdy Martin wykorzystał remix Air do aranżacji koncertowej Home. Nicejska noc pokazała, że takich cytatów muzycznych będzie na tej trasie wiele. Ale po kolei.

Chłopaki zaczęli od Welcome To My World, czym raczej nie zaskoczyli, bo był to oczywisty opener na tej płycie i trudno się spodziewać, że zagrają go w innym miejscu. Mogli co najwyżej nie zagrać go wcale, ale to byłoby głupie.

Kawałek zaczyna się długim intro, które jest wariacją na temat początku tego utworu na płycie. Świetne intro, bardzo Kraftwerkowe i chyba najlepsze intro od czasu Painkillera, choć intro na Touring The Angel (po mojemu) też było niczego sobie. Kawałkowi towarzyszy wizualizacja, która jest miksem napisów ze słowem Welcome i dziwnych tęczowych okręgów, które w finale przypominają kształtem głowę myszki miki. 😛 Nachodzące się napisy Welcome, To, My, World, przypominają mix klasycznej wizualizacji do Stripped z 1993 i grubego fontu używanego prze Corbijna do Personal Jesus.

130504_Nice_01

Kolejne dwa kawałki to aranże znane z Promo Shows – Angel i Walking In My Shoes. Choć nie wiem, czy przypadkiem Angel nie zostało uproszczone na potrzeby trasy. Natomiast aranż do Walking In My Shoes może się podobać lub nie… kwestia gustu. Myślę, że ta wersja początku, jaki prezentują na tej trasie nie należy do szczytowych osiągnięć zespołu.

130504_Nice_02

Natomiast pierwszy fuckup wieczoru pojawia się po zakończeniu  Walking In My Shoes. Wiem, że są tacy co lubią ten numer, ja do nich nie należę. Mam tu na myśli Precious. Mam tego numeru serdecznie dosyć i obok Home i I Feel You ten kawałek jest na liście do nie zagrania już nigdy więcej. Żałosności dopełnia wizualizacja, która jest kiczowata i pretensjonalna. Brakowało jeszcze tylko adresu i numeru telefonu do schroniska dla psów. No dobra nie będę pastwił się, bo jeszcze ktoś pomyśli, że się uwziąłem, a ja po prostu tego numeru nie lubię.

Black Celebration – Pierwsza poważna niespodzianka pojawia się zaraz po Precious. Salę przeszył głos – a brief period of rejoicing – i na tym czar niespodzianki prysł. Potem mamy już tylko wersję znaną z trasy 2001, gdzie cała elektronika chodzi jak złoto, ale śpiew Dave’a spowalnia, aby dostosować się rytmicznie do prze wolnej perkusji. Miło, że przywołują ten kawałek, ale jednak po raz kolejny udowadniają, że perkusja może jest i fajna przy A Question Of Time, czy Personal Jesus, ale tu Eigner powinien mieć przerwę na fajka.

Finał jest taki, że cała praca nad tym numerem zawarta jest w 3 punktach, z czego 1 i 3 są tu kluczowe dla rozwoju wydarzeń:

  1. Początek pracy nad utworem;
  2. Bierzemy wersję 2001, przekładamy sampla z cytatem od W. Churchila na początek;
  3. Koniec pracy nad utworem;

Policy Of Truth znowu miło zaskakuje, na początku znalazły się dźwięki znane z teledysku, gdy zanim wejdzie główny bit widzimy samotnego Dave’a kroczącego po ulicach Nowego Jorku. Potem jest już tylko średnio – mix wyciągnięty żywcem z & calowego singla. Osobiście bardzo lubię aranż z 2009/2010, a ten jest zdecydowanie słabszy.

Should Be Higher sprawia za to wrażenie bardzo dopracowanego i wytrenowanego przez Dave’a, co finalnie sprawia, że kawałek zdecydowanie zyskuje z odsłuchu na odsłuch. To takie Miles Away z poprzedniej trasy. Kawałek co najwyżej przyzwoity na poprzedniej płycie, na trasie uratował środkową część setu po słabych Peace i Come Back. Całość dopełnia wizualizacja żonglera ogniem, bardzo klimatyczny i interesujący film. Jest na co popatrzeć, brawo Anton.

Barrel Of A Gun praktycznie nie różnił się od tego, co słyszeliśmy na showcase’ach z SXSW, czy z Los Angeles. Myślę, że każdy ma ten numer obcykany, jedni go lubią inni nie. Ja należę do sympatyków tego kawałka. Trzeba też przyznać, że Dave mniej „rapuje”, niż to było przy trasie promo i chyba tym kawałek jeszcze bardziej zyskuje. Zobaczymy jak będzie w głąb trasy.

Prawdziwa perełka zdarzyła się jednak dopiero teraz, gdy Dave zszedł ze sceny. Co prawda Dave swego czasu ogłaszał, że namawiał Martina do wyjścia po za schemat Home, Somebody, A Question Of Lust i zagrał Higher Love, ale nikt nie przypuszczał, że stanie się niemożliwe. Zaczęło się niepozornie. Myślę sobie – O nie!!! – znowu będzie plumkanie na gitarce, gdy tym czasem… po refrenie wchodzi cały zespół, który do tej pory stał/siedział właściwie niewidzialny. Byłem tak skupiony na Martinie i tym co się dzieje, że zapomniałem wcisnąć nagrywanie, a ciary chodziły od mojego spalonego czoła do obolałych stóp. Żaden utwór z wokalem Dave’a nie pozamiatał mnie tak od czasów Soulsavers, jak właśnie Higher Love tej nocy. Sorry Krzychal, ale pożyczę sobie cytat od Ciebie – „Na Higher Love mogę jechać wszędzie.” Dla tego numeru warto spiąć poślady i pedałować parę tysięcy km, bezcenne. Posłuchajcie sami, odtwarzacz powyżej.

130504_Nice_03

Po emocjach Higher LoveThe Child Inside przemyka właściwie bezwiednie. Choć osobiście uważam, że numer zyskuje bardziej na żywo, niż na płycie. Bałem się, że kawałek dostanie niepowtarzalną szansę bycia zagranym tylko na gitarze i pianinie, ale nie, na szczęście Peter potraktował go łaskawie i dobrał prawidłową barwę klawisza, a nie zwykłe pianinko.

Gdy oglądasz wizualizacje do Heaven, to zadajesz sobie pytanie dlaczego ten obraz nie został oficjalnym teledyskiem. Fotografie z książeczki, ten klip, oraz pewnie zdjęcia z tourbooka to jedna spójna całość, a tak powstaje pewien dysonans z oficjalnym klipem. O wizualach z promo shows nikt już nie pamięta, a po obejrzeniu tej wizuali na pewno. Muzycznie standard, choć mam pewną myśl, która warta jest dopracowania na styku Eigner – Fani. Utwór na zejściu ciągnięty jest przez Christiana, a Dave podpuszcza ludzi do klaskania. Aż prosi się, żeby perka szła tak jeszcze ze 30 sek., albo i dłużej, a w tym czasie fani klaskali. Patent jest bardzo podobny do tego co Eigner zrobił na perkusji w końcówce When The Body Speaks, czy Fragile Tension. Jeżeli Panowie to chwycą, to będzie fajny klaskacz na końcu dla publiki, bo w większości numer jest bardzo przestany przez fanów. Wideo z Heaven powyżej.

130504_Nice_04

Sooth My Soul właściwie niczym nie rozczarowuje i nie zaskakuje. Numer jest taki, jak ma być. Zrobiony jako parkietowiec, na prawdę zdanża i możemy być spokojni o granie go dalej na trasie. Tym numerem zespół zaczyna szybką trójcę tego setu.

Wielkimi krokami zbliżamy się do 13 numeru i przeważnie od tego miejsca kończyło się promowanie płyty, a zaczynało Greatest Hits. To gdzieś tu powinien pojawić się Personal Jesus, albo Enjoy The Silence, a tym czasem nie… pierwsze dźwięki A Pain That I’m Used To powodują opad szczeny, a jeszcze większe zaskoczenie, gdy Peter wyskakuje na scenę z bassem (a wszyscy stawiali na Suffer Well, ciepło, a jednak nie…) Zaczyna się szybka jazda na bazie remixu (Jacques Lu Cont Remix). Jedyne co mi się nie podobało, to pocięcie początkowego sampla noisowego. Napiszę coś o tym jeszcze na końcu.

A Question Of Time – był dla mnie zaskoczeniem na minus, szczególnie, że przecieki zapowiadały coś innego, a mianowicie, brak tego utworu w secie. Samo miejsce w setliście też jest zaskakujące. Niestety kawałek od 2 tras nie prezentuje niczego nowego, jest jedynie ogrywaniem tego samego patentu właściwie od 2003.

130504_Nice_05

Secret To The End – po 3 szybkich numerach Dave potrzebował zwalniacza i tak własnie traktuję ten utwór. W tym miejscu równie dobrze może się pojawić Broken, który spokojnością i tempem jest podobny do Secret To The End. Chciałbym, żeby tak było, bo kawałek godny i chyba ciekawszy niż Secret To The End.

130504_Nice_06

Enjoy The Silence – klasyka, klasyka, klasyka. Solo Eignera, solo Martina, Dave oddaje pół kawałka do śpiewania ludziom… standard. Znowu wizualizacja zaskakuje, tym razem nagie Panie wpisane w trójkąty wstają z podłogi. Tak tak, tu jest zastosowany trick w postaci filmowania od strony podłogi, a potem po montażu jest złudzenie filmowania na wprost lub z boku. Ale i tak chętnie spytałbym się o co chodziło Antonowi, gdy przyszedł mu do głowy ten pomysł?

Personal Jesus – ten numer zjada już własny ogon. Jedynie rozwinięcie patentu, z wolnym wejściem, z poprzedniej trasy. O ile na poprzedniej trasie było to coś nowego i interesującego, tak tym razem zaczynam już czekać na moment, aż Panowie wpadną na pomysł zagrania go klasycznie, ale to dopiero na następnej trasie….

130504_Nice_07

Goodbye – ale to takie oczywiste. Numer, który musiał być na zejście, bo potem już nie ma jak. To nie U2, które gra premierowe utwory z najnowszej płyty jako ostatni bis na koncercie. Wizualnie – Heaven part 2. I bardzo dobrze, bo ewidentnie pasuje ten klimat. Jest to takie wizualne spięcie drugiej części setu od Heaven do Goodbye.

A Question Of Lust – szacun za elektronikę, karny jeżyk za ponowne granie tego numeru. Wszyscy czekali, że w tym miejscu poleci… But Not Tonight. Niestety, w to miejsce znany, lubiany i ograny kawałek z tej samej płyty. Choć, może ktoś tego nie zauważył, ale numer jednak dużo mniej ograny niż Home.

Halo – masakra i mógłbym na tym skończyć. Nie jestem fanem remixu Goldfrapp i nie zostanę już. Po za tym klasyczny kawałek od 3 tras w zapomnieniu, a tu chłopaki wycinają taki numer i wracają z nim w taaakiej wersji. To był drugi facepalm tego wieczoru, jaki zrobiłem. Jedyne co u mnie ratuje ten numer, to wizualizacja. Jest przednia. Stary klimat Berlina z przed 1989 roku. Gdzieś tam miałem w tyle głowy Niebo nad Berlinem – Wima Wendersa, czy Królika po berlińsku – Bartosza Konopki, ale przede wszystkim czarno białe klimaty rodem ze Strange Antona.

Just Can’t Get Enough – Niby dla nas, niby specjalnie, ale ja tam nie wiem czemu. Liczyłem na Photographic.

I Feel You – fajnie, ze próbują zmieniać ten numer i użyli fragmentów z remixu Helmet at the Helm. Przypominało to patent z poprzedniej trasy z kawałkiem In Your Room. Tyle tylko, że In Your Room w albumowej wersji jest wyczekiwany, I Feel You zaczyna być niechcianym dzieckiem. Oby przejście do bisów było pożegnaniem z tym numerów na koncertach.

Never Let Me Down Again – musiał być, więc poleciał, nic zaskakującego. Kawałek z patentami słyszanymi od co najmniej 2001. Nie znaczy to, że coś w tym złego, ale odkrywczego też nie. To jest takie koncertowe Where The Streets Have No Name – U2. Mogą nie zagrać jakiegoś innego utworu, ale Never Let Me Down Again musi być i zawsze na koniec koncertu lub na koniec głównej części.

To tyle w temacie opisu poszczególnych kawałków subiektywnie i po mojemu. Pora na myśli końcowe. Przede wszystkim, mimo kilku słabszych momentów, ogromny szacun za przepracowanie setlisty i zagranie tylu numerów, których nikt się już nie spodziewał. Koncert trwał 2 h 10 min. i żeby zmieścić taki set, wiele utworów utraciło swoje rozbudowane intra, na rzecz jedynie symbolicznych początków lub jak w przypadku A Pain That I’m Used To długie hałaśliwe wejście stało się bardzo pocięte. Bardzo na rockowo.

Bardzo, ale to bardzo brakować mi będzie na tej trasie LHNów. Aranże tej trasy oparte są bardzo mocno na niskotonowych brzmieniach. Linia basowa i dolne środki to pasma istotne dla dobrego odsłuchu line-up depeche MODE na tej trasie. Niestety fanowskie bootlegi mają to do siebie, że najlepiej przenoszą środkowe pasma, więc dopiero bycie na koncercie oddaje prawdziwą jakość dźwięku. Stąd moja obawa, że niektórzy dopiero na zimowej trasie posłuchają pełnego spektrum dźwiękowego zespołu. Plenery to jednak nie to samo.

MODE2Joy mówi idźcie i bawcie się, bo warto 🙂
Klipy i zdjęcia: Martini, audio: Wiecor
_

A w następnym wpisie zdradzę Wam pewna tajemnicę… a nawet dwie 🙂

Martin zaszalał i znowu „awantury”.

Martin zaskoczył nas w Los Angeles tzw akustycznym wykonaniem But Not Tonight, choć bardziej pasuje do tego metka bare. Właściwie nikt się nie spodziewał tego. But Not Tonight było utworem z puli tych niegrywalnych, które powstają tylko dlatego, że jest tekst wolny, albo trzeba zapełnić wolne miejsce na stronie, ale nie gra się tego live. Aż do teraz…

Gdzieś tam w przeciekach padały również inne tytuły, typu Sea Of Sin, czy Pleasure, Little Treasure, ale do tej pory nikt nie traktował tych rewelacji poważnie. Może czas zacząć…

Tak szybko, jak minął pierwszy zachwyt nad faktem odkurzenia klasyka wszystkich depotek i konwencji fanowskich, natychmiast utwór wpisał się w odwieczny spór tych, dla których śpiewanie utworów przez Martina w wersji bare, które oryginalnie były przypisane do Dave’a, jako niszczenie i wypaczanie klasyki depeche MODE.

Z drugiej zaś strony niemilknące zachwyty tych, co w Martinie znaleźli swojego ulubieńca pośród obecnych i byłych członków zespołu, oraz tych, co radują się każdym nowym utworem granym na koncertach.

Trudno rozstrzygnąć gdzie jest prawda, bo obie strony mają swoje racje i nie zawsze wykluczające się. Czasami mam jednak wrażenie, że na bezrybiu i rak ryba. Wszystko przez Dave’a, który ma taki, a nie inny styl śpiewania. Kolega może przez całą trasę lecieć na jednym secie i nie będzie mu to za grosz przeszkadzać. Można to tłumaczyć tym, że ten zespół tak ma i koniec. Można zasłaniać się ograniczeniami technicznymi, choć nie wiem, czy w obecnych czasach to stwierdzenie jest jeszcze do obrony.

Można w końcu tłumaczyć, to charakterem Dave’a zasłaniać się jego naturą, potrzebą poczucia bezpieczeństwa i niechęcią do zmian, czy też, że jest zodiakalnym bykiem, a byki tak mają. Cokolwiek byśmy nie twierdzili nie zmienia to faktu, że w obecnych czasach tylko od Martina można się spodziewać nowych numerów na trasach, on jeden stał się osobą, dzięki której rekordy w postaci 39 na ostatniej trasie i 32 na jeszcze poprzedniej były możliwe.

Ktoś powie, że nie liczy się ilość, tylko jakość i wiele będzie w tym prawdy. Niestety nie zawsze masa przekłada się u Martina w jakość. Pewnie wielu ludzi wybaczyłoby mu chęć śpiewania kawałków, które na płytach śpiewa Dave, gdyby były one w pełnej elektronice, a nie jako bare. A tak czeka nas festiwal pianinkowej masakry klasyków by Peter Gordeno, które obdarte z bogactwa brzmieniowego można by spokojnie zagrać w barze niedaleko dworca, na pianinie pełnym kiepów i piwa z którego dawno już uleciał gaz.

Echhhh, żeby Dave’owi się chciało ryzykować, a Martin nie był taki leniwy… za 14 miesięcy zobaczymy, czy rekord został pobity, czy też 39 zostanie już najwyższą liczbą wykonanych utworów na trasie.

Oby jak najwięcej było tych w pełnej elektronice. Do napisania po Nicei 2013.05.04.

Podsumowanie I etapu trasy – The Delta Machine Promo Shows

26 kwietnia za nami, więc można zacząć pierwsze podsumowanie, pierwszego etapu trasy promującej album Delta Machine. Za nami 10 występów dla TV, sponsorów, Internetu, + dziesiątki wywiadów maści każdej.

Wszystko się zaczęło w USA i tam skończyło. Zespół praktycznie do samego początku trasy zajmował się promowaniem przez mini koncerty najnowszy album Delta Machine. To obecnie standard na rynku. Tak robią i inni tyle, że… na większą skalę. Brakuje tylko jeszcze tras przed albumowych i mielibyśmy 100% tego, co robi rynek, ale podobno zespół, żeby wyruszyć w trasę musi wydać album. Czasy Exotic Tour nie wrócą już.

Wszystko zaczęło się w Nowym Jorku, gdzie z początkiem marca zespół dał dwa występy dla Davida Lettermana. Pierwszy występ był prezentacją prawie pełnej setlisty promocyjnej. Kolejnej nocy depeche MODE objawiło się nam jedynie z aktualnie promowanym singlem, czyli Heaven [8]. Jednak to Barrel Of A Gun [4] było na ustach wszystkich fanów. Kawałek zapomniany od koncertu w Anaheim 1998.12.22, kończącego trasę The Singles 86>98.

Stopniując napięcie, po przenosinach do Teksasu, gdzie w Austin zagrali na festiwalu South By South West (SXSW), Martin zaskoczył nas swoją interpretacją Only When I Lose Myself [2]. Kawałek również zimował od czasu ostatniego występu w Anaheim 1998.12.22, choć niektórzy pamiętają Martina wykonującego ten numer na swojej mini trasie w 2003 (10 lat temu!!!)

Od tego momentu set z Austin 2013.03.15 stał się obowiązującym punktem odniesienia na reszcie trasy promocyjnej.

Później była Europa i występy z playbacku dla Niemców oraz Austriaków. Zespół nie chciał tego robić, ale przemówiono im do rozumu odpowiednią podziękowanio-zapłatą, która sprawiła, że panowie cierpieli śmiertelnie do momentu sprawdzenia wyciągu z konta. Potem podobno przeszło.

Od 1997, kiedy powrócili z albumem Ultra da się zauważyć, że zespół jak ognia unika „lip-sync’ów” podczas tras promo. I bardzo dobrze… Niestety prawda jest taka, że występy dla Wetten Das i ECHO nakręcają mocarnie sprzedaż na terenie DACH i pomijanie ich z punktu widzenia biznesowego to błąd.

Po występie dla sponsora, w Wiedniu 2013.03.24… a własnie…, a pamiętacie jak w październiku (2012) pisałem o różnej maści plotkach i planach, jakie docierały do mnie z kręgów zbliżonych do

Pojawił się tam również i ten fragment:

[…] ponieważ pomysł na warm-up gig może być dla wielu zaskakujący. Zastrzegam, że nie wiem, czy tak będzie na prawdę, a pomysł na rozgrzewkowy koncert jest jedynie… pomysłem w sztabie wokół zespołu.
Otóż koncert ma się podobno odbyć w Anglii, a dokładnie w Basildon. Ma być to na prawdę wyjątkowy i elitarny występ. Wyjątkowy ponieważ, bilety będzie można zdobyć dzięki konkursowi, a elitarny bo liczba zwycięzców będzie liczona w setkach i to raczej bliżej tych z 2 z przodu. Koncert miałby się odbyć pod koniec kwietnia 2013.
Ponieważ, jest to tylko pomysł i żadne decyzje nie zapadły, więc radziłby się nie przywiązywać do tego pomysłu. Po smaku, jaki wielu narobił występ w Luxemburgu, tym razem mógłby być spory zawód i w temacie warm-upów cofnelibyśmy się do czasów rozgrzewki z The Roxy w 2001 roku.

No, to właśnie pisałem o koncercie w Wiedniu. Wtedy jeszcze był to pomysł, rozważano różne opcje (w tym UK) i nie wiedziałem o fakcie dużego telekomunikacyjnego sponsora, choć jak później się okazało, wtedy było to już klepnięte. Stąd między innymi pomysł na zorganizowanie koncertu promocyjnego, na który możliwość wstępu byłaby tylko dzięki konkursom. Wypadło na Austrię. EOT

Jakoś malo uwagi poświęcono Walking In My Shoes [4] w komentarzach, w porównaniu do wersji z 2009/2010 początek został znacząco przerobiony nadając temu kawałkowi trochę inny wyraz, niż to tradycyjnie znamy. Dlatego powyżej zamieszczam ten właśnie numer, jako reprezentant występu w Wiedniu 2013.03.24. Wiedeń był, jak na razie, ostatnim miastem, gdzie zespół wykonał Only When I Lose Myself [2].

Po Austrii zespół przeniósł się do Paryża 2013.03.26, gdzie w ramach programu Le Grand Journal Dave próbował zrozumieć, co do niego mówią, rekompensując to 4 numerami, w tym Enjoy The Silence [7].

Nie minęły dwa dni, a zespół już gościł na Wyspach, gdzie w programie Jonathana Rosa – Panowie przycięli jeszcze bardziej swój występ grając jedynie 3 kawałki, za to Andy popisał się ciętą ripostą, za co zyskał moją sympatię. Jak nie pamiętacie to zapraszam:

A tak brzmiał Personal Jesus [6] z Londynu 2013.03.28 (emisja 2013.03.30 w baaaardzo skróconej wersji. Praktycznie można by to opisać jako „muzyczny cytat”)

Marcowy występ w UK zakończył europejskie promo tour. Zespół udał się na odpoczynek i zajął się przygotowaniami do trasy. Przerwa trwała do 24 kwietnia.

Równo 3 lata po występie u Jimmiego Kimmela na ulicach Los Angeles w kwietniu 2009 roku zespół dał mini występ w Los Angeles 2013.04.24, w ramach tego samego programu. Na opener powędrował – Soothe My Soul [6], na którego gra obecnie zespół jako, że wkrótce to będzie główno-promujący singiel płyty (premiera 2013.05.13)

Również starzy znajomi z KROQ wykorzystali sytuację, ze zespół był w mieście i zaciągnęli ich do siebie, gdzie 3 z Basildon dała występ w ramach programu KROQ Locals Only (ani oni local, ani only). I było to mocarne pierdolnięcie z biodra. Martin nie zawiódł fanów i zagrał… But Not Tonight [1] w miejsce Only When I Lose Myself [2], dając kolejne pole do spekulacji i wydłużania listy życzeń o niemożliwe (do zagrania numery) w koncertowej historii depeche MODE.

Przejdźmy na koniec do statystyk.

Typy wykonań:

  • 10 występów. 8 live, 2 playback

Geografia:

  • 5 krajów (USA, Austria, Niemcy, Francja, UK)
  • 7 miast (Nowy Jork, Austin, Wiedeń, Berlin, Paryż, Londyn, Los Angeles)

 Dalsze statystyki są tylko dla występów na żywo.

Setlista:

  • 11 utworów, z czego:

Angel [4]
Should Be Higher [6]
Walking In My Shoes [4]
Barrel Of A Gun [4]
Heaven [8]
Only When I Lose Myself [2]
But Not Tonight [1]
Personal Jesus [6]
Soft Touch/Raw Nerve [4]
Soothe My Soul [6]
Enjoy The Silence [7]

Rozkład po albumach wyglądał następująco:

Delta Machine: 5
The Singles 86>98: 1
Ultra: 1
Songs Of Faith And Devotion: 1
Violator: 2
Black Celebration: 1

Łącznie 11 utworów z 6 płyt/okresów.

I to by było na tyle, jeżeli chodzi o Promo Tour. Za tydzień zacznie się regularna trasa koncertowa, która ma wg zespołu potrwać aż do lata 2014. A wszystko zacznie się w Nicei 2013.05.04, z której przeprowadzimy bezpośrednią relację przy pomocy tego i tego.

depeche MODE at Live on Letterman 2013.04.03
depeche MODE at Live on Letterman 2013.04.03

Ultra Tour – o niezagranej trasie.

Pozornie wszystko jest jasne, trasa się nie odbyła, bo nie mogła się odbyć. Zespół podnosił się z kolan po 2-letniej dezintegracji. Choć patrząc na dzisiejsze standardy pracy zespołu, to takiej dezintegracji zespół ulega na 1-2 lata po ostatnim koncercie na każdej trasie. To jest standardowy okres odpoczynku zespołu od siebie. Wtedy to było podstawą do plotek o rozpadzie zespołu, dziś nie robi już wrażenia.

Czytaj dalej Ultra Tour – o niezagranej trasie.

Setlista na koncert – co wiemy cz2 (spoiler)

Kolejna porcja przecieków na temat setlisty koncertowej na nowej trasie. Nie mam zamiaru ujawniać wielkich tajemnic, bo sporo już napisałem poprzednim razem. Nie mniej jeżeli nie będziecie zadowoleni z nowego setu to powiem Wam kogo winić 😉

W wywiadzie dla Programu III Polskiego Radia Andy Fletcher opisał pracę nad setem koncertowym mniej więcej tak – Cały zespół, z wyjątkiem Dave’a, pracował nad setlistą w Santa Barbara. Stąd zdjęcia zespołu z prób, na których widać wszystkich z wyjątkiem Dave’a. Bo go tam nie było. Dave w tym czasie siedział w Nowym Jorku. Podczas jednej z wymian zdań na temat setu padło sakramentalne – to skoro jesteś taki mądry to podeślij swoją wersję setlisty – i przysłał. Finał tego był taki, że prawdopodobnie to wersja Dave’a będzie tą, którą usłyszymy na trasie.

Wszystko to działo się gdzieś w lutym br. Zespół zanim wyruszył promować album po miastach i wsiach Ameryki i Europy zamknął temat setu i w tej chwili już inni się nad nim pastwią.

Od 3:55

Mogę zdradzić tajemnicę, że jednym z próbowanych przez Martina i spółkę numerem było Sea Of Sin w wersji bare, ale podobno nie przeszedł ten patent. Czyżby numer słabo wychodził bez otoczki elektroniki? Z dwojga złego chyba jednak wolę, żeby nigdy nie został zagrany, niż miałby być potraktowany pianinkiem Gordeno lub pałkami Eignera. To jest jeden z tych klasyków na których depeche MODE = 3 parapety i wokalista. Gdzie 5 występuje zamiast 4, bo 3 nie daje rady, więc 2 musi zastąpić 1.

Tymczasem Andy zapowiada, że będzie kilka perełek, moje przecieki coś mówią o dawno nie granym kawałku z Music For The Masses, ale jak zwykle brałbym poprawkę. Szczypałem się z Sea Of Sin i dobrze, bo temat się po drodze zdezaktualizował… ale za to Higher Love Martin ma przywrócić do łask. Oby nie było to w wersji bare.. brrry

Do pierwszego koncertu jeszcze miesiąc 🙂

Delta Nicości…

Słuchając w pierwszych dniach po wydaniu Sounds Of The Universe bardzo szybko doszedłem do takiego momentu, że byłem w miarę w stanie precyzyjnie określić z którymi numerami pozostanę na dłużej, a które kawałki nigdy już nie znajdą u mnie zrozumienia. Dzięki temu w miarę szybko powstała moja wersja Sounds Of The Universe, która posiadała Come Back w wersji studio-live, oraz nie uwzględniała Fragile Tension wcale.

Od początku wiedziałem, że Fragile Tension w tej słodko-pierdzącej wersji budził u mnie negatywne emocje, być może gdyby zespół dał temu kawałkowi szansę na trasie, to kawałek zyskałby u mnie. Bo na żywo miał, to czego nigdy nie dostał w studio – prawdziwą perkusję, która jako jedyna ratowała ten numer.

Od początku wiedziałem, że Peace kończy się po pierwszej zwrotce, do momentu, gdy Gahan nie zacznie wyć i wchodzić na rejestry obce dla niego. Gdy przesłuchałem jeszcze demo, byłem już pewien, że Gahan był w tym utworze wokalną marionetką w rękach Gore’a, który „zmusił” go do zaśpiewania utworu toczka w toczkę tak, jak na demo.

Jeżeli drogi czytelniku masz podobne wspomnienia z 2009 roku lub też kompletnie się ze mną nie zgadzasz, to dobrze. Właśnie o to chodzi, bo to oznacza, że muzyka ta nie jest Ci obojętna i pozwala wyrazić swoje emocje nawet, gdy są to emocje negatywne lub przeciwne do moich. Muzyka ma budzić emocje, muzyka nie powinna pozostawiać obojętnym, ponieważ mimo swojej policzalności i systematyki rodem z nauk matematycznych pochodzi jednocześnie ze sfery duchowości, pewnego mistycyzmu i tego co ulotne i po za poznaniem szkiełkiem i okiem.

Jest jednak i trzeci stan, stan który jest najgorszy dla muzyki, stan w który w mentalności wielu ludzi może być niezrozumiałym, a wręcz niepojętym…. w tym stanie po wciśnięciu play słuchasz nagrania i jesteś zaskoczony, że płyta nagle się skończyła, więc wciskasz znowu i płyta dociera do swojego końca, a Ty wciskasz kolejny i kolejny i kolejny i…. NIC kompletnie nic muzyka w Tobie nie zostawia. Nie masz ochoty skakać pod niebiosa, adrenalina nie działa w Tobie, a z drugiej strony nie masz sytuacji, gdy chcesz zwrócić po przesłuchaniu jakiegoś utworu i zmuszasz się słuchając ten utwór n-ty raz, bo chcesz dać szansę muzyce ulubionego zespołu. By w końcu, zacząć przeskakiwać ten utwór, bo już wiesz, że nic z tego nie będzie. Tego w tym stanie nie ma

W tym stanie czujesz, że muzyka którą słuchasz przepływa przez Ciebie i nic w Tobie nie zostawia….

Jestem po blisko 30 przesłuchaniach Delta Machine i nie umiem o tej płycie powiedzieć nic. Nie potrafię znaleźć żadnego punktu zaczepienia. Żaden numer nie sprawił, że miałem ciary na rękach takie, jak przy słuchaniu po raz pierwszy Songs Of Faith And Devotion. Nie cofało mnie, gdy Gahan zawodził przy Should Be Higher, czerpiąc z najgorszych wzorów Peace. Kompletnie nic. Ta pustka i bez-emocjonalność sprawiała, że odrywałem się od fotela tylko po to, żeby ponownie nacisnąć play i zapaść się znowu na 74 minuty (total time wersji delux). Oczywiście wsłuchując się w poszczególne elementy, pracę elektroniki mogłem się na chwile zachwycić się podziałami, pracą sekwensera, ale to było tylko na chwilę i tylko chwilowe skupienie na detalu, tzw smaczkach, gdy w momencie powrotu do pełnego spektrum utworu zawisałem w próżni.

Nawet teraz jak piszę te słowa, to leci Delta Machine, bo lubię pisać i mieć coś w tle…. ale to tylko tyle…. Oczywiście mógłbym powiedzieć, że to jest ok, bo nie ma w tym negatywnych emocji, ale to nie po mojemu, to nie tak… muzyka musi budzić emocje i nie pozwalać przejść obok niej obojętnie… nawet jak to są emocje negatywne. Muzyka która nie budzi emocji i pozostawia po przesłuchaniu pustkę… umiera…

Ostatnia nadzieja w trasie koncertowej i koncertowych aranżach tych numerów…

Kurcze, a obiecywałem sobie, że na tym blogu nie pojawi się tak dosłowna recenzja żadnego albumu…

_

P.S Jeżeli ktoś mi przyjdzie i powie, że podobno mi się płyta nie podoba, to dostanie w ucho, bo to nie prawda. Jeżeli ktoś przyjdzie i powie, że podobno płyta mi się podoba, to również dostanie w ucho, bo to również nie prawda.

Setlista na koncert – co wiemy (spoiler) [aktualizacja]

Ci co czekają na pierwszy występ w Nicei 2013.05.04 niech sobie odpuszczą ten wpis. Ci z Was, który jednak popsuli sobie już humory występem depeche MODE w Nowym Jorku 2013.03.11, i zamierzają już dalej śledzić na spokojnie kolejne występy w Austin 2013.03.15 i Wiedniu 2013.03.24 mogą również na spokojnie czytać dalej.

Dziś wypłynęła wiadomość od południowo-kalifornijskiego radia +KCRW, że na kwiecień również należy się szykować. Na razie jest jeden występ, ale ja bym się nie obawiał, że temat zostanie niezagospodarowany 🙂

Przejrzałem swoje notatki, poprzednie wpisy i postanowiłem zebrać do kupy wszystko, co wiem o nowej setliście. Kolejność utworów przypadkowa.

Utwory z Delta Machine:

Angel
Should Be Higher
Heaven
Soft Touch/Raw Nerve
Soothe My Soul

Starsze utwory zagrane już:

Walking In My Shoes
Barrel Of A Gun
Personal Jesus
Enjoy The Silence
Only When I Lose Myself *(!)

Niezagrane jeszcze, a podobno pewne utwory do setu:

Never Let Me Down Again
I Feel You
Behind The Wheel
Policy Of Truth

Jak dotąd wychodzi mi 13 numerów i nie mamy jeszcze w tej wyliczance 2-3 kawałków Gore’a. Niestety wiem, że możemy… (znowu) liczyć na Home (sic!) No i pewnie coś z pary The Child Inside / Always. Może będą wymiennie, a może oba, a Home będzie na bis hgw…

Zostaje jeszcze przestrzeń na 7 do 9 kawałków z brakującymi Gore’a włącznie. Wszystko zależy od tego w jakim składzie wyjdą na pierwszy mecz 🙂 Czy to będą 22 kawałki, jak to było w 2009, czy może 20 / 21 jak później w 2010 grali na koncertach na Tour Of The Universe?

1304_proby_01

Zajmijmy się w takim razie numerami nieznanymi. W ub. roku pisałem o numerach do których robione były podkłady i podobno były trenowane na próbach. Na jednej z rycin załączonych do tego wpisu widać Gore’a z błękitną gitarą, taką samą, jaka była używana na Tour Of The Universe podczas Wrong.

091107_Mannheim_01

Na liście mamy więc Wrong. Pozostałe numery wspominane wcześniej to:

Come Back
John the Revelator
The Sinner In Me
Dream On
Strangelove
Black Celebration
The Things You Said (wersja bare)
+
Wrong
Home
The Child Inside
Always

Po szybkim zliczeniu mamy 3 numery Gore’a, oraz 7 kawałków Dave’a. Wychodzą łącznie 22-23 numery. Proszę pamiętać tylko, że mówimy o potencjalnym secie wyjściowym, a nie o całej trasie, która ma potrwać do lata 2014 i przez ten czas kolejne utwory powinny pojawić się w setliście. Także z nowej płyty, nie wymienione jeszcze w tym wpisie. W końcu płyta w wersji delux ma 14 utworów. Nie zająknąłem się też słowem o ew. intro/instrumentalu, który może zabrać miejscówkę dla jednego z numerów w setliście.Czy to już wszystko? Otóż nie… jest coś jeszcze, perełka z historii zespołu, ale niech to jeszcze zostanie tajemnicą. Może nie zagrają, więc jak napiszę to wyjdę na fantastę i będę żył w morzu grzechu. Dlatego w tym momencie przerwę snucie swojej opowieści… a po rozpoczęciu trasy, albo powiem „a nie mówiłem?”, albo posypię głowę popiołem i niczym mały piętnastolatek przyznam się do małego kłamstwa i stanę w koncie.

* Dopisałem po koncercie w Austin 2013.03.15 – Only When I Lose Myself, którego nie miałem w przeciekach. Kawałek ten i dla mnie jest małym zaskoczeniem.

Subiektywnie po koncercie w Nowym Jorku

Przyznam się, że czuję lekki zawód po występie naszych ulubieńców. Nie dla tego, że polecieli po schemacie, bo byłbym bardzo zdziwiony, gdyby nie zagrali Enjoy The Silence, czy Personal Jesus. Aż ciśnie się na usta pytanie gdzie jest Never Let Me Down Again? Tu zespół mnie nie zawiódł schemat i standard aż miło.

To co mnie zawiodło, to liczba utworów (aż 9) oraz tak duża liczba nowych utworów w setliście. W sumie nie, nie powinno mnie to zaskakiwać. Nie mniej uważam, że grając taką setlistę zespół popsuł wielu fanom niespodziankę. 9 utworów to właściwie połowa setlisty koncertowej. 5 numerów z nowej płyty, to praktycznie docelowa liczba kawałków zaplanowanych do śpiewania na letniej trasie. Brakuje już tylko solowego kawałka Gore’a i promocję nowej płyty na letniej trasie koncertowej mamy już właściwie załatwioną.

Cały urok i misterny plan wyprawy do Nicei 2013.05.04 powoli pryska. No oki, są jeszcze światła, wizualizacje, scena, kolejność utworów w secie. No i te rarytasy, które mają być na koniec. Nie zmienia to faktu, że byłem nastawiony na góra 7 kawałków, jak to było w 2009 roku, albo mniej. zakładałem, że będzie schemat do bólu i nawet, jeżeli ze stronowo/blogowego obowiązku będę musiał odnotować wszystko na stronie, to nie będzie bólu, że wklepując to tracę urok świeżości.

Mogli spokojnie walnąć jedynie Angel i Heaven, bo już znane i Soothe My Soul, jako zapowiadany nowy singiel. Do tego jeszcze 4 hiciory typu Enjoy The Silence, Personal Jesus, Never Let Me Down Again lub Behind The Wheel, czy nawet ten Walking In My Shoes i mamy pozamiatany temat. A tak zaczyna się znowu wkurw.

Jedyną pociechą jest Barrel Of A Gun, który po 15 latach wraca do setu. Mimo, że pisałem o tym już parę miesięcy temu i ze swoich źródeł wiem o kolejnych utworach, których się nigdy w życiu byście nie spodziewali, że mogą być próbowane, to jednak po cichu liczyłem, że zespół zostawi rarytasy na główną trasę. Znowu przypomina mi się wyskok Dave’a, który gdzieś o tej porze w 2009 roku wyskoczył z tekstem, że planują grać Strangelove i Master & Servant… wtedy też miałem podobne uczucie jak dziś… więc dlaczego to mnie jeszcze dziwi.

Co widzisz, gdy patrzysz na okładkę płyty?

Różnie można patrzeć na nową okładkę, brak lub wyraz artyzmu nadwornego fotografa wielu artystów, a w szczególności depeche MODE. Dyskutując o płycie, a w tym i o okładce fani próbowali opisać co tak na prawdę widać na tej okładce, ale chyba w taki sposób w jaki zaprezentujemy to poniżej nikt jeszcze nie zrobił tego. Ten wpis jest efektem pracy dwóch osób – poznańskiego fana o nicku TomDM, który przetrząsnął Google Maps i odwzorował obrazy widoczne na okładce i mojej skromnej osoby, która zebrała to do kupy, opracowała i udostępniła dla strony bloga MODE2Joy. Znowu z bloga zrobił nam się kącik technologiczny i Internet w służbie depesza może dać ciekawe rezultaty i tym razem.

O ile w przypadku okładki Sounds Of The Universe zastanawiałem się kiedyś, na ile to plagiat, a na ile zamierzona lub nie inspiracja. Tak w przypadku okładki Delta Machine tego kłopotu nie ma. Nie zmienia to faktu, że obrazy uwiecznione na okładce nie są czymś unikatowym i grzebiąc w zasobach Internetu można dojść do przekonania, że to gdzieś już było.

Ale do rzeczy. Wielu fanów starało się pokazać co widać za oknem i co widać na filmie promującym przyszły album, który zespół nam pokazał w Paryżu. Już dwukrotnie opisywałem ten film podchodząc do niego od strony przyszłego brzmienia płyty, oraz od strony wiadomości, jaką zespół starał się nam przekazać. Dzięki wsparciu TomDM’a będziemy mogli teraz wyjrzeć za okno.

ru-0-r-640,0-n-7828886Xve

Okładka, jaka jest każdy widzi i co na niej widać. Najwięcej zestawień pojawiało się z poniższymi screenami, które pochodzą ze wspomnianego filmu.

okladka

Zbiorniki+Flech+Sancetti - lustro

Na zdjęciu widać dachy Nowego Jorku, a na tych dachach są ogromne zbiorniki na wodę (często deszczową), których zadaniem jest wspomaganie służb wodociągowych w gaszeniu pragnień potrzebujących niujorkerów mieszkających na wysokich levelach. Choć spotkać też można takie zbiorniki i na budynkach 3-4 piętrowych.

Delta 01

Na trzeciej rycinie widzimy człowieka. Najprawdopodobniej Fletcha, który tleni rurkę na balkonie. Kamerzysta uchwycił go w momencie kiedy w myślach opracowywał kolejne przejście (z jednego palca na drugi) basowe w jeszcze nie nazwanym utworze, spoglądając na opisywany powyżej zbiornik.

Ok, to wyjdźmy z budynku i ułóżmy całość na planie sytuacyjnym. Jungle City Studios mieści się przy 520 W 27th ulicy. Studio jest na ostatnim piętrze budynku.

Corbijn robiąc zdjęcie (zdjęcia) uchwycił dachy budynków znajdujących się po przeciwnej stronie ulicy kierując swój obiektyw na zachód. Pole rażenia zaznaczyliśmy gustownym różowym trójkącikiem. Dodatkowo kluczowe punkty zaznaczone są żółtymi kółkami. Na niektórych ujęciach filmu promocyjnego widać również dachowy taras, który lepiej pokazaliśmy na montażach na końcu tekstu. To ta nie równa pętla na czerwono.

Delta 02

Na przedostatniej rycinie zestawiliśmy okładkę z ujęciami tego samego planu z 4 stron świata. Myślę, że ciekawie to pokazuje, co tak na prawdę Corbijn ujął na okładce najnowszej płyty.

Delta 03

Na koniec rycina ze screenem tarasu na którym został wyeksponowany Mr Gore. Na tej kompozycji również widać niektóre elementy charakterystyczne dla promocyjnego filmu i okładki.

Angel (1min.33 sek.) Mart na tarasie

Angel (0 min.17 sek.) lustrzane odbicie

Wspomniałem, że oglądając okładkę trudno nie odnies wrażenia, że to już było, gdzieś to widziałem. I faktycznie… krótkie pogrzebanie w archiwum dało ciekawe wyniki. Alan tam był zanim to się stało modne…

Alan_mem

Rok 1997 Unsound Methods.

depeche MODE sp. z o.o. [akualizacja]

To że depeche MODE to produkt firmy (firm) to nic odkrywczego. Nie dostrzegać tego faktu może jedynie ślepy fanboy. Za tym zespołem stała zawsze chorda firm powiązanych kapitałowo z członkami zespołu. Nie jest to żadna odkrywcza konstatacja, tak działają wszystkie zespoły i artyści. Jak wynajmowaliście zespół na wesele, studniówkę, czy inna uroczystość, to przeważnie też płaciliście firmie, której produktem był zespół i muzyka grana przez nich. depeche MODE nie odbiega od tego schematu. Co może być zaskoczeniem dla Was, to stopień skomplikowania tego, co jest w tzw tle.

Wszystkie firmy, jakie członkowie zespołu i ludzie pracujący dla zespołu powstawały przede wszystkim po to, aby chronić swoje interesy jako autorów tekstów i muzyki. depeche MODE jest nielicznym przykładem posiadania praw do swoich utworów, co w przypadku nawet tak wielkich gwiazd, jak Rolling Stones, czy The Beatles nie jest wcale takie oczywiste. A drugi cel, jaki mieli członkowie zespołu, a w szczególności ludzie pracujący dla zespołu, to tzw optymalizacja podatkowa.

To co przeczytacie poniżej, nie jest do końca mojego autorstwa, a przynajmniej podstawowe opracowanie nie zostało zrobione przeze mnie. Tekst został zaczerpnięty od kogoś, kto rozgryzł ten temat na potrzeby fanów i opublikował swój wpis na forum Home jakiś czas temu. Temat zaplecza biznesowego został rozgryziony do czasów Sounds Of The Universe i nie obejmuje czasów Delta Machine. Wynika to również tego, że wiele z tego, co tu przeczytacie znajduje się po prostu w książeczkach i tourbookach, a gdy powstaje ten tekst nowego albumu jeszcze nie ma na półkach sklepowych. Wystarczy potem doczytać ze zrozumieniem książeczkę i będzie errata. No nic miłej lektury wpisu fana o nicku devotional83. Po drodze i na końcu dołożyłem kilka groszy od siebie, jako dopełnienie i efekt grzebania poniżej tego, co devotional83 opracował. Tłumaczenie jest fontem regularnym, moje dopiski kursywą. Zorientujecie się…

_

Prawny status zespołu w zakresie praw autorskich może wydawać się nieco skomplikowany, jednak wszelkie zmiany i przekształcenia własnościowe prowadziły do tego, że depeche MODE (a tak na prawdę Martin Gore / Alan Wilder / Dave Gahan & Co. jako autorzy tekstów i muzyki) są nadal właścicielami swoich utworów. Większość z tego, co przeczytacie jest znana, ale zebrałem to dla tych, dla których może to być nowe (myślę, że dla tych, co znają temat zebranie w takiej formie, jak poniżej też będzie to pewną nowością). depeche MODE, zasadniczo samodzielnie zarządzają swoimi prawami autorskimi i zachowali pełną kontrolę nad prawami do swojej muzyki. W 1984 zespół założył firmę Greataim Ltd. (Wielki cel), której zakres działalności, to: „Przedstawienia sceniczne i inne artystyczne i literackie dzieła” (Live Theatrical Presentations & Other Artistic & Literary Works – wyciąg z brytyjskiego KRS). Wszystkie przepływy w zakresie pracy w studio i na scenie przechodziły właśnie przez tą firmę. Niedługo potem, w tym samym roku, firma zgrabnie zmieniła nazwę na Demilune Ltd, a następnie w 1992 na Depeche Mode Ltd.

W 1988 zespół założył również firmę Rapid 5592, która w tym samym roku zmieniła nazwę na Masses Managment, jej zadaniem było zarządzanie bieżącymi sprawami zespołu – (tzw own management). To właśnie tu możecie znaleźć takie nazwiska jak: Jonathan Kessler, Daryl BamonteJohn Joseph Fanger (JD Fanger) (To właśnie z tych czasów pochodzi rola przypisana Andiemu, jako człowiekowi ogarniającemu sprawy finansowe w zespole.). JD Fanger pojawia się również w dokumentach Depeche Mode Ltd., oraz w kolejnej firmie – założonej przez Martina Gore’a – Grabbing Hands Music Ltd., jak osobisty asystent. Grabbing Hands powstaje w 1983 i ma zarządzać prawami Martina, jako muzyka i tekściarza. Dla was praca Johna jest głównie widoczna w postaci linijki tekstu – JD Fanger of the DM office.

W 1992, po prawie roku funkcjonowania, Depeche Mode Limited zostało przekazane w zarządzanie firmom zewnętrznym CCS Directors Limited/CCS Secretaries Limited, których to głównym zadaniem było zrobienie porządku w księgach. Już w 1993 (9 kwietnia 1993 – taka data figuruje w dokumentach firmy. Od tego czasu aż do dziś wszyscy członkowie zespołu są we władzach tej spółki. Więcej o tym niżej będzie.) zespół przejął stery firmy ponownie i powierzył John’owi prowadzenie księgowości. Zadaniem większości firm zewnętrznych zaangażowanych w prowadzenie biznesu depeche MODE było zatrudnione jako pomoc / doradztwo w rozkręceniu biznesu, zanim zespół przejął pełną kontrolę na firmą.

Venusnote Ltd. zostało założone w 1995, a powód był prosty: odejście Alana. Depeche Mode Ltd. nadal istniało, ale działalność operacyjna została przeniesiona ponownie do Demilune Ltd. Demilune krótko, w latach 1994-1995, posiadało „egzotyczną” filię prowadzoną przez firmę Waterlow Nominees/Waterlow Secretaries.

Masses Management również zaprzestało działalności po odejściu Alana i prawdopodobnie rozwiązało się w 1998. Co ciekawe Jonathan Kessler był wymieniony, jako formalny manager po przez swoją firmę Baron Inc. Kessler również posiada firmę publishingową, której dyrektorem był Dave od początku działalności w 1992 (ciekawe, czy to wiązało się już wtedy z solowymi planami Dave’a. Przypomnę, że w czasach, gdy Dave mieszkał w Los Angeles pracował nad swoimi autorskimi kawałkami, które zostały skradzione przez ówczesnych „przyjaciół” od dragów. Jedynym śladem tamtych czasów jest utwór z repertuaru Roxy Music – Song For Europe), ale nie są znane, żadne utwory Dave publikowane przez tą firmę. Jak wynika z lektury „remasterów” wszystko opublikowane przed rokiem 1995 należy do Demilune, a po 1995 do Venusnote. Te dwie firmy posiadały (posiadają?) wszystkie prawa do utworów (wersji źródłowych) wszystkiego, co wyszło w latach 1981-2006, włączając w to dema, outtake’i, (nieopublikowane wersje utworów np remixy). Co jest ciekawe, to fakt iż Demilune zostało rozwiązane w 2009 roku, tak więc Venusnote jest najdłużej działającą firmą z obozu depeche MODE i Alan nie jest zaangażowany już w nią. (To był/jest(?) ostatni punkt łączący trójkę z Basildon z Alanem. Wygląda na to, że w pewnym sensie, w niektórych sprawach, np. z prawnego punktu widzenia Alan był współudziałowcem (właścicielem) firmy depeche MODE aż do 2009 (a ja myślę, że jest nadal), ze znanych mi dokumentów wiadomo, że nastąpiły pewne ruchy kadrowe w strukturze firmy w 1995, ale może też tak być, że faktycznie to Alan zaprzestał tylko nagrywania i występowania na scenie, bo w depeche MODE faktycznie był/jest… depeche MODE sp. z o.o.. Nie mniej kontakty na podłożu finansowym nadal istniały. Nie mam tu na myśli tantiem, bo to jest coś oczywistego, nadal odprowadzane są na rzecz Alana. Tu chodzi o kwestie zarządzania prawami i reprezentowania części interesów Alana, które nadal ulokowane są w depeche MODE. Czemu tak długo to się ciągnęło? Myślę, że wynikało to z faktu, iż Panowie przez lata nie rozmawiali ze sobą, a wpadki typu pominięcie Alana na filmie do składanki The Videos 86>98 skutecznie ochłodziły relacje. Dopiero przekształcenia na linii Mute – EMI (2002), a później EMI – Mute (2008), prace nad remsterami, rozwód Alana i Martina, zmusiły całą czwórkę do podjęcia wysiłku wyjaśnienia tych spraw wspólnie. Warto skojarzyć fakty, że do wspólnego występu dochodzi w lutym 2010, po wyjaśnieniu i wyczyszczeniu wszelkich kwestii prawnych i finansowych w 2009. Również w tym czasie (17.02.2010) dochodzi do owej niesławnej sceny kłótni Andiego z resztą zespołu, której Alan był świadkiem w Londynie. Jako powód podawane jest właśnie tło finansowe i dysproporcja w zarobkach jego i reszty. Analizując dokumenty Venusnote Ltd, znaleźć można i takie, gdzie pewne ważne decyzje zapadły właśnie podczas tej wizyty w Londynie i właśnie datą 17.02.2010 są opatrzone. Trudno nie mieć przypuszczeń, że tak późne pojawienie się Alana na scenie (od odejścia w 1995) nie miało li tylko muzycznego charakteru. A jak pamiętamy głównym powodem odejścia było niedocenienie, również finansowe.)

Te zmiany prowadzą jednak do pytania o mastery z przed 1995 roku. Odpowiedzią będzie stwierdzenie, że nie ma czego się obawiać, ponieważ odpowiedzią na to jest depeche MODE ltd. Firma co prawda nie prowadzi działalności operacyjnej, to formalnie jednak istnieje i jest w posiadaniu masterów i praw. (W dokumentach firmy można wyczytać, że stanowiska dyrektorskie (właścicielskie) posiada tam cała czwórka z Alanem włącznie do czasów obecnych, a JD Fanger zajmuje się prowadzeniem biznesu w ich imieniu.)

Martin posiada prawa autorskie (kompozytorskie) do swoich utworów przez Grabbing Hands Music – nawet do utworów z lat 1981-1983, do których wcześniej prawa autorskie posiadało Sonet – Martin zatrudniał Sonet jako zarządce praw aż do 1992, kiedy to zarządzanie prawami zostało przeniesione do EMI. To właśnie dlatego EMI Music Publishing Ltd. widnieje nieraz równolegle do Publishingu Sonet. To wszystko odbywa się na zasadach licencjonowania praw i oznacza to tyle, że teraz EMI pobiera tantiemy w imieniu Martina. Przy niektórych utworach pojawia się jeszcze inna nazwa firmy Grabbing Hands – a dokładnie Grabbing Hands Overseas, był to zagraniczny oddział angielskiego Grabbing Hands Ltd, który działał w latach  1992-2009.

Prawa autorskie w imieniu Dave’a pobiera firma JJSR, która jest jego publishingiem od 2003. (JJSR to pierwsze litery imion dzieci Dave’a – Jack, Jimmy, Stella-Rose) Egzekucja praw autorskich jest licencjonowana do Universal, ale nadal Dave posiada wszelkie prawa do swojej muzyki.

Dodatkowo przy okazji każdej płyty od 2005 Dave, Martin i Andy zawiązują spółkę komandytową (LLP – limited liability partnerships) W czasach Playing The Angel była to firma Black Swarm LLP, w czasach Sounds Of The Universe spółka ta nazywała się Disbursements LLP. Obecnie na potrzeby Delta Machine powstała spółka komandytowa – Fruity Generation LLP. (Nie znam faktycznego przeznaczenia tych firm, ani dlaczego akurat taka forma prawna spółki. Mogę tylko przypuszczać, że o ile takie firmy, jak depeche MODE ltd są po to, aby pilnować spraw związanych z prawami autorskimi i pokrewnymi, żadna z wcześniej omawianych firm nie jest angażowana do bieżącej działalności operacyjnej. Tak w przypadku Black Swarm, czy Fruity Generation chodzić by mogło o rozliczenie bieżących spraw związanych z produkcją płyty, trasy, kosztami promocji i pozyskiwania sponsorów. W momencie zakończenia projektu Delta Machine wraz z trasą, wszelkie koszty będą rozliczone, przelewy dokonywane, a spółka idzie do piachu. I jeszcze jedna ciekawostka. Wszystkie spółki komandytowe depeche MODE rejestrowane są pod jednym adresem, stąd miałem łatwość w namierzeniu pozostałych spółek. Nie mniej radzę opanować emocje, ponieważ jest to tylko adres i nic więcej. Na ten adres przychodzi jedynie korespondencja, która później jest dystrybuowana do zainteresowanych. Na ten sam adres zarejestrowane jest przeszło 170 innych spółek.)

Nic mi nie wiadomo na temat umowy z Sony/Columbia, czy też niedawnego przejęcia praw do zarządzanych przez BMG od Universal Publishing katalogu wytwórni MUTE. Osobną i bardzo interesującą częścią była historia podpisania umowy między EMI, a depeche MODE w 2008. Miało to potem kluczowe znacznie przy doprowadzeniu, ponownie do usamodzielnienia się Daniela Millera / Mute (od upadającego na twarz trupa) dwa lata później. EMI powiedziało Danielowi, że jedynym zespołem, którym są zainteresowani pozostawieniem, to depeche MODE. (…) Zespół zgodził się pozostać w EMI pod warunkiem zgody EMI na opuszczenie przez Mute. (Wygląda na to, że depeche MODE spełniło rolę okupu/zakładnika w 2008, konsekwencją pozostawania w EMI było również wydanie składanki Remixes 1981-2011, która jak wiemy była nikomu nie potrzebna i wynikała jedynie z zapisów umowy z wytwórnią. Zespół tego nigdy nie ukrywał.) Warto przypomnieć też fakt, że 1997 depeche MODE nagrało i wydało płytę tylko i wyłącznie dzięki prywatnym pieniądzom Daniela. Mute było w tym czasie bankrutem. (Sytuacja finansowa depeche MODE była również nie lepsza. Dezintegracja zespołu i życie ponad stan właściwie od 1990 doprowadziły zespół do bardzo trudnej sytuacji finansowej. Był to jeden z faktycznych powodów, dlaczego depeche MODE nie pojechało w 1997 roku promować Ultra na trasie koncertowej. Zespołu po prostu nie było stać na zorganizowanie trasy koncertowej, a kolejna w 1998 była tak uboga wizualnie, zasięgowo i kosztowo. Między bajki należy włożyć historię o braku gotowości zespołu, czy obawach przed ruszeniem w ponowną trasę. Nie twierdzę, że to nie był jeden z czynników w 1997, ale na pewno nie najważniejszy i nie decydujący. Mogę podać jeszcze jeden powód, ale zostawię go sobie na kolejny wpis, tym razem to promocji i trasie z lat 1997/98.)

_

No i to tyle, jeżeli chodzi o przeszłość, tą dalszą i całkiem bliską. Z ostatnich wydarzeń warto jeszcze przypomnieć odejście zespołu z agencji artystycznej CAA i przejście do WME. Dzięki czemu mogły ruszyć prace nad północnoamerykańską częścią Delta Machine Tour.

Więcej o obecnym statusie prawnym zespołu można będzie powiedzieć, jak dostaniemy w łapki najnowszy album. Zarówno książeczka płyty, jak i tourbook są potężną kopalnią wiedzy. Tam każde słowo coś znaczy. Mam na dzieję, że podobał wam się ten wpis i sprawi Wam tyle przyjemności w kopaniu po sieci, jak i mi.

Jeżeli w trakcie czytania aż prosiło się, żeby gdzieś kliknąć i przenieść się na strony których dotyczył dany fragment, a linka tam nie było, to nie był to przypadek. Zrobiłem to celowo. Komu nie będzie wystarczać historia biznesowa depeche MODE spisana przez devotional83, z moimi komentarzami, to śpieszę donieść, że skoro mi się udało, to i Wam również. To wszystko jest w sieci, więc wystarczy poszukać. Nie jest to trudne, dacie radę…

[aktualizacja]:

2013.03.12 ukazał się wywiad dla portalu electronicbeats.net, w którym pada takie stwierdzenie:

Daniel’s certainly been very involved in the making of this record—with the process of recording and lots of the choices made throughout the whole journey. What happened was around the time of Exciter, Daniel, with our blessing, signed Mute to EMI. And he gave over a lot of control to them. He retained complete artistic control, but right before we were set to record Delta Machine, there were rumors about EMI folding. We didn’t want to be stuck in limbo and have this thing stuck in the courts, because you hear about this stuff happening. Now Daniel still owns Mute Artists, but not Mute Records, which he tried to buy back after he sold it, without success. He got outbid and was very upset, which I only found out recently. He wanted to take it all back, but we basically told him, “Dan, we’ve got to move on.” And we don’t want to be the lynchpin that holds it all together. We had to ask ourselves, “Where is Mute? What is Mute? Who’s distributing it?” So we decided to shop around and Sony came up with the best offer to make sure Daniel is still around for us, and to make sure we were able to gain control of what we’re doing. Most importantly, in 2015, we’ll be able to get control of our entire catalogue. We’ll own it. It won’t be in limbo. After Delta Machine, we’ll be in real control. For us, Daniel’s one of the most important parts of what we do. He’s a constant and we want to keep it that way.

Pełen wywiad można przeczytać klikając na ten link. Bardzo ciekawy wywiad pokazujący różne sprawy dziejące się w tle Delta Machine.

Oryginalny wpis devotional83 znajduje się tu.

Koncerty niedokończone…

Wzorem kultowej audycji w jednej ze stacji radiowych, postanowiłem zająć się tematem niedokończonym. Jako, że rozmowy, to temat rzeka i jak widać zagospodarowany, dlatego pomyślałem, że warto skupić się na niedokończonych… ale koncertach 🙂

depeche MODE w swojej historii miało koncerty, które były przewidziane, jako normalne występy. Miały się po prostu odbyć, zespół miał przytulić kiesz, publika miał się wyszaleć, a potem opowiadać na jakim to zajewistym koncercie była. Zrządzenia losu sprawiły, że działo się jednak inaczej i o tym jest ten wpis…

No dobra najpierw krótko o kryteriach wg których dobierałem koncerty. Koncert nie mógł być odwołany przed wpuszczeniem ludzi na obiekt, więc wszelkie koncerty oznaczone, jako odwołane na MODEontheROAD.com nie mogły się znaleźć w tym zestawieniu. Również nie miało znaczenia w którym momencie koncert został przerwany. Mógł być to tylko, jeden wykonany utwór, ale też mógł pozostać tylko jeden utwór do końca koncertu. Przyczyna zmiany lub skrócenia koncertu nie mogła być wcześniej zaplanowana. Zdarzenie musiało być losowe i nie przewidziane. No i musiała być wpuszczona publiczność na obiekt z myślą o uczestnictwie w koncercie.

Przerwanych koncertów w całej historii koncertowej zespołu nie ma wiele. Większość występów, dochodzi do skutku ze szczęśliwym finałem. Oczywiście jest kilka koncertów, które zostały skrócone, ale było to z góry zaplanowane, choć publika akurat nie musiała o tym wiedzieć. Mam tu na myśli np skrócony celowo koncert w Lipsku 2001.09.09. Lista przerwanych koncertów jest dosyć krótka i zaczyna się w 1984 od koncertu w…

Böblingen (Niemcy) 1984.12.11

Koncert sprawnie zbliżał się do finału, gdy zebrana publiczność poczuła nagłe wzruszenie po wykonaniu See You [79]. Nie, to nie głęboki i zaangażowany tekst See You [79] tak podziałał na pobratymców Dietera Bohlena, to któryś z uczestników koncertu zaaplikował pozostałym fanom dodatkowe wrażenia w postaci gazu łzawiącego.

Dave krzyknął do tłumu: There is a BOMB in this place, so you’d better get out! Musiało być gorąco wtedy w hali. Przed koncertami wtedy działy się duże ekscesy do tego stopnia, że gdy depeche MODE przybyło ponownie w 1986 do Niemiec, to Czerwony Krzyż odmówił zabezpieczenia medycznego koncertów. Koncerty depeche MODE postrzegano jako występy podwyższonego ryzyka.

Setlista:

Intro [excerpt from Master And Servant (voxless)]
Something To Do
Two Minute Warning
Puppests
If You Want
People Are People
Leave In Silence
New Life
Shame
Somebody
Ice Machine
Lie To Me
Blasphemous Rumours
Told You So
Master And Servant
Photographic
Everything Counts
See You

Montreal (Kanada) 1993.09.08

Prawie 10 lat trzeba było czekać do następnego przerwanego występu. Po stosunkowo „łagodnym i łatwym przejściu” przez Europę, w Ameryce Północnej zaczęły się schody. Życie w trybie upojenia narkotykami wszelkiej maści – od fajek, aż po ciężkie dragi dawało swoje efekty. Tak też stało się właśnie owej nocy. Zespół przybył do Montrealu, ledwo drugi koncert na trasie po Ameryce Północnej, gdy Dave doznaje utraty głosu. Od początku koncertu Dave śpiewa bardzo słabo i nie równo. W miarę, jak koncert postępuje, postępuje też zanik głosu. Z numeru na numer jest co raz gorzej. Ledwo dociąga do setu Martina, w czasie którego zapada decyzja, że Dave nie wyjdzie już na scenę. Martin dostaje zadanie dokończenia koncertu przy pomocy swojego podwójnego setu.

Na tę noc setlista miała wyglądać tak: A Question of Lust / Death’s Door / prawdopodobnie Mercy In You. Gdyby tak było, to byłby to jeden z 5 wykonów tej wersji setu na trasie. Gdyby natomiast w secie pojawił się Get Right With Me, to był by to jeden z 7 wykonów na tej trasie. Z tym, że w Ameryce Północnej set z Get Right With Me [18] wykonano jedynie raz w Houston 1993.10.10.

Martin jako dodatkowy bonus wykonał Judas [40], oraz One Caress [31]. Ciekawy jestem jak wyglądała kwestia wizualizacji podczas tego koncertu ponieważ jak pamiętacie obrazy świecone do Judas [40] i A Question Of Lust [39] to jedno i to samo. Być może był to jedyny koncert, gdzie Judas [40] było bez wizualizacji, albo był to jedyny koncert na świecie, gdzie świeczki płonęły od końca dwa razy.

Druga ciekawostka tego koncertu to fakt, że właśnie z tego feralnego koncertu pochodzi zapis  One Caress [31] (bez kwartetu smyczkowego), ze smykami z klawisza, opublikowany potem na Songs Of Faith And Devotion – Live. Wbrew powszechnej opinii One Caress na SoFaD-Live to nie wynik dogrania partii klawiszowych smyków w studio, a świadomy wybór tej właśnie wersji z racji słabości wykonań kwartetów. W końcu nie ma jak to ręka Mistrza na żywo i do tego w stresie i napięciu w związku z zaistniałą sytuacją.

Setlista:

Higher Love
Policy Of Truth
World In My Eyes
Walking In My Shoes
Behind The Wheel
Halo
Stripped
Condemnation
A Question Of Lust
Death’s Door
Judas
One Caress

Nowy Orlean (USA) 1993.10.08

Kolejny raz koncert został przerwany w Nowym Orleanie 1993.10.08, miesiąc po feralnej utracie głosu w Montrealu 1993.09.08. Tym razem nie były to przejściowe trudności wynikające ze zbyt długiego picia i imprezowania. Tej nocy zespół nie był nigdy tak blisko przerwania całej trasy w swojej dotychczasowej historii. Koncert dotarł w swoje głównej części do bisów, niestety tym razem nie było dane Dave’owi wyjść na Personal Jesus [96], którym zaczynali ostatnią część koncertu. Trzeba tu dodać, że podobnie, jak to było w 2009 w USA, również i na tej trasie koncerty były obcinane o dwa ostatnie bisy, tj Fly On The Windscreen [79] i Everything Counts [88]. Powody nie był zawsze te same. Raz mogło to wynikać, ze słabej kondycji Dave’a innym razem główną przyczyną były regulacje lokalne o ciszy nocnej, wymuszające zakończenie koncertu o określonej godzinie.

W czasie koncertu Dave doznaje lekkiego ataku serca. Prowadzony przez Gahana styl życia zaczynał odbijać mu się na zdrowiu. Organizm nie wyrabiał już. Za komentarz do całej sytuacji niech będzie wybór przez Martina utworu, który śpiewa na bis. Pewnie ze względu na krótkość utworu, ale również jako najtrafniejszy opis sytuacji Martin zaśpiewał Death’s Door [49], po czym zniknął z Alanem ze sceny kończąc tym koncert.

Wszystko to działo się w czasie, gdy Dave był wieziony do szpitala karetką na sygnale. Dave zmierzał do …Drzwi Śmierci….

Setlista:

Higher Love
Policy Of Truth
World In My Eyes
Walking In My Shoes
Behind The Wheel
Halo
Stripped
Condemnation
A Question Of Lust
One Caress
Mercy In You
I Feel You
Never Let Me Down Again
Rush
In Your Room
Death’s Door

Kansass City (USA) 2006.05.10

Na kolejny niedokończony koncert „musieliśmy” czekać do maja 2006. Koncert okrzyknięty, jako zemsta Montezumy odbył się tuż po powrocie zespołu z trzy-koncertowej wycieczki do Meksyku. Ponownie przyczyną przerwania koncertu jest utrata głosu. Dave również przez całą pierwszą część koncertu śpiewał z utworu na utwór co raz słabiej, by w momencie wyjścia na scenę na pierwszy utwór drugiej części setu utracić głos dokumentnie. In Your Room [97] nie zostaje ukończone i po kolejnej próbie wykonania zespół podejmuje decyzje o zejściu Dave’a ze sceny. Fletch robi podkład pod zaistniałą sytuację i informuje publikę o kłopotach Dave’a. Rolę głównego wokalisty przejmuje Martin i rozpoczyna swój nieplanowany recital w kolejności Leave In Silence [26], A Question Of Lust [14], Somebody [34] i Damaged People [54].

W przypadku tego ostatniego utworu warto zaznaczyć, że kawałek ten po zakończeniu zimowej trasy nie był już w planach do grania. Jest to jedyne wykonanie tego kawałka na wiosenno-letniej strasie przez Martina.

Koncert był rejestrowany przez ekipę LHN z myślą o późniejszym wydaniu w ramach serii Recording The Angel. Jednak z powodu zejścia głosowego Dave’a koncert nigdy nie został upubliczniony, a nagranie powędrowało do archeo zespołu. Do tej pory była znana jedynie setlista koncertu, oraz przyczyny przerwania koncertu. Natomiast nikt nie upublicznił nagrania w postaci bootlegu. Aż do teraz… Podobnie, jak to było w przypadku koncertu z Canning Town 1982.02.27, również i tym razem powodem powstania tego tekstu jest wypłynięcie bootlegu z Kansas City.

Niestety bootleg nie jest pełny, gdyż nagrywający miał problem… z nadmiernym parciem na ścianki pęcherza moczowego, wywołane nadmiernym spożyciem sikaczy, o niskiej zawartości alkoholu, który w Europie nawet obok picolo bym nie postawił. Dobra problemy ornitologiczne jakiegoś taper’a to niby nie moja sprawa, ale miały wpływ na zapis jedynego opublikowanego bootlegu z tego koncertu. Taper nie dotrwał do refrenu Damaged People [54]  i ostatnie wykonanie tego numeru pozostaje nieudokumentowane. Początek też nie wystawia najlepszego świadectwa. Z całego koncertu ostał się jedynie zapis:

Leave In Silence
Fletch Speaks
A Question Of Lust
Somebody
Damaged People

Setlista:

Intro [excerpt from I Want It All]
A Pain That I’m Used To
A Question Of Time
Suffer Well
Precious
Walking In My Shoes
Stripped
Home
It Doesn’t Matter Two
In Your Room
Leave In Silence
A Question Of Lust
Somebody
Damaged People

Ateny (Grecja) 2009.05.12

Ten koncert wywołać może największe zdziwienie i polemikę, ale myślę, że kryteria jakie przyjąłem do przygotowania tego opracowania w pełni uprawniają ten koncert do znalezienia się w tym zestawieniu.

Publika „rozgrzana” występem Motor, a raczej temperaturą i zbliżającym się występem, nie była kompletnie gotowa na to, co usłyszą. Koncert właściwie się już zaczynał. Opływająca kulę DM, to było takie swoiste odliczanie do pierwszych dźwięków. Tym święcąca kula była na Tour Of The Universe, czym burza i błyski na Devotional Tour.

Zamiast jednak słyszeć pierwsze dźwięki In Chains [102] publika usłyszała informację o odwołaniu koncertu z powodu „niedyspozycji” Dave’a. W czasie gdy padały poniższe słowa, Dave jechał już na sygnale do szpitala.

Post factum już wiemy, że koncert zapowiadał zmiany, które fani zobaczyli dopiero w Lipsku 2009.06.08. Otóż znana jest pełna setlista tego niedokończonego koncertu. Miał być to pierwszy koncert na tej trasie, na którym zespół miał wykonać Policy Of Truth [100], po ledwo dwóch koncertach. Dave nie był zadowolony z In Sympathy [2] jako numeru na żywo. Nie wiele brakowało, aby ten sam los podzielił Peace i Come Back [35], jednak upór Dave’a zrobił swoje. Tu przeciwnikami byli Martin i Andy. Oczywiście nie twierdzę, że to miało się stać na koncercie w Atenach 2009.05.12. W każdym razie In Sympathy [2] było jeszcze próbowane przed koncertami w Nowym Jorku 2009.08.03-04, by potem zaniechać nierównej walki.

_

Miejmy nadzieję, że na najbliższej trasie nie doświadczymy taki koncertów. W końcu nikomu nie zależy, aby koncerty przerywane były w najmniej oczekiwanych momentach. Nawet jeżeli fajnie to potem wygląda w opracowaniach, a pewien blogger dzięki temu może strzelić kolejny sensacyjny tekst i popisać się powszechnie (???) znaną wiedzą.

Blog o depeche MODE, ich muzyce, koncertach, subkulturze, a wszystko subiektywnie i po mojemu.

%d bloggers like this: