Swój pierwszy raz przeżył w Pradze w 1998, a poprawił w Monachium tego samego roku... potem poszło już z górki... Fanziny, Strony, Zloty, koncerty. Gdyby tego nie robił musiałby sobie znaleźć inne hobby, bo w domu by z nim nie wytrzymali. Prywatnie blokers miastowy, ciągle w trasie... 50 koncertów na liczniku.
Przeczytałem rozmowę z Antonem zamieszczoną w grudniowym Sonic Seducer i mam wrażenie, że artysta nic nie zrozumiał z całego zamieszania. Fotograf broni się argumentami, które mają się nijak do zarzutów jakie fani wysuwają pod adresem jego i wytwórni pracy.
Na szczęście pojawiło się w tym wywiadzie również kilka ciekawostek, które mnie osobiście cieszą i nie mam nic na przeciwko.
Zacznę od pozytywów. Video Live in Berlin, to głównie 2 noc z dogrywkami z pierwszej. Cieszy mnie to, gdyż byłem na 2 nocy i dzięki temu mogłem zobaczyć ten sam koncert jak by z 2 perspektyw. Inna sprawa, że niektóre momenty widziałem po raz pierwszy… 🙂
Ciesz również fakt, że dzięki Antonowi mamy dodatkowy numer w wydawnictwie, bo gdyby nie on, to byłby pełen pokaz sztampy. Szkoda jednak, że obok ratowania ulubionego kawałka od zapomnienia Anton nie umieścił na plackach wizualizacji z muzyką, jak to było uprzednio w zwyczaju. Wtedy na pewno jego praca została był zachowana dla potomnych i uratowana od zapomnienia.
Nie mogę niestety łyknąć tłumaczeń o wydaniu na DVD, za miast na lepszych nośnikach. Już samo wydanie w iTunes jest zaprzeczeniem tezy Antona. Po za tym mam wrażenie, że Anton myli dwa systemy walutowe.
To, że lubi obraz zaziarniony, brudny, miejscami nawet twardo, albo niby amatorsko zmontowany, to jestem w stanie wybaczyć i zrozumieć. W końcu przez lata to właśnie na takich obrazach depeche MODE się wychowałem. Ta estetyka jest mi bardzo bliska. Problem jest tylko taki, że są to efekty, które nakłada się na obraz w czasie kręcenia lub postprodukcji. Tego Anton nie musi udowadniać.
depeche MODE Katowice 2006.03.14 (012)
Kto był na Touring The Angel i miał okazję obserwować jak ciekawie były wykorzystywane kamery w czasie tej trasy, ten wie o czym mówię. Łącznie z tym, że wiele efektów, które obecnie „miszczowie kreatywnych” fotek rodem z kołchozów socjalnych nakładają zanim zdążą jeszcze wyjść z toalety lub windy, na owej trasie był robione na żywo, przy wykorzystywaniu materiałów z okolic korali, łańcuchów i firanek. Dawało to efekty powalające. Szkoda tylko, że zostało to zepsute przy postprodukcji wideo z Mediolanu. Nie trzeba było dodatkowo urozmaicać kompresją do jakości DVD. Przecież Anton mógł spokojnie „pobrudzić” wideo, a potem wydać je jako FullHD na BD. Jedno drugiemu kompletnie nie przeszkadza.
W tym przypadku Corbijn myli efekt zderzenia technologii z wyrazem artystycznym. Przecież nawet na tym obrazie nie ma ziarna są jedynie artefakty i pikseloza.
Okrojona wersja wywiadu w angielskim tłumaczeniu TU, a pełna wersja w języku niemieckim w papierowym wydaniu.
Dobra kończę już z tym tematem, bo co było do powiedzenia to już zostało… Pozostaje tylko czekać na opamiętanie 🙂
Czytam fora, czytam sieć i hejt się niesie aż miło, czy tak trudno było przewidzieć, że odwalając taką popelinę i waląc w rogi tych, co jeszcze kupują płyty na fizycznych nośnikach, dostaniesz drogie Sony Music podziękowania?
Screen z video koncertowego.
Fani wklejają screeny obrazu jaki mają na swoich sprzętach dzięki najnowszemu wydawnictwu z pod szyldu depeche MODE. Część się tarza ze śmiechu, reszta wściekła zagrzyta zębami patrząc w ekran.
Ja wiem, że polityka wydawnicza, ja wiem, że artysta miał swoje prawa, ale do cholery wydawać na cały świat w jednej gęstości linii (NTSC), gdy pół świata używa formatu PAL? Serio?
Poprzednicy z EMI odp… zrobili ten sam numer, ale przynajmniej mieli na tyle skrupułów, że wydali równolegle Bluray Disc, tym razem paru mądraliśnkich poszło już po bandzie.
Dla uporządkowania. Obraz jaki widzicie drodzy fani powyżej jest wynikiem 2 spraw.
Jedna sprawa, to fakt, że nie wydano w FullHD, Ci co mają konto w sklepach online np w używanym japku mogą od 18.11 kupić wersję HD (720). Jakoś się przemęczą. Jak donoszą fani, co już kupowali tamże, aby móc obejrzeć dokument aLive In Berlin (bo tylko taki jest dostępny) trzeba odpalić film na sprzęcie zarejestrowanym w Apple. Czy tak jest nie wiem. Nie zmienia to nadal faktu, że zakup boxa z DVD, to pomyłka! Sony na prawdę przemyślany strzał w stopę. Brawo!
Ale to jeszcze nie wszystko. Wielu z fanów jest już w posiadaniu tych trefnych boksów i obcierając zasmarkaną buzię dochodzi do dziwnych wniosków i wcale nie bez podstaw…. że obok wkurwu za „artystyczną” decyzję o wydaniu koncertu jako oldschool DVD, może posłać pod adresem wytwórni i Antona jeszcze jedną… uwagę. Zdjęcia oczywiście są autorstwa Antona, ale jakość zdjęć na okładkach bardzo zastanawia. Zdjęcia na pewno nie były robione przez Antona w Berlinie, bo tam był zarobiony stojąc za jedną z kamer.
Zdjęcia był robione najpewniej w Amsterdamie. A ta dająca do myślenia jakość może być efektem użycia sprzętu dla kreatywnych baristów i miszczów Instagrama. I teraz nie wiem, czy to faktycznie zabawa w amatora level hard, czy też po prostu ktoś chciał przyciąć na kosztach. Taki człowiek, jak Anton Corbijn się ceni i inaczej kosztuje jego praca, gdy działa przy użyciu Hasselblada, a inaczej się ceni, gdy używa Smartfona.
depeche MODE, Amsterdam 2013.12.02
Na prawdę nie dziwię się, że fotografie na okładce video z Berlina zajmują „aż tyle miejsca”, skoro jakość była wynikiem pracy na sprzęcie poweruserów Facebooka.
Nie jest to oczywiście pierwszy raz i żeby była jasność nie mam pretensji do fotografa, że zdjęcia robione w Amsterdamie wykorzystano do wydawnictwa sygnowane innym miastem. To ani nie pierwszy raz, ani nic nadzwyczajnego.
Zdjęcia do One Night In Paris robił Anton w Birmingham, a zdjęcia ilustrujące koncertowe produkcje z Touring The Angel były robione w Dusseldorfie.
To co mnie na prawdę wpienia, to fakt, że po raz kolejny jesteśmy waleni w rogi. I przy byle okazji słuchamy głodnych kawałków o tym jak zespół, managementy i kolejna wytwórnia przykłada wagę do jakości. Piepszonego wideo z World Violation Tour nie można wydać, bo jakość. Wideo z Kolonii z The Singles Tour 8698 nie można wydać, bo zespół nie był zadowolony z jakości i finalnego efektu. Tym czasem koncert z Barcelony w 2009 nakręcony w sposób jaki tysiące fanów rejestruje go swoich telefonach i pakuje na YouTube. Do tego celowo zwalona jakość finalnego produktu. Teraz jest jeszcze gorzej. Fani muszą sami brać sprawy w swoje ręce. Przykładów w Polsce i w Europie aż nad to. Żal!!!
Ale to jeszcze nie koniec. Niemieccy fani, którzy włączyli koncert Live In Berlin z napisami mogli się dowiedzieć, że w czasie Enjoy The SilenceDave krzyczy do fanów i Martina: Mr. Martin Hej! Gore, ale to jeszcze nic. Po odpaleniu napisów w czasie tej samej sceny na aLive in Berlin możemy przeczytać: Mr Martin Ja! Loooos. <lol>
Na prawdę trudno było zrozumieć, że fani depeche MODE są inni niż cała masa? Wystarczyło przekonać się po singlach z ostatniej płyty. Jesteśmy jedną z niewielu grup, które nadal kupują single. Tym czasem, żeby dostać je trzeba było kupować w Niemczech, czy w UK. Wielu chce i jest w stanie wyłożyć swoje cenne pieniądze na to, żeby kupić wydawnictwo w jakości, jaka pozwoli nam cieszyć się z tego, że zrobiliśmy dobrze i nie mamy poczucia oszukania. Na prawdę czy to tak wiele?
Jeżeli się łudziliście, że najnowsza produkcja spod szyldu depeche MODE, to będzie arcydzieło, bo w kinie obraz był jak igła, to teraz możecie się zastanowić, kto tu kogo robi w… jajo…
Potwierdziły się moje obawy o których pisałem Wam ostatnio. Możecie przestać się łudzić i poczekać na najnowsze wydawnictwo od depeche MODE, jeżeli ktoś wam wykosztuje się i kupi w prezencie w innym przypadku chyba szkoda pieniędzy. Poniższa specyfikacja mówi wszystko:
DVD video NTSC – region (0) Region FREE DVD audio DOLBY DIGITAL 2.0 i 5.1 BLU-RAY AUDIO – region (1,2,3) Region FREE
Bez dobrej jakości dysku w formacie BluRay właściwie, można odpuścić sobie czerpanie satysfakcji z tej produkcji. Obraz z kina był podrasowany pod potrzeby projekcji i ma się nijak do tego, co zobaczymy na plackach. Jak ktoś nie pamięta, to niech obejrzy sobie choć fragment Barcelony 2009 na DVD, jeżeli taki obraz mu odpowiada, to proszę, ja zadowolę się chyba tylko plackami z audio, a na video poczekam na lepsze czasy.
Placki były tłoczone w Singapurze dla całego świata z jednej sztancy. Podobnie poligrafia. Czyli podobnie jak zrobiło EMI w 2009, gdy placki były z jednej tłoczni w Holandii.
Na prawdę nie dziwię się, że do promocji zaprzęgnięto outdoor, bo przy tym co odwalono spora dawka reklamy będzie potrzebna. Jak pierwsi fani zaczną kupować i wściekać się, to bez wsparcia reklamowego szybko siądzie sprzedaż. Co miałem zobaczyć już widziałem na żywo i w kinie. Starczy mi.
Wieść się już rozniosła, jest nowe forum… ooooOOOO!!!! Będzie niszowo. Jak czytacie MODE2Joy, czy przeglądacie MODEontheROAD, to wiecie, że nie są to serwisy wielce zaangażowane w zachwyty nad pięknem nowej fryzury Dave’a, czy nowym lakierem Martin’a. Bardziej interesuje nas piękno brzmienia klawiszy użytych do nagrania dźwięku w 30 sekundzie Halo, bądź jakość bootlegu z koncertu w Lille 1993.05.19 (nota bene bardzo dobry bootleg :-))) )
Forum poszerza to, co widzicie na MODEonthROAD, albo czego Wam tam brakuje i chcecie, żeby było. Chcemy zawierać aby pojawiały się tam tematy, których nam brakowało w innych miejscach, albo nie zawsze można było o tym rozmawiać, bo pewne tematy istotne dla nas i nam podobnym były spychane na plan dalszy i nie przebijały się przez wojny i wojenki podjazdowe. Mieliśmy tego dosyć już od jakiegoś czasu, zbyt wielu wartościowych ludzi odeszło z innych miejsc przez co świat stał się uboższy. Nie wszyscy są na Facebooku, czy Google+, więc takie miejsce ogólnodostępne uważamy, że się przyda.
Forum przejdzie jeszcze pewne zmiany, ale główny kształt już przyjęło. Forum dostępne jest pod adresem http://www.forum.modeontheroad.com/ .
Nie walczymy na odsłony, ściganie się w rankingach, robimy nasze serwisy, to ten temat nas kręci. Mamy swoje zdanie i chcemy się nim dzielić i słuchać opinii innych, którzy wiedzą od nas więcej.
Nie wiem, czy to nie będzie ważniejsze, niż samo wydanie najnowszego wideo depeche MODE. Wycieczka do Berlina z Polski była nad wyraz okazała. Ilu planowało i wymiękło… nie zliczę. W każdym razie zanosi się, że Berlin będzie najbardziej polskim wydawnictwem z koncertowej dyskografii depeche MODE.
Co prawda nic nie pobije flagi machanej przez Dave’a na One Night In Paris, kto nie pamięta polecam lekturę wspomnień Miniosa z wyprawy do Paryża. Opisał tam historię naszej flagi, która wylądowała na statywie wprowadzając konsternację u Dave’a, ochrony, a najbardziej u rzucającego. Jednak w przypadku Berlina możemy wręcz mówić o zawłaszczeniu przez naszych rodaków sporej części barierek pod sceną. Nie zostało to oczywiście niezauważone. Sam wręcz to odczułem po wielogodzinnym oczekiwaniu w tłumie przed halą i już po wejściu na płytę w postaci niechętnych spojrzeń i komentarzy fanów z Niemiec.
Jestem bardzo ciekaw i pod tym względem tego obrazu. Zajawka już wzbudziła uśmiech na mej twarzy, a i niektóre wspomnienia powróciły z szalonej wyprawy do Berlina. Ostatnio jak byłem w Berlinie, to przemierzałem te same ścieżki wokół O2, co w listopadzie 2013.
Berlin
Kiedyś rzut flagą na scenę był naszym narodowym sportem, ale obecnie to się już trochę uspokoiło (na szczęście). Inna sprawa, że jeszcze na The Singles Tour 86>98 i później na Exciter Tour Niemcy nie rozumieli tego swoiście okazywanego patriotyzmu, dopiero World Cup 2006 zmienił nastawienie sąsiadów zza Odry do tego sportu. Obecnie równie często na koncertach widuję nasze flagi, co i niemieckie. Pewnie wielu naszych fanów byłoby wniebowziętych, gdyby Dave owinął się naszą flagą, podobnie jak to zrobił z Meksykańską w 2009. O Niemcach zmilczę już…
Jestem bardzo ciekawy, jak Anton pokaże publikę i jak zostanie zmontowany obraz z dźwiękiem. Paryża 2001 bardzo ciężko mi się słucha i ogląda. Dla mnie jest to soundboard z doklejonym obrazem. W 2001 bardzo wyciągnięty wokal Dave’a. Publiczności właściwie nie słychać. Mediolan 2006 i Barcelona 2009, to zupełnie inna już bajka.
2013.11.27 Berlin (003)
Wyprawa do kina na seans może być dla wielu podwójnie bardzo miłym wieczorem, w końcu zobaczyć siebie na wielkim ekranie, na wideo swoich idoli, ulubieńców, czy jak ich tam zwał to wzrost szacunu na dzielni i +10 do atrakcyjności u płci przeciwnej. Można to chyba tylko porównać do uczucia, jakie mają fanki, gdy Dave im śpiewa w twarz, albo do wspólnego śpiewania fana i idola z jednego mikrofonu…
2006.07.13 Berlin (001)
Dla mnie też to będzie ciekawy wieczór w kinie. Ja mam jednak trochę inne wspomnienia, niż spora grupa rodaków pod sceną…. ale o tym w następnym odcinku.
No musi, musi być zawsze coś… jak nie Loudness War, to wideo nakręcona jak na YT. Nie może być tak, że dostajemy pełny pakiet w jakości i standardzie, jakim wydają to zespoły i gwiazdy światowego formatu do jakich aspiruje depeche MODE.
Poprzednie wideo z Barcelony miało skopany obraz na DVD, za to na BD przynajmniej była igła. Tym razem nie będzie BD. W sumie nie powinno mnie to ziębić w końcu muzykę powinno się słuchać, a nie oglądać. Jakoś nigdy mnie nie grzały wszystkie historie z 38.1, DTS i inne zabawy w kodowanie. Muzykę się słucha w stereo, a głośniki są przed oczami na scenie, jak na rasowym koncercie.
W pierwszym momencie wieść o braku BD nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia, do momentu, kiedy znajomy nie uświadomił jednego drobnego, ale istotnego szczegółu. Bardziej od faktu, czy jest BR, czy go nie ma powinniśmy się martwić, czy wideo z Berlina dostało regionalizację, czy nie.
Już wyjaśniam. W czasach, gdy wprowadzano format DVD postanowiono, że świat zostanie podzielony na regiony. Europa trafiła do regionu 2. Czarna sława regionalizacji ma się stąd, że wytwórnie filmowe i płytowe dostały doskonałe narzędzie do manipulowania datami premier, cenami, zawartością itp. Wytwórnie zapewniły sobie zbyt dzięki temu, że kupując płytę DVD w Stanach przez wiele lat nie można było jej odtwarzać w europejskim odtwarzaczu DVD. Nośniki w USA były zwykle dużo tańsze, niż w Europie i wielokrotnie Europa była na końcu łańcucha wydawniczego. Dzięki regionalizacji wytwórnie broniły się przed tzw importem równoległym lub prywatnym importem. W czasach BD poczyniono ten sam ruch.
Poprzednie produkcja z Barcelony w formacie DVD została wydana jako Region 0 w NTSC. Czyli jakość obrazu została sprowadzona do najniższego wspólnego mianownika. Mimo, że egzemplarze były tłoczone w Europie na nasz rynek, to były tłoczone z jednej i tej samej matrycy przygotowanej na cały świat. Dzięki temu ograniczono koszty. Amerykanie może i byli zadowoleni, co bardziej wk… europejczycy musieli pognać do sklepu po drugi egzemplarz na BD.
Jeżeli ten sam fuckup zostanie zrobiony tym razem, to przy braku BD będzie to jawne dymanie fanów. A co do samego braku BD. No cóż… W obecnych czasach, gdy formaty fizyczne umierają powoli i dystrybucja przenosi się na serwery serwisów online rozważania o braku tego, czy innego formatu tracą rację bytu. Niestety dla takich ludzi jak ja… którzy jeszcze kupują fizyczne formaty.
2013.11.27 Berlin (001)
Kopie przygotowane do dystrybucji w kinach są w jakościach spokojnie pozwalających na cieszenie się wysoką jakością obrazu w domowym zaciszu. Nie zdziwiłbym się, gdyby powód był zupełnie inny, niż słynne już słowa Antona Corbijna, który preferuje oldschool kosztem Bluray Disc.
Począwszy od One Night In Paris wszystkie koncerty zostały nagrane w jakościach znakomicie większych, niż obecnie promowany format 4K, Sony Music, aby w pełni przejąć dystrybucję katalogu depeche MODE powinno wydać również koncerty wideo pod swoim szyldem. Są tytuły dogorywające jedynie na VHS. Są tytuły, które nie ukazały się jeszcze na BD. Za chwilę dyskusyjne stanie się wydawanie czegokolwiek na DVD, a zasadnym będzie pytanie o format 4K, czy jak inni nazywają ten format UHD.
Jestem dziwnie spokojny, że do czasu zakończenia sprzedawania i dystrybucji Live In Berlin po kinach, Pay per View, do póki cyfrowi dystrybutorzy nie zarobią swojego, do tego czasu konsumenci będą musieli „cieszyć się” jedynie DVD. A za rok, dwa zobaczymy ten koncert na BD w FullHD, a nawet 4K. Jeżeli tytuł obecnie będzie wydany w Europie w NTSC, to jestem dziwnie spokojny, że fani czuli na punkcie obrazu pognają dwa razy do sklepu, jeszcze dziękując za podwójną szansę zakupienia… tego samego. Czyż nie?
I nie chodzi o to, że na tydzień zostałem zamknięty w miejscu odosobnienia i cierpiałem na samotność. Po prostu w ostatnich tygodniach miałem okazję ponownie posłuchać kilkadziesiąt razy z rzędu Playing The Angel. Okazja ku temu była, w końcu 9 lat stuknęło i przez chwil kilka miałem wrażenie, jakbym przeniósł się do pierwszych dni październikowej premiery w 2005 roku. Szczególnie, że dane mi było słuchać ten album jakby pierwszy raz, jakby na nowo.
Mimo mojego zjechania poczynań Sony Music, ciekawość wzięła górę nad ogólnym sfochowaniem. Byłem bardzo ciekaw jak brzmią BluSpec’i. Jednak o ile remastery wydane w Europie bronią się jakoś i nie miałem potrzeby, aby dublować te wydawnictwa, to pierwsze wydanie Playing The Angel w wersji deluxe woła o pomstę do nieba. Głośno zmasterowane nagranie miało kompensować braki dynamiki, co przy dłuższym odsłuchu powoduje ogólne zmęczenie hałasem. Obok takich płyt, jak Metallica – Death Magnetic, czy Red Hot Chilli Peppers – Californication (nigdy nie rozumiałem zachwytu nad tą płytą i późniejszymi wytworami RHCP) – Playing The Angel jest dla mnie jednym z najgorszych przykładów Loudness War. Z resztą a poropos depeche MODE i Loudness War polecam ciekawe zestawienie można dowolnie filtrować i wybierać ulubione zespoły, albumy i nośniki. Wnioski są tyleż smutne, co krzepiące… dla vinyli. 🙂
Playing The Angel – zawartość (bluspec)
No dobra to co z tym BlueSpec i jak się ma do tego Playing The Angel 9 lat po wydaniu albumu? No cóż, audio czy innym filem nie jestem, więc nie mam zamiaru się rozwodzić nad tym czy jest scena, czy jedynie nieheblowane dechy, są mądrzejsi ode mnie. Ja wiem jedno po latach na nowo odkryłem ten album i tygodniowy powrót do roku 2005 to była w końcu przyjemna podróż. Szkoda, że tak nie został wydany ten album na onczas. Szkoda, że tak fatalnie wydawane są nagrania w Europie i aby posłuchać muzyki w na prawdę wysokiej jakości trzeba płacić ciężkie pieniądze i ściągać płyty z Japonii. Pierwsze wydanie Playing The Angel stało się u mnie już jedynie łapaczem kurzu, a Japońska wersja jest tą podstawową. Nagranie oczywiście nie jest pozbawione wad i nie wyzbyło się swojego grzechu pierworodnego, ale o tym jeszcze będzie na końcu.
Nie tylko uszami…
Warto zwrócić uwagę na świetną oprawę poligraficzną. Album został wydany w kartonie. Wydawnictwo jest częścią większej serii i wszystkie są wydane w klasycznych okładkach, jednocześnie tworząc wspólnie zamknięty koncept. W jakiś sposób nawiązują do formy w jakiej została wydana Delta Machnie w wersji deluxe.
Playing The Angel – zawartość (bluspec)
Poligrafia jest nieco zmieniona, nie tylko dlatego, że to japoniec, ale całe wydawnictwo stylizowane jest na vinyla (szczególnie tył) łączenie z foliami ochronnymi na płytę i kopertę. Uprzedzając pytania to wydanie nie posiada dodatkowej płyty w formacie DVD, jaka była wydana oryginalnie w 2005. Z resztą, gdyby chcieć dochować standardów jakościowych, to druga płyta powinna być wydana jako BR, a nie DVD.
Nie mniej pewne sprawy pozostały u mnie nie zmienne. Nadal nie jestem w stanie zaakceptować Precious na tym albumie. Dla jasności to nie jest zły numer, ale jego cukierkowe brzmienie nie pasuje do całego albumu. Ten numer świetnie obronił by się jako samodzielny singiel promujący składankę wydaną w 2006. Lukę po Precious za to doskonale wypełnia mi Newborn. Tym czasem przereklamowany i tak oczekiwany ówcześnie Martyr to numer godny jedynie b-side’u. Moja prywatna wersja Playing The Angel przez lata była właśnie tak skonstruowana, że zamiast Precious był w rozpisce Newborn. Ze współczesnego depeche MODE ta płyta doczekała się u mnie najmniejszej ingerencji w tracklistę. Tylko jeden numer i to po mimo upływu lat od wydania Sounds Of The Universe i Delta Machine. Playing The Angel jest moją ulubioną częścią trylogii Bena Hilliera.
Z drugiej strony są na tej płycie numery takie, jak Damaged People, Lilian, czy Macro, które tolerowałem, ale nic mnie tam się nie urywało na pierwsze, czy drugie takty tych numerów. Po odsłuchu ponownym tych numerów myśli me jakby cieplejsze się stały. Jest jednak numer, który gdyby nie to japońskie wydanie, nigdy nie stałby się perłą. Mam tu na myśli The Darkest Star. Stał się on numerem z półki tych, o których po przesłuchaniu, człowiek myśli tylko, aby ponownie zatopić się w fotelu ze słuchawkami i każda próba przerwania uczty może się źle skończyć dla przerywającego – łącznie z podważeniem dobrego prowadzenia się tej osoby słownie, a nawet czynem…
Playing The Angel (bluspec)
Numer ten w wersji z 2005 był zwieńczeniem zmęczenia podczas słuchania tej płyty. W wersji 2014 człowiek odkrywa ile w każdej warstwie się dzieje, jak mrocznie i zadziornie pulsuje cały tył utworu. Żeby jednak nie było tak słodko, to na zakończenie jeszcze o tym grzechu pierworodnym.
Matka jest tylko jedna
Ta prosta prawda ma zastosowanie i tutaj. Jak raz spieprzyli mastering, tak pomimo faktu, że jest dużo lepiej, to nadal do ideału brakuje trochę.
Porównałem sobie wykresy 2 numerów na przestrzeni czasu, jak się zmieniały. To porównanie może zrobić każdy. Ja wziąłem na warsztat Precious i Suffer Well. Numery nie dość, że zostały wydane na singlach, to potem trafiły na składankę The Best Of. Jest z czego brać.
Suffer Well:
Najgorsza wersja jest na albumie z 2005, podobnie sytuacja ma się z wersją z singla, tu praktycznie nie ma zmian.
Duże zaskoczenie może być przy wersji z 2006 z The Best Of. Kawałek został znormalizowany tak, aby trzymał poziom głośności reszty. Dlatego gdybyście puścili ten numer z albumu z 2005 i zaraz obok ze składanki, to ten drugi może wydać Wam się cichszy. To jest nadal ta sama wersja, ale dociągnięta (obniżona) do poziomów głośności pozostałych numerów ze składanki. Dlatego właśnie nagranie to nie drażni tak, jak wersja z 2005. Nie zmienia to nadal faktu, że krańcowe wartości nagrania są ścięte… tylko ciszej…
Kawałek w wersji z 2014 został nieco poprawiony, ale na moje ucho punktem wyjściowym była ta sama matka. Jest więcej dynamiki, więcej przestrzeni w nagraniu, a nawet bardziej selektywnie. Niestety nadal gdzieś na końcu niesmak zostaje ten sam.
Suffer Well – album 2005Suffer Well – Best of 2006Suffer Well – album 2014
Precious:
Właściwie mógłbym napisać o nim to samo, co powyżej, ale jest jednak pewna różnica. W 2005 roku została wydana również wersja na Amerykę dla potrzeb promocji radiowej. Utwór ten został na nowo zmiksowany i pod nazwą US Radio Version brzmi nieco inaczej, zarówno pod względem muzycznym, jak i przyjemności odsłuchu. Również dołożona 2 wersja opatrzona dopiskiem – Album Version – brzmi jakby lepiej. Być może jest to normalizacja, aby oba utwory na tym promo miały takie same poziomy głośności, a być może to już tylko moje złudzenie spowodowane licznymi odsłuchami tego samego numeru.
US Precious
W każdym razie z jednej strony nadal mam gorzką satysfakcję, że jednak wyszło na moje, gdy pisałem, że nowe reedycje od Sony można sobie darować, z drugiej strony kupując Playing The Angel BlueSpec zyskałem w końcu wersję, dzięki której album ten w końcu stał się słuchalny na tyle, że można pociągnąć ten album ciurkiem bez protestów organizmu broniącego się przed sponiewieraniem kakofonią dźwięków. Jest to jedyny wyjątek. Patrząc na Playing The Angel A.D. 2014 uważam, że warto wejść w posiadanie tego krążka i tylko tego. Oczywiście kolekcjonerzy powinni nabyć wszystko i to w jedynie słusznej postaci 2 boksów. 🙂
Precious – album 2005Precious – best of 2006Precious – album 2014
Żeby się tylko nie okazało, że za 10 lat boksy te będą tak samo poszukiwane jak Xy od Alfa Records.
Pamiętam taką historię z przed 20+ lat, gdy będąc pacholęciem przebywałem na jakiejś kolonii, czy zimowisku. Zdarzył się wówczas wieczór podczas którego z magnetofonu poleciała cała kaseta z płytą Counterfeit e.p. słuchaliśmy i słuchaliśmy, aż któremuś z uczestników tego wieczoru wyrwało się, iż Martin to „złodziej”, bo te wszystkie piosenki „ukradł” innym artystom. A dlaczego jest „złodziejem”? Bo przecież żadna piosenka nie jest jego i on nie jest autorem ani muzyki, ani tekstów. Takie to były czasy, że pojecie coveru, zapożyczenia, samplowania itp. spraw nie było wtedy jeszcze przyswojone.
Wielu wydawało się, że piosenki musi pisać artysta, który je potem wykonuje, a już o takim drobiazgu jak pisanie tekstów i komponowanie na zlecenie dla artystów, to nikt na to nie wpadł. Takie to były czasy niewiedzy na przełomie lat 80 i 90.
Trafiłem ostatnio na strony, które próbują ogarnąć ten temat z różnych stron i w odniesieniu do wielu artystów. Oczywiście jest też tam i depeche MODE, choć zbiór jest zdecydowanie nie pełny. Np. po wpisaniu hasła depeche MODE możemy filtrować temat z kilku stron:
Tracks sampled by depeche MODE
Tracks that sampled depeche MODE
Covers by depeche MODE
Covers of depeche MODE songs
Remixes of depeche MODE songs
3 ostatnie punkty poprzeglądacie sobie sami. Ja chciałbym się skupić na pierwszych dwóch.
Od lat mówi się, że jedną z podstaw działalności depeche MODE jest oryginalność. W ubiorze, w stylizacji, ale przede wszystkim w muzyce. Nie mam na myśli tu tylko specyficznego brzmienia, jakie nie pozwala zaszufladkować tego zespołu do żadnego gatunku, a przede wszystkim zasada o nie używaniu tych samych dźwięków dwa razy. Od Sounds Of The Universe mam spore wątpliwości, a i wcześniej parę razy zdarzyły się Panom nieczyste z(n)agrania. Najpierw skupmy się na tym, kto pożyczał od depeche MODE sample i umieszczał w swoich utworach.
1. 69 kawałków wzięło swoje sample z 31 kawałków depeche MODE. Jednak spora część to remixy djskie i tak na prawdę oryginalnych utworów, jak słynnych swego czasu Infernal – I Won’t Be Crying, jest sporo mniej. Nie mniej ciekawa lekcja jak wiele różnych stylów i kierunków muzycznych pożyczało sobie od depeche MODE. W tej grupie pojawiają się również sample, które Alan brał do kolejnych utworów Recoil. Mimo, że formalnie Recoil to nie depeche MODE, ale tu mamy raczej zabawę w tym samym ogródku.
2. Druga grupa pożyczek do te zapożyczone przez depeche MODE od innych zespołów i artystów. I znowu znakomitą grupę tej bazy stanowią utwory w przypadku których depeche MODE nie miało zupełnie nic wspólnego z tym procederem. Wynika to z zasady, że remix, choćby nawet była tam jedynie sekunda z oryginalnego utworu, a resztę dograne przez remixera, to autorem utworu nadal pozostaje oryginalny twórca, a remixer jako człowiek do wynajęcia ma tylko kasę za robotę, lub robi to za free żeby się wylansować. Wszelkie copyrajty idą do depeche MODE. Stąd tyle szitowych remixów firmowanych metką depeche MODE. Na 16 utworów wziętych pod uwagę do zestawienia, jedynie jest 1, słownie – jeden – oryginalny utwór posądzony o samplowanie z innego utworu.
Jest to Mercy In You – który zapożyczył perkusję z God Make Me Funky autorstwa The Headhunters feat. Pointer Sisters
Samplowana perka pojawia się w 10 sekundzie.
Natomiast dawca pojawia się od 4 sekundy.
Ciężko mi się do tego odnieść, ale ja nie widzę podobieństwa, a przynajmniej jest ono bardzo odległe, że nie powiązał bym tego ze sobą.
Inna sprawa, że w tym zestawieniu nie ma jedynego adekwatnego już przykładu samplowania w oryginalnych utworach depeche MODE tj perkusja Never Let Me Down Again z When The Levee Breaks autorstwa Led Zeppelin. Czy też z tego samego utworu Zeppelinów próbki poszły do Get Right With Me.
Całe zestawienie znajdziecie na stronie WhoSapmpled.
Ciekawsze opracowanie tego zagadnienia znajdziecie na inne stronie – Sample Happy, gdzie opracowanie jest o wiele dokładniejsze (w obie strony) i skupia się na głównie oryginalnych, a nie remixach. A powyżej przytaczane porównanie Mercy In You już nie występuje.
Nie mniej każdym przypadku – samplowania miło wiedzieć co się z czego bierze, bo żyjemy w takim świecie, że co raz trudniej o oryginalność, a wychodzi na to, że wszystko już było.
Raz na jakiś czas w moich wpisach pojawiają się różne pojęcia, które nie zawsze wyjaśniam. Okazuje się, że jednak od czasu do czasu zachodzi potrzeba wyjaśnienia. Dzieje się to na prv, ale pomyślałem sobie, że tym razem warto szerzej napisać o niektórych zwrotach, by mieć takie wyjaśnienie w archeo i na spokojnie do niego linkować.
Dlatego dziś droga klaso zajmiemy się ważnym pojęciem z zakresu koncertologi stosowanej jak ’Rider Techniczny’. Weźmy na ten przykład taki znany i lubiany zespół, jak depeche MODE, który od lat bawi publiczność koncertami na scenach całego świata.
Zanim jednak dojdzie do zorganizowania koncertu management zespołu przygotowuje listę wymagań w stosunku do organizatora koncertu. Jest to lista rzeczy, które każdy organizator musi spełnić, żeby koncert się odbył, a zespół był zadowolony. Oczywiście są tam rzeczy ważne i ważniejsze.
Zawsze najważniejsza jest specyfikacja sprzętu ściśle związanego z koncertem, a którego zespół nie wozi ze względu na koszty, wrażliwość w dalekim transporcie itp. Są to często dodatkowe systemy nagłaśniające, które mają uzupełnić nagłośnienie standardowe lub poprawić słyszalność na obiektach, które są ponadstandardowe na trasach. Tak było np w Warszawie 2001.09.02, gdy połowę nagłośnienia przywiózł zespół, a połowę dostarczał organizator i jego podwykonawcy.
Podobnie sprawa ma się z innymi elementami – jak oprawa świetlna, czy konstrukcja sceny. Zespół wozi ze sobą tylko niezbędne oświetlenie, które wystarcza na obsłużenie standardowego koncertu, ale kiedy dochodzi np. do kręcenia wideo z trasy, to dokładane są kolejne lampy, żeby ładniej wyglądało w telewizorze. Takie elementy pochodzą przeważnie od lokalnych kooperantów.
Inną grupą wymagań są tzw zachciewajki artystów. One też dzielą się na 2 części te, które muszą być choćby skały srały i te które są w riderze np. po to, żeby sprawdzić na co stać organizatora koncertu lub właśnie po to, żeby doprowadzić do niezorganizowania jakiegoś koncertu. Dyplomacja jest ważna na każdym etapie. Czasami można powiedzieć sp…j, a czasami trzeba powiedzieć to tak, aby rozmówca cieszył się na myśl o zbliżającej się podróży…
Ridery nie powinny wypływać po za mury agencji koncertowych i są tylko dla oczu ich pracowników. Ale jak wiadomo życie jest życiem i tego typu dokumenty pojawiają się publicznie. W przypadku depeche MODE samodzielne ridery pojawiły się po Touring The Angel. Pełniejsza wersja pojawiła się za sprawą słowackich fanów z dm.sk.
Inny przykład ridera pojawił się na sieci po 2006 w części dotyczącej upodobań kulinarnych ekipy technicznej i właśnie tego, jak mają być przygotowane garderoby zespołu, czyli oprócz paszy również wystrój w postaci ikeban, czy innych motywów kwiatowych. Warto poczytać, bo ciekawie to wygląda. I żeby nie było, że ciągle piszę tylko o jedzeniu na trasie. Po prostu te pozycje zajmują w riderach najbardziej obszerne części i są dosyć mocno uwypuklone. Po za tym ridery dotyczące jedzenia najczęściej wyciekają (jak widać w świat).
Dla przykładu mogę zdradzić, że rider techniczny występów Recoil z 2009 i 2010 liczył 13 stron, z czego specyfikacja techniczna tego co na scenie zajmowała 3+ strony, natomiast pozostała część określała prawa i obowiązki, oraz relacje organizatora względem artysty, oraz kwestii bezpieczeństwa Alana i Paula Kendalla na scenie i po za nią. Dodatkowo rider opisywał relacje względem mediów, fanów, aż po detale żywieniowe, rodzaje ręczników, czy wygląd plakatów, koszty wynagrodzenia i biletów. Poniżej prezentuję po raz pierwszy fragmenty wymagań technicznych Alana względem nagłośnienia:
oraz oświetlenia scenicznego.
Ridery używane są również jako narzędzie w promocji. Artyści zamieszczają różne smaczki, które potem przypadkiem wyciekają do mediów, co wzbudza niezdrowe emocje na portalach pokroju ratlerka, czy innego mokasyna: o tytanowych rurkach do picia, czy specjalnej kolorystce i temperaturze deski w toalecie. Często lokalne media zamieszczają informacje ubarwione o koloryt lokalny, bo organizatorom zależy na tym, aby fani myśleli, że jakaś gwiazda traktuje dany kraj w sposób szczególny. Te informacje również jakoby pochodzą z Riderów Technicznych, ale służą przede wszystkim podgrzewaniu atmosfery, napędzaniu zainteresowania mediów wydarzeniem, oraz skłanianie (nie bezpośrednio) konsumentów do wybrania się na koncert.
Czasami w wywiadach zespół pytany jest o przed koncertowe celebracje, które muszą być spełnione, aby zespół wyszedł wyluzowany na scenę. Oprócz uścisków i innych team-bulidingowych historii, depeche MODE lubi mieć zapewniony stół do piłkarzyków (choć ten raczej jest wożony z zespołem, bo od lat na zdjęciach pojawia się ten sam), ale również panowie lubią dać się wymasować. To wszystko musi być zawarte w riderze, aby organizator to zapewnił, albo zorganizował miejsce na tego typu historie.
Rider Techniczny jest nieodłączną częścią umowy, a bardzo często zastępuje umowę między artystą, a organizatorem koncertu. Bardzo często operacyjnym wykonawcą postanowień ridera po stronie artysty jest agencja bookingowa. W przypadku depeche MODEjest to CAA, a w przypadku Alana jest to NeuWerk. Podstawowa różnica między umową, a riderem jest taka, że umowa dotyczy kwestii strategicznych, a rider najczęściej wyjaśnia jak, w jaki sposób ma to być wykonane, czy odpowiada za sprawy operacyjne.
Rok temu popełniłem tekst o tym, co pozostało z koncertu w Warszawie 1985.07.30, czyli o bootlegach. Komentarz-sprostowanie napisał do niego Robert Serafiniak uzupełniając go o swoją część historii. Niby była ona sprzeczna z tym, co napisałem w swoim tekście opierając się na wspomnieniach Wiecora, ale tak się złożyło, że mieliśmy okazję o tej historii porozmawiać…. Zaraz po koncercie depeche MODE w Warszawie 2013.07.25 zadzwoniłem do Serka i właściwie z dnia na dzień umówiliśmy się na spotkanie. Długo rozmawiając ustaliliśmy kilka faktów, choć pewnie i tak historia nie będzie pełna.
Dodam jeszcze dla porządku, że wpis opublikowany rok temu i poniższy nie wykluczają się. Pamiętajcie, że to były czasy komuny i przepływ informacji nie był taki, jak obecnie. Często wiele spraw działo się równolegle bez świadomości bohaterów wydarzeń o istnieniu podobnej historii gdzieś indziej.
Koncert na Torwarze został zarejestrowany przez kogoś, kto w owym czasie miał w swoim posiadaniu półprofesjonalny lub profesjonalny sprzęt. Osoba ta nagrywała praktycznie wszystkie koncerty, jakie w Polsce w owym czasie się działy, jeżeli wierzyć jego słowom, to nie tylko w Polsce (Classix Nouvoux, Clan Of Xymox), ale i na terenie innych demoludów, ale o tym na końcu będzie.
Człowiek ten mieszkający… Powiedzmy w Pabianicach był posiadaczem na tyle dobrego sprzętu, że nagranie przez długie lata krążyło po Polsce w całkiem dobrej jakości, zarówno pokazywane przez samego autora po Polsce – patrz historia z ub roku, jak i już potem po wydobyciu tego nagrania przez fanów.
Resztki plakatu z Warszawy 1985.
Autor nagrania dysponując właściwie profesjonalnym sprzętem, pod pretekstem, że jest z TVP dostał się na teren Torwaru, wpuszczony przez polską ochronę, co pośrednio potwierdza relacje Więcora, że pierwsze odtworzenia tego video odbywały się na nośniku typu BetaCam, a nie VHS. Przed samym startem koncertu został przyuważony przez angielską obsługę koncertu, co sprawiło, że musiał salwować się ucieczką w publikę i został ukryty przez żołnierzy kompani reprezentacyjnej LWP. Ślad tego faktu mamy na końcu koncertu, gdy zapalają się światła.
Nagrania, jak wiele innych poszło do domowego archiwum i ślad po nim zaginął. Po Polsce chodziła miejska legenda, że nagranie z koncertu istnieje, a podsycane było przez nieliczne prezentacje nagrania przez właściciela. Po paru latach dochodzi do spotkania między autorem nagrania, a znanym i lubianym Robert Serafiniak. Tak o to nagranie video trafia do fanów i zaczyna podróżować już po Polsce. Staje się gorącym towarem wśród zagranicznych fanów ponieważ jest to jedyne nagranie video oprócz Hamburga 84 z Some Great Reward Tour.
Bootleg Audio nr 3
Bootleg nr 3 z Warszawy 1985.07.30
Z czasem wraz kolejnymi kopiami i kasowaniami ja również dostałem masakryczną wersję zaczynającą się już od People Are People i pod koniec lat 90. zrobiłem pierwszy bootleg (krótki bootleg – Some Great Concert in Warsaw), o czym również pisałem rok temu. I tu wracamy ponownie do Serka i bootlegu audio. W latach 90., w czasach, gdy po świecie śmigały całe kartony z kasetami na bootlegi dochodzi do ciekawej wymiany. Pewien Francuz posiadał nagranie z Warszawy 1985.07.30, które, jak twierdził dostał od członka ekipy koncertowej depeche MODE w latach 80. Był to rok 1995, czyli 10 lat po zarejestrowaniu. Nagranie miało jeden defekt… uciętą końcówkę koncertu. Nie mniej było zdecydowanie inne, niż ówcześnie, ale i obecnie istniejące zapisy.
W ubiegłym roku nagranie poszło do zremasterowania i niedługo ujrzy światło dzienne. Na ten moment można powiedzieć, że istnieją dwa nagrania audio oryginalne i trzecie jako transkrypcja zapisu video. Oryginalne wideo jest obecnie nieosiągalne, a przynajmniej do czasu, gdy autor zmieni zdanie, póki co najlepsza kopia to okolice drugiej kopii z matki, która jest w szeroko pojętym kręgu fanów.
Dave Gahan w Budapeszcie 1985.07.23
Na koniec mała ciekawostka z pogranicza konfabulacji i nierealności. Otóż autor wideo z Warszawy 1985.07.30 przechwalając/odgrażając się zasugerował kiedyś, że posiada z wczesnych lat 80. nie tylko warszawskie nagranie depeche MODE. Wg jego relacji ma w swoich zbiorach również zapis urodzinowego koncertu Martina z Budapesztu 1985.07.23. I to już podnosi trochę brew. Niestety póki co, jak wspomniałem, współpraca jest bardzo trudna i szans na potwierdzenie nie ma wiele.
Każdy marzył o ciuchu członka zespołu. Legendy krążyły o zrywanych skrawkach podkoszulek Dave’a, a jak ktoś się chwalił to przeważnie był wyśmiewany, że to fake. Przy okazji tras od czasu do czasu pojawiają się aukcje ze strojami z właśnie trwającej, albo chwilę temu zakończonej trasy. Największą wyprzedaż swojej szafy zrobił chyba jednak Alan, który parę lat temu zbierał kasiorkę z okazji rozwodu.
Rzadko jednak na aukcjach pojawiają się dawne ciuchy reszty zespołu. Głównie dlatego, że ich nie mają, a wystawiaczami są raczej kolejni właściciele tych ciuchów.
Całkiem niedawno można było wejść w posiadanie garniaka, w którym gdzieś w okolicach 1985 widziany był Dave.
Powyżej sama marynarka, ale są też zdjęcia w pełnym oporządzeniu. Nota bene, dziwne to były czasy, gdy jedynym brunetem był Alan. Za to ewolucja ubraniowa Panów szła w dobry kierunku… kierunku skór.
Dwurzędowy szary garnitur wystawiony był za 500-700 funtów. Opis aukcji wyglądał następująco:
Depeche Mode: A double breasted light grey suit worn by Dave Gahan, with cream woven geometric design throughout, labelled inside Stephen King, Made In The UK, accompanied by a Polish lyric book for Depeche Mode with an image of Gahan wearing the suit (2)
Ta wspomniana Polish lyric book, to mogła być jedna z tych małych książeczek, które w latach 90. drukowane były na potęgę…. nieważne. Garniak już bez Dave’a prezentował się na wieszaku… raczej Dave nie miał go dużo i dawno na sobie… a w naszych czasach raczej nie pojawiłby się w nim już 😛 <lol>
Każdy, kto chociaż trochę interesuje się muzyką, jako taką mógł usłyszeć o akcji, jaką Metallica urządziła swoim fanom. Każdy, kto kupił bilet na koncert Mety tego lata mógł brać udział w głosowaniu na setlistę, jaka została zagrana podczas koncertu w Warszawie (2014.07.11), czy innym mieście (pełna rozpiska). Głosowanie już się zakończyło, koncert w Wawie się odbył. I co? Właściwie wynik był do przewidzenia…
Parę lat temu napisałem tekst pt. Hardcory vs Pikniki, w którym postawiłem dla wielu fanów bardzo smutne wnioski. Podobnie wynik głosowania na setlisty został odebrany przez wielu zagorzałych fanów Metalliki. Sami członkowie zespołu wyrażali swoje zdziwienie, że ich fani tak licznie i chętnie głosują na najbardziej oklepane hity. Oczywiście każdy głosował wg własnego uznania i na nic zdały się próby stworzenia masy, która pozwoliłaby na wprowadzenie do setu upragnionych „nieogranych” kawałków. Fani mieli siebie na wzajem w dupie, czego finałem jest wynik przewidywalny jak pogoda nad Bałtykiem. Co by nie planować i tak będzie lało, ale ja nie o tym…. Zastanowiłem się, co by było, gdyby fani depeche MODE dostali prawo do głosowania na 20 utworów, które chcieliby usłyszeć na żywo.
1980.09.20_Sat.
Przed każdą trasą powstają mniej lub bardziej fantazyjne setlisty, które są autorską wizją pojedynczych ludzi. Co by się stało, gdyby jednak te autorskie wizje spiąć w jeden set. Czy wygrałaby opcja dla hardcorów, czy też set pikników byłby górą?
Właściwie nie muszę ustawiać żadnego głosowania, żeby być spokojnym o wynik głosowania. Wszystko zawsze sprowadza się do najniższego wspólnego mianownika i każdy ma w swojej setliscie marzeń takie utwory bez których nie wyobraża sobie koncertu. Tylko potem to właśnie te utwory wygrywają i okazuje się, że są to jednocześnie najbardziej ograne utwory w historii koncertowej. Z resztą to widać też po statystykach najczęściej granych utworówdepeche MODE. Z której strony by nie patrzeć wychodzi set marzeń dla pikników. Myślę, że depeche MODE doskonale to rozumieją i grając ten, a nie inny trzon setu zapewniają przybyłej masie rozrywę, jaką oczekują. Nie mniej nie byłbym sobą, gdybym nie chciał sprawdzić czy moje mądrowanie się jest prawdziwe, czy nie.
Jak uważacie? Napiszcie swoje zdanie w komentarzach pod tekstem na Facebooku, na Google+ lub na Twitterze.
Z jednej strony temat cokolwiek oklepany, bo fascynacja piłką nożną dobrze znana, szczególnie tą klubową – Arsenal, Chelsea – to ulubione zespoły Andy’iego i Martina. Aaaa i Alan również ostatnio zamienił fuchę muzyka na blogera i prowadzi blog o Queens Park Rengers (więc jak ktoś harata w gałę na którejś z odsłon gry FIFA 2000-cośtam, to już wie z jaką drużyną w lidze angielskiej pocinać z depechowskiego obowiązku 🙂 ). Ja chciałbym się skupić na piłce narodowej, choć i o klubowej też coś będzie…
Jako, że jesteśmy w samym środku Mistrzostw Świata, to pokusiłem się o pogrzebanie w kilku dokumentach źródłowych. Obok licznych związków piłkarsko-depechowych znalazły się nawet dwa wątki związane z Polską. Ale po kolei…
Andy Fletcher
Przez lata kariery koncertowej zdarzały się takie momenty, że depeche MODE grało trasy w tym samym momencie, co działy się rozgrywki na boiskach jednego z krajów świata. O ile w 1986 i 1990 pewnie zespół oglądał transmisje z meczy rozgrywanych na stadionach Meksyku i Włoch, to jednak nie znalazłem żadnego śladu tej aktywności w prasie typu Bravo, czy innych równie miarodajnych źródłach :-P, czy dokumentach trasowych. Odległość w czasie robi swoje. Potem przyszła niesławna trasa letnia po wszystkich kontynentach tylko nie po Europie w 1994? Zanim jednak przejdę do roku 1994, na chwilę zatrzymamy się w roku 1993, bo tu pojawia się pierwszy wątek polski.
W czasie eliminacji do mundialu w USA nasza narodowa była w jednej grupie z Anglią, jak pamiętacie potem nasi piłkarze obejrzeli te mistrzostwa w TV, a tak oto przy okazji koncertu w Montrealu 1993.09.08Daryl Bamonte komentował wygrany mecz nad Polską w tych eliminacjach.
Alan, ja i Joal z ochrony udaliśmy się do baru, by obejrzeć mecz Anglia-Polska w eliminacjach Mistrzostw Świata. Anglicy grali doskonale i z łatwością wygrali 3:0. Wygląda na to, że jesteśmy na drodze do mistrzostw USA ‘94! Nie piliśmy zbyt dużo bo koncert przed nami, ale nadrobimy to później…
I tak oto dochodzimy do roku 1994, gdy Summer Tour trwało w najlepsze na terenie Ameryki Północnej, równolegle w tym samym czasie, co Mistrzostwa Świata w USA. Rozpiska koncertów była mocno skorelowana z terminarzem rozgrywek. Każdy zatrudniony członek ekipy posiadał Tour Itinerary, w którym obok szczegółowej rozpiski koncertów była pełna rozpiska World Cup 94 (zdjęcie obok). Co prawda Anglia nie grała, ale nie tylko Anglicy byli w ekipie koncertowej.
Ale to nie jedyny motyw wspólny, po za tym pewnie inne nacje mogły by znaleźć podobne motywy wspólne, a szczególnie Niemcy, którzy mieli w jednym czasie i trasę, i mistrzostwa. Nie mniej nie jest tajemnicą, że koncert w Berlinie 2006.06.28, został dodany nieprzypadkowo. Był to 4. koncert depeche MODE w Berlinie, a 3. na letniej nodze. Koncert ten mimo, że był pierwszy, został dodany jako ostatni i poprzedzał 2 noce na Waldbuhne w pierwszej połowie lipca (co to był za skwar). Czerwcowy koncert został dodany, z jednej strony, aby depeche MODE mogło zagrać podczas mistrzostw, jako wsparcie licznych wydarzeń około sportowych. Co ciekawe w Tour Itinerary z 2006 roku nie ma już śladu po mistrzostwach, ale… koncert z 28 czerwca widnieje tam od początku, a to oznacza, że był planowany w tym terminie z góry pod FIFA 2006, tylko publicznie został najpewniej ogłoszony dopiero, jak obie lipcowe noce na Walbuhne zostaną wyprzedane.
To tyle, co wynalazłem w archeo, nie można jednak nie wspomnieć, że dla depeche MODE piłka nożna to stały element relaksu od samego początku istnienia zespołu, czego liczne ślady mamy do dziś. Od takich…
…przez takie…
…I takie…
…no i takie.
To tylko kilka przykładów, myślę że Wy znajdziecie ich jeszcze więcej, piszcie…
Kto był i widział, ten miał sporą dawkę emocji i depechowej radości w oczekiwaniu na wrzesień, komu nie było dane może tylko żałować. Zakończona niedawno retrospektywna wystawa Briana Griffina – DisCover Photography – pokazała wspaniałą podróż w czasie do wczesnych lat 80. i tego, jak dobre okładki depeche MODE mieli od początku kariery… no prawie 🙂
Dzięki tej wystawie (podczas Fotofestiwal w Łodzi) można było zobaczyć, zdjęcia, które powstają w czasie sesji, ale nie mają tyle szczęścia, żeby znaleźć się na okładce / wkładce / tourbooku / materiałach promo itd… wiele z nich znika w szufladach pozostając jedynie na kliszach lub dyskach autorów zdjęć.
Speak & Spell
speak & spell (c) Brian Griffin
Zdjęcie – żart z depeche MODE człowieka, który fascynował się „prawdziwą muzyką elektroniczną„, a nie twórczość „przypominającą plumkanie„. Zdjęcie to potem było wielokrotnie masakrowane, cięte… ekhm kadrowane. Były takie wersje okładki Speak&Spell, że więcej tam było czerni niż samego zdjęcia łabędzia w gnieździe. Dziś klasyka i uznawane za jedno z ciekawszych.
A Broken Frame
A Broken Frame
Zdjęcie z tej okładki uznane zostało za fotografię dekady (lat 80.), trafiło na okładkę LIFE, doceniane i uwielbiane przez fanów, znawców i kto tam jeszcze może się pod ten zachwyt podczepić.
Broken Frame 2
Na aukcji zamykającej wystawę w Łodzi zdjęcie z tej sesji zatytułowane – The Broken Frame 2 poszło za 3,5 tyś PLN. Co ciekawe było to zdjęcie, nie wybrane przez Griffina jako główne zdjęcie okładkowe. Odrzucone zdjęcie było o wiele bardziej dosłowną interpretacją tytułu płyty. Być może ta dosłowność sprawiła, że fotografia inspirowana Socrealizmem nie została wykorzystana w żaden sposób. W Łodzi zostało pokazane po raz pierwszy.
Kate Bush (c) Brian Griffin
Przy okazji tej okładki warto zwrócić uwagę na zdjęcie młodsze o rok zrobione Kate Bush. Widać tam doskonale rękę i oko tego samego mistrza.
Construction Time
Construction Time Again (c) Brian Griffin
W podpisie pod tym zdjęciem na wystawie w Łodzi Brian Griffin napisał, że jest to jego ulubione zdjęcie okładkowe depeche MODE. Modelem pozującym do tej fotografii był były żołnierz Królewskich Sił Zbrojnych, który zaprowadzony w góry stał się bohaterem okładek albumu i singli, nawet tej przetworzonej od Everything Counts.
Construction Time Again 2 (c) Brian Griffin
Co ciekawe Brian Griffin forsował na okładkę lekko inaczej skomponowaną fotografię, gdzie model odkręca swoją głowę w kierunku szczytu. Zdjęcie jest bardziej mroczne i inaczej oświetlone. Ponownie stało się inaczej.
Some Great Reward
Some Great Reward (c) Brian Griffin
Fotografia wykonana na terenie Stalowni Round Oak w Brierley Hill, którą Griffin widywał z okien swojego domu, będąc pacholęciem. Zakład został zamknięty w 1982, a do 1986 służył jako magazyn. W latach 1985-1989 tereny pofabryczne zostały zamienione w kompleks centrów handlowo-rozrywkowych. Podobno fragmenty charakterystyczne dla tej fotografii można wciąż znaleźć.
Przebieg drugiego koncertu w Polsce z 2006 każdy m/w zna. Set również, jak nie z koncertu, to z LHN’a, tudzież innego bootlegu wideo. Wielu z Was pamięta całe rozprawy na forach o tym, co powiedział Dave do zgromadzonej publiczności, z „What about pizza?” na czele już zmilczę.
Wzorem wpisu o Exciter Tour w Warszawie postarałem się opisać tę bardziej techniczną, logistyczną stronę Toruring The Angel, podczas 4. części trasy, określanej w nomenklaturze zespołu jako „the Final Frontier……„
2006.06.07-08
Zanim depeche MODE zjawiło się w Warszawie najpierw musiał zakończyć się koncert w Aarhus 2006.06.07 w Danii. Zespół po koncercie udał się do hotelu, a ekipa techniczna załadowała 6 ciężarówek i wraz z nimi wyruszyła w trasę liczącą 1208 km do Warszawy na Stadion Legii, gdzie od kilku dni trwał już montaż szkieletu sceny dostarczonej przez lokalnego dostawcę na zlecenie organizatorów koncertu – Odyssey i VivaArt Music. (ta pierwsza chwilę później zamieniła się w Live Nation, ta druga właściwie zakończyła koncertową działalność).
Dla Stadionu Legii było to o tyle ważne wydarzenie, że koncert depeche MODE był ostatnią wielką imprezą plenerową przed rozpoczęciem przebudowy. Niestety o ile warunki do kibicowania poprawiły się, to akustyka jest daleka od przyzwoitości. Pod tym względem stadion przy Łazienkowskiej jest nawet gorszy od Narodowego. A wracając do ekipy technicznej i zespołu….
Po koncercie techniczni ruszyli w drogę do Polski, a zespół poleciał do Kopenhagi, gdzie zostali aż do 9 czerwca. Zespół zatrzymał się w hotelu D’Angleterre, przy ulicy Kongens Nytorov 34. Ekipa techniczna po przyjeździe rozgościła się w hotelu Hyatt Regency przy al. Belwederskiej 23. Obecnie ten hotel nosi już inną nawę (Regent Warsaw Hotel), ale to nie ma w tej chwili znaczenia. 8 czerwca dla ekipy był dniem wolnym, mogli odespać lub przeprać żółto-brązowe fugi…
2006.06.09
09.06.2006 WARSZAWA – STADION LEGII – KONCERT ZESPOLU DEPECHE MODE FOT. ALBERT ZAWADA / AGENCJA GAZETA09.06.2006 WARSZAWA – STADION LEGII – KONCERT ZESPOLU DEPECHE MODE FOT. ALBERT ZAWADA / AGENCJA GAZETA
Dzień koncertu dla wielu polskich fanów miał być podwójnym świętem. Z jednej strony po raz pierwszy w polskiej historii depeche MODE drugi raz jednego roku przyjechało do Polski, z drugiej strony nasza narodowa w piłkę kopaną miała odnieść pierwsze zwycięstwo na Mistrzostwach Świata, jakie odbywały się tuż za miedzą w Niemczech.
Zespół przyleciał do Warszawy z Kopenhagi (po 1 godzinie 10 minutach lotu) i zamieszkał w hotelu Westin przy alei Jana Pawła II 21. Mając w pamięci wydarzenia z 2001 organizatorzy i zespół skorzystali z terminala lotniczego dla VIPów, wtedy nazywał się Terminal VIP Aviation, obecnie jego nazwa, to Terminal General Aviation. Port ten otwarty ledwo rok wcześniej (2005.07.08) usytuowany jest przy ul. 17 stycznia i dedykowany jest odprawie pasażerów korzystających z prywatnych lub korporacyjnych samolotów.
Wg planu montaż sceny i sprzętu scenicznego miał się rozpocząć po południu poprzedniego dnia. Koncertowa ekipa techniczna na lokalnym szkielecie miała ustawić własne ekrany boczne, oraz 6 ekranów ruchomych pośrodku sceny. Dodatkowo całe nagłośnienie, którym dysponował zespół zostało użyte do nagłośnienia obiektu. Nie wiem, czy jakieś dodatkowe nagłośnienie zostało wykorzystane od lokalnych dostawców, jak to miało miejsce w 2001.
W 2006 roku sprzęt wykorzystywany na trasie pochodził od:
Nagłośnienie – Britania Raw
Oświetlenie – Neg Earth Lights Lighthouse
Obraz – XL Video
Koncert
Drzwi otwarto o godzinie 16:00
I Support (dj Hirek i dj Mario) 16:30 – 18:30
II Support (Patti Yang) 18:50 – 19:30
III Support (Timo Maas) 19:50 – 20:50
depeche MODE 21:20 – 23:00
Cisza nocna 23:30
Tak wyglądał rozkład tego wieczoru na Stadionie Legii.
Koncert się odbył, reprezentacja przewaliła gładko 2:0, a fani poszli się bawić do Proximy i Skarpy na After Show Party.
Ekipa techniczna od razu rozpoczęła demontaż sceny i jeszcze tej samej nocy techniczni ruszyli w podróż liczącą 680 km do Bratysławy. W ten oto sposób licząca 68 osób ekipa koncertowa opuściła Polskę. Zespół tymczasem udał się do hotelu na wypoczynek.
2006.06.10
Dla zespołu i części ekipy technicznej był to dzień wolny. Zespół pozostał w Warszawie, dzięki temu spora grupa fanów mogła spotkać Dave’a i innych członków zespołu na mieście.
2006.06.11
Ten dzień był ostatnim dniem pobytu depeche MODE w Polsce, aż do lutego 2010. Po południu 11 czerwca depeche MODE wyleciało z lotniska dla VIPów w podróż liczącą 55 min. do Bratysławy.
Trasa trwała do 1 sierpnia, choć plany były ambitniejsze z 1 koncertem w Izraelu włącznie. Jakieś plotki mówiły również o planowanej wizycie w Libanie, ale zespół zakończył swoją trasę na Atenach 2006.08.01 z okrojonym do granic przyzwoitości setem.
Niby takie informacje publikuje Billboard, to musi być prawda. Tym czasem nic się nie zgadza, ale po kolei… Przed rozpoczęciem Delta Machine Tour świat obiegła informacja, że zespół zmienił agencję artystyczną z CAA na WME. Sam o tym pisałem obszernie również. Nie to jest jednak ważne w tym wpisie.
Porządkując stare notatki znalazłem tę samą informację o zmianie jednej agencji na drugą również na stronach Billboard. Jeden drobiazg przykuł na nowo moją uwagę. Przeszło to bez echa, ale skoro takie tematy są ważnym elementem tego bloga, to po prawie 2 latach też nie można do tego nie wrócić i tak zostawić.
Wg publikacji na stronie billboard.com od 1985 roku depeche MODEzarobili na koncertowaniu 154.3 miliony USD podczas 279 koncertów. O super!, dodam do tego kasiorkę jaką zespół przytulił na Delta Machine Tour – o czym pisałem Tu, Tu, Tu i Tu – i będzie piękny wynik. Tak krótki wpis nadaje się na Twittera i pachnie ciekawostką z pogranicza sensacji. Tylko, że w tym zdaniu nic się nie zgadza.
Weźmy te 279 koncertów. Od 1985 roku do końca Tour Of The Universe zespół zagrał dobrze ok. 900 koncertów, więc nie pasuje. No dobrze to może policzmy tylko koncerty w Ameryce Północnej…. nie dokończyłem jeszcze Touring The Angel, gdy zliczanie przebiło 300. Znowu nie pasi.
A teraz 154.3 mln USD. Informacja podana jest jako zarobek depeche MODE tylko, że dane podawane z tej i poprzedniej trasy przez Billboard mówią jedynie o przychodzie ze sprzedaży biletów z których dopiero część jest zarobkiem zespołu. A gdzie inne przychody? Jak to wygląda na prawdę możecie zorientować się na przykładzie opisanego przeze mnie kontraktu na występ w Sztokholmie 1988.02.12. Wynagrodzenie artysty, to jedynie ułamek kosztów, jakie pokrywają bilety, które kupujemy.
Jak dla mnie to zdanie dotyczy jedynie USA, dlatego jest od 1985 roku. Wcześniejsze występy miały na tyle marginalne znaczenie, że nawet nie były brane pod uwagę, bo nie sądzę, żeby tego typu zestawienia ukazywały się dopiero od 1985 roku. W końcu Billboard istnieje od 1894 roku. Tego mi zabrakło w tym zdaniu. Większej precyzji. Zdanie to jest jednak w żaden sposób nieweryfikowalne i może być jedynie ciekawostką. Nie używałbym tego jako punktu odniesienia bez stosownego komentarza.
Kończąc mój lutowy wpis o reedycji podstawowego katalogu depeche MODE kończyłem konkluzją: „Z mojego punktu widzenia cała reedycja nie ma kompletnie znaczenia i nie wprowadza mnie stanu wilgoci i drżenia rąk. […] więc drogie Sony jeżeli chcielibyście moich pieniędzy to proszę się na prawdę postarać.” Chwilę potem pojawiły się informacje o wydaniu kolejnych tytułów na winylach oraz w formacie dla wymagających słuchaczy – Blu-spec i zacząłem nawet żałować, że napisałem, co napisałem. Niestety nie na długo…
Dla tych, co po raz pierwszy spotykają się z pojęciem Blu-spec wyjaśniam, że jest to sposób zapisu przewyższający jakością tłoczenia tradycyjne wydania na CD. W uproszczeniu zamiast czerwonego lasera, w procesie tłoczenia, używany jest laser niebieski (ten sam, co w przypadku Blu-ray’a), dzięki czemu jakość reprodukowanego dźwięku podlega mniejszym zniekształceniom w procesie odsłuchu. Dyski Blu-spec można odtwarzać na standardowym odtwarzaczu CD. Sam format jest uznawany za następcę znanego Wam pewnie formatu Super Audio CD.
Sam nie wszedłem w posiadanie, ani winyli, ani Blu-spec’ów, nie mniej im więcej czytam recenzji z odsłuchów i relacji tych, co nabyli rzeczone krążki, tym mam co raz większą (niestety) satysfakcję, że cel przedsięwzięcia był jeden i łatwy do przewidzenia – wpuszczenie we wszelkie kanały dystrybucji wydań sygnowanych logiem Columbia/Sony i nic po za tym.
Do tłoczenia nowych reedycji winyli użyto tych samych matryc, które zostały wykorzystane przy remasterach z 2006 roku. Świadczą o tym dokładnie te same sygnatury matryc. Jedyną różnicą jest sygnatura tłoczni, którą tym razem była – Music on Vinyl. Widać, że bardzo wytwórnia się spieszyła, bo w 9 miesięcy od przejęcia katalogu zdołał wypuścić albumy sygnowane swoim znaczkiem. Mam tu na myśli również wydania Blu-Spec. Dlatego mimo najszczerszych chęci i przy dużej dawce dobrej woli, jeżeli ktokolwiek jeszcze się wahał, to teraz może sobie darować. Lepiej odłożyć trochę więcej i poszukać pierwszych remasterów z 2006 w formacie SACD lub pierwszych wydań winyli lub CD. Może drożej, ale na pewno pieniądze lepiej ulokowane i mądrzej.
Oczywiście sugestia ta jest kierowana do tych, co kupują płyty, bo jeżeli czytając powyższe słowa mierzysz swoją dyskografię w gigabajtach, to cały ten wpis jest raczej z gruntu abstrakcyjny.
Na koniec dwie stare ale zawsze warte poczytania recenzje z odsłuchów katalogu depeche MODE w formatach SACD i tej samej reedycji na winylach. Teksty wklejam na serwisem High Fidelity.
Będzie krótko, 13 lat temu MODEontheROAD zaistniało w sieci. Jeszcze parę lat i będę mógł dodawać dopisek „najstarszy serwis o depeche MODE w Polsce„. 😉
13 lat temu świat fanowski był papierowy w kolorze czarno-białym, potem przyszły strony WWW, a obecnie i one powoli zamierają. Kiedyś był fanzine [SHAME], teraz jest MODE2Joy. Kiedyś był inny adres, inny powód istnienia… Nawyki i kanały komunikacji się zmieniają.
Faktycznie MOTR istniało od marca 2001, ale tak na prawdę od maja dopiero mogę powiedzieć, że przypominało to stronę WWW, wcześniej ścieżkę do serwisu znało tylko kilka osób.
Wersja nr 1.00 – 1.xx istniała w 2001-2002. Wersja 2.00 – 2.xx do końca 2002. Nie byłem zadowolony z wyglądu i postanowiłem wtedy zbudować na nowo serwis. Wersja 3.00 – 3.xx pojawiła się z początkiem 2003 i istniała do czasu zamknięcia strony w 2005 roku. Od 2009 do dziś istnieje wersja 4 z kolejnymi numerkami po kropce. Pewnie przyszedł już czas na odświeżenie, ale brak czasu i siły skutecznie hamuje chęci.
Jak wyglądały poprzednie wersje MOTR możecie zobaczyć klikając na TEN LINK.
Robiłem ostatnio porządki w linkach, które zapisuje sobie na później do wykorzystania przy pisaniu kolejnych tekstów i odkopałem trochę starszy tekst z technologie.gazeta.pl. Tekst powstał w środku zawieruchy, jaką była Delta Machine Tour i wtedy nie miałem głowy do zajmowania się tą materią, choć paradoksalnie to właśnie wtedy był najlepszy moment na ten tekst. W końcu kupowaliśmy bilety Warszawę 2014.07.25.
W żartach stojąc pod halą często pada taki tekst (tuż przed otwarciem bramek), że kolegami to my będziemy pod sceną teraz jest wyścig ;-). Podobnie ma się często sytuacja przy starcie zakupów biletów. Wszyscy złorzeczą, że setki razy wywala ze strony operatora biletów, że serwery przeciążone, ale wszyscy wiemy, że w tym czasie Ty i Twoi znajomi z kraju i ze świata powodujemy właśnie ten tłok. Nie mniej nikt nie odpuszcza i każdy twardo siedzi :-).
Takie myślenie jest najpowszechniejsze. Tym czasem to może być błędne myślenie. Oczywiście ludzie powodują przeciążenie serwerów (tzw DDoS), ale co raz częściej swoje 50 groszy dokładają boty pracujące na potrzeby redystrybutorów biletów. W Polsce taki proceder jest zakazany, ale już za zachodnią granicą, a szczególnie w USA, jest to najnormalniejszy w świecie biznes i często jedyna możliwość nabycia biletów na koncert gwiazd sceny.
Efektem tego są upierdliwe systemy utrudniające życie przy zakupie biletów na koncerty. Nie jest to tylko amerykańska przypadłość. W Europie tam, gdzie działa, pieszczotliwie nazywany przez amerykanów ticketbastard, takie właśnie systemy zabezpieczeń się pojawiają. Mowa tu np o – Completely Automated Public Turing test to tell Computers and Humans Apart – czyli potocznie nazywane CAPTCHA.
Ten system blokowania dostępu przed botami jest jednocześnie znienawidzonym systemem przez ludzi, o czym przekonali się ostatnio użytkownicy dostawcy internetu od Areo.
Bot jest niezmiernie szybki. Jak wynika z badań Carnahana najbardziej zaawansowane systemy próbują kupić bilet na impresy sześćset razy częściej niż ludzie.
Można przeczytać w tekście na gazeta.pl. Prawda jest taka, że autoryzowani dystrybutorzy biletów w ten sposób chcą walczyć z drugim obiegiem, który jest nie po myśli tychże. W Polsce udało się to zrobić po przez wprowadzenie do polskiego prawa zakazu redystrybucji i odsprzedaży biletów, o czym boleśnie przekonali się wszyscy, którzy wystawiali bilety na systemach aukcyjnych, a potem dowiadywali się sami, albo Ci, co kupili od nich, że bilet został anulowany przez dystrybutora. Wszystko przez niezakrycie numerów seryjnych biletu.
Dystrybutorzy bardzo nie lubią jak robi im się konkurencję, a drugi obieg jest tego przykładem. O godzeniu w swobodę działalności (wolności) gospodarczej nie będę tu już wchodził, nie mniej sposób regulacji tego procederu z której strony by nie patrzeć jest dyskusyjny. W krajach, gdzie takiej praktyki nie ma lub traktuje się to jako normalną część biznesu wprowadza się ograniczenia na poziomie systemów zakupu biletów.
Efektem tego jest utrudnianie zakupu normalnym nabywcom. Kto miał okazję kupować bilety na koncerty np na francuskie koncerty depeche MODE, ten wie o czym mowa. Liczba wpisanych kodów „kapcia” szła w dziesiątki. Nie dość, że wyścig z czasem, innymi fanami, to jeszcze sam operator robił wszystko, aby utrudnić te zakupy.
depeche MODE pytane o rytuały na trasie, wymienia wiele przykładów, ale jest jeden taki któremu wielu z Was chętnie się by poddało i grosza za to nie biorąc. Jak pamiętam swoje powroty z koncertów, to byłbym pierwszy w kolejce. Dr Dot i jej zespół dawali wielokrotnie spokój i ukojenie dla Dave’a, Andiego i Martina.
Pisząc wpis z zapowiedziami przyszłych tekstów natrafiłem na zdjęcia Dave’a i Martina w cokolwiek niekompletnej garderobie (ale to nie jest przecież nic nadzwyczajnego, na scenie robią to co noc), rzecz w tym, że Panowie byli przeważnie ubrani, jakby zaraz mieli pójść pod prysznic.
Andy często wspomina, że jego ulubionym rytuałem przed koncertem jest długi, relaksujący masaż. Firmą, która zapewnia na trasie chłopakom taki serwis jest zespół Dr Dot. Jest podobno bardzo znaną masażystka, która w swoich rękach nie takie ciała trzymała, że wymienię choćby Debby Harry, Henry Rollins, Lenny Kravitz, Sting, czy najbardziej urobioną z tego towarzystwa Paris Hilton.
Każdy może skorzystać z usług jej firmy, a jeżeli przebywasz właśnie w Kaliforni, to możesz umówić się na wizytę domową Dr Dot i poczuć się jak Dave na trasie… no prawie 🙂