Archiwa tagu: Nowa płyta

Jak się nagrywa płytę cz.2. – poradnik dla początkujących.

W poprzedniej części skupiliśmy się na pojęciach ‚demo’, ‚studio’, ‚producent’. Pora więc zabrać się za nagrywanie naszego wymarzonego krążka, który podbije listy przebojów i uczyni nas sławnymi (lub jeszcze bardziej sławnymi) i bogatymi (lub jeszcze bardziej bogatymi).

Podobnie jak poprzedni tekst, ten jest wynikiem współpracy Jariego i mojej.

Sesja Przedprodukcyjna.

Czyli już nie demo, ale jeszcze nie właściwie nagranie. Czasami zespół zanim wejdzie do studia spotyka się na sesji (sesjach) przedprodukcyjnej i pracuje nad materiałem w dosyć specyficzny sposób. W poprzednim odcinku wspomnieliśmy, że zespół po odsłuchaniu dem decyduje o tym, w jakim kierunku mają iść poszczególne utwory. Który ma być balladą, a który parkietowcem, czy spocząć na dnie szuflady lub skończyć jako b-side. Na następne spotkanie zespół zjawia się, aby pracować nad demami, albo każdy z członków zespołu przychodzi ze swoimi wizjami numerów pracując w domowym zaciszu. Tak rodzą się różne wersje tych samych kawałków, o czym pisaliśmy w poprzednim tekście.

Przepracowane dema mają bardzo często nałożone stopy i basy, loopy pożyczone z innych numerów innych artystów. Po co? Ponieważ jakaś sekcja rytmiczna bardzo pasuje do klimatu utworu lub zespołowi zależy nad osiągnięciem podobnego efektu. W 1984 rok zespół był pod silnym wrażeniem lini bassowej z kawałka RelaxFranky Goes To Hollywood. Bardzo chcieli uzyskać tak mięsisty bass w Master & Servant. Czy im się udało? Oceńcie sami. Inny przykład stopa z sesji przedprodukcyjnej w Never Let Me Down Again zajumana z Led Zeppelin ostała się tam już na zawsze. Alan przyznał się do tego dopiero po latach.

Sesje przedprodukcyjne to jest w naszych czasach styl pracy Dave’a. Najpierw komponuje utwór w postaci demo, dokłada tekst, albo na odwrót. Z tak przygotowanym materiałem spotyka się na sesji z A. Phillpotem i Ch. Eignerem i tam powstają wstępnie przetworzone wersje dem. Dopiero z takim materiałem Dave udaje się do studia i prezentuje je Martinowi i Andiemu. To jest właśnie powód dlaczego w książeczkach przy kawałkach Dave’a lista płac jest zawsze dłuższa, niż przy numerach Martina.

Poniżej dwie wersje Comeback. Jedna jest demem powstałym przy współpracy Dave’a i kolegów, druga jest outtake’iem ze studia. Najprawdopodobniej jest to wyciek kawałka między jedną a druga sesją nagraniową, albo wersja przez finalnym mixem.

No ale nic, pora zacząć nagrywać…

Nagrywamy.

W studio muzycznym, jak już zauważyliśmy, stoi taki dziwny mebel z różnymi suwaczkami i tysiącami migających diod, który określiliśmy mianem stołu mikserskiego (zamienna nazwa – konsoleta). I tak jak wszelkiej maści pojazdy typu samochód i samolot potrzebują kogoś kto je obsłuży, tak i do obsługi tego mebla potrzebny jest ktoś kto wie co z nim konkretnie zrobić. Oczywiście można potraktować to urządzenie jako stół pod żurek czy pulpety i gryczaną, ale chyba nie o to nam chodzi. W tym momencie do głosu dochodzi osoba wykonująca piękny zawód realizatora dźwięku. Czasem zdarza się, że realizatorem dźwięku i producentem jest jedna i ta sama osoba. Dużo częściej spotykaną kombinacją jest obecność osobnego dźwiękowca, którego zadaniem jest bycie przedłużeniem producenta od spraw czysto technicznych związanych z rejestracją. Przykład tak działającego teamu: muzyk śpiewa, producent uznaje, że fajnie jakby za wokalem ciągnęło się takie echo (bo tak będzie fajnie i już, a on się przecież zna), realizator nagrywa ten wokal i nakłada na niego stosowne efekty pogłosowe (rewerb, delay itd).

Czasami producent i inżynier dźwięku tak dużo pracują razem, że w końcu powstaje grupa producencka. Np 140dB, która była odpowiedzialna za powstanie Playing The Angel, Sounds Of The Universe i Delta Machine. Ben Hillier nie był sam w procesie produkcji, obok niego członkowie 140dB i jednocześnie pracowali przy płytach dM to Rob Kirwan – jako Mix Engineer, oraz Flood – jako człowiek od Mixu. O pracy tego ostatniego będzie jeszcze wiele w następnej części.

Jeżeli nagrywany utwór jest utworem czysto akustycznym (np. z towarzyszeniem tylko gitary lub fortepianu) to sprawa jest w zasadzie banalna. Pan muzyk siada do instrumentu, włączamy przycisk ‚record’, gość gra co ma grać, potem przycisk ‚stop’ i po sprawie. Ewentualnie robi się to kilka razy, odsłuchuje i wybiera najlepsze podejście, tzw. take’i i pozostawia do dalszej obróbki już czysto technicznej. Do takiego instrumentalnego podkładu dogrywa się głos wokalisty. Łączy się to w jedną spójną całość w procesie zwanym miksem (o tym potem) i po sprawie. Można przyjąć, że mamy hit. W tym momencie panowie muzycy i wokalista mają już wolne, a do pracy siadają nadal producent, realizator i kilku innych gości, o których jeszcze będzie czas wspomnieć. Nieco bardziej skomplikowana jest czynność polegająca na nagraniu utworu składającego się np. z 30 ścieżek dźwiękowych (każda ścieżka to pojedynczo zarejestrowany instrument grający w dany utworze lub np. głos wokalisty). Jeżeli nasz utwór składa się z partii perkusji, basu, instrumentów smyczkowych, gitar, dźwięków syntezatora, wszelkiej maści ozdobników dźwiękowych, wokali itd. to każdy z tych instrumentów trzeba zarejestrować. I tu musimy zatrzymać się na chwilę, bowiem historia muzyki rozrywkowej doczekała się dwojakiej formy takich nagrań. Jedną z nich jest nagrywanie na tzw ‚setkę’ czyli wszyscy muzycy grają cały utwór i tak to rejestrujemy (oczywiście każdy instrument na osobnej ścieżce). Przewagą tego typu nagrania jest w miarę klarowne zachowanie ‚ducha zespołowości’ utworu, a także dość szybki proces nagraniowy, bo nawet jeżeli jeden z muzyków coś zagrał nie do końca dobrze, to potem dogrywa się tylko tę właśnie ścieżkę, mając pozostałe już zarejestrowane. Taka forma nagrania była dość popularna w przeszłości i wynikała z dość prozaicznego powodu – oszczędności, ale nie czasu, a taśmy nagraniowej. Rewolucja cyfrowa dała muzykom i realizatorom możliwość niezliczenie wielokrotnego nagrywania i kasowania bez żadnych strat finansowych (no chyba, że bierzemy pod uwagę koszt wynajęcia studio liczony w stawkach za każdą godzinę).

depeche MODE w Hansa Studio, 1986.
depeche MODE w Hansa Studio, 1986.

Druga forma rejestracji utworu to tzw. ‚step recording’ czyli krok po kroku nagrywamy poszczególne rzeczy, sklejamy jedną ścieżkę dźwiękową z często 100 różnych podejść (po angielsku: Take). Abo w jednym fajnie zagrano coś tam, a w innym wyszła facetowi ‚solówka życia’) itd. To dość żmudny proces nagraniowy niemniej jednak dający dużo większą swobodę twórczą i możliwość sięgnięcia absolutu, czyli zrealizowania najbardziej karkołomnych dźwiękowo i aranżacyjnie pomysłów. Taki proces po stronie producenta można sprowadzić do absurdu np montując wokal z pojedynczych sylab lub liter. Tak się dzieje np przy słabych wokalistach, gdzie trzeba bardzo dużo poprawiać w procesie postprodukcji. Pamiętacie historię z Mandaryną? depeche MODE takie ‚wpadki” wcale nie są obce. Np. kawałka Sister Of Night Dave tak na prawdę nigdy nie zaśpiewał… w zasadzie nigdy nie zaśpiewał ani w studio, ani na koncercie. Jeżeli ktoś z Was zachwyca się artyzmem wokalu w tym numerze, to powinien dobre wino posłać do Tima Simenona – Producenta, Q i Garethowi Jonsowi i ponownie Timowi za Mix, oraz całemu stadu inżynierów dźwięku, którzy przewinęli się przez studia nagraniowe przy tej płycie. To Ci panowie sklejali ten numer z dziesiątków podejść wokalnych Dave’a, czasami klejąc do siebie pojedyncze wyrazy. Nie będę daleki od stwierdzenia, że spora część wokali Dave’a powstała właśnie w taki sposób. Szczególnie tych z pierwszej połowy 1996.

A skoro już o śpiewaniu Dave’a, ale tym prawdziwym, to proponuję posłuchać jak można wokalnie podchodzić w różny sposób do tego samego utworu. Kilka prób zaśpiewania tego samego numeru potem służy do wyboru najlepszego z nich, albo jako dawcy do sklejek, czyli tego co się zadziało na Ultra. Poniżej 3 różne wokalne podejścia do Enjoy The Silence.


vocal take 3


vocal take 4

A wracając do samego procesu… W praktyce wygląda to tak, że każda rejestrowana ścieżka to efekt wielu godzin pracy nad ową ścieżką, precyzyjne wycinanie często nawet sekundowych fragmentów, doklejanie ich do siebie, nakładanie kolejnych rejestrowanych fraz itd. Ta forma rejestracji utworu daje dużo miejsca do tzw. eksperymentu. W przypadku nagrań na ‚setkę’ tego miejsca na eksperyment jest dużo mniej. Gdyby odnieść te dwie formy nagrań do bohaterów naszej strony czyli depeche MODE – to Somebody i Moonlight Sonata były nagraniami ‚na setkę’ (fortepianik, wokal i jakieś efekty dźwiękowe w tle), a np. Walking In My Shoes nagraniem typu ‚step’. Jako ciekawostkę możemy podać, że np. fortepian w Walking In My Shoes przeszedł przez 28 różnych efektów dźwiękowych włącznie z puszczeniem go ‚od tyłu’ na samplerze, aby osiągnąć takie brzmienie jakie znacie z płyty. Do tego sam numer został zbudowany na nałożonych na siebie 3 gitarach, które na końcu zabrzmiały jako jeden dźwięk Martinowej gitary.

Steve Lyon w Studio
Steve Lyon w Studio

Ponieważ na etapie dyskusji nad demami określa się, który numer będzie jaki – więc teraz należy nagrać tzw. bazę czyli podkład rytmiczny. Przyjmuje się, że mówimy tu o liniach perkusji i basu, bo to one nadają tempo danemu utworowi i poniekąd narzucają klimat dalszych nagrań, niemniej jednak czasem taką bazą może być jakiś charakterystyczny loop czy sekwencja, która sama w sobie niesie pokład rytmiki i atmosfery utworu. Przykładem takich utworów opartych na charakterystycznym loopie (loop – pętla rytmiczna lub melodyczna, czyli fragment zarejestrowanego materiału dźwiękowego dający się odtworzyć w sposób ciągły (koniec tego fragmentu dźwiękowego jest jednocześnie jego początkiem) są np. It Does Not Matter Two (utwór bazuje na sekwencji złożonej z wokalizy nadającej tempo utworu) czy Black Day (no tu każdy chyba już słyszy co jest ową bazą rytmiczną). Powiedzmy, że ten etap mamy za sobą, pora dodać kolejne instrumenty mające być obecne w tym utworze: nagrywamy więc ścieżki gitarowe, syntezatorowe, instrumenty smyczkowe itd). Mówimy tu o step recording’u więc i o wcześniej wspomnianym eksperymentowaniu z samymi ustawieniami instrumentów, doborem stosownych barw dźwiękowych, czy tworzeniem nowych, nigdy nie spotykanych brzmień. I w tym momencie do naszych starych znajomych czyli producenta i realizatora dochodzą programiści instrumentów (w przypadku instrumentów elektronicznych), dodatkowi technicy dźwiękowi, oraz… sami muzycy i producent. Ach ten producent, wszędzie musi być! No musi. Dlatego jest producentem. No więc siedzą sobie panowie i brzdękają, próbują, kręcą gałeczkami od instrumentów, coś tam klepią w komputerach i nagle… eureka, to jest to! Mamy to, tego szukaliśmy od 4 dni, tak ma brzmieć ta gitara i taką melodię ma zagrać do tego co już sobie nagraliśmy. To bardzo częsta sytuacja w studio – i na tym właściwie całą ta zabawa polega. Taki klarowny przykład tego co przed chwilą opisaliśmy, jest sytuacja z sesji nagraniowej Enjoy The Silence gdzie najpierw Martin przyniósł do studio jakiegoś gniota w postaci demo, potem 5 dni toczyła się wojna o to jak ten utwór ma brzmieć (słynny foch Alana, że albo będzie perkusja, albo on idzie i nie wraca) i ostatecznie eksperymenty z poszczególnymi ścieżkami pojawiającymi się w tym utworze. Proces ten fajnie zobrazował Flood podczas jednej ze swoich prezentacji…

Zespół kilka godzin szukał odpowiedniego brzmienia i przede wszystkim instrumentu, aby nagrać ten słynny motyw znany wszystkim. W czasie kiedy wszyscy w pocie czoła oddani byli pracy twórczej niejaki Martin Gore, nudząc się jak mops na kanapie, coś tam sobie brzdąkał na gitarze i nagle… no tak: eureka!. Alan i Flood w jednym momencie skumali, że to co bezwiednie i właściwie bezmyślnie gra Martin jest tym czego szukają od wielu godzin – ‚siadaj tu sobie chłopie i graj to co grałeś przed chwilą, a my to zarejestrujmy, bo to w ch*j dobre jest, będzie hit i kasiorka i laski pod sceną bez staników. Graj!!!‚. Oczywiście cała sytuacja miała pewnie nieco inny przebieg, ale do tego można ją streścić. Efekt finalny znacie. A to co przed chwilą opisaliśmy, może nadal nieco enigmatycznie, zrozumiecie pod odsłuchaniu Enjoy The Silence (Harmonium Mix) – który jest de facto demem tego numeru i finalnej wersji z płyty. To wręcz modelowy przykład pokazujący co po drodze może stać się z utworem jak usiądą nad nim muzycy, producent, realizator, programista i cały ten sztab ludzi pracujący w studio razem z zespołem.

Wracając jeszcze do poszczególnych funkcji pełnionych w studio to bardzo często osoby będące producentami mogą pełnić też role realizatorów, programistów, a nawet współ-kompozytorów. Idealnym przykładem takiej wielozadaniowej osoby jest właśnie Alan Wilder, który w zespole pełnił często rolę drugiego producenta (takiego kierownika z ramienia zespołu), drugiego realizatora, muzyka i programisty. Mając jasną wizję tego do czego dąży zespół (jako muzyk i producent) mógł z łatwością nagrać poszczególne rzeczy (jako realizator) wcześniej przygotowując instrumenty czy efekty dźwiękowe (jako programista).

Przeglądając książeczki do płyt jeżeli natkniecie się na zapis: Production – Flood & depeche MODE, to zawsze przed 1995 oznaczało, że faktycznym producentem pyty byli Flood i Alan. Pozostali Panowie albo wykonywali zlecone zadania – zaspiewaj, albo przynosili dema i dogrywali swoje partie, albo grzali kanapę.

Tak mniej więcej wygląda proces nagrania albumu. Czy to koniec tej opowieści? A skąd! W kolejnym odcinku omówimy sobie proces mixu, masteringu i jeszcze kilka innych tematów związanych z procesem nagrywania albumu.

Na koniec dwa archiwalne filmy z pracy w studio:

Czekają nas nowe wydawnictwa, czyli co?

Ostatnie dni są bogate we wrażenia i tak będzie już co najmniej do początków 2018. Chciałbym Wam zaproponować jednak porzucenie tej ekscytacji na chwilę i sięgnięcie myślami trochę obok i trochę dalej od ogólnej ekscytacji nowym singlem, nową płytą i nową trasą. Tego będzie jeszcze po kokardę w najbliższych miesiącach.

Najpierw cytat z niedawnej informacji prasowej:

Video Singles Collection jest pierwszym z serii retrospektywnych projektów zatwierdzonych przez zespół  dokumentujących niezwykłą karierę Depeche Mode.

W oryginale:

Video Singles Collection is the first in a series of band-approved retrospective projects examining Depeche Mode’s extraordinary career

Wszyscy się z tego bardzo ucieszyli, ale tak na prawdę, to nikt nie ma pojęcia czego się spodziewać. Nie sądzę, żebym tym wpisem ujawnił listę planowanych tytułów. Nie mniej jest kilka ciekawostek, które działy się i przeszły bez echa.

Jak wiemy już depeche MODE odzyskały prawa do swojego katalogu w lipcu 2015. Następstwem tego był wyjazd Daniela Barassiego (webmaster dM.com) do Londynu w grudniu 2015 roku. Co 13.09 tak skomentował:

Tak, teraz już wiecie dlaczego pojechałem do Wielkiej Brytanii w grudniu ubiegłego roku. Inne niż brak Blu-ray przemyślenia? (Ujawniam: Zrobiłem WIELE przy tym wydawnictwie)

W oryginale:

Kolejnego wydawnictwa należy się spodziewać w przyszłym roku i również będzie to wydawnictwo wideo. I zapewniam Was, że jest na co czekać. Ślinka cieknie na widok takich zdjęć…

Wizyta w archiwum #depechemode
Wizyta w archiwum #depechemode

Wczoraj (28.09) powyższa fota ukazała się na Twitterze Daniela i nie będzie to ostatnie „szczucie” w jego wykonaniu. Wydawnictwa mają się pojawiać na rynku co roku niezależnie od wydawnictw związanych z nową płytą. Nie wiem, czy będzie to zawsze okolica wydania pierwszej kompilacji, bo w 2019 zapewne czeka nas koncertowe wideo z nadchodzącej trasy, ale to już ból głowy tych, co planują kalendarz wydawniczy.

To co widzicie na tym zdjęciu, to stanowiska do przeglądu nagrań zarejestrowanych na telewizyjnym standardzie Betacam (od Sony), wraz z cyfrowymi mikserami do przechwytu i cyfrowego montażu obrazu. Jest to o tyle ważne, że o ile format VHS na przestrzeni lat degradował się co raz bardziej. W pogoni za przypochlebianiem się konsumentom sprzęt tracił na jakości. Co raz tańsze komponenty, a szczególnie głowice sprawiały, że ostatnie produkowane modele wołały o pomstę do nieba pod względem jakości.

Inaczej było z systemem Beta, który trzymany w ręku przez praktycznie jedną firmę, czyli Sony trzymał względną jakość do swojej śmierci. Rok temu Sony ogłosiło, że przestaje produkować kasety w formacie Beta, ponieważ kasety te zostały zastąpione przez formaty cyfrowe.

Jakie to ma znaczenie dla nas? Materiały z tego zdjęcia to głównie mamuśki – czyt. oryginały lub pierwsze kopie z mamusiek do archiwum. Ktoś nawet policzył, że jest ich ponad 70. Jest to na pewno więcej materiału, niż tylko 59 klipów na zapowiedzianym DVD. Oczywiście kluczem do zagadki jest długość kaset i nagrań na nich, ale już samo to o czymś świadczy.

Dla mnie podstawowym pytaniem przy transferowaniu tego typu materiałów jest pytanie jak sobie poradzili z formatem 4:3. Osobiście nie mam problemu, aby w takim formacie wydać materiał współcześnie, niż ciąć na górze i na dole, aby dostosować obraz do formatu 16:9. Dla mnie jest to to samo, jakby ktoś poszedł do galerii i uciął kawałek Bitwy pod Grunwaldem, aby dostosować dzieło Matejki do współczesnych standardów oglądania obrazów. Jeżeli znajdą sposób na godną oprawę archiwów i poprawią ubytki i niedobory kolorów, to Herzlich Willkommen!

_
Anton Corbijn ostatnio wspominał, że również ma w planach reedycję Strange i Strange Too. Nie zakładam, że wszystko pojawi się na raz i raczej po trasie, ale pomimo tego, że są to wydawnictwa dotyczące depeche MODE, to nie są to jednak w 100% wydawnictwa tego zespołu, jak albumy, czy single.

O ile teledyski zespół może wydawać jak chce, to już wideo Strange jest tym czym obecna wystawa Antona w Sztokholmie – zbiorem prac autorstwa Holendra dla którego pozowali różni ludzie. Czasem na zlecenie, czasem nie. Album Strangers jest książką Antona ze zdjęciami depeche MODE, a nie albumem depeche MODE.

To tak, jak dla wielu odkrywczym jest stwierdzenie, że 101 to nie koncert tylko dokument autorstwa dokumentalisty D.A. Pennebaker’a o depeche MODE i fanach. Dopiero płyta 101 jest koncertem. To są niuanse, ale te niuanse decydują kto przewodzi jakiemuś projektowi, czyja czcionka jest większa w napisach i w jakim miejscu. To ma potem wymierne korzyści na koncie.

Po co te wywody? Ponieważ chcę uświadomić Wam, że czekają nas na prawdę ciekawe i dobre czasy. Dobre dla nas, choć nie koniecznie dla naszych portfeli. Samo depeche MODE, podobnie jak i ludzie którzy żyli z pracy artystycznej dla i z depeche MODE zaczynają wyciągać swoje polisy na życie i wydawać archiwa, które pozwolą się im godnie utrzymać u schyłku ich kariery i na emeryturze. Dlatego te projekty reedycyjne będą się pojawiać równolegle lub w niewielkich odstępach czasu (miesiącach / kwartałach). Warto przyjrzeć się temu, jak tyle lat po śmierci zarabia się na legendzie Elvisa, Queen itp. Wcześniej, czy później też nas to czeka, nawet jak członkowie depeche MODE nadal będą na tym świecie.

Nawet, jak skończy się cyrk z trasą i odbędzie się ostatni akt w postaci wydania koncertowego wideo w 2019, to i tak będziemy raczeni kolejnymi tytułami. Nowymi, a jednocześnie wyciągającymi na wierzch archiwami.

Mam wrażenie, że projekt TVA robiony przez fanów był dla paru osób dobrą nauczką i jakimś drogowskazem czego spora grupa fanów oczekuje. Daniel Barassi, mimo jego dosyć opryskliwego charakteru, dobrze wie gdzie trzeba sięgnąć, aby wyciągnąć kartofle z ogniska… Teraz dostał cały worek i nie zawaha się ugotować z tego czegoś, co dla wielu było jedynie marzeniem zasmarkanego nastolatka wpatrzonego w ponętną sąsiadkę… jeśli wiecie co mam na myśli 😉

Nowa płyta

Tak na dobrą sprawę to pierwsze spekulacje ruszyły już jakiś czas temu, ale dopiero początek nowego roku można z całą świadomością oznaczyć, jako początek prawdziwego szumu wokół nowej płyty depeche MODE. Chłopaki w kwietniu wchodzą do studia w poszerzonym składzie… o najemników.

Proces nagrywania kolejnych albumów stał się już tak przewidywalny, że można z prawie zamkniętymi oczami powiedzieć, co kiedy się wydarzy. Poprzednią pytę Panowie zaczęli nagrywać w marcu, Playing The Angel w styczniu. Teraz mają zacząć w kwietniu. Skończy się na tym, że jeszcze tej jesieni będziemy, albo się wybierać, albo oglądać konfe w jakimś europejskim mieście. Nawet już nie rozważam, czy pojadą do USA. Tam nie mają już czego szukać, ale to nic odkrywczego. Pisałem o tym podsumowując poprzednią trasę.

Oznacza to tylko tyle, że następnego dnia po konfie ruszy sprzedaż kwitów. Mam swoje przemyślenia w tym temacie i pewnie się z Wami tym podzielę (nie macie innego wyjścia). Zostawiam, to jednak na cieplejsze dni, kiedy zaczną pojawiać się niepotwierdzone informacje i plotki o kolejnej trasie.

Side-line doprowadził znęcanie się nad kolejnymi muzycznymi projektami depeche MODE do poziomu seksualnej rozkoszy. Nawet jeżeli wiele z tego co poruszają nt depeche MODE w swoich tekstach jest bliskie temu co ja sądzę, to staje się już nudne czytanie w koło tych samych zarzutów – Alan wróć, Flood wróć, a ten czy inny wypad. Właściwie, co recenzja płyty to ta sama bajka o tym, że się skończyli. Może i tak, ale nie mnie o tym decydować…

Alan nie wróci nigdy do zespołu, bo to by była porażka każdej ze stron… nie ważne ile tych stron jest. Każdy mógłby zapisać sobie taki ruch jako przegrana. Flood nie wróci do produkowania dM, bo zespół zakończył współpracę z jego team’em kończąc pracę z Benem. Flood i Ben to ten sam team producencki, więc nie ma co marzyć, bo marzenia o Floodzie, to oznacza cień Bena wiszący nad takim projektem.

398850_467827313271068_320927446_nJestem bardzo ciekaw jak będzie brzmiał efekt współpracy Dave’a i Martina z Christianem i Peter’em. Przyszło mi do głowy, że jeżeli obaj Panowie zostali zaproszeni do projektu z inicjatywy Dave’a, to jest to poważne zwycięstwo tego ostatniego i narzucenie jego stylu pracy w zespole. Jeżeli popatrzy się jak wyglądała praca nad poprzednimi albumami, to pamiętacie dobrze, że Dave przychodził z pre-produkowanymi kawałkami wokół których kręcił się Eigner i Phillpot. Tak było przy Playing The Angel i Sounds Of The Universe. Przy Delta Machnie wsparciem był Kurt Uenala.

O ile w przypadku Phillpot’a nie umiem nic powiedzieć, to w przypadku Kurta Ueneli i Christoffera Berga mówiło się w owym czasie, że zostali zatrudnieni do sesji Delta Machine, aby poznać zwyczaje i styl pracy Martin’a i Dave’a. Niewprost dawano do zrozumienia, że może to być team producencko-realizatorski kolejnej płyty, plus Eigner, który i tak się kręcił przy nagrywaniu, plus Gordeno i trzódka w komplecie. Jak będzie tak będzie, za dwa miesiące najpewniej poznamy pierwszą odsłonę nowego spektaklu.

Dusseldorf 2013.07.03
Dusseldorf 2013.07.03

Dla nas fanów oznacza to tylko jedno. Pora zacząć odkładać jednostki na bilety. Mężowi można powiedzieć, że to na nową pralkę z wejściem do internetu i 8 zmysłem. Żonie, że sprzęgło dwumasowe już powoli zaczyna hałasować i pewnie tak koło października-listopada przyjedzie pora na wymianę, a dzieci niech się oswajają, że w tym i przyszłym roku Dzień Dziecka i Mikołaj będą skromniejsze, a wodzenie po mapie i szukanie najtańszych lotów, to nie na wakacje, tylko po to, aby stać od rana pod bramkami hali, potem od 17 już w hali, by na końcu wyjść bez głosu i upocony tak koło 23.

05.07.2013 - 1Tym co planują potomstwo radzę się uwijać, bo inaczej zobaczą trasę na YT, albo na wideo po zakończeniu trasy. Teściów pora przyzwyczajać, że w przyszłym roku będą widzieć wnuki o wiele częściej, niż tylko na Boże Narodzenie i Wielkanoc… Raz na cztery lata mogą się przemęczyć…

Reszta wie co ma robić 😉

depeche MODE = 5?

Jakiś czas temu Dave pociągnął łacha o rozpadzie zespołu. Chwilę potem fanów zelektryzowała inna wiadomość. Oto wieloletni sidemani mają dołączyć do zespołu już na etapie nagrywania płyty. Pojawiły się nawet spekulacje, że mieliby się stać pełnoprawnymi członkami zespołu.

Tak na dobrą sprawę co Petera i Christiana różni od pozostałych Panów z zespołu. Biorą udział w sesjach nagraniowych, występują w teledyskach, grają koncerty. Co prawda nie przypominam sobie, żeby występowali w sesjach zdjęciowych, albo udzielali wywiadów w imieniu depeche MODE, ale to może ja coś przeoczyłem. Przez te 19 lat wspólnego grania właściwie zrobili wszystko, żeby zastąpić Alana.


Znajoma kiedyś napisała pewną myśl, która ciągnie się za mną przez wiele lat (przytaczam z pamięci). Jak to jest, że jeden został zastąpiony przez dwóch, aby trzech mogło grać jak czterech w piątkę. Zapewne  spekulacje będą trwać aż do momentu, kiedy książeczka od nowej płyty wpadnie w ręce fanów. Dlaczego książeczka?

Bo tam od 1997 roku napisana jest pewna sentencja: „Venusnote Ltd, under exclusive licence to [nazwa_wytwórni]” To zdanie wyjaśni, czy depeche MODE to jeszcze trójka, czy już piątka. Jeżeli w tym zdaniu pojawi się nowa nikomu nieznana firma, to możemy być pewni, że stało się.

Back_DeMaW 2013 napisałem tekst pt. „depeche MODE sp. z o.o.”, w którym wyłuszczałem (nie sam), jak wygląda zaplecze biznesowe 3 Panów z Basildon. Zapewniam Was, że sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana i liczba firm jakie mają lub mieli Andy, Dave i Martin jest powalająca. Jeżeli dodamy do tego jeszcze firmy w których Panowie zasiadają, a ich właścicielami są współpracownicy depeche MODE – np J. Kessler, to sytuacja wygląda na jeszcze bardziej zamotaną. Odsyłam do tamtego tekstu, bo pomoże Wam zrozumieć co napisałem poniżej.

Firmy, jakie prowadzą członkowie depeche MODE (byli i obecni) oparte są na prawie brytyjskim, choć Dave i Martin posiadają również firmy w USA odnoszące się do ich indywidualnych biznesów, jako kompozytorów i właścicieli praw autorskich do solowych utworów. Od czasu odejścia Alana z depeche MODE wszelkie przepływy finansowe odbywają się poprzez firmy dwojakiego rodzaju. Od 1996 jest Venusnote ltd, gdzie wpływa cała kasa po opłaceniu wszelkich kosztów na czysto i tym dzielą się Panowie miedzy sobą. Na czas nagrywania i tras koncertowych powstają spółki komandytowe, w ramach których rozliczane są wszelkie koszty i dochody z tytułu koncertów, koszulek, sponsoringu, technicznych na trasach, kosztów studia itp. Po zakończeniu trasy następuje rozliczenie i przelew na konto macierzystej firmy. Następnie spółka zostaje zamknięta. Jeżeli ktoś chciałby dowiedzieć się kiedy zaczęła się i skończyła np. era Playing The Angel, czy Delta Machine, to w pewnym sensie można to bardzo łatwo określić. To jest data założenia i zamknięcia spółki komandytowej (Limited Liability Partnership – LLP). Np spółka powołana do obsłużenia Delta MachineFruity Generation LLP jest zgłoszona do zamknięcia i pewnie 31.03.2016 zostanie zamknięta. W wielu krajach jest to data zamknięcia roku fiskalnego dla firm.

090610_Berlin_13Po tej dacie może zostać zawiązana nowa spółka, która zacznie obsługiwać projekt nowej płyty i trasy. Moment zawiązania takiej spółki będzie oficjalnym momentem startu projektu nowej płyty i trasy. Jeżeli tylko to uda mi się ustalić, to szybko się o tym dowiecie.

Nie wiem, czy zauważyliście, ale ostatnie projekty płytowo – koncertowe kończą się zawsze przed 31.03. Nie wiem, czy to ma coś do rzeczy, ale nie zdziwiło by mnie za bardzo, gdyby się okazało, że i w przypadku koncertowania więcej do powiedzenia ma księgowy, niż ktokolwiek inny… niestety.

2010.04 Alan Wilder w Łodzi (C) Martini
2010.04 Alan Wilder w Łodzi (C) Martini

Piszę to wszystko, aby Wam uzmysłowić, że dopóki Peter i Christian nie wejdą do spółki z pozostałą trójką, to między bajki można włożyć wszelkie historie o tym, czy są członkami depeche MODE. Do czasu jak był Alan w zespole wszelkie rozliczenia między czwórką odbywały się przez spółkę depeche MODE ltd. Po jego odejściu została zawiązana nowa – czyli Venusnote ltd. Tak samo będzie w tym przypadku. Mogą robić wszystkie cuda świata, grać w teledyskach, nagrywać w studio, występować w TV, a nawet udzielać wywiadów, to i tak bez stania się członkami jakiejś spółki z LTD na końcu nie ma mowy o takim fakcie. Panowie byli, są i będą jedynie najemnikami.

To tyle, jeżeli chodzi o formalne kwestie i rozważanie, czy dM to jeszcze trójka, czy już piątka. O wiele gorzej dzieje się na linii Alan i pozostali członkowie zespołu. O tym w kolejnych tekstach.

Nowa płyta depeche MODE będzie w… piątek

Łamiąca wiadomość: To już pewne. Najnowsze wydawnictwo depeche MODE pojawi się w piątek. Co prawda nie wiem jeszcze który, ale piąty dzień tygodnia jest już zaklepany.

Skąd to wiem? Ano jest taka organizacja, która się nazywa IFPI i ona tak zdecydowała. Mówcie, że nie słyszeliście o takiej organizacji? Nie szkodzi… w skład tej organizacji wchodzą największe światowe wytwórnie fonograficzne. Łącznie 63 wytwórnie, oraz tacy potentaci jaki iTunes i Spotify.

Organizacja ta doszła do wniosku, że nie może być dowolności i nadmiernej swobody w terminach wydawania płyt na świecie, oraz że inne dni tygodnia nie są wystarczająco godne. Jedynie piątek jest wystarczająco Premium i Exclusive.

ifpi
ifpi

Jak czytamy w dokumencie wydanym po podjęciu tak doniosłej decyzji ma to uchronić słuchaczy przed potrzebą piractwa, oraz potrzebą szukania pirackich kopii. Jeżeli jeszcze nie tarzacie się ze śmiechu po dywanie swojego pokoju, to pełny tekst w oryginale jest do poczytania na stronie IFPI.

Czyżbym tym sposobem rozpoczął sezon na spekulacje o kolejnej płycie depeche MODE? W końcu ujawniłem przybliżony termin wydania płyty… Pamiętajcie – piątek 😛