Archiwa tagu: Dyskografia

Brian Griffin o fotografii i o depeche MODE

Kiedy dwa lata temu Brian Griffin przyjechał do Polski pokazać retrospektywę swoich prac i… sprzedać kilka z nich, rozpływałem się z zachwytu i na podstawie jego opowieści próbowałem odtworzyć historię powstania trzech okładek albumów depeche MODE. Dla mnie te trzy prace są równie ikoniczne jak późniejsze okładki spod ręki Antona Corbijna.

Całkiem niedawno Brian gościł ponownie w Polsce, aby pokazać efekt swojej pracy, która została zainspirowana poprzednim pobytem w naszym kraju, oraz historią Polski i Europy XX w. Krwawą historią.

Co prawda wystawa już się zakończyła, ale z tej okazji pojawił się w Gazecie Wyborczej wywiad z mistrzem. Całkiem spory fragment dotyczył depeche MODE oraz historycznych wydarzeń z depeche MODE w tle.

Pozwoliłem sobie zacytować cały fragment dotyczący depeche MODE z racji tego, że nie wszystko da się przeczytać tam-tamuj:

Podobno zdjęcie łabędzia z okładki albumu „Speak & Spell” Depeche Mode też zrobiłeś na złość.

– Nie lubiłem muzyki Depeche Mode. Lubiłem członków zespołu jako ludzi, no i Daniela Millera, ich menedżera i właściciela wytwórni Mute, to mój dobry znajomy. Jestem fanem muzyki elektronicznej, ale Depeche Mode uznawałem za plumkanie. Postanowiłem sobie z nich zakpić. A teraz wszyscy uwielbiają tę okładkę!

A później zrobiłeś ikoniczne zdjęcie wieśniaczki z sierpem w polu zboża na okładkę ich następnej płyty – „A Broken Frame”.

– Wydaje mi się, że to jedno z dwóch najsłynniejszych kolorowych zdjęć na świecie. Jednym jest słynny portret Afganki autorstwa Steve’a McCurry’ego, a drugim moja fotografia wieśniaczki.

Starałem się zrobić genialne zdjęcie. Nie musiałem fotografować zespołu, czego nienawidziłem. Pojedynczych artystów fotografowało się fajnie, ale czterech gości razem było nie do zniesienia. Być może nie miałem jeszcze wtedy wystarczająco dużo wprawy, żeby robić grupom dobre zdjęcia. Dziś jestem dużo lepszym fotografem. […]

Pamiętam, jak usłyszałem w radiu, że upadnie mur berliński. Zapakowałem rodzinę do samochodu i pojechaliśmy z Londynu do Berlina. Zatrzymaliśmy się przy granicy między wschodnim i zachodnim. Dużo paliłem i chciałem kupić fajki. Wszedłem do kawiarni, w której stała maszyna z papierosami. Obok leżała sterta magazynów „Life”, moje zdjęcie było na okładce. „Najlepsze światowe fotografie lat 80.” – taki był tytuł. Tu walił się mur, a na okładce była radziecka wieśniaczka w polu zboża..

Broken Frame 2
Broken Frame 2

Resztę doczytacie sobie na stronie GW. Warto.

New Born, Life Again

Raz na jakiś czas wracam do tematu okładek płyt depeche MODE. Tak się jakoś składa, że swoją historię opowiadają głównie stare okładki, a najlepsze wspomnienia dotyczą pierwszych okładek depeche MODE. Nie inaczej będzie i tym razem.

Przytaczałem Wam historię okładek, które wyszły spod ręki Briana Griffina, stanowiące kanon światowego projektowania okładek i to, co najlepsze z wydawniczej historii depeche MODE przed nastaniem Antona Corbijna.

Kto czytał liczne biografie depeche MODE, ten wie, że na okładce A Question Of Lust namiętnościom oddaje się młody i początkujący aktor – Hugh Grant, choć przez długie lata fani przypisywali współudział Alanowi.

A w 2009 zastanawiałem się, czy przypadkiem okładka do Sounds Of The Universe, to nie plagiat.

Rozdział 2.

R-135730-1325188896.jpegDziś będzie o jeszcze jednej wczesnej okładce, a dokładnie o okładce drugiego wydawnictwa sygnowanego logiem depeche MODENew Life. Singiel ten jest bardziej znany z okładki z jajkiem, z racji tego, że okrywała ona 7″ wersję singla. Jako że na onczas, to właśnie takie wydania były podstawowym narzędziem sprzedaży i promowania wydawnictw muzycznych na Wyspach i reszcie Europy. Autorem tego zdjęcia jest Rodney Martin.

Rozdział 4.

Depechemode_newlifeJJednak, kto kojarzy singiel New Life z czasów ery CD, czyli lat 90., ten głównie zapamięta to wydawnictwo przez pryzmat okładki z grafiką płaczącego niemowlęcia z czarną belką oczach. Czym kierował się autor, niejaki Simon Rice, tej kompozycji niech pozostanie tajemnicą na wieki. Nie mniej tu dopiero historia się zaczyna albo jak na końcu tego wpisu się zorientujecie, jesteśmy w samy środku jej. Jednak nie powrócimy do pierwszego rozdziału opowieści, tylko zgrabnie przełożymy karty, by pojawić się w roku 1983…

Rozdział 3.

Nie wiem jak wielu z Was, obok słuchania depeche MODE zagłębia się w twórczość ciężkiego, rockowego grania, którego jednym z ojców założycieli jest Ozzy Osborne i jego zespół Black Sabbath.

W 1979 roku drogi Ozziego i reszty zespołu się rozeszły i lider zespołu — Tony Iommi na nowo nagrywaną płytę zaprosił jako wokalistę — Iana Gilina wokalistę Deep Purple. Nie chcę wchodzić w szczegóły zawiłej historii tego zespołu, w każdym razie wydana w 1983 miała być nowym otwarciem… którymś z kolei. Dla potrzeb tej historii niech wystarczy, że nie był to krok milowy w twórczości zespołu, ale nie będziemy się zagłębiać w artystyczne zakamarki twórczości Tony’iego Iommi i spółki. Jednak niezgłębione meandry pokładów myśli, jakie przebiegały pomiędzy członkami zespołu a sztabem ludzi pracującymi nad fizyczną i wizualną stroną albumu, sprawił, że efektem tego była okładka z młodym księciem ciemności.

51Voz-WfO9LJeżeli obie okładki depeche MODE i Black Sabbath wydają się wam bliskie, to dobrze kombinujecie. W 1983 roku, gdy powstała okładka do albumu Born Again Ozzy nagrywał solową płytę, a jego żona spodziewała się dziecka. Jako że Ozzy nie żył w dobrej komitywie z resztą kolegów z zespołu, więc koledzy wysłali jego żonie płytę do szpitala i od tego czasu dziecko z okładki nosiło imię Aimee, jak córka Ozziego.

Co ciekawe okładka powstała jako projekt po to, aby został odrzucony. Steve Joule, który jest autorem okładki i twórcą poprzednich okładek Black Sabbath, chciał być lojalny wobec Ozziego i trochę mniej wobec drugiego znajomego Toniego. Postanowił zrobić tak bardzo złe projekty okładek, że Tony Iommi odrzuciłby je z miejsca, ale jednocześnie musiałby za nie zapłacić odstępne od umowy w przypadku rezygnacji. Pech chciał jednak, że okładka z niemowlęciem bardzo się spodobała Toniemu i Steve Joule dostał zlecenie na zrobienie pełnej książeczki wraz z tekstami i towarzyszącą oprawą graficzną. Efekt pracy Steve’a Joule’a został okrzyknięty przez muzyczną prasę jako 2 najgorsza okładka muzyki metalowej.

Twórca okładki zarzeka się, że nie miał bladego pojęcia o okładce depeche MODE z 1981 roku. Zresztą nie sądzę, żeby Black Sabbath — lekko przygasłej światowej gwieździe — miało świadomość istnienia depeche MODE — jakiegoś brytyjskiego zespoliku grającego jakieś elektroniczne popierdułki, którzy nawet nie mają perkusisty i basisty.

Na potrzeby tego wpisu skróciłem tę historię, ale na necie znajdziecie ją w pełnej krasie. W sumie bardzo ciekawa historia.

Rozdział 1.

C-NL-MindAlive-CapaSteve Joule zaklina się, że nie wiedział o okładce depeche MODE z 1981 roku i pracy Simon’a Rice’a dla zespołu. Przyjmując, że jest to prawda, to jak się stało, że powstały w sumie dość podobne okładki, albo inaczej co było bazą do powstania obu okładek. Otóż ani Simon Rice, ani tym, bardziej Steve Joule nie są autorami zdjęcia, które posłużyło do powstania obu okładek. Obie okładki są jedynie adaptacjami innej okładki.

Zdjęcie do obu okładek zostało niezależnie wzięte z okładki pisma Mind Alive z 1968 roku. Przy zdjęciu nie było autora, a jedynie credits odnoszące się do Rizzoli Press.

P.S. Wiem, że w zdawkowej formie temat ten był poruszany w książce Monument, ale było tam to bardzo pobieżne i nie wyjaśniało w pełni całego zamieszania z pochodzeniem obu okładek.

Tydzień z PTAkiem…

I nie chodzi o to, że na tydzień zostałem zamknięty w miejscu odosobnienia i cierpiałem na samotność. Po prostu w ostatnich tygodniach miałem okazję ponownie posłuchać kilkadziesiąt razy z rzędu Playing The Angel. Okazja ku temu była, w końcu 9 lat stuknęło i przez chwil kilka miałem wrażenie, jakbym przeniósł się do pierwszych dni październikowej premiery w 2005 roku. Szczególnie, że dane mi było słuchać ten album jakby pierwszy raz, jakby na nowo.

Jeżeli pamiętacie to parę miesięcy temu rozwodzilem sie nad sensownością lub brakiem obecnych reedycji z pod szyldu Sony. W dobie słuchania wszystkiego w plikach takie rozważania dla wielu mogły być cokolwiek archaiczne. A szczególnie dla tych z Was, którzy mierzą swoją dyskografię w giga czy terrabajtach, a nie w sztukach.

Mimo mojego zjechania poczynań Sony Music, ciekawość wzięła górę nad ogólnym sfochowaniem. Byłem bardzo ciekaw jak brzmią BluSpec’i. Jednak o ile remastery wydane w Europie bronią się jakoś i nie miałem potrzeby, aby dublować te wydawnictwa, to pierwsze wydanie Playing The Angel w wersji deluxe woła o pomstę do nieba. Głośno zmasterowane nagranie miało kompensować braki dynamiki, co przy dłuższym odsłuchu powoduje ogólne zmęczenie hałasem. Obok takich płyt, jak Metallica – Death Magnetic, czy Red Hot Chilli Peppers – Californication (nigdy nie rozumiałem zachwytu nad tą płytą i późniejszymi wytworami RHCP) – Playing The Angel jest dla mnie jednym z najgorszych przykładów Loudness War. Z resztą a poropos depeche MODE i Loudness War polecam ciekawe zestawienie można dowolnie filtrować i wybierać ulubione zespoły, albumy i nośniki. Wnioski są tyleż smutne, co krzepiące… dla vinyli. 🙂

Playing The Angel - zawartość (bluspec)
Playing The Angel – zawartość (bluspec)

No dobra to co z tym BlueSpec i jak się ma do tego Playing The Angel 9 lat po wydaniu albumu? No cóż, audio czy innym filem nie jestem, więc nie mam zamiaru się rozwodzić nad tym czy jest scena, czy jedynie nieheblowane dechy, są mądrzejsi ode mnie. Ja wiem jedno po latach na nowo odkryłem ten album i tygodniowy powrót do roku 2005 to była w końcu przyjemna podróż. Szkoda, że tak nie został wydany ten album na onczas. Szkoda, że tak fatalnie wydawane są nagrania w Europie i aby posłuchać muzyki w na prawdę wysokiej jakości trzeba płacić ciężkie pieniądze i ściągać płyty z Japonii. Pierwsze wydanie Playing The Angel stało się u mnie już jedynie łapaczem kurzu, a Japońska wersja jest tą podstawową. Nagranie oczywiście nie jest pozbawione wad i nie wyzbyło się swojego grzechu pierworodnego, ale o tym jeszcze będzie na końcu.

Nie tylko uszami…

Warto zwrócić uwagę na świetną oprawę poligraficzną. Album został wydany w kartonie. Wydawnictwo jest częścią większej serii i wszystkie są wydane w klasycznych okładkach, jednocześnie tworząc wspólnie zamknięty koncept. W jakiś sposób nawiązują do formy w jakiej została wydana Delta Machnie w wersji deluxe.

Playing The Angel - zawartość (bluspec)
Playing The Angel – zawartość (bluspec)

Poligrafia jest nieco zmieniona, nie tylko dlatego, że to japoniec, ale całe wydawnictwo stylizowane jest na vinyla (szczególnie tył) łączenie z foliami ochronnymi na płytę i kopertę. Uprzedzając pytania to wydanie nie posiada dodatkowej płyty w formacie DVD, jaka była wydana oryginalnie w 2005. Z resztą, gdyby chcieć dochować standardów jakościowych, to druga płyta powinna być wydana jako BR, a nie DVD.

Nie mniej pewne sprawy pozostały u mnie nie zmienne. Nadal nie jestem w stanie zaakceptować Precious na tym albumie. Dla jasności to nie jest zły numer, ale jego cukierkowe brzmienie nie pasuje do całego albumu. Ten numer świetnie obronił by się jako samodzielny singiel promujący składankę wydaną w 2006. Lukę po Precious za to doskonale wypełnia mi Newborn. Tym czasem przereklamowany i tak oczekiwany ówcześnie Martyr to numer godny jedynie b-side’u. Moja prywatna wersja Playing The Angel przez lata była właśnie tak skonstruowana, że zamiast Precious był w rozpisce Newborn. Ze współczesnego depeche MODE ta płyta doczekała się u mnie najmniejszej ingerencji w tracklistę. Tylko jeden numer i to po mimo upływu lat od wydania Sounds Of The Universe i Delta Machine. Playing The Angel jest moją ulubioną częścią trylogii Bena Hilliera.

Z drugiej strony są na tej płycie numery takie, jak Damaged People, Lilian, czy Macro, które tolerowałem, ale nic mnie tam się nie urywało na pierwsze, czy drugie takty tych numerów. Po odsłuchu ponownym tych numerów myśli me jakby cieplejsze się stały. Jest jednak numer, który gdyby nie to japońskie wydanie, nigdy nie stałby się perłą. Mam tu na myśli The Darkest Star. Stał się on numerem z półki tych, o których po przesłuchaniu, człowiek myśli tylko, aby ponownie zatopić się w fotelu ze słuchawkami i każda próba przerwania uczty może się źle skończyć dla przerywającego – łącznie z podważeniem dobrego prowadzenia się tej osoby słownie, a nawet czynem…

Playing The Angel (bluspec)
Playing The Angel (bluspec)

Numer ten w wersji z 2005 był zwieńczeniem zmęczenia podczas słuchania tej płyty. W wersji 2014 człowiek odkrywa ile w każdej warstwie się dzieje, jak mrocznie i zadziornie pulsuje cały tył utworu. Żeby jednak nie było tak słodko, to na zakończenie jeszcze o tym grzechu pierworodnym.

Matka jest tylko jedna

Ta prosta prawda ma zastosowanie i tutaj. Jak raz spieprzyli mastering, tak pomimo faktu, że jest dużo lepiej, to nadal do ideału brakuje trochę.

Porównałem sobie wykresy 2 numerów na przestrzeni czasu, jak się zmieniały. To porównanie może zrobić każdy. Ja wziąłem na warsztat Precious i Suffer Well. Numery nie dość, że zostały wydane na singlach, to potem trafiły na składankę The Best Of. Jest z czego brać.

Suffer Well:

Najgorsza wersja jest na albumie z 2005, podobnie sytuacja ma się z wersją z singla, tu praktycznie nie ma zmian.

Duże zaskoczenie może być przy wersji z 2006 z The Best Of. Kawałek został znormalizowany tak, aby trzymał poziom głośności reszty. Dlatego gdybyście puścili ten numer z albumu z 2005 i zaraz obok ze składanki, to ten drugi może wydać Wam się cichszy. To jest nadal ta sama wersja, ale dociągnięta (obniżona) do poziomów głośności pozostałych numerów ze składanki. Dlatego właśnie nagranie to nie drażni tak, jak wersja z 2005. Nie zmienia to nadal faktu, że krańcowe wartości nagrania są ścięte… tylko ciszej…

Kawałek w wersji z 2014 został nieco poprawiony, ale na moje ucho punktem wyjściowym była ta sama matka. Jest więcej dynamiki, więcej przestrzeni w nagraniu, a nawet bardziej selektywnie. Niestety nadal gdzieś na końcu niesmak zostaje ten sam.

Suffer Well - album 2005
Suffer Well – album 2005
Suffer Well - Best of 2006
Suffer Well – Best of 2006
Suffer Well - album 2014
Suffer Well – album 2014
Precious:

Właściwie mógłbym napisać o nim to samo, co powyżej, ale jest jednak pewna różnica. W 2005 roku została wydana również wersja na Amerykę dla potrzeb promocji radiowej. Utwór ten został na nowo zmiksowany i pod nazwą US Radio Version brzmi nieco inaczej, zarówno pod względem muzycznym, jak i przyjemności odsłuchu. Również dołożona 2 wersja opatrzona dopiskiem – Album Version – brzmi jakby lepiej. Być może jest to normalizacja, aby oba utwory na tym promo miały takie same poziomy głośności, a być może to już tylko moje złudzenie spowodowane licznymi odsłuchami tego samego numeru.

US Precious
US Precious

W każdym razie z jednej strony nadal mam gorzką satysfakcję, że jednak wyszło na moje, gdy pisałem, że nowe reedycje od Sony można sobie darować, z drugiej strony kupując Playing The Angel BlueSpec zyskałem w końcu wersję, dzięki której album ten w końcu stał się słuchalny na tyle, że można pociągnąć ten album ciurkiem bez protestów organizmu broniącego się przed sponiewieraniem kakofonią dźwięków. Jest to jedyny wyjątek. Patrząc na Playing The Angel A.D. 2014 uważam, że warto wejść w posiadanie tego krążka i tylko tego. Oczywiście kolekcjonerzy powinni nabyć wszystko i to w jedynie słusznej postaci 2 boksów. 🙂

Precious - album 2005
Precious – album 2005
Precious - best of 2006
Precious – best of 2006
Precious - album 2014
Precious – album 2014

Żeby się tylko nie okazało, że za 10 lat boksy te będą tak samo poszukiwane jak Xy od Alfa Records.

Kto kogo?

Pamiętam taką historię z przed 20+ lat, gdy będąc pacholęciem przebywałem na jakiejś kolonii, czy zimowisku. Zdarzył się wówczas wieczór podczas którego z magnetofonu poleciała cała kaseta z płytą Counterfeit e.p. słuchaliśmy i słuchaliśmy, aż któremuś z uczestników tego wieczoru wyrwało się, iż Martin to „złodziej”, bo te wszystkie piosenki „ukradł” innym artystom. A dlaczego jest „złodziejem”? Bo przecież żadna piosenka nie jest jego i on nie jest autorem ani muzyki, ani tekstów. Takie to były czasy, że pojecie coveru, zapożyczenia, samplowania itp. spraw nie było wtedy jeszcze przyswojone.

Wielu wydawało się, że piosenki musi pisać artysta, który je potem wykonuje, a już o takim drobiazgu jak pisanie tekstów i komponowanie na zlecenie dla artystów, to nikt na to nie wpadł. Takie to były czasy niewiedzy na przełomie lat 80 i 90.

Trafiłem ostatnio na strony, które próbują ogarnąć ten temat z różnych stron i w odniesieniu do wielu artystów. Oczywiście jest też tam i depeche MODE, choć zbiór jest zdecydowanie nie pełny. Np. po wpisaniu hasła depeche MODE możemy filtrować temat z kilku stron:

  • Tracks sampled by depeche MODE
  • Tracks that sampled depeche MODE
  • Covers by depeche MODE
  • Covers of depeche MODE songs
  • Remixes of depeche MODE songs

3 ostatnie punkty poprzeglądacie sobie sami. Ja chciałbym się skupić na pierwszych dwóch.

Od lat mówi się, że jedną z podstaw działalności depeche MODE jest oryginalność. W ubiorze, w stylizacji, ale przede wszystkim w muzyce. Nie mam na myśli tu tylko specyficznego brzmienia, jakie nie pozwala zaszufladkować tego zespołu do żadnego gatunku, a przede wszystkim zasada o nie używaniu tych samych dźwięków dwa razy. Od Sounds Of The Universe mam spore wątpliwości, a i wcześniej parę razy zdarzyły się Panom nieczyste z(n)agrania. Najpierw skupmy się na tym, kto pożyczał od depeche MODE sample i umieszczał w swoich utworach.

1. 69 kawałków wzięło swoje sample z 31 kawałków depeche MODE. Jednak spora część to remixy djskie i tak na prawdę oryginalnych utworów, jak słynnych swego czasu Infernal – I Won’t Be Crying, jest sporo mniej. Nie mniej ciekawa lekcja jak wiele różnych stylów i kierunków muzycznych pożyczało sobie od depeche MODE. W tej grupie pojawiają się również sample, które Alan brał do kolejnych utworów Recoil. Mimo, że formalnie Recoil to nie depeche MODE, ale tu mamy raczej zabawę w tym samym ogródku.

2. Druga grupa pożyczek do te zapożyczone przez depeche MODE od innych zespołów i artystów. I znowu znakomitą grupę tej bazy stanowią utwory w przypadku których depeche MODE nie miało zupełnie nic wspólnego z tym procederem. Wynika to z zasady, że remix, choćby nawet była tam jedynie sekunda z oryginalnego utworu, a resztę dograne przez remixera, to autorem utworu nadal pozostaje oryginalny twórca, a remixer jako człowiek do wynajęcia ma tylko kasę za robotę, lub robi to za free żeby się wylansować. Wszelkie copyrajty idą do depeche MODE. Stąd tyle szitowych remixów firmowanych metką depeche MODE. Na 16 utworów wziętych pod uwagę do zestawienia, jedynie jest 1, słownie – jeden – oryginalny utwór posądzony o samplowanie z innego utworu.

Jest to Mercy In You – który zapożyczył perkusję z God Make Me Funky autorstwa The Headhunters feat. Pointer Sisters

 

Samplowana perka pojawia się w 10 sekundzie.

Natomiast dawca pojawia się od 4 sekundy.

Ciężko mi się do tego odnieść, ale ja nie widzę podobieństwa, a przynajmniej jest ono bardzo odległe, że nie powiązał bym tego ze sobą.

Inna sprawa, że w tym zestawieniu nie ma jedynego adekwatnego już przykładu samplowania w oryginalnych utworach depeche MODE tj perkusja Never Let Me Down Again z When The Levee Breaks autorstwa Led Zeppelin. Czy też z tego samego utworu Zeppelinów próbki poszły do Get Right With Me.

Całe zestawienie znajdziecie na stronie WhoSapmpled.

Ciekawsze opracowanie tego zagadnienia znajdziecie na inne stronie – Sample Happy, gdzie opracowanie jest o wiele dokładniejsze (w obie strony) i skupia się na głównie oryginalnych, a nie remixach. A powyżej przytaczane porównanie Mercy In You już nie występuje.

Nie mniej każdym przypadku – samplowania miło wiedzieć co się z czego bierze, bo żyjemy w takim świecie, że co raz trudniej o oryginalność, a wychodzi na to, że wszystko już było.

Some Great Broken Frames

Kto był i widział, ten miał sporą dawkę emocji i depechowej radości w oczekiwaniu na wrzesień, komu nie było dane może tylko żałować. Zakończona niedawno retrospektywna wystawa Briana Griffina – DisCover Photography – pokazała wspaniałą podróż w czasie do wczesnych lat 80. i tego, jak dobre okładki depeche MODE mieli od początku kariery… no prawie 🙂

Dzięki tej wystawie (podczas Fotofestiwal w Łodzi) można było zobaczyć, zdjęcia, które powstają w czasie sesji, ale nie mają tyle szczęścia, żeby znaleźć się na okładce / wkładce / tourbooku / materiałach promo itd… wiele z nich znika w szufladach pozostając jedynie na kliszach lub dyskach autorów zdjęć.

Speak & Spell
speak & spell (c) Brian Griffin
speak & spell (c) Brian Griffin

Zdjęcie – żart z depeche MODE człowieka, który fascynował się „prawdziwą muzyką elektroniczną„, a nie twórczość „przypominającą plumkanie. Zdjęcie to potem było wielokrotnie masakrowane, cięte… ekhm kadrowane. Były takie wersje okładki Speak&Spell, że więcej tam było czerni niż samego zdjęcia łabędzia w gnieździe. Dziś klasyka i uznawane za jedno z ciekawszych.

A Broken Frame
A Broken Frame
A Broken Frame

Zdjęcie z tej okładki uznane zostało za fotografię dekady (lat 80.), trafiło na okładkę LIFE, doceniane i uwielbiane przez fanów, znawców i kto tam jeszcze może się pod ten zachwyt podczepić.

Broken Frame 2
Broken Frame 2

Na aukcji zamykającej wystawę w Łodzi zdjęcie z tej sesji zatytułowane – The Broken Frame 2 poszło za 3,5 tyś PLN. Co ciekawe było to zdjęcie, nie wybrane przez Griffina jako główne zdjęcie okładkowe. Odrzucone zdjęcie było o wiele bardziej dosłowną interpretacją tytułu płyty. Być może ta dosłowność sprawiła, że fotografia inspirowana Socrealizmem nie została wykorzystana w żaden sposób. W Łodzi zostało pokazane po raz pierwszy.

Kate Bush (c) Brian Griffin
Kate Bush (c) Brian Griffin

Przy okazji tej okładki warto zwrócić uwagę na zdjęcie młodsze o rok zrobione Kate Bush. Widać tam doskonale rękę i oko tego samego mistrza.

Construction Time
Construction Time Again (c) Brian Griffin
Construction Time Again (c) Brian Griffin

W podpisie pod tym zdjęciem na wystawie w Łodzi Brian Griffin napisał, że jest to jego ulubione zdjęcie okładkowe depeche MODE. Modelem pozującym do tej fotografii był były żołnierz Królewskich Sił Zbrojnych, który zaprowadzony w góry stał się bohaterem okładek albumu i singli, nawet tej przetworzonej od Everything Counts.

Construction Time Again 2 (c) Brian Griffin
Construction Time Again 2 (c) Brian Griffin

Co ciekawe Brian Griffin forsował na okładkę lekko inaczej skomponowaną fotografię, gdzie model odkręca swoją głowę w kierunku szczytu. Zdjęcie jest bardziej mroczne i inaczej oświetlone. Ponownie stało się inaczej.

Some Great Reward
Some Great Reward (c) Brian Griffin
Some Great Reward (c) Brian Griffin

Fotografia wykonana na terenie Stalowni Round Oak w Brierley Hill, którą Griffin widywał z okien swojego domu, będąc pacholęciem. Zakład został zamknięty w 1982, a do 1986 służył jako magazyn. W latach 1985-1989 tereny pofabryczne zostały zamienione w kompleks centrów handlowo-rozrywkowych. Podobno fragmenty charakterystyczne dla tej fotografii można wciąż znaleźć.

Grafiki pożyczyłem ze strony Briana Griffina.

Jeszcze raz o reedycji katalogu depeche MODE

Kończąc mój lutowy wpis o reedycji podstawowego katalogu depeche MODE kończyłem konkluzją: „Z mojego punktu widzenia cała reedycja nie ma kompletnie znaczenia i nie wprowadza mnie stanu wilgoci i drżenia rąk. […] więc drogie Sony jeżeli chcielibyście moich pieniędzy to proszę się na prawdę postarać.” Chwilę potem pojawiły się informacje o wydaniu kolejnych tytułów na winylach oraz w formacie dla wymagających słuchaczy – Blu-spec i zacząłem nawet żałować, że napisałem, co napisałem. Niestety nie na długo…

Dla tych, co po raz pierwszy spotykają się z pojęciem Blu-spec wyjaśniam, że jest to sposób zapisu przewyższający jakością tłoczenia tradycyjne wydania na CD. W uproszczeniu zamiast czerwonego lasera, w procesie tłoczenia, używany jest laser niebieski (ten sam, co w przypadku Blu-ray’a), dzięki czemu jakość reprodukowanego dźwięku podlega mniejszym zniekształceniom w procesie odsłuchu. Dyski Blu-spec można odtwarzać na standardowym odtwarzaczu CD. Sam format jest uznawany za następcę znanego Wam pewnie formatu Super Audio CD.

Sam nie wszedłem w posiadanie, ani winyli, ani Blu-spec’ów, nie mniej im więcej czytam recenzji z odsłuchów i relacji tych, co nabyli rzeczone krążki, tym mam co raz większą (niestety) satysfakcję, że cel przedsięwzięcia był jeden i łatwy do przewidzenia – wpuszczenie we wszelkie kanały dystrybucji wydań sygnowanych logiem Columbia/Sony i nic po za tym.

BC_1_zpsf5e1af99Do tłoczenia nowych reedycji winyli użyto tych samych matryc, które zostały wykorzystane przy remasterach z 2006 roku. Świadczą o tym dokładnie te same sygnatury matryc. Jedyną różnicą jest sygnatura  tłoczni, którą tym razem była – Music on Vinyl. Widać, że bardzo wytwórnia się spieszyła, bo w 9 miesięcy od przejęcia katalogu zdołał wypuścić albumy sygnowane swoim znaczkiem. Mam tu na myśli również wydania Blu-Spec. Dlatego mimo najszczerszych chęci i przy dużej dawce dobrej woli, jeżeli ktokolwiek jeszcze się wahał, to teraz może sobie darować. Lepiej odłożyć trochę więcej i poszukać pierwszych remasterów z 2006 w formacie SACD lub pierwszych wydań winyli lub CD. Może drożej, ale na pewno pieniądze lepiej ulokowane i mądrzej.

Oczywiście sugestia ta jest kierowana do tych, co kupują płyty, bo jeżeli czytając powyższe słowa mierzysz swoją dyskografię w gigabajtach, to cały ten wpis jest raczej z gruntu abstrakcyjny.

Na koniec dwie stare ale zawsze warte poczytania recenzje z odsłuchów katalogu depeche MODE w formatach SACD i tej samej reedycji na winylach. Teksty wklejam na serwisem High Fidelity.

Ten wpis powstał na bazie wpisu z serwisu High Fidelity, przy wsparciu ze strony ToM’a.

Reedycja katalogu depeche MODE.

Nie wiem ilu z Was po przeczytaniu news’a na temat reedycji winylowych albumów depeche MODE wzruszyło ramionami lub najzwyczajniej w świecie zadało sobie krótkie pytanie „ale po co?” W sumie można by przejść do porządku dziennego nad tym faktem, w końcu to nie pierwszy raz, gdy płyty depeche MODE są wydawane po raz kolejny i po raz kolejny. Zmienia się tylko wydawca, albo posiadacz praw.


To teraz mały test na spostrzegawczość i zrozumienie. Przyjrzyjcie się tym zdjęciom (można klikać):

PIC000031

To są fotki strzelone tzw wyspom w dniu premiery Delta Machine. Co widzi Fan? Fan zobaczy na tej wystawce albumy, koncerty na video i książki o swoim ulubionym zespole. A co widzi pracownik wytwórni? Ktoś pracujący w wytwórni zobaczy na tej wystawce tony materiału wydanego przez EMI i jeden tytuł wydany przez Sony… aaaa i trochę książek od Anakondy i pierdoły od Live Nation. Prawda jest taka, że największym beneficjentem premiery Delta Machine było… EMI, które mogło dzięki temu upłynnić sporo starego towaru.

Właśnie dlatego Columbia/Sony wznowiło albumową dyskografię. Celowo podkreślam, że albumowa, bo na single Sony od dawna kładzie laskę. Aż dziwne, że w Polsce wydane były single z ostatniej płyty. Pierwsze pytanie o singiel Heaven spotkało się z głębokim niezrozumieniem ze strony przedstawiciela Sony. Dopiero wytłumaczenie, że to dla fanów bardzo ważne pozwoliło postawić na półce ten i kolejne placki. Inaczej trzeba by było ciągnąć z towar z Niemiec lub Anglii i paść statystyki tamtych krajów, a nie swojego.

BC_1_zpsf5e1af99Sony już od ubiegłego roku wymienia katalog albumów. Również w Polsce. Kto nie widział reedycji by Sony nie musi gnać do sklepu niczym pensjonariusz przychodni proktologicznej rozchadzający hemoroidy. Uspokajam nie ma tam nic ponad to, co zostało wydane w ramach podobnego projektu pod skrzydłami EMI, czyli tzw remasterów. Podstawowe CD oraz delux DVD+CD. Już nawet nie SACD (notabene autorstwa Sony), które od jakiegoś czasu jest już martwe. Tak na marginesie poszukajcie sobie na aukcjach pozycji z pierwszej serii remasterów, tych z SACD. Niektórzy z Was się zdziwią, jakie ceny osiągają te pozycje i jaki pieniądz trzymacie na półce, a będzie tylko drożej.

i5d7Ale, dla tych, co lubią mieć w kolekcji ciekawostki z dyskografii depeche MODE też coś się znajdzie. Zbieracze powinni raczej zainteresować się wydawnictwami z brazylijskiego oddziału Sony. Jako, że duże Sony jest sponsorem FIFA 2014, to Sony Music z Brazylii umieściło logo FIFA 2014 na płytach depeche MODE. Takie logo umieszcza się na produktach szykowanych do sprzedaży w latach poprzedzających i w roku mistrzostw. W kolejnych latach tak już nie będzie, więc albumy depeche MODE (jak i innych zespołów) sygnowane tym logiem za jakiś czas mogą być poszukiwaną ciekawostką na rynku kolekcjonerskim.

jt9aZ mojego punktu widzenia cała reedycja nie ma kompletnie znaczenia i nie wprowadza mnie stanu wilgoci i drżenia rąk. W 2006 zainwestowałem w komplet płyt SACD, mam zdublowaną dyskografię sygnowaną przez Intercord, czyli pierwsze wydania, więc drogie Sony jeżeli chcielibyście moich pieniędzy to proszę się na prawdę postarać. Jako podpowiedź proponuję doczytać czym jest projekt dMTVArchives, czy Monument. Fani nie mogą dostać wysokiej jakości od oficjalnych wydawców, to biorą sprawy w swoje ręce. Nie wspomnę już o tym, że ani wytwórnia, ani organizator koncertów, ani zespół chyba nie chcą pieniędzy fanów, skoro wolą zostawić fanom nagrywanie koncertów, niż samemu to robić, a potem sprzedawać nam.

Tylko wtedy setlista musiała by być bardziej urozmaicona, a tak można paść lenia w najlepsze.

Zdjęcia reedycji albumów pochodzą z forum depmod.com.

Ten zespół skończył się po…

Trochę z przymrożeniem, trochę na serio, zebrałem wszystkie zarzuty, jakie pojawiał się pod adresem depeche MODE na przestrzeni lat. Dla jasności nie interesowało mnie zupełnie obecne postrzeganie płyt zespołu z przed lat, ale to, jak ewolucja zespołu i ich muzyka była postrzegana przez ludzi w tamtym czasie. No to zaczynamy. depeche MODE skończyło się po…

…Speak & Spell…

Ja wiem, że to brzmi kuriozalnie dla ludzi, którzy zakochiwali się w tym zespole długie lata po wydaniu debiutu. Tekst: depeche MODE skończyło się po Speak & Spell jest przytaczany raczej, jako żart jest na równi ze słynnym powiedzeniem, że Metallica skończyła się po Kill’em All. Właściwie tak należałoby ten pierwszy przykład traktować, gdyby nie to, że rzeczywistość czasami jest śmieszniejsza od fikcji.

W każdym razie czytając i przeglądając prasę anglosaską, a szczególnie tę z wysp trudno nie odnieść wrażenia, że dla brytyjskich mediów depeche MODE skończyło się właśnie po Speak & Spell.

W 1981 roku Vince Clarke był podporą muzyczną dla młodego zespołu z ledwo jednym albumem wydanym w niszowej wytwórni. Po odejściu z zespołu prasa wieszczyła rychły koniec depeche MODE.  Nie dawano im zbyt wiele szans. Po ukazaniu się pierwszych nagrań pod szyldem Yazoo i nowych nagrań zapowiadających A Broken Frame próbowano antagonizować oba zespoły, przeciwstawiając i porównując ich twórczość. Kto pamięta wojny wszczynane przez prasę brytyjską – The Beatles vs. The Rolling Stones, czy Oasis vs. Blur, ten zrozumie, co próbowano zrobić z depeche MODE i Yazoo. To był jeden z powodów późniejszej niechęci Vince’a do zespołu aż do 1995 roku, kiedy to próbował powrócić do zespołu po odejściu Alana. Oczywiście muzyka w wykonaniu Yazoo była stawiana wyżej od tego, co ówczesne trio z Basildon chciało pokazać światu. Zespół sam się podkładał występują w masie gównianych programików typu Jim’ll Fix It, czy śpiewając z kurami.

Niestety prasa brytyjska miała rację, syndrom drugiego albumu spełnił się na prawie całym albumie i do tego bez głównego filara muzycznego. Do tego próba udowodnienia na siłę swoich możliwości muzycznych jako tiro, bez angażowania w proces twórczy nowego muzyka – Alana Wildera dało wszystkim znany efekt.

Był to czas, gdy zespół przebywał w permanentnej trasie koncertowej z przerwą na sesję nagraniową A Broken Frame, bo wiedzieli, że na listach przebojów nie mają szans. Musieli być TAM w terenie, aby przyszli fani mogli ich poznać. Tak jest właściwie do dziś. Wersje koncertowe nawet średnich płyt brzmią lepiej na żywo, niż studio. To właśnie koncertami depeche MODE utorowało sobie drogę do dusz fanów, a nie byciem na listach przebojów, czy po przez uznanie mediów.

Po średniej drugiej płycie dla anglosaskiej prasy muzycznej depeche MODE przestało istnieć właśnie po Speak & Spell. Kolejne próby przebicia się na brytyjskim rynku sprawiały co najwyżej obojętne przyglądanie się tym poczynaniom. I tak jest do dziś… z niewielkimi wyjątkami.

Inna sprawa, że dla wielu fanów również dopiero płyta Construction Time Again to ponowny debiut depeche MODE pod względem artystycznym i w najlepszym składzie.

…po Black Celebration…

Tu już będzie poważnie. Wiele razy przy okazji dyskusji o depeche MODE przytaczałem poniższe opowieści jako przykłady obrazujące moje wywody. Zanim przejdę do meridium 😉 sprawy krótki rys historyczny. Lata 80. to był taki dziwny(?) czas, gdzie ważna była pewna czystość formy. Pod każdym względem…

Metal to był metal i widząc kolesia z długimi piórami w rurkach i na czarno wiadomo było kto on. Depesz jak szedł ulicą, to też bez dwóch zdań można było z daleka powiedzieć, że to nasz. Dlatego na ulicach depesze witali się jak bracia i siostry, przybijali piątki, gawędzili z totalnie nieznajomi ludźmi, potem czasy się zmieniły i podobno teraz ważne jest to, co ma się w głowie, a nie na głowie. Wtedy było nie do pomyślenia, żeby Skin lubił muzykę depeche MODE, a hip-hopowieć powoływał się na kształtowanie swojego gustu i korzeni również na depeche MODE.  Inna sprawa, że nawet będąc depeszem można było od depesza w Polsce obskoczyć łomot tylko za to, że było się z niewłaściwego miasta, np. za Warszawę, albo w Toruniu za Bydgoszcz, czy w Radomiu za Kielce. Ale to była taka nasza głupia, lokalna specyfika.

Ten rodzaj czystej formy był, w owym czasie ważny również w muzyce. „Szanujące się” zespoły metalowe nie mogły nagrywać teledysków, bo fani pluli im w twarz – pamiętna scena z Jamesem Hetfieldem który został opluty przez fana za to, że nakręcili w 1987 roku teledysk do One – ze słowami o sprzedaniu się. Teledyski były dobrze dla kapel spod znaku pudel rocka, a nie wymiataczy ciężko grających. Zespoły rockowe nie mogły używać elektroniki jako, że ta była uznawana wśród „szanującego się”, szeroko pojętego środowiska rockowego za coś gorszego. Potem chyłkiem weszły tła odpalane ze stop umieszczonych przed gitarzystą. Ale zespoły zasłaniały się, że nie jest to elektronika, tylko sample, ale furtka powoli się otwierała. W muzyce elektronicznej było, podobnie, choć może mniej ortodoksyjnie.

Music For The Masses zwiastowało nadchodzącą zmianę. Na 4 lata przed nastaniem nowej dekady płyta była zapowiedzią zmiany podejścia do muzyki i w muzyce na świecie. Rzeczy, które stały się kwintesencją lat 90. w poprzedniej dekadzie działy się podskórnie w klubach Detroit, Machasteru, Bristolu, czy Berlina. Właściwie cała scena muzyczna, która znaczyła coś potem w latach 90. na europejskim i amerykańskim rynku muzycznym, jako swoje korzenie wymienia właśnie depeche MODE.

W USA zespół z płytą Music For The Masses odniósł co prawda spory sukces, który był fundamentem pod przyszłe sukcesy Violatora na całym świecie. W owym czasie były dwa zespoły, które mając swoje korzenie na wyspach, w swoich ligach namieszały w USA, w sposób masakryczny. Było to U2 i depeche MODE właśnie. Jednak to depeche MODE było w awangardzie zmian i trendów, na które U2 musieli dopiero zdążyć wydając w późniejszym czasie Achtung Baby i pozostałe płyty z elektronicznej trylogii. Po drodze zaliczyli jednak sporego klapsa w tyłek, jakim było wydanie Rattle & Hum. Kowbojskie granie z  Joshua Tree (objawienie w 1987) dwa lata później prawie nie wywróciła U2 do góry wozem. Zespół musiał zniknąć, żeby powrócić na rynek z nowym brzmieniem, całkowicie innym od tego co robili do 1998. Wydając Achtung Baby w 1991 ścieli drzewo Josuego.

Wróćmy jednak do depeche MODE. W Europie płyta była przyjęta bardzo ciepło, choć nie obyło się bez kontrowersji. Wspomniana wcześniej czystość formy lat 80. sprawiała, że pojawienie się zespołu stricte elektronicznego z gitarą na scenie wzbudziło liczne kontrowersje wśród zagorzałych fanów muzyki elektronicznej.

Wśród niemieckich fanów płyta Music For The Masses została przyjęta, jako „zdrada”. Szczególnie zapamiętałem historię jednej z fanek, która opowiadała, o tym jak to na koncercie w Essen zobaczyli Martina z gitarą, to najdelikatniejszy komentarz z grona fanów był z półki: Co to kurwa jest?!!! Zmiana w zespole z 3 parapetów na 2 + gitara była uznana, za niegodną „szanującego się” zespołu elektronicznego.

Dla mnie osobiście wydanie Music For The Masses to rozpoczęcie swoistego czasu przemiany, podczas którego zespół ze stricte elektronicznego zaczyna ewoluować i staje się, tym czym jest obecnie. Wszystko działo się krok po kroku. Dla kronikarskiej dokładności nie ma co demonizować użycia gitary na tej płycie, właściwie służyła ona w większości jako generator efektów elektronicznych/gitarowych. Dopiero kolejna płyta przyniosła postawienie gitary jako głównego instrumentu, na którym oparty był głównu riff numeru. Takich numerów, jak Behind The Wheel na Music For The Masses (jest tylko właściwie jeden), na Violatorze było tego znakomicie więcej z Enjoy The Silence, jako sztandarowym przykładem na czele.

Jeden powie staczanie się po równi pochyłej, ktoś inny „naturalna ewolucja”. Kwestia gustu i preferencji. Nie zmienia to jednak faktu ze Black Celebration jest ostatnią w 100% elektroniczną płyta w historii zespołu. Był przez chwilę taki moment, że dla niektórych fanów depeche MODE dyskografia kończyła się na Black Celebartion.

…po Music For The Masses…

Wydanie płyty Violator było szokiem dla wielu fanów. Po przełknięciu ‚Musica‚ zespół zaserwował fanom ‘komerchę’. Bo takim mianem określano tę płytę. Każdy młody fan, który zaczął słuchać depeche MODE od albumu z 1990 roku nie był godzien miana prawdziwego fana. Pewnie zobaczył zespół w Bravo, powiedzieli mu w MTV, że to jest cool i że inne dzieciaki tego słuchają. No i faktycznie tzw. ‘endżojów’ pojawiło się masa, szybko jednak wyparowali. Równie szybko, jak depeche MODE było trendy, tak szybko stało się obciachem i czasami trzeba było mieć dużo odwagi cywilnej, żeby przyznać się do faktu słuchania depeche MODE. Dzięki temu młodzi fani mieli podwójnie pod górkę. Z jednej strony od tych, co im przeszła moda na 4 Anglików i od tzw starych fanów, dla których Violator był głębokim ukłonem w stronę komercji, a więc nie godnym ‘klasyki’ z przed paru lat. Byłem świadkiem jak tzw stary fan wyjmuje na imprezie kasetę z Violatorem, po krótkiej lekcji latania kaseta ląduje na bruku, a w sprzęcie pojawia się (już nie pamiętam), czy Black Celebration, czy Some Great Reward, bo to było ‘prawdziwe’ depeche MODE.

Violator przyniósł jeszcze coś innego wprowadzenie perkusji (elektronicznej). Czym Music For The Masses było dla gitary, tym Violator był dla instrumentów perkusyjnych. Fakt na niektórych występach dla TV zespół już promując singiel Never Let Me Down Again „używa” zestawu perkusyjnego, ale dopiero singiel Personal Jesus przyniósł zasadniczą zmianę i użycie jej na żywo. Na koncertach również Clean otrzymał podkład perkusyjny grany live na padach. Była to jednak zajawka przed tym co miała przynieść kolejna płyta. Songs Of Faith And Devotion to twórcze tego rozwinięcie, a kolejne trasy pokazały, że perkusję można wsadzić właściwie do każdego numeru granego na żywo. Lata po odejściu Alana, to już czas obdzierania piosenek depeche MODE z elektroniki i wykony z towarzyszeniem akompaniamentu Gordeno.

Dziś Violator to klasyka, a ciężkie czasy Endżojów skończył się w raz z nastaniem kolejnej płyty. Szok był tak wielki, że nikt nie zajmował już się tym, czy Violek to komercha czy też nie… fanów głowa bolała już z innego powodu.

…po Violator…

Fani oswajali się, przyzwyczajali i kiedy myśleli, że nic już „gorszego” niż Violator ich nie spotka. Okazało się, że był to dopiero 1 rozdział. Koniec trasy World Violation, to już stałe szprycowanie się przez Dave’a ciężkimi narkotykami. Następnie rozwód i wyprowadzka do Kalifornii sprawiły, że jeden z filarów zespołu zaczął przechodzić na tyle drastyczną przemianę, że miała ona zasadniczy wpływ na dalszy rozwój zespołu. Chyba jeszcze nigdy tak wielu fanów brzmienia zespołu z lat 80. nie mogło powiedzieć, że depeche MODE skończyło się właśnie po Violatorze. Myślę, że era Songs Of Faith And Devotion jest fanom bardzo dobrze znana i nie będę się rozwodził nad tym zagadnieniem szerzej. Nie mniej nie można nie zauważyć, że zmiana brzmienia w 1993 była sporym zaskoczeniem, wielu przepowiadało przemianę. Wielu obstawiało, że depeche MODE pójdzie w kierunku tego, co modne było ówcześnie na starym kontynencie, a pierwsza płyta lat 90. będzie depeszowską, mroczną wersją muzyki tanecznej z klubów Niemiec lub Anglii. Jednak to co zaproponowali panowie z depeche MODE, było próbą ułożenia się względem tego, co działo się w USA w pierwszej połowie lat 90. z jednej strony, z drugiej była to również próba zagospodarowania zmasowanego postępu technologicznego w tworzeniu muzyki i zmianie sposobu słuchania jej. Tak, jak depeche MODE flirtowało wtedy z rockiem, tak U2 flirtowało wtedy z elektroniką. Nikt jednak nie przewidział, że depeche MODE może zrobić coś, co Flood określił ówcześnie jako nagrywanie Achtung Baby 2.

Ostatnio, przy okazji nagrywania coveru So Cruel Martin został zacytowany na tę okoliczność:

We first heard Achtung Baby working on Songs Of Faith And Devotion with Flood. It was the closest our bands ever got: U2 had become more electronic while depeche MODE were working on a new rock vision. But there was never a rivalry. (…)

Okres Songs Of Faith And Devotion to też pierwsze, jawne wystąpienie fanów przeciw depeche MODE. O ile zaskoczenie z okazji użycia gitar, czy wydanie Violator’a to były raczej spory akademickie, wewnątrz subkultury, to wydanie Songs Of Faith And Devotion jest tym momentem, kiedy fani głośno powiedzieli nie podoba na się kierunek jaki obiera depeche MODE. Wydanie płyty przez projekt Disel Christ jest tego najgłośniejszym przejawem.

…po Songs Of Faith And Devotion…

Odejście Alana, jest dla wielu cenzurą, granicą między którą jest rezerwat starego depeche MODE i otwarta przestrzeń na której rozpościera się nowe , inne, gorsze(?) depeche MODE. Dla wielu po Songs Of Faith And Devotion skończyło się to mroczne depeche MODE. Nastąpiła zmiana brzmienia zespołu – Martin Gore zajął miejsce Alana w studio. O Songs Of Faith And Devotion mówi się, że była to najbardziej rockowa płyta w historii zespołu. Nie jest do końca tak. Gitary i perkusja są mocno przetworzone i ich brzmienia były generowane przez instrumenty elektroniczne schowane gdzieś daleko za sceną. W przypadku Ultry pojawiło się właściwie wszystko z gitarą akustyczną, bassową i tzw Pedal Steel znanym z muzyki country włącznie. Pojawiły się instrumenty akustyczne użyte właściwie bez przetworzenia, w postaci generycznej. Do powstania Ultry był potrzebny za to sztab ludzi, który musiał zastąpić jednego człowieka…

I znowu dla jednych depeche MODE skończyło się na Songs Of Faith And Devotion, a Ultra była początkiem tego, choć wielu dopiero po Ultrze określa wszystko pozostałe jako nowe depeche MODE, a do Ultry jako stare. Nie można jednak nie zauważyć, że wielu młodszych fanów i krytyka muzyczna przyjęła Ultrę bardzo ciepło, jako na prawdę depeszowski i po prostu dobry album. Być może wynikało, to z tego, że producentem tego albumu był właściwie fan depeche MODE – Tim Simenon, a jego remixy pojawiały się na singlach depeche MODE od 1989 roku. Na bazie remixu Everything Counts z 1989 roku powstała potem wersja koncertowa na trasę World Violation.

Ten sukces Ultry mógł wynikać również z innej rzeczy – oczekiwanie na nowy album depeche MODE po przejściach z pierwszej połowy lat 90. sprawił, że właściwie wszystko, co wyszło spod szyldu depeche MODE miało wartość emocjonalną większą, niż fakt, że muzycznie było to dosyć drastyczne odejście od tego, co zespół prezentował w pierwszej połowie ostatniej dekady XXw.

Ultra została bardzo dobrze przyjęta również przez nie fanów. W pewnym momencie miałem wrażenie  że tzw nie-fani mają lepsze zdanie o tej płycie, niż fani będący z tym zespołem od lat. Dla nich depeche MODE skończyło się na płycie z 1993 roku.

…po wszystkiemu pozostałemu…

Od Ultry dla wielu słuchaczy depeche MODE kończy się już permanentnie. Raz lepiej raz gorzej, ale proces jest stały. Nie ma sensnu się rozwijać po której płycie od 1993 bardziej, bo sami fani nie doszliby do ładu z tym. To już kwestia ich indywidualnych preferencji czy Exciter to już wcielone zło, czy dopiero Sounds Of The Universe.

Trudno nie zgodzić się jednak ze słowami Dave’a który już w 2003 stwierdził w jednym z wywiadów, że od momentu odejścia Alana zespół stracił swoją wyrazistość i płyty są nie równe i za każdym razem brzmią inaczej. Alan był tym, który sprawiał, że jeżeli nawet zespół się zmieniał, to z płyty na płytę zachowywał swój charakter. Słowa Dave’a wynikają być może z tego, że raz producenci mieli zbyt duży wpływ na brzmienie albumów, raz zbyt dużo swobody dostał Martin, innym razem producenci mieli zbyt mało do powiedzenia, a jeszcze mniej Dave. Finał jest taki, że od 1997 roku każda płyta to zamknięty, niespójny rozdział, pod każdym względem.

_

Podobnie można podchodzić do powyższych wiadomości o śmierci depeche MODE, wiele z nich było przedwczesne. Wiele z tych opowieści budzi dziś uśmiech na twarzy, a nawet politowanie. Pamiętać należy jednak o kontekście historycznym, czy też sytuacyjnym. Wtedy kiedy rozmawiano o tym, nikt nie mógł być wróżką i wiedzieć, co stanie się na następnej płycie. Czasy się zmieniają i to, co kiedyś było powodem do drastycznych i zasadniczych sądów dziś wydaje się blade, a nawet żenujące. Jak widać czas leczy rany i tępi nawet najostrzejsze noże.

Tekst się zbliża już do swojego szczęśliwego końca, a pewnie niektórzy nie dowiedzieli się kiedy depeche MODE się skończyło… No cóż o tym zdecydują już sami zainteresowani i na pewno nie nam o tym decydować…

So Cruel

Jeszcze parę dni dzieli nas od usłyszenia nowej piosenki depeche MODE. Tak tak, celowo piszę, że jest to nowa piosenka depeche MODE, a nie cover U2, bo wszyscy ekscytują się nową aktywnością depeche MODE jedynie przez pryzmat 20-lecia Achtung Baby, a ja mnie jako fana depeche MODE bardziej interesuje ten temat przez pryzmat studyjnej działalności depeche MODE. W końcu jest to pierwsza studyjna aktywność naszych ulubieńców od 2009 roku.

Niedawno Andy, ze szczególnym dla sobie wdziękiem, sprzedał kolejnego newsa, że zespół wchodzi do studio w marcu przyszłego roku. Płytę możemy się spodziewać w 2013 roku. Uff mamy rok spokoju 😛 Trzeba przyznać, że Andy Fletcher umie w bardzo umiejętny sposób podtrzymać zainteresowanie swoim DJ Tour, które już trwa dosyć długo i ponieważ nie wydarza się nic ciekawego i jak na chwilę uda nam się zapomnieć to dostajemy gorącego newsa, który przypomina światu, że Andy jest w trasie.

Tak było z info o tym, że depeche MODE (czytaj Martin i Dave) nagrali cover U2. Przypomnę, że to właśnie od tego newsa zaczął się szum wokół tej składanki i kolejne informacje były tylko obudowanie newsa o tym, że depeche MODE nagrało jakiś cover z repertuaru U2. Dzięki temu nie mogło zabraknąć w żadnym newsie o tym wydawnictwie faktu, że to właśnie depeche MODE jest autorem jednego z coverów. Dla wielu była to informacja równie szokująca, co sam szum wokół tego cover-albumu.

Mnie natomiast ciekawi inna sprawa. Czy ten numer pojawi się kiedyś na oficjalnym wydawnictwie depeche MODE, bo jak na razie wszystkie utwory, które zespół kiedykolwiek nagrał i opublikował gdzieś na innym wydawnictwie potem pojawiały się np. jako strony B singli, albo na składankach. Wystarczy przypomnieć tylko Death’s Door z 1992 roku, czy wcześniej Flexible. Nie wspomnę już o tym, że Death’s Door znalazło się potem w secie koncertowym w 1993 roku. Tak na marginesie było to dosyć duże zaskoczenie, bo utwór miał wszelkie cechy aby być jedynie stroną B singla, jako numer nie z sesji Songs Of Faith And Devotion, a dodany na doczepkę.

Ktoś uważny zauważy, że przecież numery przytaczane powyżej są autorskimi numerami depeche MODE, a So Cruel, to cover. No tak, ale jak już wspomniałem, wszystko, co kiedykolwiek ujrzało światło dzienne pod szyldem depeche MODE znajdowało się wcześniej, czy później na oficjalnych wydawnictwach zespołu. A jeżeli już uwzględniamy fakt, że jest to cover, to miejsce tego typu utworów zawsze było na stronie B jakiegoś singla, wspomnę tylko Dirt, czy Route 66. Nota bene te covery tak się wryły w klimat i dyskografię depeche MODE, że mało kto je postrzega, jako covery, ale po prostu jako utwory z repertuaru depeche MODE. Czy tak będzie z So Cruel? Czas pokaże.

Może też tak być, ale może być i tak, że utwór ten jako pochodzący od U2, jest na tyle mocno mentalnie powiązany z Bono & Co, że nigdy nie będzie tak postrzegany. Nie wspomnę, że obok całkiem sporej rzeszy fanów sympatyzujących równolegle z depeche MODE i U2, jest też niemała grupa fanów depeche MODE tych co nie trawią U2. Dla nich nagranie tego coveru jest co najmniej nie zrozumiałe, ale to temat na zupełnie inny wpis na MODE2JOY

Przeczytaj o przecinających się ścieżkach depeche MODE i U2 w biografii u2byu2.

* * *

Cover depeche MODE ukarze się na  płycie ‚AHK-toong BAY-bi Covered‚, która będzie insertem do listopadowego wydania magazynu Q. Czasopismo będzie na rynku od 25 października 2011.

Alan się licytuje

To będzie wydarzenie kończących się wakacji. Alan oddaje na licytację sprzęt ze swojego studia, oraz swoje zbiory fantów za które parę lat temu mógłby wyjść spełniony z niejednego hotelu i to za free, lub goły po spotkaniu ze stadem oszalałych fanów. Tym razem wielu fanów będzie musiało przyoszczędzić na wakacjach, bo końcówka lata będzie kosztowna.

Licytujący podzielą się na dwie grupy. Z jednej strony zjawią się kolekcjonerzy sprzętu, tacy jak Martin, którzy będą mieli okazję wylicytować sprzęt jeszcze z lat 70. Trzon będą stanowić sprzęty zebrane w latach 1982 – 1995.

Drugą grupę będą stanowić fani depeche MODE i Recoil, którzy dostaną niepowtarzalną szansę wejścia w posiadanie perełek, które kiedyś mogli zdobyć tylko złodzieje. Tak, tak wystarczy przypomnieć historię z zaginioną garderobą w RPA w 1994 roku. Finał był taki, że zespół przytulił od ubezpieczalni parę tysięcy, a pobliski sklep z alkoholem miał obrót życia ;-). Jak mówi Alan, planuje wystawić nawet perkę z Devotional Tour.

Perkusja Alana z Devotional Tour 1993-1994
Perkusja Alana z Devotional Tour 1993-1994

Aż ciśnie się pytanie po co to robi. Częściowo tłumaczy to postęp technologiczny. Parapety i regały ze sprzętem Al zamienił na lapy, oprogramowanie i wtyczki do niego. Okazało się po latach, że bardzo niewiele mu już, z tego co kiedyś używał, potrzeba. Inna sprawa, że wydając Selected i robiąc muzykę do trasy, być może wielu sprzętów użył po raz ostatni, na końcu masterując nagrania i dygitalizujac to, co miał w analogu do tej pory.

Spoglądając jednak na całość ruchów Alana W. z ostatnich kilku lat trudno nie oprzeć się wrażeniu, że rozwód wymusił na nim wiele ruchów, do których jeszcze parę lat temu by się nie posunął. Mam tu na myśli wydanie składanki, 2-letnia trasa klubowa, produkcje muzyczne i remixy, a teraz ta wyprzedaż. Pewnie, że nie zbiednieje, a fani będą piętami po tyłkach się klepać ze szczęścia.

Aukcja Alana, 2011
Aukcja Alana, 2011
Alan Wilder 2011
Alan Wilder 2011

Aukcja odbędzie się w Omega Auctions, ale będzie można licytować przez Internet. Pod tym adresem można przeczytać PRa nt zbliżajacej się aukcji. Przedmioty do licytacji zostaną na dniach wystawione do wglądu.

Aktualizacja: Można już wejść na stronę: auction.recoil.co.uk i przejrzeć zawartość. Wszystkie licytowane przedmioty są w pliku pdf i na fotkach.

Jak nie wydano Live In London 1982

W tym tekście będzie o tym, dlaczego pierwsze wideo z koncertu depeche MODE pojawiło się oficjalnie dopiero w 1985 roku. Być może nie wszyscy wiedzą, ale pierwsze oficjalne video w formacie VHS miało ukazać się w 1983 roku. Miał to być zapis koncertu który zarejestrowano 25.10.1982 roku w Londynie na Hammersmith Odeon. Ten tekst jest próbą opisania tego, dlaczego do tego faktu nie doszło. Nie biorę pod uwagę emisji w TV.

Pierwsza informacja o rejestracji koncertu w Londynie 1982.10.25 pojawia się w grudniu 1982 roku w biuletynie Information Sheet 12/82 (IS). Zespół ogłasza, że zarejestrował koncert, ale nic więcej nie wiadomo jeszcze. Co, Kiedy i jak będzie wydane owiane było tajemnicą. Nie mniej chętni już mogli korespondencyjnie zgłaszać zapotrzebowanie na to wydawnictwo.

W styczniu 1983 w biuletynie prowadzonym przez Jo i Anne znaleźć można przedsmak kłopotów. Wiadomość brzmiała: „Sorry but still no news on the plans for a video but we’ll keep You posted.” Zespół żył jeszcze A Broken Frame Tour ale już wiemy, że Panowie szykowali się do nagrania kolejnego singla, który został również włączony do koncertowej setlisty A Broken Frame Tour. W biuletynie pojawiła się również informacja, że fragment zapisu z tego koncertu pojawi się w postaci utworu Tora! Tora! Tora! [51], jako jedna ze stron B nowego single’a Get The Balance Right.

Kolejna informacja pojawia się miesiąc później w IS No 2/83. Zespół oficjalnie ogłasza, że video zostanie wydane bardzo szybko. Jeżeli dobrze rozumieć przekaz, to koncert miał być kompilacją, a nie zapisem 1:1 występu w Londynie 1982.10.25. Ciekawostką była informacja, że już była ustalona cena tego tytułu – Ł25. W tym samym biuletynie promowano jeszcze Get The Balance Right, a już zapowiadano trasę na jesień, mimo że niektóre utwory nie wyszły z fazy dema, a wiele utworów w ogóle jeszcze nie istniało.

W IS No 3/83 pojawiają się pierwsze informacje o opóźnieniach. Pojawia się info, że video nie jest jeszcze gotowe, ale na pewno datę wydania zespół poda w kwietniu. Jako rekompensatę zbyt długiego oczekiwania zostało zapowiedziane Get The Balance Right w wersji limitowanej, numerowanej wersji 12” z piecioma numerami z koncertu z Londynu 1982.10.25. Wydawnictwo to przeszło do historii jako „niebieski …& Live Tracks”??? z trojaczków (a nawet czworaczków), które finalnie wyszły na vinylu, jak i na CD.

W kwietniu znowu przeproszono za brak daty wydania koncertu z  Londynu 1982.10.25. Jako powód podano informację, że zespół nie widział jeszcze materiału przed finalnym montażem. Z tego powodu prace muszą się opóźnić.

Czerwiec przyniósł najpoważniejsze rozczarowanie. Tłumaczono, że zespół ma napięty program nagrywania nowego materiału, a odłożenie wydania koncertu na kolejne miesiące (mowa była już nawet o sierpniu) sprawiało, że koncert będzie prawie roczny. Dlatego zespół woli wydać (promować) nowy materiał, niż ciągnąć zamknięty, z punktu widzenia zespołu, rozdział.

W kolejnych miesiącach pojawiają się informacje o kolejnych dwóch „…& Live Trucks” czerwonym Everything Counts i zielonym Love In Itself.

Finalnie koncert został przeznaczony do dystrybucji w TV i Radio, dzięki czemu pojawiły się zapisy ze szwedzkimi napisami, oraz różnej długości edycje koncertu emitowane były na całym świecie. Efektem tego był wysyp dziesiątków bootlegów z najróżniejszą setlistą.

depeche MODE// 1982.10.25 Londyn
depeche MODE// 1982.10.25 Londyn

Analizując historię niewydania koncertu z Londynu 1982.10.25 trudno nie oprzeć się wrażeniu, że decyzja ta jest ofiarą własnego sukcesu zespołu. Narzucenie sobie tak napiętego programu, jakim było wydawanie nowych albumów co roku, a do tego trasy koncertowe (czasami po dwie w ciągu roku) sprawiało, że zespół nie miał miejsca na nic więcej ponad wydawanie singli i LP. I stąd też tyle koncertowych nagrań na stronach B singli. Zespół w to wszystko musiał wcisnąć chwilę odpoczynku w postaci wakacji. Jeżeli tylko były jakieś problemy techniczne, a w przypadku nagrań na żywo było to więcej jak pewne, zarówno audio, jak i wideo, trzeba było liczyć się z opóźnieniami. Stąd, być może, w pewnym momencie info o wydaniu jedynie kompilacji.

Nie można pominąć jeszcze jednego elementu (to już moja spekulacja). Myślę, że w pewnym momencie nadszedł moment, gdy zespół chciał jak najszybciej zapomnieć o A Broken Frame. Jeżeli spojrzeć na setlisty z wczesnych lat, to uderza jeden fakt. Do 1985 roku podstawą wszystkich tras koncertowych był album Speak & Spell. Oczywiście jej wpływ z biegiem lat malał. Nie mniej jednak dopiero rok 1987 przyniósł sprowadzenie ostatniego utwory z tego albumu jako zamiennika (bonusu). Mam na myśli Just Can’t Get Enough – jako zamiennik grany w czasie drugiej nocy – a setlista nie sięgała dalej, niż do Construction Time Again. Jednak to, co uderza najbardziej, to fakt, iż szykując trasę promująca Construction Time Again zespół właściwie grał set składający sie z dwóch płyt Speak & Spell i Construction Time Again. Podobnie było w przypadku Some Great Reward Tour. W przypadku obu tras A Broken Frame zostało sprowadzone jedynie do dwóch utworów. Na Construction Time – See You [47] i The Meaning Of Love [47], a na  Some Great Reward Tour – See You [79] i Leave In Silence [83].

Już w trakcie trasy A Broken Frame zespół pozbył się numeru z tej płyty i zamienił to na kawałek z poprzedniej płyty. Było to dosyć niezwykłe posunięcie, jak na koncerty, gdzie promowano konkretny album. W następnych latach zespół raczej prowadził politykę wywalania z setu, niż takiej zamiany jaka miała miejsce w przypadku trasy A Broken Frame. Właściwie między rokiem 1986, a 2006 nie pojawiło się na koncertach nic z tego albumu.

Dlatego w finale z pełnego zapisu w Londynie 1982.10.25 dostaliśmy jedynie płytę koncertową w odcinakach… (trzech) i masę wycieków w postaci bootlegów. Myślę, że zespół chciał odzyskać choć część kosztów poniesionych na rejestrację tego koncertu. Stąd decyzja na limitowanie (numerowanie) 3-kolorowych bliźniaków zarówno na winylu, jaki potem na CD.

depeche MODE// 1982.10.25 Londyn
depeche MODE// 1982.10.25 Londyn

Mówi się, że na wydanie debiutanckiego albumu ma się całe życie, na wydanie drugiej płyty zespół ma jedynie kilka miesięcy. A Broken Frame była w oczach zespołu słabą płytą, szalone tempo wydawania płyt i koncertowanie, oraz decyzja o niezapraszaniu Alana do pracy w studio przy A Broken Frame zemściło się brakami w produkcji i aranżacji utworów.

Myślę jednak, że w owym czasie była to niewielkie poświęcenie za cenę corocznego postępu i rozwoju zespołu na drodze do stania się wielką gwiazdą światowej rangi. Redukując oczekiwania wydawnicze zespół nabywał spore elastyczności w byciu tam, gdzie nie mógł być ze względu na obstrukcję radia, TV oraz prasy muzycznej. Użył patentu na zdobycie sławy wbrew mediom stając się największym towarem eksportowym Brytyjczyków na przekór im samym.

Koncert z Barcelony – drugie podejście

Obejrzałem raz i nie mogę pozbyć się wrażenia, że to najlepiej w historii DM zrobiony…. fanowski bootleg – napisał ktoś na forum depeszowskim. Ja tym czasem mam za sobą drugie podejście do tego koncertu, tym razem zmiana sprzętu i formatu ukazały ten koncert od nieco innej strony. Aaaa i trochę dygresji o fuck-upach też będzie.

Odczekałem tydzień i w z góry umówionym miejscu wybrałem się na ponowny ogląd i odsłuch ‚Live In Barcelona‚. Podstawowa moja impresja, to fakt, że mam lepsze zdanie o tym koncercie, niż po pierwszym razie. Mało razy tak mam, ale tym razem tak jest. Uważam, że koncert zyskał przy bliższym poznaniu. Wszelkie jojczenie, że jest słabo jakoś tak zbladły, nawet tych licznych rozmyć jakoś nie widziałem aż tak wiele. Właściwie to został tylko jeden mankament, który raził baaardzo… to bieda sceny przy dalekich planach. Pisałem o tym w poprzednim tekście, więc nie będę teraz się rozwodził zbytnio. Podobają mi się patenty z fotograficznym eksponowaniem detali. Scena, gdy Martin śpiewa uchwycony, gdzieś przez szczelinę Christianowych garów łapie za serducho. Oczywiście są pewne niedoróbki (o tym później), ale te minusy nie przysłaniają mi plusów – że tak sparafrazuję klasyka.

Co się takiego stało, że napisałem powyższe słowa? Odpowiedź jest prosta. Obejrzałem ten koncert w formacie Blu-ray. DVD do BR ma się jak pięść do nosa. Materiał ostry i pokazuje zespół zupełnie inaczej, niż odchodzący z oporami format DVD. Zaskoczenie jest tym większe, gdy zestawimy rejestracje z Barcelony w tym formacie z zapisami występów w Paryżu i Mediolanie. Wydawać by się mogło, że gradacja w jakości, w przypadku DVD powinna być taka: 1. Barcelona, 2. Mediolan, 3. Paryż. Tym czasem to właśnie Barcelona zalicza ostatnie miejsce na pudle pod względem jakości obrazu. Gdyby za koncert uznać jeszcze 101 i dodać do tego Devotionala z lat 90. to pozycja Barcelony tylko by się obniżała. Zauważę niechcący, że zarówno Paryż, jak i Mediolan były nagrywane w swoim czasie cyfrowo, z myślą po wydaniu ich w HD za czas jakiś przy okazji reedycji tytułów. Zachodzi pytanie, co więc takiego się stało, że się zesrało?

Odpowiedź mogła być tylko jedna, celowa robota. Nie żebym miał na myśli jakiś spisek cyklistów i górali ze wzgórz Synaj. Nie mniej jednak ciężko nie zauważyć, że wszystko co najlepsze pod względem jakości wsadzono na BR, a DVD poszło baaardzo biednie. Dźwięk Doldby Digital (o ile jest to ważne dla kogoś, bo muzyki powinno się słuchać w stereo i nic więcej), a obraz, żenada. 9-letni Paryż to przy tym żyleta.

091107_Mannheim_11Ktoś tam na górze pogłówkował i wykombinował, że jak obniży jakość DVD, to zmusi się ludzi to tego, żeby po załamce nad DVD polecieli do sklepu i wywalili parę klocków na odtwarzacz, po czym szybko zakupili Barcelonę na innym nośniku. Patent jest o tyle perfidny, że żeby mieć wszystko, czyli obraz żyleta i wszelkie bonusy trzeba mieć co najmniej zestaw BR + 1 DVD/2CD inaczej jest ból.

W tym momencie ciśnie się na usta pytanie po jaką cholerę takie zagranie?Częściowo już odpowiedziałem na to powyżej. Ponieważ format BR opornie się przyjmuje na rynku, główną zaporą jest cena i potrzeba wymiany praktycznie całego sprzętu domowego na nowy. Zakup tylko jednego z elementów jest tu tylko zabiegiem połowicznym. Porównano kiedyś czas w jakim upowszechniał się standard DVD i jak szybko wyparł format VHS vs. podobna sytuacja odnośnie DVD i BR. Póki co BR ma spore opóźnienie.

Ludzie nie czują wielkiej potrzeby, że by przechodzić z formatu na format, no więc takimi parszywymi trickami, jak w przypadku omawianej tu Barcelony zniechęca się ludzi do wydawania pieniędzy na DVD.

Jeżeli format BR nie upowszechni się w określonym czasie, to istnieje spore zagrożenie, że nie zrobi tego wcale, ponieważ co raz większa dostępność szybkich łączy sprawia, że ludzie będą rezygnować z fizycznych formatów na rzecz dystrybucji cyfrowej. Są tacy, co zyskają, są tacy co stracą. Rzecz idzie o nasze dusze, a raczej portfele. Wielcy tego świata, jak Steve Jobs sugerują odejście formatu BR, wtóruje mu Microsoft ,ale ja mogę wskazać całkiem sporo powodów dla których warto trzymać nośnik na półce. Ostatnie badania pokazują, że sytuacja jest 50/50. To tyle tytułem dygresji…

Na początku tego tekstu przytoczyłem cytat Yaro_, o tym, że jest to najlepiej wydany bootleg w historii. Bo rzeczywiście to prawda, odnosi się ona do wersji DVD. Po obejrzeniu koncertu w tej wersji, nie trudno było oprzeć się wrażeniu, że domorośli twórcy tzw. multicamów są w stanie pochwalić się lepszymi wynikami.

Rozmawiając z Krzychalem w czasie drogi do Łodzi na zlot jedna z konkluzji była taka, że fani jedyne czym nie dysponują na koncertach to możliwością prowadzenia długich ujęć ponad głowami oglądających. Gdzie kamery przemierzają hale w szerz i wzdłuż. Wszystkie inne efekty zastosowane przy kręceniu tego koncertu zostały żywcem „zerżnięte” z fanowskich produkcji. Stąd mój tytuł poprzedniego posta, że Barcelona to koncert czasów You Tube. Powstaje pytanie, czy tego oczekiwaliśmy po tzw. profesjonalnej rejestracji. Szok przeżywają ci, co oczekiwali, że koncert zostanie zagrany i nagrany w 100% pod wymogi wydania materiału na DVD/BR. Tym czasem nagranie zostało zrealizowane jakby kamery były tu tylko gośćmi, jakby ekipa starała się nie przeszkadzać w oglądaniu koncertu przez przybyłą publikę. Okazuje się, też, że fani wychowani na nagraniach realizowanych przez TV, gdzie kamery stoją przed publicznością i oswojeni z tą estetyką, nagle dowiadują się, że sposób w jaki fani kręcą filmy partyzancko na koncertach został podniesiony do rangi sztuki. Coś, jak w historii, gdzie chłop dowiedział się, że prozą gada, co jest jedną z form sztuki.

090613_Munich_15Taperzy, którzy kręcą koncerty na swoich kamerkach, a potem robią z tego multicamy mają swoje ograniczenia. Głównie w zakresie kręcenia długich ujęć. Jak by z musu muszą ciąć i szatkować obraz, bo inaczej pojawiają się wspominane w poprzednich postach galarety itp sprawy. Reżysera Barcelony nic nie ograniczało, więc postanowił wziąć sprzęt za parę baniek i nakręcić bootleg, z tą różnicą, że nie bawił się w szatkowanie, a jedynie dokumentował maksymalnie długimi ujęciami wydarzenia na scenie. Oczywiście tu i tam przedobrzył, w paru miejscach przegiął z blurem i rozmyciami oraz nie tam, gdzie trzeba uciął ładnie prowadzone ujęcia, ale generalnie jest dobrze. Dzięki temu nagraniu dowiedziałem się wielu interesujących, dla mnie nowych, sposobów na pokazanie zespołu. A to jest bardzo dobrze… jestem co raz mniej zawiedziony tym tytułem.

Na koniec coś o wspomnianych fuck-upach. Oczywiście są. Błędy montażu wymuszone brakiem materiału, albo naiwnością, że nikt tego nie zauważy.

Najszerzej już opisany fragment to znikający szalik na szyi Dave’a w rejestracji Walking In My Shoes [104] z prób w Nowym Jorku. Zaczyna to być już tak legendarny fuck-up, jak wędrujący po klacie i plecach łańcuszek Dave na One Night In Paris.

Druga wpadka montażowa, to scena, gdy Dave wraca na scenę po Home [88]. Podchodzi do Martina, a ten trzyma w ręku gitarę, na której na tej trasie grał Miles Away/The Truth Is [67], tym czasem za chwilę w kolejnym ujęciu widzimy Martina przygotowanym do zagrania Come Back [35] z prostokątną gitarę. Ewidentnie ujęcie wzięte z nie tej nocy, co trzeba.

Koncert z Barcelony – wideo czasów You Tube

Nie wiem, czy jest potrzebny wstęp, ale napiszę w kwestii wyjaśnienia, że nie jest to typowa, klasyczna recenzja, a raczej zapis myśli jakie mnie nachodziły, gdy oglądałem ten koncert.

In Chains

091107_Mannheim_00Właściwie jedyny moment, gdzie w 100% uzasadnione są wszelkie rozmycia, zasłaniające zespół ręce, dalekie plany. Ten moment wypada właśnie na początku koncertu. Tu rozmycia i ręce tworzą idealną kurtynę zasłaniającą zespół. Całe In Chains [102] jest dla mnie idealnie sfilmowane. Publiczność i kamera tworzą idealną kurtynę dla tego utworu.

Wrong

091107_Mannheim_01Całkowicie stracony numer. Obraz ciągnie i spowalnia i tak wolno zagrany numer. Szybszy montaż po 100kroć uratował by ten numer.

Hole To Feed

090612_Frankfurt_03Ludzie wychowani ma współczesnym szybkim montażu, skrótowości, będą zawiedzeni. Ten numer nijak nie jest podobny do tego, co można było zobaczyć na trasie. Zupełnie inne spojrzenie na ten utwór.

Walking In My Shoes
depeche MODE w Łodzi 2010.02.10 (002)
depeche MODE w Łodzi 2010.02.10 (002)

Pierwszy stary numer tej trasy. Patrząc na niego powoli dochodzę do przekonania, że już wiem co boli ten koncert. To scena, jej małość. To nie koncert daje ciała, a scena. w 17:10, kiedy kamera robi najazd na scenę z lewego, dolnego rogu aż prosi się, żeby po bokach sceny stały dodatkowe, boczne ekrany. Przy takim kadrowaniu obrazu, gdzie publika sprawia wrażenie rozlewającej się na boki, tylko jeden środkowy ekran z morzu czerni wygląda biednie.

Dave jest notorycznie kadrowany w planie amerykańskim, chyba po to, żeby nie pokazywać monitorów i promptera.

It’s No Good

091107_Mannheim_10To jest wideo, gdzie obraz nie jest niewolnikiem muzyki. Nie ma montażu pod stopę, czy bas. Tu obraz opowiada własną historię, w którym muzyka jest dopełnieniem, a nie fetyszem wg którego łamie się i dekonstruuje oglądany świat.

Obraz snuje się, leniwie zmienia kąty patrzenia. Tu obraz ma na wszystko czas. Jakby wbrew krótkości, przyziemności, wbrew połamaności współczesnego świata. To jest wideo 50-latków, ludzi którzy już nie muszą się nigdzie śpieszyć, oni już nic nie muszą. Oni już zrobili swoje w historii muzyki. It’s No Good [102] jest najwolniejszym  montażem w całej produkcji.

A Question Of Time

090610_Berlin_06Ujęcia zza sceny są świetne, ale bęcki należą się reżyserowi za ucięcie świateł pełzających po publice. Tu aż się prosiło o przytrzymanie tego efektu dłużej. Te pełzające światła są doskonałym intrem do startu takich numerów jak Never Let Me Down Again [104], A Question Of Time [102] itp. O ile przy innych numerach można mieć pretensje za rozlazłość  w przypadku tych fragmentów koncertu brak pociągnięcia obrazu długim pędzlem białych świateł jest aż nadto widoczny.

Czasami mam wrażenie, że reżyser zobaczył koncert po raz pierwszy dopiero po wstępnym montażu. Zbyt wiele miejsc jest za wcześnie uciętych, a w innych momentach ujęcia prowadzone są tak jakby czas się nie liczył.

Precious

090610_Berlin_07Słuchając tego numeru aż złapałem się za głowę, ale tak to jest, gdy publika jest doklejana do reszty utworu z finezją godną słonia. W momencie, gdy publika dośpiewuje swoje aż nadto słychać, że jest nienaturalnie za głośna w stosunku do reszty utworu. Na tym utworze jest najwięcej, jak dotąd, zbliżeń Dave’a na tym koncercie.

Fly On The Windscreen
Fly On The Windscreen 2009.09.12 Frankfurt
Fly On The Windscreen 2009.09.12 Frankfurt

Na CD niestety słychać to samo, drażniący, wyseparowany wokal Martina. Nie brzmi on, jak dopełnienie wokalu Dave’a, ale jest miejscami w dużej kontrze do niego. Miejscami głos Marta przekrzykuje główny wokal, co znowu brzmi bardzo nienaturalnie w stosunku do reszty muzyki. Po raz kolejny drażni zbyt duże echo tego koncertu. Na CD da się to wyczuć właściwie od Walking In My Shoes [104] do końca koncertu. Znowu wrażenie bycia w hali zostało przedobrzone. Dla mnie jest to taki hangarowy pogłos, który można dodać w ustawieniach wielu tanich wieżyczek, aby sprawić wrażenie pseudo przestrzeni. Nie tędy droga.

Home

090610_Berlin_10Im dłużej oglądam ten koncert, tym bardziej dochodzę do przekonania, że za reżyserkę wziął się kolejny fotograf z silnymi manierami bycia oryginalnym. Każdy fotograf szuka niesztampowego kadru, który pozwoli mu się wyrwać z zalewu małpofotografii. Ten koncert posiada wiele ujęć, które zatrzymane na chwilę stają się świetnymi fotografiami. Kiedy, na chwilę zatrzymamy się na klatce w której Peter Gordeno jest ujęty jedynie od kolan do pasa i widać tylko jego grające ręce na parapecie, a Martin na drugim planie, lekko rozmyty też w 3/4 kamery dyryguje publiką, to mamy interesująco skomponowaną fotografię. Ten koncert pełen jest ujęć postaci na przestrzał przez instrumenty, statywy, pełno zabawy głębia ostrości w fotografii takie kadry były by uznane za co najmniej interesujące. Na filmie nie wygląda już tak dobrze za 30-którymś razem.

Policy Of Truth
depeche MODE w Łodzi 2010.02.10 (002)
depeche MODE w Łodzi 2010.02.10 (002)

Jakby na obronę kręconego obrazu nie można nie wspomnieć o pewnym istotnym fakcie. Mam na myśli ekran. Do filmowania to jest koszmar. Tysiące ledów skutecznie zniszczyły niejednemu fanowi zdjęcie podczas tej trasy. Złapanie ostrości na tle tej konstrukcji w takich warunkach, jak koncert graniczyło wiele razy z cudem. Nie dziwię się, że kamery unikały filmowania na wprost. Dlatego wiele mamy ujęć z boku, z dołu sceny, zza pleców itp. spraw. Policy Of Truth [100] jest książkowym przykładem walki z kamery z ekranem.

I Feel You

091107_Mannheim_12Częste filmowanie z boku i z tyłu sceny sprawia, że kamery nie przeszkadzają w oglądaniu koncertu zgromadzonej publice. Nie ma tu statywów z kamerami filmujących na Dave’a wysokości zasłaniających Dave’a. Nie ma kamerzystów nachalnie biegających po scenie, wałczących o dobre ujęcie. Nagrywając ten koncert pamiętano, że jest to przede wszystkim występ dla tych, co zapłacili i przyszli na koncert. Tu nie rządzi TV pod prawa której cały szoł jest ustawiony. Tu kamera jest gościem filmując z tyłu, z tłumu, jakby ukradkiem.

Behind The Wheel

091107_Mannheim_16Nie ma co się oszukiwać, ani Paryż, ani Milan, ani Frankfurt / Barcelona / Lievin z 1993 nie wyglądały jak zwykłe koncerty. W każdym z nich napakowano ekstra oświetlenie, nagłośnienie itp sprawy. Tym razem koncert z Barcelony mamy nagrany tak, jakby depeche MODE grało tak co noc. To równie dobrze mógłby być zapis każdego innego miasta. Fani dostali koncert z perspektywy ludzi na płycie i ukradkiem chwycone ujęcia gdzie wśród trybun. Często tak, jak fani widzą występy gwiazd na koncertach walcząc między sobą o wycinek widoku na scenę…

Tu należy szukać odpowiedzi dlaczego ten koncert jest, jaki jest. To nie jest koncert dla pikników, oni będą zawiedzeni… i dobrze. To jest koncert skupienia na detalu. To jest koncert, jaki w urywkach wielu może zobaczyć po powrocie z koncertu w swoich telefonach i komputerach na You Tube.

Koncert ery You Tube, koncert z ujęciami, jakich tysiące można zobaczyć na necie – filmowanie przez las rąk (to ci co na płycie stoją). Dalekie plany – takie filmiki kręcą fani stojący gdzieś na dalekich trybunach, kto odwiedził na tej trasie Monachium 2009.06.13, albo Berlin 2009.06.10, ten wie o czym mówię. Sporo nieostrości, znają to wszyscy walczący na tej trasie z ledowym ekranem, słabością optyki swoich idioto-odpornych aparatów. Do pełni szczęścia brakuje jeszcze galarety na ekranie i szukania sceny przez wyciągniętą i drżącą rękę już z włączonym nagrywaniem. Znamy to wszystko bardzo dobrze. Tu dostaliśmy to wszystko za jednym zamachem tyle, że kręcone sprzętem za miliony baksów. Na siłę starano się ominąć ograniczenia sceny i jednocześnie przekuć je na atuty. Chciano pokazać koncert z pozycji fanów tak, jak oni to oglądają przez wizjery swoich aparatów, kamer i telefonów. Chciano pozwolić zespołowi obronić się na scenie, a nie szprycować koncert botoksem w postaci szybkich i przekombinowanych montaży rodem z poprzedniego DVD. Czy się to udało? Tego jeszcze nie umiem powiedzieć. Wiem jedno do ukochanego Devotionala Barcelonie daleko.

Czy okładka do SOTU to plagiat?

A może po prostu jest wtórna. Długo się zastanawiałem czy ruszyć ten temat i nadal nie wiem czy jest to dobra decyzja. Tekst powstawał przez 3 miesiące, to kasowałem go, to znowu pisałem. Jednak postanowiłem o tym napisać i podzielić się z Wami wątpliwościami. Co jakiś czas pojawiają się kolejne wątpliwości nt oryginalności okładki do Sounds Of The Universe. Zebrałem je razem w poniższym tekście.

Pierwsza informacja o braku oryginalności okładki pojawiła się szybko po premierze okładki. Fani szybko wyszukali plan moskiewskiego metra, który mocno przypominał samą okładkę, oraz różne grafiki około okładkowe towarzyszące wydawnictwu. Nawiązanie było aż nad to czytelne.

russia01.JPG

SOTU box deluxe
SOTU box deluxe

Szczególnie zastanawiającą jest „autorska” grafika w trzecim rzędzie od lewej stronie. Dla porządku należy dodać, że nie jest to grafika autorstwa Antona, o czym świadczy stosowna informacja na kopercie.

Powyższe analogie są jakby jeszcze do łyknięcia, choć są bardzo zastanawiające. Dużo do myślenia dała mi jednak wizyta na stronie pewnej agencji reklamowej z Hiszpanii. Klikając na adres: guiacreativity.com wejdziemy na stronę hiszpańskiej agencji, która w 2005 roku przygotowała dla władz regionu Galicia koncepcję znaku graficznego promującego ten region.

Na stronie można przeczytać następującą informację o całym koncepcie:

Bajo el título de “Galicia, camiños de concordia”, la Xunta de Galicia desarrollará durante el año 2005 un ambicioso programa cultural que mantenga y consolide el interés suscitado por Galicia gracias al Xacobeo 2004. El símbolo representa los ocho caminos de Santiago en Galicia, ocho trazos dispuestos geométricamente como una estrella. Los ocho trazos rectilíneos, organizados a pares, expresan el cruce de caminos. Por una parte, es una red por la que se propagan y comparten libremente culturas, opiniones o pensamientos. Por otra parte, representa una encrucijada: la de la sociedad contemporánea que reflexiona sobre la fortaleza de sus valores fundamentales (la tolerancia, la libertad, la solidaridad…) para afrontar los retos o dificultades de un mundo cada vez más complejo.

Kto chce sobie przetłumaczyć ten tekst zapraszam. W skrócie tekst traktuje o tym, jakie były drogi dojścia do koncepcji znaku graficznego. Czym są poszczególne linie, jakie maja one przełożenie geograficzne i kulturowe regionu Galicja.

Kolejny przykład znajdziemy na stronie Permuy Asociados, a następnie wybrać „Caminos de Concordia” w menu Identidade Corporativa.

Galicia, Camiños de Concordia
Galicia, Camiños de Concordia

Analiza plików w programach graficznych pokazują, że aktualizacje nt tego projektu pochodzą z… 2008 roku, a nie z 2005. Pewien amerykański fan na liście BONG, tak tłumaczy temat wieku plików na powyższej stronie:

I downloaded the pictures, opened them in Photoshop, viewed File Info, and apparently they were made „07.03.2008 13:56:15” / „20.06.2008 10:32:18” with „Adobe Photoshop CS2 Macintosh”… not 2005

No właśnie można to rozumieć na wiele sposobów, również tak, że te wersje plików powstały w 2008 na potrzeby strony z innych wcześniejszych oryginałów. W każdym razie na pewno wcześniej lub równolegle z pracami nad oprawą graficzną do Sounds Of The Universe i wszelkimi pochodnymi.

Konkludując, można w złej wierze upierać się, że okładka Sounds Of The Universe  to plagiat. Ja jednak tak nie uważam. Mamy tu raczej sporo cytatów z różnych prac i motywów powstałych wcześniej. Oczywiście nie świadczy to najlepiej o samym koncepcie powstania  okładek do Sounds Of The Universe, nie mniej chyba jeszcze jednak nie przekracza cienkiej linii za którą jest już tylko słowo plagiat, czy kradzież własności intelektualnej.

Można dyskutować o jakości i poziomie ostatnich okładek Holendra, ale paradoksalnie właśnie taka okładka pełna cytatów i zapożyczeń jest dla mnie idealnym dopełnieniem samego albumu, który jest zbiorem cytatów i odnośników na wielu poziomach zgłębiania tej płyty do tego co już było w muzyce. Zarówno pod względem brzmień, doboru instrumentów. Taka wtórność „dzieła może świadczyć o tym, że Anton się „kończy”, a może był to celowy zabieg wkomponowania się w zawartość płyty. Do końca tego nie zgadniemy, ale o tym kiedyś jeszcze napiszę więcej…

Na deser proponuję obejrzeć filmik, na którym Anton w holenderskiej TV opowiada o tworzeniu okładek do Sounds Of The Universe i innych aspektach kolaboracji z depeche MODE.