Work Hard jest jak Yetti

Są utwory w historii zespołu, które mają w sobie jakąś tajemnicę. Jedne zyskały ją na etapie powstawania inne stały się zagadkowe w toku późniejszych wydarzeń. Takim utworem jest Work Hard, utwór który z założenia nie miał mieć w sobie nic specjalnego, po za faktem, że skomponował go Alan. Tym czasem Work Hard stało się swoistym koncertowym Yetti, wszyscy mówią o tym, że był grany, ale dowodu na to nie ma żadnego.

Nie, nie chodzi o odkrycie jakiejś nieznanej wersji tego utworu… choć w sumie tak. Chodzi o koncertową wersję tego kawałka z Construction Tour 1983/1984. Jedyny dźwiękowy ślad po tym utworze znajduje się na bootleg z Glasgow 1983.09.20, gdzie po Just Can’t Get Enough [50] słychać dźwięk przypominający pierwszą nutę z tego utworu. Ten ślad, jest jak jedyny odcisk stopy Yetti na śniegu, albo, jak zabawa w program „Jaka to melodia?„.

Choć i w tym przypadku nie ma 100% pewności. Nie pasuje kilka rzeczy w tej hipotezie. depeche MODE nigdy nie dawało utworu z aktualnie promowanej płyty na bis, a o b-side już nie wspomnę.

Po za tym może to być równie dobrze dźwięk spięcia się sprzętu lub upadek mikrofonu na podłogę. Nie było, to takie niecodzienne we wczesnych latach koncertowania, gdy sprzęt często grał na plaster i wysypywał się w najmniej oczekiwanym momencie.

Oczywiście są też argumenty za tym, że ten utwór jednak był grany na żywo. Niestety śledztwo ma jedynie charakter poszlakowy. Z wyjątkiem domniemanego śladu na bootlegu wszystkie inne znaki to poszlaki.

Hammersmith Odeon 1983
Hammersmith Odeon 1983

Wspomniany powyżej ślad pochodzi z koncertu w Glasgow 1983.09.20. Był to 11 koncert na tej trasie zespołu. Z początkowego etapu trasy, do tego koncertu zachował się jedynie koncert z Bristol 1983.09.12, czyli koncert nr 4. Niestety zapis tego koncertu ma jedynie 13 utworów. Późniejsze zapisy, to Brighton 1983.09.13 [koncert nr 5], oraz Edynburg 1983.09.19 [koncert nr 10]. żaden z zapisów tych koncertów nie jest pełny, na żadnym nie ma Work Hard. Zanim jednak przejdę do dalszych rozważań krótka dygresja.

Nagrania CTA trwały przez 3 miesiące maj / czerwiec / lipiec, zespół zrobił jedynie krótką przerwę na koncert w Shuttorf 1983.05.28. W kwietniu i maju zespół dopiero zaczął ustalać trasę na jesień. Do publicznej wiadomości zostały podane jedynie miasta po miesiącach. Na potrzeby tego wpisu ograniczę się jedynie do kilku przykładów z września -> Belfast, Dublin, Brighton, Southampoton…

Czerwiec przyniósł ogłoszenie trasy koncertowej. Jednak porównując ponownie z finalną trasą mamy różnicę 2 koncertów. Po wyprzedaniu się dwóch koncertów w Londynie, został dodany 3 koncert w tym mieście – 8 października.

Oficjalne rozpoczęcie trasy zaplanowano na koncert w Dublinie 1983.09.09, ale jak to z późniejszej historii zespołu wiemy Panowie lubią dodawać koncerty rozgrzewkowe… Tym mianem został określony koncert w Hitchin 1983.09.07. I tu kolejna dygresja…

Zespół nagrywał płytę do lipca 1983 roku, następnie zaczął promocję nowego singla, a następnie albumu. Na początek sierpnia zostały zaplanowane wakacje. Czwartego sierpnia Dave i Jo wylecieli na Wyspy Kanaryjskie, a powrót zapowiedziano na 18 sierpnia. W tym samym czasie Annie (ówczesna dziewczyna Martina, a za chwilę ex) przestała wspierać Jo w prowadzeniu Information Sheets. Powód podano jako osobisty… czytaj jw.

Ok 20 sierpnia depeche MODE jadą właśnie do Hitchin, gdzie zaczynają próby przed trasą. Stąd decyzja o zagraniu próbnego koncertu, dla garstki fanów właśnie w tym miasteczku. Informacja o tym fakcie zostaje podana w sierpniu na miesiąc przed startem trasy.

Przeskakujemy o kilka miesięcy, trasa trwa w najlepsze. Mamy listopad, na prośbę fanów opublikowana zostaje setlista w listopadowym biuletynie IS. Oto ona:

Everything Counts
Now, This Is Fun
Two Minute Warning
Shame
See You
Get The Balance Right!
Love, In Itself
Pipeline
The Landscape Is Changing
And Then…
Photographic
Told You So
New Life
More Than A Party
The Meaning Of Love
Just Can’t Get Enough
Boys Say Go! / Work Hard

Później ta informacja zostaje powtórzona w grudniowym biuletynie, również z Work Hard na bis, jako zamiennik do Boys Say Go! [47]

Jeżeli ktoś z Was, czytających zastanawia się po co te dygresje, to już wyjaśniam.

1. Uważam, że jeżeli Work Hard zostało zagrane, to był to jeden z pierwszych koncertów na trasie np Hitchin 1983.09.07, lub kolejny.

2. Na prośbę fanów Jo publikuje setlistę, którą mogła dostać od Dave’a lub któregoś z reszty zespołu, lub jakiegoś technicznego. Była to setlista ze spisem wariacji na całą trasę. Być może taki był plan i tylko zostało na planach lub po jednym z pierwszych koncertów zespół zaprzestał grania.

10560453_773351642771766_1499491888392071826_o3. Jo od pewnego momentu przeprasza w biuletynach za opóźnienia, błędy i nieścisłości. Zespół stawał się co raz bardziej znany, co a tym idzie obsługa fanów zajmowała co raz więcej czasu. Jednocześnie z teamu odchodzi Anne. Pojawienie się Work Hard może równie dobrze być błędem ludzkim.

4. Za tym, że jednak ten utwór był zagrany świadczy jeszcze jedna poszlaka. Wspominałem, że ów dźwięk kojarzony z Work Hard pojawia się właśnie po Just Can’t Get Enough [50], czyli tej nocy było właśnie to „lub Work Hard„. Bootleg z koncertu w Glasgow 1983.09.20 niestety nosi ślady cięcia, co w końcówce dobrze słychać. Od ostatniego dźwięku Just Can’t Get Enough [50], do uszu dochodzi wiele niesprecyzowanych dźwięków. W tym domniemane pierwsze uderzenia werbla z Work Hard, po czym następuje szybkie pożegnanie.

Ta trasa posiada jeszcze kilka mało znanych ciekawostek… ale o tym w następnych odcinkach.

P.S. 2011.05.30. Alan Wilder wystawił na aukcję pamiątki z czasów swojej kariery w depeche MODE. Wśród nich znalazły się notatki dot trasy Construction na których można znaleźć informację o Work Hard był granym na tej trasie. Tym samym potwierdził istnienie koncertowej wersji tego utworu. Więcej o tym napisałem w artykule pt. Work Hard jednak to nie Yetti.

Koncert z Barcelony – drugie podejście

Obejrzałem raz i nie mogę pozbyć się wrażenia, że to najlepiej w historii DM zrobiony…. fanowski bootleg – napisał ktoś na forum depeszowskim. Ja tym czasem mam za sobą drugie podejście do tego koncertu, tym razem zmiana sprzętu i formatu ukazały ten koncert od nieco innej strony. Aaaa i trochę dygresji o fuck-upach też będzie.

Odczekałem tydzień i w z góry umówionym miejscu wybrałem się na ponowny ogląd i odsłuch ‚Live In Barcelona‚. Podstawowa moja impresja, to fakt, że mam lepsze zdanie o tym koncercie, niż po pierwszym razie. Mało razy tak mam, ale tym razem tak jest. Uważam, że koncert zyskał przy bliższym poznaniu. Wszelkie jojczenie, że jest słabo jakoś tak zbladły, nawet tych licznych rozmyć jakoś nie widziałem aż tak wiele. Właściwie to został tylko jeden mankament, który raził baaardzo… to bieda sceny przy dalekich planach. Pisałem o tym w poprzednim tekście, więc nie będę teraz się rozwodził zbytnio. Podobają mi się patenty z fotograficznym eksponowaniem detali. Scena, gdy Martin śpiewa uchwycony, gdzieś przez szczelinę Christianowych garów łapie za serducho. Oczywiście są pewne niedoróbki (o tym później), ale te minusy nie przysłaniają mi plusów – że tak sparafrazuję klasyka.

Co się takiego stało, że napisałem powyższe słowa? Odpowiedź jest prosta. Obejrzałem ten koncert w formacie Blu-ray. DVD do BR ma się jak pięść do nosa. Materiał ostry i pokazuje zespół zupełnie inaczej, niż odchodzący z oporami format DVD. Zaskoczenie jest tym większe, gdy zestawimy rejestracje z Barcelony w tym formacie z zapisami występów w Paryżu i Mediolanie. Wydawać by się mogło, że gradacja w jakości, w przypadku DVD powinna być taka: 1. Barcelona, 2. Mediolan, 3. Paryż. Tym czasem to właśnie Barcelona zalicza ostatnie miejsce na pudle pod względem jakości obrazu. Gdyby za koncert uznać jeszcze 101 i dodać do tego Devotionala z lat 90. to pozycja Barcelony tylko by się obniżała. Zauważę niechcący, że zarówno Paryż, jak i Mediolan były nagrywane w swoim czasie cyfrowo, z myślą po wydaniu ich w HD za czas jakiś przy okazji reedycji tytułów. Zachodzi pytanie, co więc takiego się stało, że się zesrało?

Odpowiedź mogła być tylko jedna, celowa robota. Nie żebym miał na myśli jakiś spisek cyklistów i górali ze wzgórz Synaj. Nie mniej jednak ciężko nie zauważyć, że wszystko co najlepsze pod względem jakości wsadzono na BR, a DVD poszło baaardzo biednie. Dźwięk Doldby Digital (o ile jest to ważne dla kogoś, bo muzyki powinno się słuchać w stereo i nic więcej), a obraz, żenada. 9-letni Paryż to przy tym żyleta.

091107_Mannheim_11Ktoś tam na górze pogłówkował i wykombinował, że jak obniży jakość DVD, to zmusi się ludzi to tego, żeby po załamce nad DVD polecieli do sklepu i wywalili parę klocków na odtwarzacz, po czym szybko zakupili Barcelonę na innym nośniku. Patent jest o tyle perfidny, że żeby mieć wszystko, czyli obraz żyleta i wszelkie bonusy trzeba mieć co najmniej zestaw BR + 1 DVD/2CD inaczej jest ból.

W tym momencie ciśnie się na usta pytanie po jaką cholerę takie zagranie?Częściowo już odpowiedziałem na to powyżej. Ponieważ format BR opornie się przyjmuje na rynku, główną zaporą jest cena i potrzeba wymiany praktycznie całego sprzętu domowego na nowy. Zakup tylko jednego z elementów jest tu tylko zabiegiem połowicznym. Porównano kiedyś czas w jakim upowszechniał się standard DVD i jak szybko wyparł format VHS vs. podobna sytuacja odnośnie DVD i BR. Póki co BR ma spore opóźnienie.

Ludzie nie czują wielkiej potrzeby, że by przechodzić z formatu na format, no więc takimi parszywymi trickami, jak w przypadku omawianej tu Barcelony zniechęca się ludzi do wydawania pieniędzy na DVD.

Jeżeli format BR nie upowszechni się w określonym czasie, to istnieje spore zagrożenie, że nie zrobi tego wcale, ponieważ co raz większa dostępność szybkich łączy sprawia, że ludzie będą rezygnować z fizycznych formatów na rzecz dystrybucji cyfrowej. Są tacy, co zyskają, są tacy co stracą. Rzecz idzie o nasze dusze, a raczej portfele. Wielcy tego świata, jak Steve Jobs sugerują odejście formatu BR, wtóruje mu Microsoft ,ale ja mogę wskazać całkiem sporo powodów dla których warto trzymać nośnik na półce. Ostatnie badania pokazują, że sytuacja jest 50/50. To tyle tytułem dygresji…

Na początku tego tekstu przytoczyłem cytat Yaro_, o tym, że jest to najlepiej wydany bootleg w historii. Bo rzeczywiście to prawda, odnosi się ona do wersji DVD. Po obejrzeniu koncertu w tej wersji, nie trudno było oprzeć się wrażeniu, że domorośli twórcy tzw. multicamów są w stanie pochwalić się lepszymi wynikami.

Rozmawiając z Krzychalem w czasie drogi do Łodzi na zlot jedna z konkluzji była taka, że fani jedyne czym nie dysponują na koncertach to możliwością prowadzenia długich ujęć ponad głowami oglądających. Gdzie kamery przemierzają hale w szerz i wzdłuż. Wszystkie inne efekty zastosowane przy kręceniu tego koncertu zostały żywcem „zerżnięte” z fanowskich produkcji. Stąd mój tytuł poprzedniego posta, że Barcelona to koncert czasów You Tube. Powstaje pytanie, czy tego oczekiwaliśmy po tzw. profesjonalnej rejestracji. Szok przeżywają ci, co oczekiwali, że koncert zostanie zagrany i nagrany w 100% pod wymogi wydania materiału na DVD/BR. Tym czasem nagranie zostało zrealizowane jakby kamery były tu tylko gośćmi, jakby ekipa starała się nie przeszkadzać w oglądaniu koncertu przez przybyłą publikę. Okazuje się, też, że fani wychowani na nagraniach realizowanych przez TV, gdzie kamery stoją przed publicznością i oswojeni z tą estetyką, nagle dowiadują się, że sposób w jaki fani kręcą filmy partyzancko na koncertach został podniesiony do rangi sztuki. Coś, jak w historii, gdzie chłop dowiedział się, że prozą gada, co jest jedną z form sztuki.

090613_Munich_15Taperzy, którzy kręcą koncerty na swoich kamerkach, a potem robią z tego multicamy mają swoje ograniczenia. Głównie w zakresie kręcenia długich ujęć. Jak by z musu muszą ciąć i szatkować obraz, bo inaczej pojawiają się wspominane w poprzednich postach galarety itp sprawy. Reżysera Barcelony nic nie ograniczało, więc postanowił wziąć sprzęt za parę baniek i nakręcić bootleg, z tą różnicą, że nie bawił się w szatkowanie, a jedynie dokumentował maksymalnie długimi ujęciami wydarzenia na scenie. Oczywiście tu i tam przedobrzył, w paru miejscach przegiął z blurem i rozmyciami oraz nie tam, gdzie trzeba uciął ładnie prowadzone ujęcia, ale generalnie jest dobrze. Dzięki temu nagraniu dowiedziałem się wielu interesujących, dla mnie nowych, sposobów na pokazanie zespołu. A to jest bardzo dobrze… jestem co raz mniej zawiedziony tym tytułem.

Na koniec coś o wspomnianych fuck-upach. Oczywiście są. Błędy montażu wymuszone brakiem materiału, albo naiwnością, że nikt tego nie zauważy.

Najszerzej już opisany fragment to znikający szalik na szyi Dave’a w rejestracji Walking In My Shoes [104] z prób w Nowym Jorku. Zaczyna to być już tak legendarny fuck-up, jak wędrujący po klacie i plecach łańcuszek Dave na One Night In Paris.

Druga wpadka montażowa, to scena, gdy Dave wraca na scenę po Home [88]. Podchodzi do Martina, a ten trzyma w ręku gitarę, na której na tej trasie grał Miles Away/The Truth Is [67], tym czasem za chwilę w kolejnym ujęciu widzimy Martina przygotowanym do zagrania Come Back [35] z prostokątną gitarę. Ewidentnie ujęcie wzięte z nie tej nocy, co trzeba.

Koncert z Barcelony – wideo czasów You Tube

Nie wiem, czy jest potrzebny wstęp, ale napiszę w kwestii wyjaśnienia, że nie jest to typowa, klasyczna recenzja, a raczej zapis myśli jakie mnie nachodziły, gdy oglądałem ten koncert.

In Chains

091107_Mannheim_00Właściwie jedyny moment, gdzie w 100% uzasadnione są wszelkie rozmycia, zasłaniające zespół ręce, dalekie plany. Ten moment wypada właśnie na początku koncertu. Tu rozmycia i ręce tworzą idealną kurtynę zasłaniającą zespół. Całe In Chains [102] jest dla mnie idealnie sfilmowane. Publiczność i kamera tworzą idealną kurtynę dla tego utworu.

Wrong

091107_Mannheim_01Całkowicie stracony numer. Obraz ciągnie i spowalnia i tak wolno zagrany numer. Szybszy montaż po 100kroć uratował by ten numer.

Hole To Feed

090612_Frankfurt_03Ludzie wychowani ma współczesnym szybkim montażu, skrótowości, będą zawiedzeni. Ten numer nijak nie jest podobny do tego, co można było zobaczyć na trasie. Zupełnie inne spojrzenie na ten utwór.

Walking In My Shoes
depeche MODE w Łodzi 2010.02.10 (002)
depeche MODE w Łodzi 2010.02.10 (002)

Pierwszy stary numer tej trasy. Patrząc na niego powoli dochodzę do przekonania, że już wiem co boli ten koncert. To scena, jej małość. To nie koncert daje ciała, a scena. w 17:10, kiedy kamera robi najazd na scenę z lewego, dolnego rogu aż prosi się, żeby po bokach sceny stały dodatkowe, boczne ekrany. Przy takim kadrowaniu obrazu, gdzie publika sprawia wrażenie rozlewającej się na boki, tylko jeden środkowy ekran z morzu czerni wygląda biednie.

Dave jest notorycznie kadrowany w planie amerykańskim, chyba po to, żeby nie pokazywać monitorów i promptera.

It’s No Good

091107_Mannheim_10To jest wideo, gdzie obraz nie jest niewolnikiem muzyki. Nie ma montażu pod stopę, czy bas. Tu obraz opowiada własną historię, w którym muzyka jest dopełnieniem, a nie fetyszem wg którego łamie się i dekonstruuje oglądany świat.

Obraz snuje się, leniwie zmienia kąty patrzenia. Tu obraz ma na wszystko czas. Jakby wbrew krótkości, przyziemności, wbrew połamaności współczesnego świata. To jest wideo 50-latków, ludzi którzy już nie muszą się nigdzie śpieszyć, oni już nic nie muszą. Oni już zrobili swoje w historii muzyki. It’s No Good [102] jest najwolniejszym  montażem w całej produkcji.

A Question Of Time

090610_Berlin_06Ujęcia zza sceny są świetne, ale bęcki należą się reżyserowi za ucięcie świateł pełzających po publice. Tu aż się prosiło o przytrzymanie tego efektu dłużej. Te pełzające światła są doskonałym intrem do startu takich numerów jak Never Let Me Down Again [104], A Question Of Time [102] itp. O ile przy innych numerach można mieć pretensje za rozlazłość  w przypadku tych fragmentów koncertu brak pociągnięcia obrazu długim pędzlem białych świateł jest aż nadto widoczny.

Czasami mam wrażenie, że reżyser zobaczył koncert po raz pierwszy dopiero po wstępnym montażu. Zbyt wiele miejsc jest za wcześnie uciętych, a w innych momentach ujęcia prowadzone są tak jakby czas się nie liczył.

Precious

090610_Berlin_07Słuchając tego numeru aż złapałem się za głowę, ale tak to jest, gdy publika jest doklejana do reszty utworu z finezją godną słonia. W momencie, gdy publika dośpiewuje swoje aż nadto słychać, że jest nienaturalnie za głośna w stosunku do reszty utworu. Na tym utworze jest najwięcej, jak dotąd, zbliżeń Dave’a na tym koncercie.

Fly On The Windscreen
Fly On The Windscreen 2009.09.12 Frankfurt
Fly On The Windscreen 2009.09.12 Frankfurt

Na CD niestety słychać to samo, drażniący, wyseparowany wokal Martina. Nie brzmi on, jak dopełnienie wokalu Dave’a, ale jest miejscami w dużej kontrze do niego. Miejscami głos Marta przekrzykuje główny wokal, co znowu brzmi bardzo nienaturalnie w stosunku do reszty muzyki. Po raz kolejny drażni zbyt duże echo tego koncertu. Na CD da się to wyczuć właściwie od Walking In My Shoes [104] do końca koncertu. Znowu wrażenie bycia w hali zostało przedobrzone. Dla mnie jest to taki hangarowy pogłos, który można dodać w ustawieniach wielu tanich wieżyczek, aby sprawić wrażenie pseudo przestrzeni. Nie tędy droga.

Home

090610_Berlin_10Im dłużej oglądam ten koncert, tym bardziej dochodzę do przekonania, że za reżyserkę wziął się kolejny fotograf z silnymi manierami bycia oryginalnym. Każdy fotograf szuka niesztampowego kadru, który pozwoli mu się wyrwać z zalewu małpofotografii. Ten koncert posiada wiele ujęć, które zatrzymane na chwilę stają się świetnymi fotografiami. Kiedy, na chwilę zatrzymamy się na klatce w której Peter Gordeno jest ujęty jedynie od kolan do pasa i widać tylko jego grające ręce na parapecie, a Martin na drugim planie, lekko rozmyty też w 3/4 kamery dyryguje publiką, to mamy interesująco skomponowaną fotografię. Ten koncert pełen jest ujęć postaci na przestrzał przez instrumenty, statywy, pełno zabawy głębia ostrości w fotografii takie kadry były by uznane za co najmniej interesujące. Na filmie nie wygląda już tak dobrze za 30-którymś razem.

Policy Of Truth
depeche MODE w Łodzi 2010.02.10 (002)
depeche MODE w Łodzi 2010.02.10 (002)

Jakby na obronę kręconego obrazu nie można nie wspomnieć o pewnym istotnym fakcie. Mam na myśli ekran. Do filmowania to jest koszmar. Tysiące ledów skutecznie zniszczyły niejednemu fanowi zdjęcie podczas tej trasy. Złapanie ostrości na tle tej konstrukcji w takich warunkach, jak koncert graniczyło wiele razy z cudem. Nie dziwię się, że kamery unikały filmowania na wprost. Dlatego wiele mamy ujęć z boku, z dołu sceny, zza pleców itp. spraw. Policy Of Truth [100] jest książkowym przykładem walki z kamery z ekranem.

I Feel You

091107_Mannheim_12Częste filmowanie z boku i z tyłu sceny sprawia, że kamery nie przeszkadzają w oglądaniu koncertu zgromadzonej publice. Nie ma tu statywów z kamerami filmujących na Dave’a wysokości zasłaniających Dave’a. Nie ma kamerzystów nachalnie biegających po scenie, wałczących o dobre ujęcie. Nagrywając ten koncert pamiętano, że jest to przede wszystkim występ dla tych, co zapłacili i przyszli na koncert. Tu nie rządzi TV pod prawa której cały szoł jest ustawiony. Tu kamera jest gościem filmując z tyłu, z tłumu, jakby ukradkiem.

Behind The Wheel

091107_Mannheim_16Nie ma co się oszukiwać, ani Paryż, ani Milan, ani Frankfurt / Barcelona / Lievin z 1993 nie wyglądały jak zwykłe koncerty. W każdym z nich napakowano ekstra oświetlenie, nagłośnienie itp sprawy. Tym razem koncert z Barcelony mamy nagrany tak, jakby depeche MODE grało tak co noc. To równie dobrze mógłby być zapis każdego innego miasta. Fani dostali koncert z perspektywy ludzi na płycie i ukradkiem chwycone ujęcia gdzie wśród trybun. Często tak, jak fani widzą występy gwiazd na koncertach walcząc między sobą o wycinek widoku na scenę…

Tu należy szukać odpowiedzi dlaczego ten koncert jest, jaki jest. To nie jest koncert dla pikników, oni będą zawiedzeni… i dobrze. To jest koncert skupienia na detalu. To jest koncert, jaki w urywkach wielu może zobaczyć po powrocie z koncertu w swoich telefonach i komputerach na You Tube.

Koncert ery You Tube, koncert z ujęciami, jakich tysiące można zobaczyć na necie – filmowanie przez las rąk (to ci co na płycie stoją). Dalekie plany – takie filmiki kręcą fani stojący gdzieś na dalekich trybunach, kto odwiedził na tej trasie Monachium 2009.06.13, albo Berlin 2009.06.10, ten wie o czym mówię. Sporo nieostrości, znają to wszyscy walczący na tej trasie z ledowym ekranem, słabością optyki swoich idioto-odpornych aparatów. Do pełni szczęścia brakuje jeszcze galarety na ekranie i szukania sceny przez wyciągniętą i drżącą rękę już z włączonym nagrywaniem. Znamy to wszystko bardzo dobrze. Tu dostaliśmy to wszystko za jednym zamachem tyle, że kręcone sprzętem za miliony baksów. Na siłę starano się ominąć ograniczenia sceny i jednocześnie przekuć je na atuty. Chciano pokazać koncert z pozycji fanów tak, jak oni to oglądają przez wizjery swoich aparatów, kamer i telefonów. Chciano pozwolić zespołowi obronić się na scenie, a nie szprycować koncert botoksem w postaci szybkich i przekombinowanych montaży rodem z poprzedniego DVD. Czy się to udało? Tego jeszcze nie umiem powiedzieć. Wiem jedno do ukochanego Devotionala Barcelonie daleko.

Koncert w Warszawie 2001.09.02 – logistyka i parę ciekawostek.

Obok koncertu w Warszawie w 1985, druga wizyta depeche MODE w Polsce była najważniejszym wydarzeniem dla naszej społeczności. Każda późniejsza wizyta zespołu w naszym kraju była, już tylko kolejnym koncertem do odnotowania…

Oczywiście, mogę się założyć, że każdy, kto widział depeche MODE w akcji z łatwością wskaże jakikolwiek inny występ, czy wydarzenie, które było ważne. Ważne… dla tej osoby. Jednak z punktu widzenia społeczności fanów depeche MODE w Polsce przyjazd do Polski po 16 latach był drugim najważniejszym wydarzeniem w historii. W 1985 roku narodziła się subkultura (więcej czytaj we wpisach TUTAJ i TUTAJ), rok 2001 sprawił, że depeche MODE ponownie zagrało koncert w Polsce. Przestaliśmy być pomijani przez zespół. Dobrze pamiętam frustracje po trasie w 1998 roku, gdy zostaliśmy pominięci podczas wyjątkowo krótkiej i oszczędnej trasy The Singles 86>98.

Dla wielu była to pierwsza możliwość obcowania z zespołem na taką skalę i przez tak długi czas. Również dla mnie nigdy wcześniej i nigdy później na tej trasie nie mogłem przebywać w okolicy zespołu w taki sposób, jak w okresie od końca sierpnia do początku listopada 2001. To był swoisty rodzaj karnawału, choć zespół nie był aż tak szczęśliwy, wielu było przerażonych. Do tej pory pamiętam esa od kumpla, gdy ja czekałem z niewielką (jeszcze wtedy) grupą fanów pod Bristolem. W esie przeczytałem:

depeche MODE przyleciało!!!. Przywitaliśmy ich, krzyczeliśmy, wskakiwaliśmy na maski samochodów. Jest zajebiście!!!!

Przytaczam z pamięci. Niektórzy członkowie zespołu przypłacili ten pobyt zdrowotnie, a niektórzy mieli wielkie problemy z wytrzeźwieniem nie tylko alkoholowym.

Przerwijmy na chwilę wspomnienia, na pikantne szczegóły przyjdzie jeszcze czas. Dziś chciałbym przybliżyć parę logistycznych szczegółów pobytu depeche MODE w Polsce, w pierwszych dniach września 2001.

Zespół w tym czasie poruszał się wynajętym samolotem Boeing 737-200 o numerze bocznym G-CEAJ, lot ten miał numer EAF 2354. Wszyscy z wyjątkiem kierowców z firmy STAGE(piorun)TRUCK latali tym samolotem.

2001.08.31

Zespół przyleciał tym samolotem, po koncercie z Wilna 2001.08.31. Do Wilna zespół przyleciał prosto z Rygi 2001.08.29. Swój pobyt na litewskiej ziemi depeche MODE ograniczyło do kilku godzin. Ten krótki pobyt nie zapisał się najmilej we wspomnieniach zespołu. Dość wspomnieć, że Dave potrącił stojak z parapetem Andy’iego, co skończyło się lekkim dymem. Temat na inną okazję.

Samolot wystartował z lotniska w Wilnie (VNO) o godzinie 22:50, po ok 20 min lotu był już nad Polską. Równo 1h po starcie zespół był już na Okęciu (WAW).

Stage(piorun)Trucks miały po załadowaniu konstrukcji sceny ruszyć w drogę do Warszawy, dystans był określony na 300 mil, ok 483 km. Wg wyliczeń ok 8h jazdy. Wtedy to chyba na papierze. Dobrze, że było tyle dni wolnego, to wszystkie ciężarówki zdążyły, nawet te spóźnione 😉

Zespół zamieszkał w hotelu Le Royal Meridien Bristol (ówcześnie nie było lepszego hotelu w Wawie). Wszystkie inne były albo w budowie, albo w planach. Wg wewnętrznego planu logistycznego przejazd z lotniska do hotelu powinien zająć 30-60 min w zależności od ruchu na ulicach. Gorące powitanie na lotnisku przez fanów lekko wypełniło, aż do górnej granicy ten plan.

Inną ważną dla ekipy trasowej informacją była ta o serwisie (24h) i o barze. W Bristolu bar był otwarty do 2 w nocy. Zarówno zespół, jak i niektórzy fani sprawdzili to z nawiązką 😛

Tak kończy się rozpiska na ten dzień. Jeszcze tylko myśl na dzień 31.08, która była mottem tego dnia: If a thing is worth doing, it is worth doing badly.

2001.09.01

Pierwszy dzień września został zaplanowany jako dzień wolny. Jak już wspomniałem zespół wraz z całą obstawą nietechniczną  zamieszkał w Bristolu. Tym czasem obsługa techniczna mieszkała w Marriott. Wg logistycznych informacji zespołu z hotelu na lotnisko było 10-15 min. Co też uważam, za pobożne życzenie. W pierwszy dzień szkoły. Dobre sobie…

Pamiętam, jak podczas wywiadu radiowego z szefem Viva Art Music (VAM był organizatorem koncertu w Polsce) wszyscy fani dM byli usilnie zapraszani pod Marriott w celu oczekiwania na zespół. Zapewniano nas wtedy, że członkowie zespołu na pewno wyjdą do fanów.

Myśl przewodnia na ten dzień brzmiała: „If a young writer can refrain from writing, he shouldn’t hesitate to do so.”

2001.09.02

Drugi dzień pobytu zespołu w Warszawie był bardzo napięty. Budowa sceny weszła w kluczową fazę. Nie brakowało nerwów i zmian pogody. Przez cały dzień świeciło piękne słońce, by pod koniec dnia przed zapadnięciem zmroku rozpadać się na dobre. Ubrania wszystkich były nasiąknięte i ciężkie.

Budowa Sceny, koncert w Warszawie 2001.09.02
Budowa Sceny, koncert w Warszawie 2001.09.02

Oczywiście kluczowym elementem był koncert zespołu na Służewcu. Opracowaniach wewnętrznych zespołu pojemność obiektu została określona na 35000. Dziś wiemy, że na koncert przyszło ok 30-31000 tys.

Plakat Koncertu w Warszawie 2001.09.02
Plakat Koncertu w Warszawie 2001.09.02

A tak na marginesie, nie wiem, czy ktoś jeszcze pamięta, że depeche MODE w Polsce wystąpiło na festiwalu… Noooo tak festiwal nazywał się TP SA Music & Film Festival. Jednym z patronów medialnych był TVN. Co prawda festiwal zakończył się parę tygodni wcześniej, ale kto by sobie zawracał głowę jakimiś detalami. Dzień w prawo, czy tydzień w lewo. TVN miało, jako patron medialny do prawo do emisji występów gwiazd „festiwalu”, co robiło dosyć skrupulatnie. Tym czasem, mimo zapowiedzi w programach TV, jakoś dziwnie i bez rozgłosu „zapomniało” wyemitować występ depeche MODE. Teorii na ten temat było wiele. Znowu temat na inną okazję.

Rozpiska popołudniowa na ten dzień wyglądała następująco:

  • 17:00 – otwarcie bram
  • 19:30 – Technique
  • 20:10 – 20:45 – zmiana sprzętu, zapięcie na ostatni guzik
  • 20:45 – 10:50 – dM na scenie
  • 11:00 – zespół w drodze do hotelu.

Ten ostatni punkt to prawie prawda, bo Fletch został po koncercie na Służewcu i udzielił „wywiadu” (1-2 pytania) dla TVP.

Ekipa techniczna (kierowcy) po demontażu sceny i załadunku na ciężarówki miała udać się w całości do Pragi. Wg rozpiski ok 390 mil, czyli ok 628 km, czyli 11h jazdy.

Myśl przewodnia na ten dzień brzmiała: Alcoholic is someone you don’t like who drinks as much as you.

2001.09.03

Trzeci września zespół praktycznie spędził w Warszawie. Pogoda już tak nie rozpieszczała. Podobno przeziębienie, które było widoczne u Dave na koncercie w Lipsku 2001.09.09 zostało „złapane” w Warszawie. Ostatnie kilka godzin pobytu depeche MODE w Warszawie sprowadziło się do wymeldowania zespołu z hotelu i transferze na lotnisko. Cały sprzęt już był w Pradze, lub właśnie dojeżdżał.

Zespół dosyć późno wyjechał z Warszawy. Hotel został opuszczony ok 14.30 – 14:45. Odlot nastąpił o godzinie 15:45. depeche MODE leciało tym samym samolotem, co do Polski. Czyli Boeing 737-200 o numerze bocznym G-CEAJ. Lot do Pragi trwał 1,15h. O 17 lądowali na lotnisku w Pradze (PRG).

Myśl przewodnia na ten dzień brzmiała: You never realize how short a month is until you pay alimony.

Jak ten czas leci, to już dziewięć lat od tego koncertu. Kiedyś świętowaliśmy „One Year Later”, „Two Years Later”, potem przyszedł rok 2003, 2005, 2006, 2009, 2010. Nie obejrzeliśmy się, a tu trzeba się szykować na 10-lecie.

Do tego, czasu mam nadzieję, że MODEontheROAD.pl nabierze już na tyle rumieńców, że będę mógł opisać, ze wszystkimi szczegółami, jak wyglądał pobyt depeche MODE w Warszawie. Działo się masakryczne dużo. Ten tekst niech będzie wstępem….

Wszystkie dane logistyczne pochodzą z planera trasowego zespołu na europejską część trasy – „Book Of Lies”

Biografie

Był taki okres, że fani, albo ci, co chcieli zaistnieć, albo wielkie gwiazdy, wszyscy tłukli trybiuty, covery i jak tam jeszcze by to nazwać. Na szczęście się to skończyło. Był już masakryczny przesyt tego. Ostatnio zaczyna być moda na wydawanie biografii i opracowań historycznych zespołu, oraz jego członków.

Jak do tej pory ukazały się 3 biografie, takie w miarę sensowne. Jedna stała się już powieścią w odcinkach. Pan Malins co roku… no prawie, dopisuje kolejny rozdział i zarabia na tłuczeniu dodruków. Taka nasza „Mode(a) na Sukces

Ukazała się też biografia Some Great Reward – Dave’a Thompsona, ale jej nie polecam, bo w paru miejscach mogła by konkurować z „X-files”. Dużo w niej historii nie z tej ziemi.

Osobiście najwyżej cenię Stripped – J. Millera. Książka najbardziej rzeczowa, pomimo tego, że nie mam tam ani jednego słowa wypowiedzianego przez członków zespołu na potrzeby tej książki. A może właśnie dlatego… Any łej. Materiał świetnie opracowany, choć i tam znalazłem parę byków. Często korzystam z tej książki przy opracowywaniu MODEontheROAD.com

060314_Katowice_01

Ostatnio pojawiła się jednak moda na pisanie biografii pojedyńczych członków zespołu. W ubiegłym roku pojawiła się biografia Dave’a GahanaDave Gahan: Depeche Mode & The Second Coming autor – Trevor Baker. Szkoda tylko, że jest to finalnie biografia depeche MODE przerobiona na biografię Dave’a. Miałem wrażenie, że zamiast „oni” jest „on”, a zamiast depeche MODE jest Dave Gahan. Wartość poznawcza średnia, ale kto wie może ja się czepiam. Podobno niedługo ma być po polsku.

Teraz wypłynęła informacja, że ma się ukazać biografia Martin’a. Jeżeli będzie wyglądać tak samo, to można sobie darować ten temat na czasy, gdy już wszystko, co możliwe w depeche MODE będzie znajdować się na półce i już nie będzie nic nowego do kupienia.

Póki co nowa, i pierwsza biografia zapowiedziana jest na wrzesień tego roku. Tytuł to: Insight – Martin Gore und Depeche Mode: Ein Porträt, autorstwa: André Boße, Dennis Plauk. Panowie są dziennikarzami, ten pierwszy pisze do Galore, gdzie w ub roku ukazał się wywiad z Martinem.

060314_Katowice_02Teraz ten wywiad posłużył jako baza do stworzenia całej biografii. Drugim autorem jest Dennis Plauk z z magazynu Visions. On również w kwietniu ub roku przeprowadził wywiad z Martinem i Davem. A prywatnie jest fanem depeche MODE. Autorzy, podobnie, jak to było u Millera oparli się na cytatach z wywiadów, oraz materiałach z własnych rozmów z zespołów.

No nic czekamy w takim razie na kolejne biografie Alan’a, Vince’a, pewnie ciekawa mogła by być biografia Corbijna, albo Daniela Millera, ale najbardziej na świecie czekam na biografię Andy’iego. Może być porażająca 🙂 To tylko kwestia czasu i budżetu… 😛

Warszawa 1985 – koncert, miasto, miejsca

Miało być wczoraj, ale emocje związane z Łodzią 2010.02.10 przeważyły, dlatego dziś kilka wspomnień i luźno powiązanych myśli z koncertem depeche MODE w Warszawie w 1985 roku.

Jaka była Warszawa lipcu 1985 roku, którą zobaczyła ekipa depeche MODE, gdy zjawili się na pierwszy i jedyny (do 2001 roku) koncert? Członkowie, byli i obecni, przepytywani na okoliczność pierwszego pobytu w Polsce z reguły załatwiają temat kilkoma okrągłymi słówkami o tym, jak to pojechali za żelazną kurtynę, jak to były tu trudne czasy i że Warszawa była szara i ponura. Te grzecznościowe słowa równie dobrze można przypiąć do każdego wywiadu udzielanego dziennikarzowi z Europy Wschodniej.

Bilet na koncert w Warszawie 1985.07.30
Bilet na koncert w Warszawie 1985.07.30

Wyjaśnienie jest proste. depeche MODE, po tylu latach grania, bycia w trasie po prostu nie pamiętają wielu wydarzeń. Koncerty, jakkolwiek istotne dla różnych ludzi, dla dM zlewają się w jeden ciąg. Nie oszukujmy się też, wiele koncertów to takie z cyklu zagrać i zapomnieć. Właściwie jeżeli chcielibyśmy się czegoś więcej dowiedzieć o pobycie dM w Warszawie w 1985, to trzeba pytać wszystkich innych zaangażowanych w różny sposób w ten koncert, a nie zespół i menedżment.

Kiedy depeche MODE zjawiło się w Warszawie w 2001 roku i spali w Bristolu. W wieczór po koncercie w Wilnie 2001.08.31 zespół wypoczywał w barze hotelowym warszawskiego hotelu. Kilku fanów miało okazję się spotkać m.in. z Martinem, Andym, Kesslerem, Eignerem. Zostali zaproszeni na browara. Jedną z pierwszych kwestii było ustalenie faktu, kiedy dM ostatni raz było. Baron Kessler stwierdził, że w Polsce ostatni raz byli w 1983, na co szybko jeden z fanów zaprotestował, że było to w 1985 roku. Na co Martin stwierdził pokazując na fanów – „Słuchaj ich oni wiedzą najlepiej„. Ta scena obrazuje najlepiej sens zadawania pytań z cyklu – „Co pamiętasz z pierwszego pobytu w Warszawie?” Dobrym przykładem jest tu wywiad z Alan’em dla jednej z polskich stron:

Nie sposób nie poprosić Cię o odpowiedź na pytania dotyczące Depeche Mode. Wiemy, że to było bardzo dawno temu ale może pamiętasz… 30 lipca, 1985 rok. Ostatni koncert podczas Some Great Reward Tour i jednocześnie pierwszy w komunistycznej Polsce. Co pamiętasz z tego koncertu? W nawiązaniu do koncertu, jakie były Twoje odczucia i opinie o tym co zobaczyłeś za żelazną kurtyną? Jakie miałeś wyobrażenie o fanach Depeche Mode z „bloku wschodniego”?

Szczerze mówiąc nie pamiętam zbyt wiele z tamtego koncertu. Przyznam, że Warszawa wydała mi się być bardzo ponurym miastem, a sam hotel pozostawiał wiele do życzenia. Pamiętam, że w restauracji grał stylizowany na lata siedemdziesiąte zespół, a w barze sprzedawali tylko whisky. Wspomnienie koncertu jest również rozmazane, jednak jestem pewien, że publiczność była nastawiona bardzo entuzjastycznie. Jak zawsze w Wschodniej Europie. źródło: Devotees

Podobnie kurtuazyjnie wypowiadał się Andy po koncercie w Warszawie w 2001 roku.

Zastanówmy się w takim razie co depeche MODE mogło by pamiętać z tamtych czasów, jak wyglądała Warszawa w lipcu 1985 roku?

Zdjęcie ekipy koncertowej na Torwarze 30.07.1985
Zdjęcie ekipy koncertowej na Torwarze 30.07.1985

Bezpośrednio z depeche MODE w Warszawie wiążą się cztery miejsca:

  • Hotel Victoria – ówcześnie największy wypas w mieście, oaza zachodu w stolicy kraju za żelazną kurtyną. Zespół zatrzymał się tam 27 lub 28 lipca przed koncertem. Poprzedni koncert w Atenach 1985.07.26 odbył się na festiwalu, w czasie którego wybuchły zamieszki, po za tym podróż z Aten do Warszawy najeżona granicami, kontrolami itp sprawami była dosyć uciążliwa. Po za tym musieli wydać wszystkie drachmy :-). A wracając do Victorii, podobno jeszcze do połowy lat 90. można było za niewielką podziękowanio-opłatą wejść w posiadanie kopii wpisów do księgi gości, jakie pozostawili po sobie członkowie zespołu. Skończyło się to wraz ze zminą właściciela hotelu i odejściem na emeryturę zaprzyjaźnionego pracownika.
  • Drugim miejscem jest Torwar, stary Torwar oczywiście. O tyle istotny, że tam odbył się koncert, choć niczym charakterystycznym się nie zapisał. Ot jedno z niewielu miejsc w stolicy, gdzie można było zagrać koncert w owym czasie, po za Kongresową. Prawdę powiedziawszy do tej pory nie ma takich miejsc za wiele w tym mieście. Torwar to było miejsce z odpadającym parkietem i fatalną akustyką. Świadek pałowania wielu fanów, którzy przybyli na ten koncert bez biletów, a jak nawet mieli, to ZOMO i ochrona miała poligon doświadczalny przed demonstracjami opozycji w następnych latach.
  • Kolejnym miejscem gdzie zjawili się członkowie depeche MODE, była DESA.  Miejsce, gdzie można było nabyć dzieła sztuki i kultury polskiej, często jedynie za dolary. Polska po zakończeniu stanu wojennego, to kraj permanentnego kryzysu gospodarczego. Sankcje gospodarcze administracji Ronalda Regana dały się Polsce mocno we znaki. Zadłużony kraj potrzebował dewiz, albo inaczej pozbywał się ich baaardzo niechętnie. Zespoły grające w Polsce Ludowej przyjmowały zapłatę jedynie w twardej walucie. Pagart oczywiście sumiennie ją im wypłacał, jednak chwilę później jakby od niechcenia nadmieniał, że polskie regulacje dewizowe zabraniają wywożenia walut z pierwszego obszaru płatniczego po za granice kraju.

Zmuszało to zespoły to wydawania wszystkiego, co zarobili tu na miejscu w Polsce. Legendarna jest już historia Roling Stones, którzy za zarobione dewizy kupili wagon wódki, który został i tak w Polsce, a kolejarze z bocznicy, gdzie stał ten wagon mieli używania jeszcze przez dłuuuuuugie lata. Martin nie był tak hojny. Zakupił jedynie kilka pamiątek, które udało mu się zabrać do Anglii.

A tak w 1985 roku Alan i Martin opowiadali o wizycie za żelazną kurtyną, w tym o koncercie w Warszawie:

Live In Łódź 2010.02.10 [MultiCam] – beta.

Dziś miałem okazję obejrzeć multicam z lutowego koncertu w Łodzi, z pierwszej nocy. Nie będę się rozwodził nad tym jak zespół dawał na scenie, bo to każdy widział na koncercie, albo sobie przypomni ponownie oglądając to wideo. Choć pewnie może być i też tak, że pewnych ujęć nie zobaczy, bo kamera nie widziała, albo jakość ujęć była taka, że nie mogły wejść do tego multicamu. I ja właśnie o tych kamerach i o tej jakości…

Nie ma co ukrywać Krzychal się spisał, montaż miejscami przypominał rzeźbę w gównie, a jednak tego nie widać. Materiał źródłowy, przekazany do montażu, pochodził każdy z innej parafii. Mamy tu i kasety, i flashe i dyski twarde. Kamery są SD i HD. Jakość i umiejętności kręcących również miały pełną rozpiętość skali. Wielokrotnie rozmawiając z Krzychalem podkreślał, że podstawowym problemem jest tzw. galareta, czyli kręcenie z ręki lub brak stabilizacji obrazu podczas kręcenia. To dyskwalifikowało wiele świetnych ujęć i momentów na scenie.

Tyle tylko, że na wideo z Łodzi nie widać tego wcale lub prawie nie widać. I myślę, że właśnie za to czego nie widać należą się największe brawa Krzychalowi. Za to, że potrafił sprawić iż materiały z różnych źródeł nie rażą swoją nieporadnością, amatorszczyzną lub brakiem znajomości sprzętu. Bo nie oszukujmy się, wszyscy, którzy kręciliśmy w czasie tego koncertu jesteśmy amatorami, kręcimy od wielkiego dzwonu lub to, co nam uchodzi w nagraniu u cioci na imieninach na potrzeby tego nagrania już nie może mieć racji bytu. Na koncertach kręci się inaczej.

Tu, na tym dvd mimo, że wielu się „starało”, dzięki montażowi Krzychala sytuacje takie właściwie nie mają miejsca.

Bardzo dużym plusem tego DVD jest również audio. Dźwięk, w stosunku do oryginalnego zapisu jest właściwie nie skompresowany. Jeżeli ktoś chce zrobić sobie boota do posłuchania w autku, czy innym przenośnym odtwarzaczu, to radzę przyszykować się właśnie na zapis z tego DVD. Szczerze polecam. Audio to sprawia, że przy braku LHNu z Łodzi przestaję „cierpieć” na myśl o jego braku. I nawet gadanie ludzi w czasie utworów, potrącenia mikrofonu nie przeszkadzają mi wcale. Na tym audio słychać publikę, a nie ludzi. Na tym audio słychać halę i zespół, a nie walkę o przetrwanie bootlegera, który poświecił się by nagrać audio, zamiast bawić się na koncercie. Audio było nagrywane niezależnie od obrazów, a potem montowane z obrazem. Dzięki temu uniknęliśmy wyboru pomiędzy lepszym lub gorszym płaskim zapisem dźwięku z jednego z fabrycznych mikrofonów któreś z kamer. Jeden jedyny feler to końcówka, gdzie z niezrozumiałych dla mnie powodów nagrywający chyba podbił czułość nagrania, co sprawia wrażenie przesterów np w czasie Personal Jesus [104].

A wracając do obrazu. Najlepsze wrażenie robią dalekie plany całej hali i ujęcia jednego z nagrywających, który kręcił z tłumu, w pewnym oddaleniu po prawej stronie sceny. Fajnie też sprawdzają się ujęcia, gdy kamera odwraca się od sceny i pokazuje to, co dzieje się z publicznością lub pełnię gry świateł, które w wielu utworach zaczynają swój bieg daleko od sceny.

Nagranie może cieszyć, ale myślę, że jeżeli dojdzie do wydania kolejnej płyty i zespół zawita z koncertami do Polski, to warto będzie pomyśleć nad przygotowaniem takiego multicamu od samego początku, zanim kupimy bilety. Żeby koncert nie wyglądał, jak zbiór ujęć i efekt pracy samotnych kowbojów. Kiedyś może o tym więcej, dziś nie czas i pora. Dziś szykujcie się na ucztę i wspomnienia z pierwszej nocy w Łódzkiej Arenie. Było na co czekać i jest nadal, bo gdy nasycimy się pierwszą Łodzią z pewnością padnie pytanie od drugą noc. I uwierzcie mi, że to pytanie nie pozostanie bez odpowiedzi… 🙂

Potrasowy sen zimowy

Rok temu to się działo. Pamięta ktoś jeszcze? Pierwsza część trasy (Europa) dopiero co się zakończyła. depeche MODE właśnie wystartowało z Amerykańską częścią grając na podpuchę Fragile Tension.

Nie wiem, czy nie ryzykowne będzie stwierdzenie, że właśnie na koncercie w Toronto skończyła się ta klasyczna trasa koncertowa, jaką znamy z historii występów depeche MODE. Od następnego występu zaczyna się rollercoaster, który trwa aż do 27 lutego 2010. Chwila radości, bo nowy numer, to wkurw, bo wywalili numery dla których było warto jechać tę trasę (mówię tu o hardkorach, a nie o piknikach).

Jedno jest pewne działo się…, na nudę narzekać nie można było. Jak przypomnimy sobie ostatnie kilka tras, wystarczyło rano otworzyć jedno z for i zobaczyć co na co wymienili i był spokój. Na ostatniej trasie takiego komfortu nie było. Oczywiście były momenty „spokoju” i 100% przewidywalności, szczególnie, że byli też tacy, co nam w tym skutecznie pomagali <:beer Jari:>, ale i tak nudno nie było.

Tym się Tour Of The Universe różniło od Touring The Angel, że ta druga była nagłą rewolucją w secie w środku trasy, a ta pierwsza permanentną ewolucją aż do ostatniego koncertu. Że jak? No już wyjaśniam….

Na przełomie 2005 i 2006 depeche MODE wyruszyło w trasę grając właściwie zamiennie jedynie numery Gore’a mącąc raptem 7-oma numerami, a i tak miejscami tylko symbolicznie. Reszta setlisty nie do ruszenia. Przyszedł kwiecień 2006 i zespół zaserwował nam radykalną zmianę setlisty, sporo nowych numerów, sporo zmian w trakcie. Koncerty w Ameryce właściwie nie był podobne jeden do drugiego. A to bisy się wydłużały, a to numery wędrowały to w górę to w dół. No było ciekawie. W Europie już jakby spokojniej, co nie znaczy nudno, ale Panowie dociągnęli do końca. Nie popisali się jedynie pod koniec trasy, gdy z setu zaczęły wypadać numery. To nie było fajne.

W 2009 roku takiego odcięcia nie było. Wszyscy czekali, że przed Amerykami, coś się zdarzy, że jak wrócą do Europy, że zimę w hali uraczą nowym setem… a tu zima. 😉 Zespół nie dokonał jednej radykalnej zmiany, natomiast zastosował metodę pełzającej zmiany setlisty, praktycznie co noc, co 2-3 koncerty  byliśmy raczeni zmianą w secie, a to nowy numer, a to wywalenie, dodanie numeru w setliście. A to przetasowania utworów w górę lub w dół. Co jednak najgorsze wypadały numery, które przywracały nadzieję, że na koncertach jest miejsce również dla harkorów, nie tylko dla pikników.

My w Polsce mieliśmy jeszcze jedną ruletkę. Po odwołaniu koncertu w Wawie, właściwie przez bardzo długi czas wirowała ruletka z terminami  Dlaczego w takim razie dopiero zimą zobaczyliśmy depeche MODE w Polsce? Przez wakacje. Organizatorzy koncertu w Polsce, ale też i w innych krajach bardzo nie chcieli oddawać kaski za bilety, menadżment depeche MODE, też chciał zrobić koncerty w odwołanych krajach ekspresowo. Tylko członkowie depeche MODE stanęli okoniem. Wróble ćwierkały, że w Polsce był planowany koncert na 19.09.2009, ale zespół nie miał ochoty zarywać urlopu (czyt. przerwy między trasami w Europie i Ameryce Pn.) na oddawanie koncertów odwołanych w maju.

Gdyby te koncerty się odbyły, to pewnie w styczniu mielibyśmy tylko jeden koncert. Początkowo na miejsce drugiego koncertu planowane były tradycyjnie Katowice, ale otwarcie hali widowiskowej w Łodzi zmieniły obraz koncertowej mapy Polski raz na zawsze….

No ale wyszło jak wyszło. Pewne chińskie przysłowie mówi: Obyś żył w ciekawych czasach. Zdecydowanie w świecie depeche MODE, to były ciekawe czasy. Porównując do obecnego snu zimowego wtedy, lipcu się działo… Większość zapadłych w sen obudzi się gdzieś na jesieni, gdy EMI/Mute wyda Video ze świeżo minionej trasy (zespół zarejestrował dwie noce w Barcelonie 2009.11.20-21), a potem pojawią się zapowiadane reedycje reedycji, remixy i inne duperele. Oby nadal było ciekawie.

Po prostu Recoil

Warto było na parę godzin wyskoczyć do Łodzi, żeby zobaczyć tę różnicę w podejściu do fanów Alana Wildera i kolegów z ex-bandu. Warto było spotkać dawno nie widzianych znajomych. Ale przede wszystkim warto było posłuchać muzyki Recoil w formie większej niż tylko 1-2 numery puszczone na obrzeżach imprezy depeche MODE

Wieczór w Wytwórni był lekko szalonym, niby wszystko było dograne, ale… Pewny, że wejdę byłem dopiero przy bramce, gdzie odebrałem wcześniej kupiony bilet. Oczywiście jak wielu zagapiłem się i musiałem ratować się bezpośrednim zakupem w Łodzi, bo biletów on-line już nie było. Wyszło mi to jednak na dobre, bo ostatnia seria biletów okazała się „kolekcjonerska”, inna od masówy z tiketów-pro itp. Potem dostałem opaskę, na M&G, ale tak na prawdę nie przydała się ona za wiele (z mojego egoistycznego punktu widzenia duży minus dla organizatorów za to), który złagodziło focenie z prasą na początku występu.

Ale wróciwszy do Alana. Oglądając jego występ dało się, niestety, odczuć, że na występ przyjechali fani depeche MODE. Koślawe próby odśpiewania Two Minute Warning i właściwie jedyne duże ożywienia na wstawce Aggro Mix – Never Let Me Down Again nie pozostawiało złudzeń.

2010.04 Alan Wilder w Łodzi (C) Martini
2010.04 Alan Wilder w Łodzi (C) Martini

Jeżeli ktoś oczekiwał po tym pokazie, koncertu i nie miał okazji przeczytać żadnego wywiadu Alana przed wizytą w Łodzi, to miał prawo być zawiedzionym. Co prawda zbytnio się nie wtajemniczałem w przebieg trasy do przyjazdu do Łodzi ale wiedziałem czego się spodziewać i to dostałem. Bardzo dobre wizualizacje, (miejscami zazdrościłem, że sam takich nie umiem zrobić… jeszcze) z towarzyszeniem muzyki ulubionego Recoil.

2010.04 Alan Wilder w Łodzi (C) Martini
2010.04 Alan Wilder w Łodzi (C) Martini

Ta kolejność najlepiej oddaje, to co Alan Wilder i Paul Kendal zaprezentowali tej nocy, oraz podczas całej trasy. To nie był koncert, to był Performance, tu nie muzyka grała pierwsze skrzypce, ale obraz. A przynajmniej byli to równorzędni partnerzy. Muzyka miksowana z laptopów była wspierana przez dwa analogowe syntezatory. Pierwszy to ten z klawiaturą – Oberheim, a drugi to syntezator bez klawiatury – VCS 3. Do tego kontroler midi Akai APC 40 Wszystko kontrolowały dwa lapy MacBook Pro z oprogramowaniem Ableton Live 8. Te analogowe syntezatory służyły do modulowania efektów, nakładanych na ścieżki wypuszczane z laptopów. Dalej dźwięki szły do stołu mikserskiego i dalej na głośniki.

Paul Kendal miał jednego Apple’a z kontrolerem midi Akai APC 20, którym również wzbogacał dźwięki wypływające z laptopów. Trzeci lap wypuszczał i kontrolował wizualizacje.

Uchylę rąbka tajemnicy. Fakt pojawienia się flag – polskiej i angielskiej, oraz polskiej na ekranie, to wyniki prośby Alana i dalszego ciągu wydarzeń z tego wynikających. Alan będąc poruszony tragedią w Smoleńsku poprosił o wywieszenie naszej flagi na znak solidarności z Polską.

2010.04 Alan Wilder w Łodzi (C) Martini
2010.04 Alan Wilder w Łodzi (C) Martini

Alan wielokrotnie wspominał o swoich doświadczeniach z Polską w tym wspominał pamiętny remis z Wemblej z 1973, a na propozycję spotkania z Janem Tomaszewskim cieszył się jak dziecko.

2010.04 Alan Wilder w Łodzi (C) Martini
2010.04 Alan Wilder w Łodzi (C) Martini

Dla mnie depeche MODE to zawsze będzie czterech, nie trzech i klawisze na scenie, a nie gitarka i perkusja. Nie wiem czy to marzenie się kiedyś spełni, ale jeżeli nie, to takie występy Alana mogą być namiastką i mogę oglądać co wydanie kolejnej płyty Recoil, z depeche MODE nie jest to takie oczywiste.

Galeria fotografii mojego autorstwa z występu Mistrza w Łodzi.

Za dni parę więcej szczegółów o kuchni przygotowań do występu Alana w Łodzi.

Televison Set – czyli rozważania o początku…

Pracujemy obecnie nad stronami i koncertami odnoszącymi się do początków działalności zespołu. Poniższy tekst jest próbą zebrania znaków zapytania, ale również prezentacji wniosków jakie powstały w czasie prac nad tym etapem historii zespołu.

Zaczynając pracę nad serwisem chciałem „załatwić” kilka spraw za jednym razem. W tekście inaugurującym powstanie MODEontheROAD.pl napisałem: Serwis ten nie jest jednak efektem spłynięcia naszej jaśnie oświeconej wiedzy na jeden z serwerów, gdzieś na peryferiach cyberprzestrzeni, ale był/jest próbą podzielnia się naszym doświadczeniem oraz, często próbą odpowiedzenia na pytania, które sami sobie stawialiśmy dyskutując o depeche MODE i ich koncertowaniu. Pod wpływem prac nad stroną wiele naszych poglądów zostało zweryfikowanych, ale też pozwoliło precyzyjniej wypowiadać.

Prace nad serwisem urodziły również nowe pytania, albo doprowadziły do wniosków, które stawiają pod znakiem zapytania sposób wg, jakiego były do tej pory pokazywane niektóre sprawy.

Ten pierwszy raz…

Na oficjalnej stronie zespołu, jako datę pierwszego koncertu zespołu podaje się 1980.05.31. Niby wszystko oki, ale mam kilka uwag do tej daty, co nie zmienia w finale, że również i my tworząc MODEontheROAD.pl przyjęliśmy ją jako datę pierwszego razu. Chciałbym tylko, aby brano tę datę umownie, bo równie dobrze, gdyby zespół powiedział, że datą tą jest 1980.06.14 lub 1980.10.29 również wszystko było by w porządku.

No dobrze to, co z tą datą? Oficjalna strona mówi, że 31.05, biografia wg J. Millera mówi, że 30.05, a biografia wg Malinsa… nic nie mówi :-). A oficjalny fan-zin zespołu – Bong podaje sprzeczne ze sobą informacje. Łącznie z tym, że zamiast daty 31.05 mamy czerwiec [patrz BONG 14 vs. BONG 28 z późniejszym przedrukiem w BONG 52]. Komu wierzyć? Biografia Millera uchodzi za super bogatą w fakty, oraz opartą nie na rozmowach z zespołem, ale na analizie źródeł i relacji z uczestnikami wydarzeń. W tym przypadku jednak to ‚Stripped’ mija się z faktami. Na marginesie takich kwiatków w tej biografii znajdzie się jeszcze kilka.

Composition Of Sound 1980
Composition Of Sound 1980

Tak z ciekawości spojrzałem w kalendarz maja 1980. Otóż 30.05 to piątek, a 31.05 to sobota. Odpowiedzcie sobie na pytanie, kiedy łatwiej zorganizować koncert przez 4 chłopaków ledwie po szkole, którzy dopiero, co rozpoczęli pracę, na najniższych, w hierarchii stanowiskach w piątek, czy w sobotę. Ale nawet, jeżeli przyjmiemy, że udałoby się czterem nastolatkom zaraz po pracy przyjechać i rozłożyć cały majdan (przecież wtedy sprzęt wozili albo sami, albo pomagali koledzy lub rodzice), to czy udałoby im się zagrać koncert w szkole? Trzeba nie zapominać, że koncert Composition of Sound odbył się w szkole Martina, Vince’a i Andy’iego. Nie sądzę, aby było możliwe zrobienie koncertu, albo przynajmniej przygotowanie się do niego w czasie trwania zajęć szkolnych. Jedynym sensownym terminem jest weekend – sobota.

Wspomniałem też o dacie 14.06. Ponieważ  Composition of Sound 31.05 wystąpiło w składzie: Vince Martin – syntezator i śpiew, Martin Gore – syntezator i chórki, Andy Fletcher – bas i Rob Andrews (Allen) – automat perkusyjny – przytaczam za biografią ‚Stripped’. Tym czasem Dave Gahan dołącza do  zespołu właśnie 14.06. Choć istnieje duże prawdopodobieństwo, że na wspólnych koncertach The French Look i Composition of Sound był obecny już wcześniej. Przede wszystkim, dlatego, że był dźwiękowcem tych pierwszych, więc może historię koncertową należy liczyć dopiero od momentu, gdy Dave staje się wokalistą  Composition of Sound?

No dobrze, to skoro 14.06, to czemu nie 29.10 tego samego roku? W końcu pierwszy koncert zespołu depeche MODE odbył się właśnie późną jesienią 1980 w Londynie w Jazz Club Ronniego Scotta, a my mówimy przecież o koncertowej historii depeche MODE. No tak, ale przecież Composition of Sound to właściwie depeche MODE, tylko pod inną nazwą. Historię o tym, jak to Dave zaproponował zmianę nazwy jest dobrze znana. Tylko skoro przywołujemy Composition of Sound jako protoplastę depeche MODE, to czemu w takim razie nie przywoływać „koncertowej” historii taki zespołów, jak: Film Noir, French Look, No Romance In China, czy w reszcie The Plan, czy The Blood? Myślę, że z wyjątkiem No Romance In China reszta nazw jest średnio znana, albo wcale. A i tak w przypadku  No Romance In China, znana jest tylko nazwa. Trzeba dodać dla zachowania sprawiedliwości, że część z tych zespołów istniała równolegle lub była kilku miesięcznymi lub nawet tygodniowymi projektami. Wszystkie te zespoły przepływały jeden w drugi lub były kolejnymi wcieleniami tych samych ludzi tylko dlatego, że jeden z nich przyniósł do zespołu np. klawisze i przez to zmieniało się brzmienie zespołu, a co za tymi idzie powstawała paląca potrzeba nowego określenia się, nowego szyldu.

Speak & Spell Tour
Speak & Spell Tour

Przecież w tych wszystkich zespołach grali przyszli członkowie depeche MODE, często ze sobą razem, a składy różniły się jedynie jednym lub dwoma osobami. Również osobą często pomijaną we wszelkich opracowaniach nt depeche MODE jest niejaki Rob Allen aka Rob Marlow. Człowiek, który występuje równie często we wszelkich opracowaniach dotyczących okresu 1979-1981, co pozostali członkowie zespołu w owym czasie. On również współtworzył The French Look – zespół, w którym grali Martin i Vince (równolegle do  Composition of Sound), on również współtworzył Composition of Sound na pewnym etapie.

Historia Roba Allena jest tematem na oddzielny wpis. Dla mnie jego historia, jako człowieka, któremu, wbrew predyspozycjom, zdolnościom muzycznym i wielu próbom zaistnienia na scenie muzycznej nie udało się to, co depeche MODE w składzie z 1981 roku. Paradoksalnie to Allenowi była wróżona kariera, a nie ludziom takim jak Andy, Martin czy Dave. Może nie jest to historia na miarę 5 Beatlesa, ale coś w tym jest.

Koncerty, czyli kiedy tak na prawdę zaczęło się Speak & Spell Tour?

Przejdźmy teraz już do samych koncertów. Co prawda historię Composition of Sound / depeche MODE datuje się od 31.05, ale chcieliśmy być konsekwentni i podaliśmy również terminy (tak blisko jak to możliwe) wcześniejszych prób scenicznych poszczególnych członków zespołu w różnych konfiguracjach. Inaczej niż do tej pory było to robione podzieliśmy koncertowe dokonania zespołu w latach 1980-1981 (1982). Przede wszystkim wcześniej do okresu nazywanego: Early Days, zaliczano okres od 1980.05.31 do czerwca czasem września inni kierując się pewną logiką aż do 1981.10.31. (Dlaczego do tej daty? Wyjdzie to w toku tej części tego artykułu). Na oficjalnej stronie podział pierwszych dwóch lat i częściowo 1982 roku) zrobiony jest kalendarzowo, bez wnikania w szczegóły merytoryczne. Gdyby pójść tym tropem, trzeba by całość koncertowej historii podzielić na lata i dzięki temu np rok 1984 zawierałby zarówno fragment trasy Construction, jak i znaczący fragment trasy Some Great Reward. Co za tym idzie wymagało by to dublowania wiadomości oraz rozbijania pewnej całości, jaką tworzą poszczególne trasy i wszystko co jest z nimi związane np. koncerty rozgrzewkowe, promocje dla TV itp.

Dlatego opracowując lata 1979 – 1982 postanowiłem podejść do nich tak samo jak np. do trasy Exciter. Idąc tym tropem wczesny okres (na stronie opisany, jako Early Days) kończy się na lutym 1981. Natomiast rozdział opatrzony tytułem Speak & Spell Tour zaczyna się wraz z wydaniem pierwszego singla / utworu na płycie. Idąc tą analogią Wydanie Photographic na płcie Some Bizzare, a zaraz po tym Dreaming Of Me jest tym, czym dla Excitera był cały okres od wydania singla Dream On do rozpoczęcia Exciter Tour.

183500_10150137299277526_660982525_8120812_4702459

Zastanawiałem się również czy nie pójść w drugą stronę i rozdział Speak & Spell Tour nie zacząć dopiero od końcówki października 1981, gdy zaczęła się pierwsza, z prawdziwego zdarzenia trasa koncertowa zespołu. Wszystko, co było przecież wcześniej należy traktować jako seria pojedynczych koncertów, czasami po dwa dziennie i niepowiązana w żaden sposób w jakąś logiczną całość pod jednym szyldem. Zespół właściwie w tamtym czasie pracował na etacie, koncertował, w przerwach nagrywał kolejne utwory, a do tego promował je w TV i prasie. Zostaliśmy jednak przy podziale Early Days 1980.05.31-1981.02.26, natomiast rozdział Speak & Spell Tour podzieliśmy na 4 części:

  1. Okres od marca 1981 do połowy maja 1981 – nieregularne koncerty od końca trasy promującej album Some Bizzare;
  2. Okres od końca maja 1981 do przeszło drugiej połowy września 1981 – Dreaming Of Me Tour
  3. Okres od końca września 1981 do połowy listopada 1981 – Speak & Spell Tour
  4. Okres od grudnia 1981 do drugiej połowy stycznia 1982 – 4 koncerty z setlistą ze Speak & Spell Tour poprzedzające bezpośrednio See You Tour (3 koncerty już z Alanem)

Taki podział wynika z kilku czynników. Przede wszystkim był to czas, albo prac w studio, albo też ukazania sie kolejnych singli. Za każdym razem, gdy zespół powracał po przerwie, powracał również z nowymi utworami, a co za tym idzie ze zmienioną setlistą. Często bardziej niż tylko o nowe utwory.

Bootlegów z tego okresu nie ma wiele. W zależności od tego jak się liczy te zapisy jest ich albo 18 albo 19 (nie jest w tej chwili istotne, jakie są oki, a jakie nie). W każdym razie najwięcej jest z jesiennej trasy w 1981 roku. Analizując setlisty widać wyraźnie jak ewoluował set, widać też, że nie zmieniał się on z koncertu na koncert, przynajmniej od momentu, gdy stało się jasne, że zespół ma szansę na więcej, niż jeden singiel.

Tu dochodzimy do kolejnego ciekawego spostrzeżenia, które zainspirowało mnie napisania tego tekstu. Utwór Television Set. Utwór ten jest jednym z lepszych utworów z tego okresu. Zespół praktycznie przez okrągły rok, a na pewno od października 1980 do drugiej połowy września 1981 używał tego utworu, jako openera na wszystkich koncertach. Utwór przed długi czas był przewidziany na płytę, nawet rozpatrywano go w kategorii singla. Utwór ten należał również do ulubionych kawałków członków zespołu, a i na ootlegach z 1982 roku słychać, że kawałek był co najmniej tak popularny jak Enjoy The Silence obecnie (przy zachowaniu wszelkich proporcji oczywiście). Jednak fakt, że żaden z członków zespołu nie był jego autorem, a jedynie aranż na klawisze był autorstwa Martina sprawił, że od trasy promującej Speak & Spell utwór powędrował na koniec setu, jako ówczesny hit zespołu, ale też dlatego, że zespół chciał promować swoje, autorskie utwory. Definitywnie po See You Tour zespół porzucił ten utwór na zawsze.

Na koniec tego tekstu dwa punkty dotyczące koncertów z jesieni 1981 i stycznia 1982. W książce J. Millera jest napisane, że ostatni dzień października 1981 jest początkiem tego, co uznać można za faktyczne Speak & Spell Tour. Czy do końca? Co prawda autor ‚Stripped’ zauważa, że depeche MODE przed tą trasą pojechało na serię koncertów po Europie, dokładnie 4, ale nie zauważa już, że te koncerty miały tę samą set-listę, co późniejsze koncerty po Wielkiej Brytanii. Dlatego ja zaliczam je do trasy promującej pierwszą płytę, a przerwę między częścią kontynentalną, a częścią na wyspach należy traktować, jako przerwę między częściami trasy (leg 1 i leg 2), którą zespół wykorzystuje na promocję w mediach i sprawy związane z pracą każdego z członków zespołu.

Ostatnie zagadnienie dotyczy 4 koncertów po zakończeniu  Speak & Spell Tour. Zespół zagrał z początkiem grudnia 1981 występ rejestrowany przez TV, był to jednocześnie ostatni występ z Vincem Clarke’iem w składzie, oficjalnie już po zakończeniu trasy albumowej. I tu jest pełna zgoda. Natomiast w drugiej połowie stycznia 1982, już z nowym klawiszowcem sesyjnym – Alanem Wilderem zespół zagrał 3 koncerty w tym 2 w USA. Uważam, że te koncerty zostały zagrane z set-listą taką samą jak na jesieni 1981. Był zbyt krótki odstęp na to, aby przygotować nową set-listę znaną z See You Tour w okresie między odejściem Clarke’a, a przyjęciem nowego klawiszowca. Zespół musiał również wygospodarować czas na nagranie i promocję nowego singla See You. Można się zastanawiać, czy podczas tych trzech, styczniowych koncertów zespół grał już See You i Now, This Is Fun, czy jeszcze nie, ale na pewno te koncerty były po to, aby Alan mógł się ograć z nowym dla niego materiałem.

Również Alan wspominał podczas spotkań z fanami, że z niektórymi utworami z pierwszego albumu miał tylko krótką styczność zaraz na początku bytności w depeche MODE, potem już tylko tyle ile grali na koncertach, na kolejnych trasach. Ta styczność mogła być tylko podczas pierwszych koncertów w 1982 roku.

1982: MODEPECHE w Brighouse
1982: MODEPECHE w Brighouse

Tyle uwag w temacie wczesnych koncertów, znaków zapytania jest sporo i cały czas rodzą się kolejne. Brak pełnej wiedzy sprawia, że wiele spraw ustalanych jest na zasadzie analogii, poszlak lub zestawiania ze sobą pozornie odległych faktów. Pracy przed nami co nie miara…

You can see them running through me baby
You can see the lights in their eyes
You can see the masses raising me
And I’m preaching them more lies
I’m just a mass-form communication
I sell what everyone buys
You know my appearance is changing
Changing for modern times
I’m just a television set
I’m just a television set
I’m just a television set

_

Do tej pory, oprócz powyższego, napisałem następujące opisy tras koncertowych:

Devotional Tour – 2011.04.10

Music For The Masses – 2011.04.14

depeche MODE na swoim czyli See You Tour – 2012.04.11

TOP20 – czyli najczęściej grane utwory w historii zespołu

Pomyślałem sobie, że skoro trasa się skończyła warto zebrać wszystkie występy depeche MODE razem i zrobić zestawienie 20 najczęściej granych utworów w historii zespołu. Dlaczego 20? Bo taka jest przeciętna długość setu koncertowego. Raz było to 17, innym razem 22, ale uśredniając wychodzi 20, o to one:

Ale żeby nie było tak łatwo, zanim przejdę dalej kilka uwag. Gdyby zespół miał zagrać taki set na jakimś koncercie oczywiście zaraz pojawiły by się głosy, że znowu jadą z oklepanym setem. No właśnie o to chodziło, żeby zebrać najczęściej grane, dla innych ograne numery na przestrzeni całej kariery depeche MODE. Na szczęście dla niektórych numerów były one ograne 10-20 lat temu, a potem zaniechane. Wszyscy jednak wiemy, że łaska i foch fanów na pstrym koniu jeżdżą.

Przechodząc powoli do zestawienia najpierw zobaczmy 10 numerów, które nie załapały się do finałowej 20-tki:

30. (219) Strangelove – jeden z trzech najbardziej pożądanych numerów ostatniej trasy koncertowej. Zagrany zaledwie 30x na TOTU. Powrócił do setu po 19 latach zapomnienia. Największy obrót zrobiła mu trasa Music For The Masses – 101 wykonań.

29. (225) Precious – najmłodszy z najbardziej ogranych ledwo dwie trasy, ale dwie najdłuższe trasy w historii zespołu – Touring The Angel – 123 wykonania i Tour Of The Universe – 102 wykonania.

28. (227) People Are People – podobno mieli go grać na Tour Of The Universe, podobno najbardziej znienawidzony i wyśmiewany numer przez członków zespołu. Obecność na 3 trasach koncertowych dała mu 28 miejsce.

27. (235) Leave In Silence – Jeden z dwóch akustycznych hajlajtów trasy 2005/2006, odkuł się mocno szczególnie w drugiej części Touring The Angel. Duży powrót do poczekalni po niebytności przez 19 lat w secie koncertowym. Zanim powrócił do łask ostatni raz słyszany na żywo w Kopenhadze 1986.06.18.

26. (237) Boys Say Go! – Utwór nie grany od 1986 roku, ale bytność na wszystkich trasach (z wyjątkiem Some Great Reward Tour) z pierwszej połowy l. 80. sprawiła, że ma bardzo mocną pozycję w 3 dziesiątce zestawienia.

25. (247) New Life – Utwór po raz ostatni zagrany w Warszawie 1985.07.30. Od tamtej pory nigdy nie gościł na koncertach depeche MODE. Jeden z największych hajlajtów pierwszej pięciolatki w historii zespołu.

24. (257) It’s No Good – wypadł na chwile z setu w latach 2005/2006, nie mniej od 1997 roku obecny stale w setliście. Powrót na Tour Of The Universe na 102 koncerty dał mu powrót do poczekalni, ale czy to pozwoli powrócić mu do TOP20 zobaczymy na kolejnej trasie.

22-23. (260) Blasphemous Rumours / Something To Do – Blasphemous Rumours nieobecne w koncertowym secie od 1988, od sławnej Pasadeny w 1988 roku. Natomiast Something To Do zawdzięcza swoją miejscówkę ex-equo jednemu jedynemu wykonaniu w czasie trasy Devotional w Brukseli 1993.05.25. Jak to jedno wykonanie może wiele zdziałać.

21. (274) Somebody – Utwór ma tylu zwolenników, co przeciwników. Do 1998 roku uwielbiany, po trasie The Singles 86>98 wielu go znienawidziło za interpretację Gordeno, uznawany za jeden z negatywnych przykładów ogrania w historii zespołu. Jednak jeżeli przyjrzeć się głębiej, to jedynie na 2 trasach od 1984 roku kawałek był grany koncert w koncert, natomiast na pozostałych trasach występował z różnym natężeniem jako zamiennik do głównego numeru lub był podmieniany przez inne utwory.

Tak wygląda wstęp do głównego zestawienia. Zaczynamy odliczanie od końca oto TOP20 największych ograńców w historii zespołu.

20. (ok. 317) A Question Of Lust – Jest wszędzie i zawsze… no prawie. Podobnie jak Somebody poniechany jedynie na World Violation Tour w 1990, a tak był grany na każdej trasie z różną częstotliwością, przeważnie mniejszą niż właściwa długość trasy.

19. (329) Shake The Disease – utwór przypomniany po latach, niestety w wersji akustycznej, w 2005 roku, nieśmiało próbowany w USA podczas Tour Of The Universe. Może jeszcze powróci na trasę w pełnej elektronice i z Dave’em na wokalu.

18. (331) Halo – Do Exciter Tour gościł ten utwór na każdej trasie, jedynie singlowa trasa ominęła go, bo nie był singlem. Niektórzy twierdzą, że szkoda, bo należało mu się, a poniechany pomysł z wydaniem piątego, podwójnego singla z Violator uznawany jest za jeden z wielu poważnych błędów, jakie zespół zrobił promując ten album. Nie mniej wielu za to ucieszyło, by się gdyby pojawił się ten utwór na następnej trasie zamieniając się z np A Question Of Time.

17. (342) Black Celebration – Wszyscy pamiętamy ten utwór z masakry pałeczkami, jaką dokonał na niej Christian Eigner w 2001 roku. Klasyczny utwór depeche MODE. Długo pomijany zanim został „odświeżony” w 2001 roku.

16. (360) Home – Chyba tylko zbyt późne napisanie tego utworu przez Martin’a sprawiło, że dopiero od 1997 roku jesteśmy katowani tym utworem na koncertach depeche MODE. Gdyby z taką konsekwencją Martin śpiewał Somebody, to dziś ten numer byłby w pierwszej dziesiątce tego zestawienia z liczbą około 623 wykonań. Jeszcze na trasie Touring The Angel byłem w stanie zdzierżyć ten utwór, ale „akustyczne” wykonanie na Tour Of The Universe sprawiło, miałem odruch… odwrotny. Dopiero zaangażowanie publiki, w drugiej połowie trasy, do wykonania tego numeru sprawiło, że cieplejszym okiem na niego spojrzałem. Nie mniej mam prośbę… dajmy mu już spocząć w spokoju.

15. (372) Master And Servant – kolejny z nieodżałowanych numerów zaniechanych na tej trasie. Podobno struny głosowe nie dawały rady, podobno I Feel You tak nie działa… Awans, dzięki 25 wykonaniom na Tour Of The Universe z miejsca 17 na 15.

14. (ok. 373) Photographic – W 1986 roku zamilkł na 20 lat, przywrócony do życia i pojechany elvisem na Touring The AngelNam przywrócił nadzieję, którą utraciliśmy po usunięciu Master And Servant, Fly On The Windscreen i Strangelove. Nadzieję, że ten zespół gra koncerty również dla hard-core fans, a nie tylko masówkę.

13. (441) Policy Of Truth – Dali mu odpocząć pół trasy tylko. Tour Of The Universe nie zdążyło się rozgrzać, a Policy już było w ogniu walki. Trochę mu się dostało, za to, że raczył zamienić się z numerem z nowej płyty. Zagrany 100x na ost. trasie, chodziły ploty, że miał być grany wymiennie z In Sympathy. Wyszło inaczej. Dzięki temu jest na 13 miejscu.

12. (456) In Your Room – Jeden z numerów, któremu już dziękujemy. Tyle lat i praktycznie w jednej wersji, aż się łezka w oku kręci za wersją z Devotional Tour. Również dajmy mu spocząć w pokoju.

11. (480) World In My Eyes – Utwór, walec dla mnie. Gdy usłyszałem go podczas koncertu w Mannheim 2009.11.07 trochę się krzywiłem, ale z koncertu na koncert wracała mi wiara w niego. Początek rozwalał mnie za każdym razem jak słyszałem go na żywo. Z perspektywy czasu nie wyobrażam sobie, żeby go nie było w secie. Prędzej może zabraknąć Personal Jesus ;-)))

10. (ok. 506) Just Can’t Get Enough – Zanim policzyłem występy zakładałem, że Just Can’t Get Enough będzie wyżej, tak ze trzy-cztery oczka, jeśli nie pierwszy. Dopiero do mnie dotarło później, że mimo, iż utwór grany był na prawie każdej trasie, to jednak wczesne trasy stanowiły ledwie 50+% lub 30+% współczesnych tras, a tu długość ma znaczenie.

09. (528) I Feel You – Utwór ma właściwości lecznicze, bo nie zdziera strun głosowych w przeciwieństwie do Strangelove, czy Master & Servant. Mocno skrócona wersja z Tour Of The Universe nie naprawiła jednego problemu tego numeru – wall of sound. Zbyt duża kompresja sprawia, że ten numer z trasy na trasę jest co raz mniej selektywny, Za głośno, za często, za długo. Dave go lubi bardzo… niestety.

08. (536) Walking In My Shoes – Byłem zaskoczony faktem, iż numer jest wyżej notowany niż I Feel You. Właściwie grany tak długo i tak często jak I Feel You. Jeden rzut oka na setlisty, drugi rzut oka na historię odwołanych i skróconych koncertów i już wiadomo. Walking In My Shoes to numer grany zawsze w pierwszej połowie setu, I Feel You w drugiej. Jak coś się pipszyło, to zawsze w drugiej połowie lub koncert wypadał całkowicie. Stąd ta niewielka przewaga wypracowana od 1993 roku.

07. (549) Behind The Wheel – Kolejny numer, który miał szczęście odpoczywać ledwie pół trasy i miał nieszczęście zastąpić długo wyczekiwane Strangelove. Obecność na największych tourach depeche MODE w historii daje w finale pozycję nr 7.

06. (610) A Question Of Time – Jeżeli miałbym błagać o zaprzestanie grania jakiegoś numeru, to właśnie jest to ten utwór. Znowu na jednym patencie grany i na Touring The Angel i na Tour Of The Universe. Ktoś powie, że przecież to tylko dwie trasy. To prawda, ale ledwo 2 lata przed Touring The Angel mieliśmy solową trasę Dave’a po świecie, gdzie numer został ograny dokładnie wg tego samego patentu. Proszę, błagam 610 wykonań to na prawdę dużo!

Chwilka na rozluźnienie… się, bo zaczynamy TOP 5, tak oczywiste, a tak zaskakujące.

05. (620) Everything Counts – Chyba nieliczny numer tak ograny na który fani czekaliby, żeby go jeszcze raz usłyszeć. Przypomniany podczas połowy trasy Touring The Angel wcześniej długo leżał w zapomnieniu mimo, że do 1994 roku gościł na każdej trasie. Jedyny numer 2x wydany na singlu. Wydawało się, że nie do ruszenia, a jednak. To daje nadzieję, że inne numery spotka to samo i zrobią miejsce na np. Everything Counts.

04. (620) Enjoy The Silence – Całkowicie zasłużone 4. miejsce. Różnice są tak niewielkie, że wystarczy jeden problem z utworem z miejsca 3 lub 5 i sytuacja staje się dynamiczna. Mimo, że wielu ma już dosyć tego numeru, to jednak trudno wyobrazić sobie koncert bez Enjoy The Silence, choć z drugiej strony Just Can’t Get Enough, czy New Life, też były nie do ruszenia w latach 80. Sam utwór zaczyna być wyzwaniem dla zespołu, co raz trudniej wymyślić coś oryginalnego w warstwie aranżacyjnej. Chyba tylko patent na balladę zostaje.

03. (621) Personal Jesus – Pierwsza pozycja z pudła. Utwór ma ten sam problem, co Enjoy The Silence  Na szczęście Panowie wpadli na prosty patent, który sprawił, że utwór odbiegał od utartego od wielu tras schematu. Teraz czekamy już tylko na wersję akustyczną, niczym ze strony b macierzystego singla. Naprawdę? Eeee chyba jednak nie, wolę wersję z pełną elektroniką.

02. (624) Stripped – To było kolejne zaskoczenie. Stripped tak wysoko? Utwór witany z radością jeszcze na 2 części Touring The Angel, na tej trasie już uznany za oklepańca. W swojej historii pauzował jedynie 1,5 trasy. To robi wrażenie. Co prawda aranż z Tour Of The Universe nie przypadł mi do gustu, ale przecież nie jakość w tym zestawieniu chodzi.

01. (723) Never Let Me Down Again – Kto by pomyślał. A jednak. Stawiano różnie Nr 1 to Just Can’t Get Enough,  Photographic, Personal JesusEnjoy The Silence. Tymczasem nie… padło na Never Let Me Down Again. Numer grany na każdej trasie, jeżeli wypadałby z setu, to tylko dlatego, że Dave’a wieźliby do szpitala, albo głos by tracił. Nie ma siły, żeby nie zabrzmiał na koniec głównej części lub jako wieńczący koncert bis. Sztandarowiec w czasie którego ciary mam za każdym razem gdy nadchodzi finałowe machanie. Miazga!!!!

No dobra to są wyniki, a skąd je wziąłem? Ano z tego miejsca -> www.MODEontheROAD.pl

2012.07.27 AKTUALIZACJA:

Od publikacji w marcu 2010, strona www.MODEontheROAD.pl jest regularnie aktualizowana i rozbudowywana, co sprawia, że ranking ten zmienił się nieznacznie. Oczywiście najbardziej aktualne zestawienie znajduje się pod powyższym linkiem w dziale TOP INDEX. Powyższe zestawienie po aktualizacji przedstawia opracowanie wykonań aktualne na lipiec 2012.

2013.01.19 AKTUALIZACJA:

Powyższy ranking jest już w części nieaktualny. Nowe koncerty i przeszukiwanie historii koncertowej, sprawiło, wiele utworów straciło swoją pozycję, jaką miały w tym zestawieniu. Kolejne takie opracowanie zostanie przygotowane po zakończeniu kolejnej trasy, jaka przetoczy się po świecie w latach 2013/2014.

Relacja z meczu finałowego ;-)

Na prośbę mas pracujących miast i wsi złożyłem całą relację do kupy, ponad to okrasiłem kilkoma filmami swojego autorstwa oraz zdjęciami, trochę wyczyściłem i na pamiątkę dla potomnych prezentuję poniżej.

Halo, halo, Dziękujemy Tomku słyszymy Cię doskonale.

Proszę Państwa, witamy z Areny w Dusseldorfie. Witamy na ostatnim spotkaniu z naszymi ulubieńcami, temperatura w Dusseldorfie ok 10 st, przez cały dzień było słonecznie. Zespół odpoczywał cały dzień i w spokoju przygotowywał się do tego jakże ważnego spotkania, który niczym mecz o mistrzostwo świata jest dziś na czołówkach wszystkich mediów. Przed dzisiejszym spotkaniem przypomnieliśmy sobie całą drogę zespołu do dzisiejszego finału. Pamiętamy problemy z głównym rozgrywającym na początku eliminacji, ale pamiętamy też fantastyczne mecze na naszej, polskiej ziemi w Łodzi, gdzie zrekompensowali nam nasze smutki z nawiązką. Co prawda nie zawsze zachwycali stylem i technicznym doborem akcji. Zbyt często szli na łatwiznę urozmaicając grę jedynie o akustyczne zagrywki, a wiele zagrywek było znanych od lat. To jednak nawet w tym stylu przeszli jak burza eliminacje i wyszli z grupy na 1 miejscu.

Jest ze mną dzisiejszego wieczoru nasz utytułowany zawodnik, wielokrotny mistrz polski i wielokrotny reprezentant Polski. Co dla Ciebie było najważniejszym wydarzeniem w czasie tych wielu miesięcy przeżywania wzlotów i upadków depeche MODE?

– Halo Włodku, słyszę Cię doskonale! Dla mnie najważniejszym wydarzeniem było wprowadzenie w czasie meczu półfinałowego Alana Wilder’a. Wydawałoby się, że już wiecznego rezerwowego, który jak pamiętamy grzał ławę od 1995.
– Halo Jurku, ale przerywamy tę opowieść, żeby Państwu opowiedzieć co dzieje się właśnie w Arenie. Oto Duglas McCarthy zaprosił, w czasie Payroll, Jezz’a Webb’a na scenę i z nim wykonał ten kawałek. Publika szaleje! Co za emocje.
– Halo Włodku. Wróćmy do Alan’a Wilder’a. Wszyscy myśleliśmy, że nie wejdzie na boisko już nigdy. Tym czasem trener wprowadził go nieoczekiwanie tuż przed końcem 2 połowy na boisko. Zadawaliśmy sobie pytanie o kondycje tego zawodnika, a on znowu, jak za dawnych lat nas zachwycił. Ponownie wybuchły pytania prasy o powrót do głównego składu.
– Halo Włodku, mamy pytanie ze studia w Warszawie, czy wiemy coś o tym, jak wielu sympatyków naszego zespołu przybyło z Polski?
– Halo Tomku, widzieliśmy sporą grupę. Wielu dopiero kupuje bilety… Tym czasem oglądamy spotkanie Nitzer Ebb. Mogą się podobać i wzbudzają żywe zainteresowanie zgromadzonej publiczności. Nie ma jeszcze 50 tyś., powoli się schodzą, ale na główny mecz dzisiejszego wieczoru na pewno stadion w Dusseldorfie będzie wypełniony po brzegi. Lokalna prasa obszernie opisuje wczorajsze spotkanie podkreślając słabą końcówkę depeche MODE. Zobaczymy jak będzie dziś i czy trener przygotował jakieś hajlajty na finałowe spotkanie. Tym czasem pozostańmy tylko z obrazem niech przekaz mówi sam za siebie. Powrócimy do Was podczas kolejnego łączenia. Oddajemy głos do studia w Warszawie. Halo Tomku!

***

I przenosimy się na stadion w Dusseldorfie, gdzie spotkanie dla nas komentuje Włodzimierz Szaranowicz. Halo Włodku!

– Halo Tomku, witamy z Esprit Arena w Dusseldorfie. Przypominam, że jest tego wieczoru z nami Halo Jurek nasz utytułowany zawodnik, który tego wieczoru pomoże mi komentować to spotkanie.
– Halo Włodku, tak ja witam Państwa również bardzo serdecznie. Stadion zapełnia się już po brzegi. Fani dobrej zabawy i naszego zespołu stawili się w komplecie. 50 tyś. fanów z pewnością doda otuchy naszym zawodnikom.
– Halo Jurku, tymczasem arbiter techniczny zapali świetlną kulę, sygnalizującą ostatnie minuty prze rozpoczęciem tego arcy ważnego spotkania. Kręcące się w koło DM było znakiem rozpoznawczym depeche MODE przez ostatnie dwa lata. Emocje rosną i udzielają się wszystkim tu zgromadzonym.
– Halo Włodku, tak masz racje to iście emocjonująca chwila, którą potem przez lata będziemy wspominać i opowiadać bliskim. Oto nasz zespół w finale, po tylu latach. Już nie mecz na Wembley, ale tu finał w Dusseldorfie będzie przypominany potomnym.
– Halo Jurku nie wiem czy zauważyłeś ale obsługa techniczna bawi się nagłośnieniem podnosząc, to ściszając muzykę na co publika żywiołowo reaguje. To zwiastuje chyba liczne punkty zwrotne dzisiejszego wieczoru.
– Halo Włodku coś w tym jest. Już 5 po 21.00, a światła nie gasną. Trener pewnie przekazuje ostatnie uwagi zawodnikom. Może podamy skład?
– Halo Jurku, oczywiście: W bramce austriacki wulkan Christiaaaaaan Eigneeeeeer, w obronie ‚The Ooooone and only Mr Andyyyyyy „Fletch” Fleeeeeetcher, w lewej pomocy Peteeeeeer Gordenooooooo. Prawa pomoc to skrzydłowy Maaaaaartin Leeeeeee Goooooore i nasz czołowy napastnik Daaaaaaaveeeeeee Gaaaaahhhhaaaaaannnnn. Ooooo trybuny podrywają się do lotu niczym meksykańska fala….. aaa nie to tylko kolejny sprzedawca precli przeszedł między zgromadzonymi sympatykami naszego zespołu.
– Halo Jurku, zespół wyszedł skupiony bez słowa zajęli swoje pozycje, jako ostatni wyszedł Dave. Za nami kilka zagrań i już dwie akcje naszego zespołu. Zobaczyliśmy długo rozwijające się pierwsze wejście w pole przeciwnika – In Chains [102].

Potem jakby odpowiedź na nieudane zagranie drużyny przeciwnej zespół wykonał zagranie, mówiąc im – Wrong [104]. Teraz próbują załatać dziurę po niebezpiecznej akcji przeciwnika – Hole To Feed [102]. Tymczasem gdzieś w powietrzu już unosi się kruk, a my stawiamy się w butach trenera i zastanawiamy się co też dziś nasz zespół pokarze.

– Halo Włodku, piękna parada bramkarza zakończyła Walking In My Shoes [104]. Jak dla mnie mistrzostwo. Tylko on potrafi tak wywijać pałeczkami. Niczym mistrz sushi… Ze tak zażartuję.

– Halo Jurku, oj żarty się Ciebie trzymają.
– Halo Włodku trzymają, a tym czasem groźna sytuacja pod naszą bramką, że tak powiem It’s No Good [102].
– Halo Jurku, rozpędza się nasza drużyna. Cały czas napiera, przeciwnik już mocno spocony, tym czasem ktoś z drużyny przeciwnej niebezpiecznie zagrał piłką i nasz napastnik złapał się za krocze, ale to tylko przejściowe problemy. A Question Of Time [102], jak śpiewa pewien zespół.
– Halo Włodku, uspokojenie nastąpiło w tej części meczu, spoglądam teraz na naszego obrońcę Andy Fletcher’a, który jak zwykle ma mało pracy i nawet dziś jeszcze nie dotknął piłki, no chyba, że swoje. Czasem pomacha i potrzyma się za boki. Our Precious [102].
– Halo Włodku, widzimy dalsze wycofywanie się zespołu do defensywy. Trener daje jakieś znaki i pokazuje Martinowi, aby zajął pozycje w defensywie za klawiszami. Świat w jego oczach jest jakiś dziwny mówi, to pewnie ślady upojnej nocy… World In Our Eyes [47] jest za to przepiękny, mamy wspaniały widok na zespół… Szkoda, że Państwo tego nie widzą.
– Halo Włodku i znowu nasz napastnik złapał się za krocze, wychodząc daleko w pole, jakby na wybieg, w czasie World In Our Eyes [47]. Tym razem to coś poważnego, bo musiał zejść ze sceny, ekhm z boiska…. tym czasem Martin z prawej pomocy zajął miejsce wysunięte na przodzie i wykonuje…… One Caresssss [25]…..

– Halo Jurku, tego zagrania się nie spodziewaliśmy… To przeważnie było pod koniec 2 polowy… Teraz Home [88]… Jakby nasi zawodnicy myśleli raczej o powrocie do domu. Spotkanie, może się podobać, publiczność reaguje żywiołowo, a teraz podczas końcówki Home [88] śpiewa doniośle i nie pozwala zespołowi wznowić spotkania.
– Halo Włodku widzę, że przy linii bocznej ustawił się nasz napastnik, jednak kontuzja była chwilowym problemem i już jest na boisku…. jakby wszyscy tu zebrani wiedzieli że on Come Back [35].
– Halo Jurku, a jednak nie, to zagranie nie było czyste. Ono jest Miles Away [67], od Come Back [35].

– Halo Jurku, tym czasem przeciwnik nie jest tak sprawny jak w Łodzi i już teraz w czasie Miles Away [67],  odkrył swoje zamiary i puścił balony… Noooooo dziś rispekt, balonów jak mrówków… nie to co wczoraj. Ale jednak nie ma to jak łódzki festyn…. Eeee festiwal baloniarstwa. Ale nie ma co, jaka wizualizacja, takie rekwizyty publiczności…
– Halo Włodku, nasz napastnik bawi się z publicznością, rozdaje kissy, stosuje zagrania typowe pod publiczkę, Martin mimo, że znowu cofnięty za parapet, stosuje długie zagrania do Dave’a. Niestety one sprawiają ze przeciwnik przejmuje piłkę i wyprowadza atak za atakiem. To idzie uliczką, to w okienko… Zdaje się mówić zespołowi, że jest In Your Room [102]. Robi się gorąco… Zobaczymy jaka będzie cięta riposta naszych ulubieńców…
– Halo Włodku, wspaniała parada naszego pałkera/bramkarza, Martin z Dave’em biją mu pokłony… Jak by mówili We Feeelll Youuuuuu. To on w czasie tego spotkania już nie raz zastawił bramkę przed naporem przeciwnika. A przeciwnik mówi teraz Enjoy The Silence [103], tym czasem nasi wyprowadzają kolejna akcję na głębokie przedpole przeciwnika. Martin długim podaniem posyła piłkę do Dave’a, który ładnym przejęciem odbiera ją na wybiegu..
– Halo Jurku, miało być o zajewistym wykonaniu Never Let Me Down Again [104], ciaaaary, ale realizator tu pokazuje nam, że Andy dostał paczkę priorytetem w postaci dmuchanego baannnnnannnnaaaa!!!!

No i koniec drugiej połowy. Nic się nie stało jeszcze… Nadal 0:0 zobaczymy jak ułoży się dogrywka. Bądźmy dobrej myśli….
– Halo Włodku sorry, że Ci przerywam… Martin wykonuje Somebody [19]… Ach jak jesteśmy zaskoczeni.

– Halo Włodku, Dave przed chwilą zauważył na parapecie banana Andiego… Stwierdził, że w końcu ma dużego… Od teraz jest on z nami niczym 6 zawodnik na boisku… Jeszcze nie Stripped [102], ale już jest kwestią czasu jak będzie. Tymczasem nasza drużyna rozbiera obronę przeciwnika. Ona jest już Stripped [102].  Sensacja wisi w powietrzu…

– Halo Jurku, Gooooooooollllll w fotograficznym skrócie przeciwnik się już nie podniesie.
– Halo Włodku, Dave po iście Photograficznym [2] strzale w okienko… Długo dziękował całemu zespołowi i trenerowi, oraz całemu sztabowi pracującemu na to mistrzostwo.

Masz rację zespól odzyskał jakby świeżość w kroku i zerwał się do ostatniej akcji. Zauważyłeś, że Martin podziękował Dave’wowi na głos do mikrofonu, co Dave skomentował padnięciem na kolana i słowami at last after 30 fuckin’ years coś-tam-coś-tam… Czy jakoś tak… Szał publiki zagłuszył jego słowa. Finalny gwizdek zakończył to jakże ważne dla nas spotkanie. Skromne 1 bramkowe zwycięstwo dało nam nadzieje, że jednak będzie dobrze. Zespól długo żegnał się z publiką i nie schodzi z boiska/sceny… My tym czasem żegnamy się z Wami. Z tej strony Halo Włodku i Halo Jurku… Mówimy dobranoc i oddajemy głos do studia w Warszawie… Halo Tomku!!!

Wygrzebane z mroków historii

Ekscytujemy się ewentualnym powrotem Alan’a do zespołu. Tymczasem dziś obejrzałem (po długim czasie zapomnienia) materiał z „Listening Party” w 1993, gdy Alan był właściwie na początku drogi…

…zakończeniem, której było oświadczenie z czerwca 1995 roku o opuszczeniu zespołu. Co uderza, oglądając ten materiał, to „nieobecność” Dave’a. Jednak z biegiem lat najbardziej porażające i brzmiące złowieszczo brzmi ostatnie pytanie i odpowiedź w tym filmie. Odpowiedź udzielna właśnie przez Alana. Z resztą zobaczcie sami:

A tak było 2010.02.17 w Londynie 17 lat później…

Historyczna noc!!!!

Nikt się nie spodziewał, że ta noc zelektryzuje depechową społeczność na nowo. Miało być spokojnie, aż do ostatniego koncertu w Dusseldorfie. Miało bez szumu, miała być niespodzianka, miał nikt nie wiedzieć, nie zorientować się… no chyba, że śledzi się jednego człowieka…

Wszyscy wiedzą, że webamaster oficjalnej strony depeche MODE, głównie spędza czas na siedzeniu w Burbank i trzymaniu wszystkich z daleka od najnowszych wieści z obozu depeche MODE. Dlatego każda wyprawa, a szczególnie na 2 kontynent to oznacza, że musi coś się dziać. Ostatni raz Barassi był w Europie przy okazji MTV EMA w 2006 (przytaczam z pamięci, wiec mogę się mylić).

To była jedyna wskazówka, że występ, po za charytatywnym wydźwiękiem będzie miał nie jedno, a przynajmniej 3 wydarzenia, które sprawią, że ta noc będzie historyczną.

Najpierw pojawił się kwartet smyczkowy, który towarzyszył depeche MODE podczas One Caress [25], Home [88] i Come Back [35]:

Gareth Jones przez cały koncert postował na swoim blogu zdjęcia z koncertu. Na jednym pojawił się Alan. Oki myślę. kurtuazyjna wizyta starego kolegi, który przyszedł zobaczyć koncert:

tumblr_ky0798ngVr1qzxb3ao1_500

Ale wszystko się wydało, kiedy Martin wyszedł z Alanem na scenę na swoją część bisów. To pozamiatało wszystkich. To był historyczny moment. Jak ktoś zgrabnie napisał na forum Home:

This is not even historic.

It’s much more.
It’s post-historic.
It’s mythical,
it’s legendary,
it’s un-FUCKING-believable!

… AND it has been RECORDED!!!!!!!

Nic dodać nic ująć.

Posłuchajcie jak brzmiało Somebody [19] z Alanem. Devotional Tour wróciło.

Wisienką na torcie było wykonanie Photographic [2], 39 numeru zagranego na tej trasie. Z nową wizualką. Tego się również nikt nie spodziewał.

Na koniec setlista z tego koncertu:

100217_London_RAH

A wracając do początku mojego postu nt webmastera oficjalnej strony depeche MODE, napisał on na liście BONG, że posiada zapis nie tylko występu Alana z Martinem w czasie koncertu, ale również soundcheck. Materiał po obróbce zostanie umieszczony na stronie z podkładem zarejestrowanym na potrzeby LHN. Oto co powiedział:

Oh yeah. I got it…and the soundcheck 😛
This was not an announced thing. It was meant to be a surprise.
The first clue that this was going to be a special night was the fact that I actually got on a plane and flew to London. I don’t just fly places to see a show unless it is going to be special. 🙂
Hope everyone who attended loved witnessing history!
I can’t put any of the show up until I get LHN audio, which might be a while. I will work on permission for the soundcheck soon, though.

Źródło: http://twitpic.com/13ulhs

10.02 było dobrze, 11.02 jeszcze lepiej…

Pierwszej nocy dostaliśmy mały standard zimowej części trasy, drugiej nocy było Devotional Tour 1.5.

Nie będę się rozwodził ile to gardła zdarłem, albo jak się bawił mój sektor, a kto śpiewał, a kto lepiej dmuchał banana. Wystarczy stwierdzić, że tak entuzjastycznych relacji z koncertów na oficjalnym blogu trasy jeszcze nie był. Zespół zagrał jak na starych wyjadaczy przystało, a publika dała z siebie wszystko. Szkoda, że zespół nie podjął wyzwania i nie zagrał drugiej nocy Master And Servant, ale cóż nikt nie jest doskonały.

2010.02.10

Pierwsza noc to był standard, który nie miał prawa nikogo zaskoczyć, a jednak działo się wiele. Paradoksalnie do hajlajtów nie należą wcale wybrane utwory, ale to co działo sie pomiędzy nimi:

Dopraszanie się Fanów o Master And Servant przed i po Dressed In Black [23],

oraz swego rodzaju Interludium koncertowe przed Miles Away:

2010.02.11

Drugiej nocy było jeszcze bardziej miodnie. Jak na razie setlista z drugiej nocy jest jedyną w swoim rodzaju. Na żadnym innym koncercie zespół nie zagrał tylu numerów z Songs Of Faith And Devotion, co 11.02.

Dzięki czemu struktura albumowa koncertu wyglądała tak:

Łódź 11.02.2010

Sounds Of The Universe – 4
Playing The Angel – 1
Ultra – 2
Songs Of Faith And Devotion – 5!
Violator – 4
Music For The Masses – 2
Black Celebartion – 2

A ten utwór dedykuję pewnej osobie, która w tych dniach będzie przechodzić ciężkie chwile. Trzymamy za Ciebie kciuki!!!!

Łódź już za chwilę…

Nigdy nie jechałem na koncerty depeche MODE, które byłby dla mnie tak oczywiste, jak dziś. Przez te lata byłem wielokrotnie na koncertach depeche MODE, po kilka na trasie. Tym razem bardziej czekam na ostatnie dwa w Dusseldorfie, niż na Łódź.

Ten wpis mógłby równie dobrze być wpisem podsumowującym całą trasę.

depeche MODE od początku miało pod górę z tą trasą, choroba Dave’a rozwaliła cały misterny plan trasy. Pierwotnie trasa koncertowa miała skończyć się w styczniu tego roku. Mówiło się o drugim koncercie w Polsce na połowę tego miesiąca. Początkowo był plan, że będą to Katowice. Pewnie i tak na końcu skończyło by się w Łodzi, z racji pojemności obiektu. W daleko idącym uproszczeniu Pierwszy koncert koncert w Łodzi jest za Warszawę, a drugi za Katowice ;-).

Niestety słaba wydolność zdrowotna determinowała również dobór utworów do setlisty, a raczej usuwanie z tejże wielu cennych numerów. Niestety tak się złożyło, że usuwane utwory świadczyły od inności tej trasy w porównaniu do poprzednich tras. Tak, jak w 2005/2006 pamiętamy za Just Can’t Get Eenough, Everything Counts, Photographic i (pewien paradx, za Nothing’s Impossible) i że były grane. Tak, ta trasa zapamiętana zostanie, za perełki typu Fly On The Windscreen [65], Strangelove [30] i Master & Servant [25], których już nie ma, nie doczekawszy nawet połowy ze 102 koncertów jakie do końca lutego zespół wykona.

090610_Berlin_19

Zapamiętamy też tę trasę, za kilka perełek w wykonaniu Martin’a, które jednak nie ratują usunięcia powyższych. Do tego wszystkiego aranżacje znane od lat sprawiają, że właściwie po 3 koncertach, jakie w Niemczech miałem okazję obejrzeć na wiosnę resztę energii poświęciłem na inne sprawy niż ekscytowanie się koncertami.

Oczywiście idąc na koncert, będę się bawił jak szalony, a gardło po tych dwóch nocach będzie dalekie od ideału, a po ostatnim koncercie będę się cieszył, że za 2 tygodnie czekają mnie jeszcze 2 noce w Dusseldorfie, nie mniej pamięć o tym, co niedobrego wydarzyło się podczas tej trasy pozostanie. Nie mniej życzę wszystkim miłej zabawy, bo widowisko jest smakowite.

Dla tych co nie wybierają się jednak na depeche MODE do Łodzi mogę zdradzić setlisty obu nocy:

I noc
Insight / Miles Away / Dressed In Black

II noc
Freelove / Come Back / One Caress

Skoro jest tak dobrze, to czemu jest tak źle? #2

Spodziewałem się dymu, ale kto sieje wiatr zbiera burzę ;-). Problem polega tylko na tym, że argumenty, które dostałem, w różny sposób, przeciw moim tezom nie odnoszą się, do tego, co napisałem, w sposób bezpośredni. Jedynie pośrednio dotyczą trasy. Podstawowy błąd polegał na tym, że przeciw temu wpisowi użyte zostały argumenty nie statystyczne, ilościowe, suche fakty, tylko argumenty emocjonalne jak: oklepanie setlisty, wywalanie utworów po 1-2 koncertach, brak zmian u Dave’a, co z tego, że są zmiany, jak to nie są zmiany Dave’a, tylko Martin’a. To nie są pełne elektroniczne wersje, tylko jakieś akustyki, bla, bla, bla…

Błąd tego typu argumentów polega na tym, że nie są to argumenty obiektywne, tylko subiektywne i zależą bardzo od preferencji tego, kto je pisał/mówił, a co za tym idzie nie muszą być podzielane przez wszystkich, nawet tych, którzy się nie zgadzają z tym, co napisałem w poprzednim poście. Ze statystycznego punktu widzenia nie ma znaczenia, kto śpiewa, nie ma też znaczenia ile dany utwór gościł w setliście, na ilu trasach i czy jest oklepany czy nie (planuję również tematowi „oklepaności” setlisty poświęcić osobny tekst). Z resztą pojęcie „oklepaności” setu jest najbardziej subiektywnym i nieostrym pojęciem. Każdy uznaje zupełnie inne utwory za oklepane i często prywatne rankingi są wzajemnie się wykluczające. Po prostu w tego typu analizach, jak w moim poprzednim wpisie – Sztuka jest sztuka. Przy tego typu analizie, jaką zrobiłem nie ma to żadnego znaczenia. Zdaję sobie sprawę, że dla wielu moment występu Martina na koncercie, to najlepszy moment na fajka, nie mniej próbując opisać obiektywnie trasę nie można tego pomijać. depeche MODE, to całość, jeden byt i ten zespół ma dwóch wokalistów. Tak, jak ma dwóch kompozytorów i tekściarzy. (już widzę ten grymas skrzywienia na twarzach czytających).

090610_Berlin_18

Po za tym trzeba mieć dużo złej woli, żeby nie zauważyć, że zjawiska, jakie miały miejsce na tej trasie, zdarzały się również na wcześniejszych trasach. Np Here Is The House vs In Sympathy, I Feel Loved vs. Peace, czy Fragile Tension vs. Something To Do (1993).

Poprzedni tekst był próbą uzasadnienia stwierdzenia: „Skoro jest tak dobrze… Od tego momentu postaram się odpowiedzieć na druga część: „…to czemu jest tak źle.”

Uważam, po prostu, że problem leży gdzie indziej, niż to czy grają tę samą setlistę, czy też grają co noc  kompletnie nowy zestaw utworów. Najpierw jednak cytat:

Nie wydaje mi się, żeby mieli zamiar użyć jakichkolwiek starych podkładów. […] Z tego, co mi wiadomo, chcą wykonywać pierwotne wersje starych singli – myślcie o tym, co chcecie.” (Stripped, Jonathan Miller, str. 418)

Kto to powiedział? Jeżeli przeszło Wam przez myśl, że był to Alan, to macie 100% racji.

depechemode

Słowa te padły w 1998 roku, przeszło 12 lat temu i nie straciły nic na świeżości. Uważam, że w tych słowach jest ukryty klucz do tego, aby pojąć, czemu widać taką różnicę w depeche MODE przed i po odejściu Alan’a. Czemu tak często pojawiają się argumenty o ciągłym graniu jednego setu od 1998 roku, mimo, że spoglądając na setlisty przed 1986 rokiem można również takie odnieść wrażenie.

OK, to skoro napisałem, że problemem zespołu nie jest granie tego samego setu w koło od x czasu, że przełamują dawne schematy i z trasy na trasę grają co raz więcej, że setlista przez całą trasę non stop ewoluuje, to w takim razie gdzie jest problem? Już odpowiadam.

Jeżeli spojrzy się na setlisty z lat 80. wyraźnie widać, że i wówczas depeche MODE grało z lubością trasę w trasę pewne utwory, wystarczy wymienić:

  • Photographic / Just Can’t Get Enough – od początku historii zespołu do 1986/1988;
  • Master & Servant – cztery trasy z rzędu;
  • People Are People – trzy trasy z rzędu;
  • o Everything Counts nie wspomnę

Podobnych przykładów można by wymienić jeszcze kilka. Oczywiście kiedyś nie było Internetu i uczestnicy koncertów nie znali setów z koncertu na koncert. Zespół mógł sobie pozwolić na  granie jednej setlisty co noc i nadal sprawiał zaskoczenie i radość fanów. A teraz, gdy mieszają w najlepsze nostalgia za dawnymi czasami jest co raz większa. Głosy, że w tamtych czasach sety mógł być identyczny przez całą trasę, jakoś słabo się przebijają. Kluczem od odpowiedzi jest słowo

A R A N Ż A C J A

Co z tego, że mamy rekordy w ilości zagranych utworów na trasie, skoro od 1993 roku słyszymy te same wersje utworów. Kiedyś jak się chciało posłuchać koncertowego New Life, to trzeba było dodać jeszcze, z jakiej trasy. Podobnie było z każdym innym utworem granym na trasie do 1994 roku. Zespół co trasę brzmiał inaczej zachowując nadal swój charakter. A co trasę jakość aranżacji, warsztatu rosła. A wszystko to grając wielokrotnie te same utwory noc w noc. Dzięki temu można było na nowo odkrywać te same kawałki. Zaczęło się to zmieniać w momencie, kiedy remixy utworów wydawanych na singlach przestały być w gestii członków zespołów, lub osób blisko związanych z depeche MODE np. Daniel Miller. Remixy były biblioteką niewykorzystanych pomysłów, które nie były na tyle dobre lub nie pasowały do koncepcji utworu, czy albumu ale były jednocześnie ciekawym spojrzeniem na ten sam utwór. Ostatnim przykładem wykorzystania remixu z singla do aranżacji utworu na koncert, a więc pokazania nowego oblicza jakiejś piosenki było wykorzystanie remixu Home autorstwa AIR. Jeżeli przyjrzymy się temu co się dzieje z Never Let Me Down Again, Enjoy The Silence, Walking In My Shoes, In Your Room, to właściwie trudno nie oprzeć się wrażeniu, że wciąż jesteśmy na tej samej trasie koncertowej z przerwami na nagrywanie nowych utworów. Ciężko też zrozumieć czemu tak mało gra się utworów z płyt po 1997. W 1998 roku można było jeszcze zrozumieć zastosowanie wersji singlowych na trasie, skoro była to trasa promująca składankę z cyklu ‘the best’, jednak kopiowanie i eksploatowanie tych samych patentów przepuszczanych jedynie przez inne efekty – vide solo Gore/Eigner do Enjoy The Silence – sprawia, że co raz trudniej znaleźć zrozumienie w graniu setlisty tak samo brzmiących największych hiciorów z dyskografii zespołu. Ta trasa przyniosła pewną nadzieję w postaci zmienionej wersji Personal Jesus. Choć jednak w przypadku Stripped, ale też i Personal Jesus cały patent polega na uproszczeniu, pozbawianiu utworu kolejnych warstw bogactwa tych kawałków, a nie na przebudowie, nowym spojrzeniu na klasyki, innemu obudowywaniu, wzbogacaniu utworów o nowe warstwy brzmieniowe, co było właśnie domeną Alana.

Alan Wilder live. USA 1986
Alan Wilder live. USA 1986

Aranżacje autorstwa Alana sprawiały, że geniusz kompozytorski Martina można było na nowo odkrywać i zachwycać się co trasę tym samym utworem. Po odejściu Slicka trasy koncertowe z wyjątkiem scenografii i aktualnie promowanych utworów zlewają się w jedną masę, a utwory, które wyróżniały te trasy na tle innych jak np. Clean w 2001, Master & Servant, Strangelove w 2009/2010 są wycinane z zacięciem godnym lepszej sprawy.

Skoro jest tak dobrze, to czemu jest tak źle? #1

Mówi się, że jest kłamstwo, wielkie kłamstwo i statystyka. Mówi się też, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. W czasie tej trasy zaliczyliśmy z depeche MODE wzloty od zachwytu przez załamki, po znowu wzloty, ale czy koniec trasy to będzie lądowanie z telemarkiem czas pokaże. Dziś depeche MODE zaczyna ostatnią część trasy promującej Sounds Of The Universe.

A łaska fanów na pstrym koniu jeździ można dodać jeszcze. Ale do rzeczy…

Przez lata było tak: depeche MODE jechało w trasę koncertową planowało set i tłukło go przez całą trasę, co najwyżej wywalając jakiś utwór (np. Here Is The House w 1986), a jeżeli już coś dodawali, to z musiku i po najmniejszej linii oporu (Somebody w 1986), albo dlatego, że rozpoczynali promocję singla (np Shake The Disease w 1985), ale tak na prawdę potem już nic nie robili tylko jechali z niezmiennym setem do końca trasy. Często nawet i tego nie robili i grając dwie, a nawet trzy noce z rzędu na tapecie był ten sam set co noc (Londyn, Hamburg 1983, Berlin, Kolonia, Chicago, Nowy Jork 1998) długo by wymieniać.

depeche MODE // Irvine Meadows 1986
depeche MODE // Irvine Meadows 1986

W każdym razie opowieści członków zespołu o tym, że mają kilka taśm oznaczonych kolorami, na różne występy i dostosowują w występy do potrzeb chwili można było między bajki włożyć. Bo, ani nie czuli takich potrzeb (jak widać z historii), a jeżeli już to były to akcje typu It Doesn’t Matter do podkładu z Somebody – Tokyo 1985.04.12, czy niby akustyczne Somebody w Kopenhadze 1986.08.16.

Przez lata największym zarzutem był fakt, że nic nie zmieniają, grają w koło to samo. Potrafią setlistę jedną grać przez całą trasę. Do tego ewolucja samych utworów była nieznaczna. Zbierając bootlegi np. z trasy Construction Tour, jeżeli nie było się zainteresowanym wpadkami ze sprzętem, to właściwie wystarczyły tylko 2 booty jeden z 1983 i drugi z wiosny 1984 + występ przed Eltonem Johnem i gitara. Podobnie miała się sytuacja z trasą z 1986, czy nawet 1990. Pewne zamieszanie wprowadziła tu trasa z lat 1987/1988, ale i tu mając bootleg np z Monachium 1987.10.25, Londyn 1988.01.12, coś z Azji 1988 i 101 mieliśmy temat załatwiony. Najlepiej obrazuje to poniższe zestawienie, gdzie zestawiłem długość setu vs liczba wszystkich utworów granych na trasie.

Długość setlisty vs. Liczba utworów granych w totalu:

  • Speak & Spell Tour: 15/16
  • See You Tour: 17/17
  • A Broken Frame Tour: 18/20
  • Construction Tour: 17/18
  • Some Great Reward Tour: 19/21
  • Black Celebration Tour: 20/22
  • Music For The Masses Tour: 19/23
  • World Violation Tour: 20/24
  • Devotional Tour: 19/24
  • Exotic / US Summer Tour: 17-18/23
  • The Singles 86>98 Tour: 20/22
  • Exciter Tour: 21/29
  • Touring The Angel: 20-22/33
  • Tour Of The Universe: 20-22/38

W niektórych miejscach musiałem uśrednić, bo set był zmienny jeżeli chodzi o długość. Pierwsza liczba/liczby to długość setu, liczba po ukośniku to liczba wszystkich utworów zagranych na trasie.

Również pod względem długości obecna trasa jest jedną z dłuższych:

  • Music For The Masses Tour: 101
  • World Violation Tour: 88
  • Devotional Tour: 96
  • Touring The Angel: 124
  • Tour Of The Universe: 102 (jeżeli wszystko co zaplanowali zagrają, a pamiętać należy, że zagraliby więcej, gdyby nie choroba Dave’a)

depeche MODE zaczynają się zmieniać dopiero w latach 90., ale trudno zaprzeczać faktom, że dopiero ostatnie dwie trasy pod tym względem są rekordowe.

Clean, Warszawa 2001.09.02
Clean, Warszawa 2001.09.02

Podstawowy zarzut w rozmowach z niefanami o tym, że nie warto iść na dwa koncerty upada. Na poprzedniej jak i na tej trasie było bardzo wiele momentów, że ciężko było przewidzieć co zespół zagra z nocy na noc. Nie dość, że setlista miała różną długość, to utwory wskakiwały na jeden, dwa, kilka koncertów, to jeszcze zmieniały miejsce w secie co koncert. Dodatkowo zespół co raz częściej na Touring The Angel i Tour Of The Universe improwizował (jak na zespół elektroniczny).

Jest to też pierwsza trasa w historii zespołu gdzie na bis nie jest grany singiel z poprzedniej płyty, a do tej pory tak było, łącznie z Touring The Angel.

W liczbach wygląda to wszystko imponująco i już w tej chwili jest to trasa rekordowa.

Bo tak jest modnie…

Wygląda na to, że fani psioczący na małą pojawialność się depeche MODE w teledyskach, to zaścianek i brak rozeznania się w obecnie panujących tryndach w sztuce tworzenia wideoklipów. Teraz, aby być na fali trzeba być na koszulce, mijać po drodze plakat z podobizną zespołu, lub dać się minąć w pędzącym samochodzie głównemu bohaterowi.

Peace
Peace

depeche MODE spełnia wszystkie te oczekiwania i jest trendy. Obecnie nastał czas klipów fabularnych, ale takich, gdzie zespół wykonujący dany utwór spełnia się w roli muzyki filmowej, gdzie muzyka ma współgrać z filmem, który opowiada fabułę związaną z treścią piosenki lub nie bardzo. Tym razem to obraz jest ważniejszy, niż muzyka i to mimo tego, że clip ma promować utwór wykorzystany do zilustrowania jego.

Korespondencja obrazu z dźwiękiem.

Osobny temat to teledysk do instrumentalnego kawałka „Mono No Aware”, gdzie David Altobelli, reżyser i jeden z dwójki operatorów, stworzył wideoklip, który wychodzi poza ramy gatunku i śmiało aspiruje do miana etiudy filmowej. Obserwujemy historię samotnej dziewczyny, wszystko rozgrywa się w chłodnych barwach, obraz i dźwięk wędrują tutaj ramię w ramię i do samego końca pozostają w idealnej symbiozie. Tego rodzaju połączenie stanowi mniejszość, zauważalna gołym okiem jest tendencja do rozchodzenia się tych dwóch elementów. Historia w klipie Coldplay, biegnie zupełnie obok muzyki, która stanowi w zasadzie jedynie podkład, pozwalając odgrywać pierwsze skrzypce opowieści. Ta tendencja mniej rzuca się w oczy w przypadku teledysków do utworów o tanecznej proweniencji, gdzie twórcy nadal stawiają na zespolenie obrazu z dźwiękiem. „Warriors Dance”, czy „The Messages” Filthy Dukes wykorzystują tempo muzyki do nadania rytmu opowieści filmowej. Podobnie jest w przypadku „Wrong” zespołu Depeche Mode, ale – generalnie – nie można powiedzieć, by było to zjawisko dominujące.

Dalej dowiadujemy się, że muzyka jest tylko po to, aby dopełniała obraz i to jedyne czego od niej się oczekuje.

Artyści w defensywie

Zauważalnym kierunkiem jest odejście od opierania opowieści w teledyskach na wizerunkach wykonawców. Ze schematu wyłamuje się Eminem, ale muzyka hip-hopowa podszyta jest dążeniem do zaspokojenia rozbuchanych ego raperów, a Marshall Mathers dodatkowo wykazywał się od lat pociągiem do aktorstwa (patrz: „8.mila”). Jednak i jego wideoklipy są próbą znalezienia interesującego sposobu opowiedzenia historii, co odróżnia Eminema od klipów pełnych lansu, baunsu i bujających pośladków skąpo odzianych kobiet. „3am” zawiera echa „Blair Witch Project”, „Piły”, ale nawiązania do współczesnego horroru są przeprowadzone sprawnie i, w gruncie rzeczy, widz bawi się wynajdywaniem inspiracji. Eminem to gwiazda światowego formatu, podobnie jak Depeche Mode, którzy migają w tle klipu „Wrong”, co ma raczej wymiar cameo.

Teledyski w których zespół występuje z gitarą i nie daj Boże jeszcze śpiewa w nim, to wynik zacofania i byciem w tyle w stosunku do tego, co wielcy tego świata robią, to przykład taśmowej produkcji klipów. Przy czym odejście od tego służyć ma zepchnięciu do defensywy klipów, w których największą atrakcję stanowi pojawienie się na ekranie przez 5 minut wokalisty z zespołem. Oczywiście, nadal pokaźna grupa to teledyski gwiazdeczek popowych, skręcane taśmowo i eksponujące wdzięki urodziwych wykonawczyń lub modelek wytrząsających się nad muzykami. Pełna wersja artykułu TUTAJ.

Na szczęście mody mają to do siebie, że przemijają, a czasami potem wstyd do nich wracać, bo są już nie modne.

Mucha na szybie samochodu…

Siedziałem cicho, właściwie pisałem inny tekst na tego bloga, i przeciwny treściowo do tego, ale nie, nie dałem rady. Myślałem, że koncert w Turynie był tylko wypadkiem przy pracy. Tym czasem nie! Jednak wywalili Fly On The Windscreen [65] na dobre. Żenada!

To, że ta trasa jest bardzo ambiwalentna emocjonalnie, właściwie przyzwyczailiśmy się już. Raz zaskoczą nas dodając One Caress [25], a raz nie zagrają Waiting For The Night [44]. (teraz już tego wcale nie grają).

Wielka napinka, bo mają przeorać set po 3 koncertach w Europie, tym czasem z dużej chmury mały deszcz.

Napisałem w tekście Hardcory vs Pikniki, że koncerty są w większości dla tych drugich, bo to oni robią masę, fani są jak rodzynki w cieście i dla nich zespół przeważnie odkurza 2-3 numery, dla których warto zapamiętać konkretną trasę, jako wyjątkową. Na tej trasie takimi utworami były Fly On The Windscreen [65], Strangelove [30] i Master & Servant [25]. Każdy z tych numerów był rodzajem sensacji, że wrócił do setu koncertowego. Nie oszukujmy się, że dla fanów zżytych na co dzień z tym zespołem sensacją na pewno nie będzie zagranie Enjoy The Silence, Personal Jesus, Never Let Me Down Again, czy Home. To są znane, lubiane numery i również najbardziej ograne utwory w dyskografii zespołu, a co za tym idzie, tylko człowiek mający kontakt z zespołem co 4 lata od koncertu do koncertu będzie się zachwycał tymi numerami jakby widział je pierwszy raz. Na koncercie każdy zapomina, że widzi po raz n-ty ETS, ale to dla czego na tej trasie warto było stać w kolejce od godziny 11.00 przed stadionem, to właśnie Fly On The Windscreen [65], Strangelove [30] i Master & Servant [25]. Po wywaleniu z setu Strangelove [30] i Master & Servant [25], pocieszaliśmy się, że jeszcze jest przynajmniej Fly On The Windscreen [65]. Od koncertu w Turynie takiej nadziei już nie ma. Zespół wywalił ostatni kawałek na myśl którego miałem ciary, gdy bass rozwalał mi bebechy. W tej chwili emocji już nie ma…

Fly On The Windscreen 2009.09.13 Monachium
Fly On The Windscreen 2009.09.13 Monachium

W tej konfiguracji set koncertowy przypomina bardziej stary, dobrze znany film, od lat wyświetlany w czasie świąt maści wszelakiej. Zawsze obejrzysz go z przyjemnością, nawet uśmiechniesz się na stary, widziany wiele razy gag, ale akcja Cię nie zaskoczy już wcale. Tak samo jest z tym zespołem na tej trasie. Po wywaleniu Fly On The Windscreen [65] set koncertowy przypomina już bez żadnego upiększania set grany od 1998 roku. Załamka!!!

No cóż DVD nagrane można przestać się starać i napinać. Ważne żeby parędziesiąt tysięcy pikników było happy i teoria inż. Mamonia się sprawdziła z porażającą dokładnością. Reszta nie jest ważna.

 

Blog o depeche MODE, ich muzyce, koncertach, subkulturze, a wszystko subiektywnie i po mojemu.

%d bloggers like this: