Archiwum kategorii: Zanim się zacznie

Szczegóły koncertu i kilka przydatnych rad koncertowych.

Koncert w Warszawie co raz bliżej niedawno organizator ogłosił kilka ważnych szczegółów koncertu. Warto się wcześniej przygotować, żeby dobrze zaplanować dzień, bo atrakcji tego dnia związanych z koncertem będzie na bogato.

Najważniejsze godziny dla fanów wyglądają następująco:

Podane godziny są orientacyjne. Koncert to wydarzenie dynamiczne, więc zawsze należy brać pod uwagę, że mogą się czasy opóźnić.

Obecnie wchodzenie na koncerty to nie to samo co kiedyś. Od pewnego czasu obowiązują zaostrzone standardy przekraczania bramek, wobec tego przygotujcie się na dłuższe czasy spędzone przy wejściu. Mówiąc w skrócie dłużej przechodzi się bramki, szczególnie etap kontroli osobistej jest dokładniejszy, oraz można się spodziewać nie wpuszczenia i odesłania do depozytu.

Dlatego warto wziąć pod uwagę kilka rad, które sprawią, że Ty wejdziesz szybciej, a innym nie będziesz opóźniać wejścia.

Trochę o tym pisaliśmy na blogu MODE2Joy w rozmowie z fanem, który jednocześnie był ochroniarzem na koncertach depeche MODE. Zapraszam również do przeczytania rocznicowego tekstu o koncercie w Warszawie 2013.07.25, który powstał w drugą rocznicę tegoż. (Stąd błąd w dacie na zdjęciach :-P). Ten tekst może być również pomocny przed tegorocznym koncertem.

Zasada generalna – zabierz tyle ile jesteś w stanie założyć na siebie lub po kieszeniach. Zabieraj tylko takie rzeczy, które będziesz mógł łatwo się pozbyć, lub zabierasz z myślą o tym, że wyrzucisz je przed wejściem na stadion. Wszystko, co przeczytasz poniżej wynika właśnie z tej generalnej zasady.

Pod stadionem – Ludzie do piknikowania pod bramami zabierają ze sobą różne rzeczy. Krzesła piknikowe, ogrodowe, na ryby, siedziska ze styropianu, albo po prostu arkusze styropianu, karimaty. Wszystko to bądź pewien, że zostawisz przed bramą. Na pewno z tym nie wejdziesz.

Parasole – Jeżeli będzie padać, to parasol przyda Ci się tylko przed bramą. Nikt nie pozwoli Ci wnieść parasola na stadion. Lepszy będzie sztormiak lub foliowa peleryna, którą gdy nie będzie padać można zwinąć do kieszeni, albo zrobić z tego siedzisko (w przypadku sztormiaka).

Worek foliowy – zimą bardziej się przyda, ale teraz jeżeli wiesz, że będzie dla Ciebie za zimno, albo będzie padać lub planujesz rozebrać się do prawie rosołu, to warto mieć w kieszeni foliowy worek tak 100-200 litrów. Do niego spakujesz przed koncertem mokre ciuchy, kurtki. Można też grupowo się spakować do jednego worka, a potem pod nogi. Nie będzie szkoda, jak ktoś skopie, a i przed koncertem będzie na czym usiąść lub położyć się.

Jeżeli nie masz worka, to po prostu przewiąż, zaczep wszystko w pasie, tak aby mieć ręce swobodne lub upchaj po kieszeniach.

Buty – wiem, że fajnie jest wyglądać jak fan depeche MODE, ale pamiętaj, że na koniec dnia będziesz musiała w tym wrócić do domu, hotelu lub zaliczyć AfterShowParty. Warto zaopatrzyć się we wkładki żelowe do swoich newrocków lub martenów. W każdym sklepie sportowym znajdują się takie wkładki. Skutecznie pomagają w wytrzymaniu i długim staniu pod stadionem, na koncercie i na afterze.

obów
obów

Ja osobiście stosuję inną metodę – zakładam letnie buty każdego depesza, czyli conversy (lub converso-podobne) za kostkę w wersji „all black”. Do tego wkładki żelowe, jest i względnie wygodnie, i lekko, i depechowo.

Ci co walczą o barierki wcale nie biegają w ciężkim obuwiu, tylko w lekkich butach w czarnym kolorze. Barierka jest warta tego, aby poświecić wygląd kosztem wygody i łatwości dotarcia pierwszemu pod scenę.

Dusseldorf 2013.07.03
Dusseldorf 2013.07.03

Spodnie – polecam bojówki. Niezależnie czy w wersji krótkiej czy długiej. Skutecznie zastępują plecak.

Plecaki, wielkie torby – zostaw w domu. Zbyt duża torba, zbyt duży plecak powodują, że możesz zostać poproszony o oddanie go do depozytu. Sama przez to później wejdziesz, a i innym opóźnisz wejście. Z resztą regulamin koncertu wyraźnie wspomina o zakazie wnoszenia dużych plecaków i toreb.

Z tego typu rzeczami obowiązuje ta sama zasada, co w komunikacji. Plecak dołem, w tłumie możesz przeszkadzać innym trzymając go na plecach.

picie
picie

Napoje – nie wniesiesz dużych butelek. Butelki muszą być bez zakrętek, najlepiej jedną schować do kieszeni i potem po przejściu ostatniej bramki zakręcić. Na bramkach każą Wam wyrzucić cokolwiek, czy jest to w szkle, czy w plastiku i jest duże. Wynika to z dwóch powodów:

  • Kasa – najemcy muszą zarobić na rozwodnionym piwie i innych napojach.
  • Bezpieczeństwo – butelka z wodą lata daleko i może trafić np na scenę.

Warto nabyć napoje w takich opakowaniach, jak powyżej. Jest duże prawdopodobieństwo, że nie wyląduje w koszu. Patent od lat stosowany przez zachodnich fanów na koncertach.

Na stadionie zawsze dostaniemy picie w kubku plastikowym. W Niemczech przygotowywane są specjalne kubki, w Polsce nie wpadli jeszcze na ten pomysł.

Jedzenie – podobnie jak z napojami. Lepiej mieć coś co potem jako papierek wyląduje w koszu lub kieszeni.

Numerki pod stadionem – Jeżeli będziecie pod stadionem oznaczać się numerkami, to przyzwoitość nakazuje je honorować. Czasami ochrona koncertu oznacza potem, tych najwytrwalszych specjalnymi opaskami, które upoważniają do wejścia do FOS / GC. Więcej o samych numerkach w kolejnym tekście.

Dach na Narodowym – Wg stadionu dach na Narodowym będzie otwarty czyli zamknięty. Warto pamiętać, że na stadionie dach działa jak parasol, kiedy mówi się, że jest otwarty, to jest rozłożony jak parasol w czasie deszczu. Kiedy słyszycie, że dach jest zamknięty, to wcale nie jest otwarty tylko złożony, jak parasol gdy nie pada.

To chyba tyle tak z grubsza. Coś pominąłem, albo macie jakieś jeszcze pytania, wątpliwości? Piszcie w komentarzach, albo na FB, G+ lub Twitterze.

Jak się nagrywa płytę cz.3. – poradnik dla początkujących.

Trzecia odsłona procesu nagrywania płyty, na przykładzie znanych i lubianych – czyli depeche MODE. W poprzednich odcinkach wybraliśmy producenta, a potem weszliśmy do studia. W tym odcinku przyszedł czas na dokonanie finalnego mixu, zrobienie masteringu, wytłoczenie i wysłanie płyt do sklepów, żebyś mógł nabyć album i zapodać go do swoich uszu.

Nareszcie! Pół roku siedzenia w studio zaowocowało nagraniem świeżutkiego albumu. Cytując jednego z członków zespołu: ’Nasz najnowszy album plasuje się gdzieś między Violator, a Sounds Of The Universe ze szczyptą dekadencji i mroku z A Broken Frame.’ Napisaliśmy, że nagraliśmy… technicznie rzecz biorąc, została dokonana rejestracja. Z finalnym nagraniem nie ma ten materiał jednak jeszcze zbyt wiele wspólnego. Teraz zaczyna się etap prac nad płytą, tyleż interesujący, co mało znany i niedoceniany przez wielu. Można tu skopać album, ale też zmienić spojrzenie na efekt prac w studio.

Outtake’i

Zanim pójdziemy dalej, chcielibyśmy na chwilę zatrzymać się przy jednej kwestii. Podczas produkcji każdego kawałka powstaje wiele wersji, wiele podejść do utworu. Często na skutek rozbieżnych wizji artystów, producenta, właścicieli wytwórni. Zanim zostanie wybrana ta jedna, która stanie się hiciorem wszech czasów, zespół musi się zmierzyć z bólem egzystencjalnym, ślepymi uliczkami, czy też niemożnością dobrania do jakiegoś motywu innych składowych utworu. Często zespoły muszą odrzucić to, co stworzyły i wrócić do dema, aby na nowo stworzyć swoje arcydzieło.

Paradoksalnie bardzo dobrze ten proces opisał Flood w swojej historii o Enjoy The Silence. W drugiej połowie filmu jest fragment o tym, jak to Flood i Alan po tygodniach pracy nad numerem, fochach Martina, zostawili to co stworzył i na bazie dema zaczęli tworzyć hicior jaki znamy. Poniżej, ta sama historia co z poprzedniego odcinka, ale opowiedziana na innym evencie.

Zostawmy Enjoy The Silence w spokoju, bo co prawda wątek tego numeru jest dobrze udokumentowany i opracowany, nie mniej jednak są inne utwory, które przeszły podobne koleje losu. Warto tu wspomnieć kilka wersji Behind The Wheel. Wersja z płyty a wersja z singla, to bardzo dobry przykład na ocalenie różnych wizji jednego kawałka od zapomnienia. Oczywiście powszechnie uważa się wersję z albumu za tę lepszą.

Innym przykładem jest World In My Eyes. Jedna z wersji stała się tą albumową, natomiast wizja utworu proponowana przez Daniela Millera nie zyskała uznania i powędrowała na długie lata do szuflady. Dopiero składanka remixów z 2004 pozwoliła ujrzeć mu światło dzienne, już jako World In My Eyes (Daniel Miller remix).

Niektórzy z Was czytali już tę myśl wielokrotnie, nie mniej dla dopełnienia i precyzji tej historii warto przytoczyć ten wątek ponownie. Otóż do 1993 depeche MODE w znaczącej części tworzyło remixy na swoje single. Wiele z nich zostało takimi samymi ikonami, jak klasyki z płyt. Osobiście na równi z albumami cenię single   Policy Of Truth i właśnie World In My Eyes, oraz Stripped, Walking In My Shoes. Klasyka w każdym calu.

Kawałki te nazywa się remixami, choć tak na dobrą sprawę, to bank niewykorzystanych motywów i pomysłów z procesu tworzenia albumu. Bywało że zespół tworząc płytę dorabiał się jakiegoś fajnego motywu, linii bassowej, ale nie pasował on do całości produkcji. Taki zapis nie szedł do kosza, ale na jego bazie  budowano alternatywną wersję utworu, która potem lądowała na stronie b singla jako remix zatytułowany np Mode To Joy. Czasami spór na temat finalnej wersji utworu był tak silny, że tylko rzut kostką decydował o tym, który numer faktycznie będzie określany jako wersja finalna, a który stanie się remixem na stronie b.

Najbardziej zastanawiającą historią jest ta o Happiest Girl i Sea Of Sin. Do tej pory nie znamy wersji oryginalnej, takiej bez dopisku. Na singlach są tylko remixy. Pytaniem jest czy w ogóle wersja nie zremixowana istnieje?

Alan dopóki był w zespole korzystał z tych motywów, tworząc aranże do wersji koncertowych. Są one niczym innym jak remixami, wykorzystaniem niezastosowanych motywów, ukrytych na stronach b singli. Opus magnum sięgania do tej biblioteki jest trasa Devotional. Zachęcam porównać Enjoy The Silence z 1990 i 1993 z remixami singlowymi, podobnie World In My Eyes z 1993 i strony b. Tak na marginesie, w 1998 roku zespół wykorzystał wersję z 1993 obdzierając ją z kilku charakterystycznych motywów, a uwypuklając za to te, które na Devotional Tour były ukryte w drugim szeregu.

Tym w dużej mierze różni się depeche MODE z Alanem i bez – różnorodnością koncertowych wersji, które były zaczerpnięte jako efekt uboczny ich kreatywności i mnogości outtake’ów. Obecnie brak własnych remixów na stronach b sprawia, że na scenie w dużej mierze słyszymy od paru lat zbliżone do siebie wersje Never Let Me Down Again, Enjoy The Silence, Personal Jesus, I Feel You, Behind The Wheel. Są one bardziej lub mniej obdartymi z warstw- wersjami singlowymi,  z dłuższą, lub krótszą wstawką gitarową czy perkusyjną.

Oczywiście są też  wyjątki, takie jak Halo z 2013/2014, A Pain That I’m Used To 2013/2014, Home2005/2006. Jaskółki, których autorami nie są członkowie zespołu, tylko wynajęci ludzie. O koncertowaniu będzie jeszcze na końcu. Tymczasem zachęcam do  posłuchania remixów ze stron b, które jak już wspomnieliśmy, w wielu przypadkach nie są remixami, tylko efektem ubocznym zmagań twórczych w studio podczas tworzenia finalnej wersji. A skoro o niej mowa, to warto zająć się…

Delta Machine - Anal
Delta Machine – Anal
Finalnym MIXem.

Skończyliśmy nagrywanie. Obecnie mamy kawałki w postaci zbiorów nagranych ścieżek dźwiękowych. I fajnie. Tylko tak… Mamy te ścieżki, puszczamy je sobie razem i cholera… coś tu nadal nie gra. Wyobraźcie sobie scenę. Pełno instrumentów, muzyków, sprzętu różnego typu – efekty, wzmacniacze, jakieś ścianki z tysiącem migających światełek. Teraz ustawcie je w swojej wyobraźni na skraju sceny,  z tym samym poziomem głośności. Jednym włącznikiem odpalcie całość- zagra Wam ściana dźwięku. Wszystko gra tak samo głośno, razem, w jednym momencie- robi się jakaś taka nieznośna kakofonia. Niby mamy te efekty, wszystko jest super, ale to nadal nie to, o co nam chodziło przed wejściem do studio. W tym momencie pieczę nad naszym materiałem muzycznym przejmują: producent i producenci aranżacyjni, którzy są odpowiedzialni za tzw. mix. Czym jest ten mix?

Mix jest ustawieniem wszystkich elementów na scenie tak, aby każdy z nich zagrał w odpowiednim czasie, z odpowiednią głośnością i długością wybrzmienia, odpowiednią wibracją, ale również ciszą. Mix- to uszeregowanie elementów. Dzięki niemu to, co ma być na pierwszym planie brzmi najgłośniej, a bohaterowie drugiego planu nie zagłuszają tych z przodu. To wtedy kształtuje się charakter utworu. Wtedy też zapadają decyzje jak mają zaczynać się i kończyć poszczególne zwrotki. Generalnie rzecz ujmując mix to taka ‚ekipa sprzątająca’, której zadaniem jest ustawienie wszystkiego w należytym porządku. To od pracy tych ludzi zależy, jak ostatecznie wygląda dany utwór. Oni decydują co wybija się w utworze na pierwszy plan, co schodzi na dalszy, ale jest nadal słyszalne w utworze. Kiedy wchodzą wokale, poszczególne instrumenty solowe, w którym momencie coś w utworze się pojawia, kiedy zanika. Czasem decydują ostatecznie o wyrzuceniu czegoś, co zostało wcześniej nagrane,  coś jeszcze na tym etapie prac mogą dodać. Ich praca polega na wielogodzinnym słuchaniu i przesuwaniu w stosownym momencie tych wszystkich suwaków na stole mikserskim tak, aby na samym końcu procesu otrzymać to, co znacie z komercyjnych wydawnictw. No, prawie to…

Bardzo dobrze proces mixowania pokazano na filmie ‚Usual thing, try and get the question in the answer’ na DVD dokładanym do limitowanego boxa. Tak mniej więcej od 33:30 możecie zobaczyć, jak przebiega proces mixowania utworu. To jedna z mniej ekscytujących części nagrywania albumu.

To wtedy dogrywa się braki, które wychodzą w czasie procesu mixowania. Na drugim filmie ‚Making The Universe’ od 30:00 do 37:30 minuty, pokazana jest walka z Wrong – w szczególności z końcówką. Kawałek ten, ze studia wyszedł z innym zakończeniem, niż które finalnie słyszymy na płycie. Na początku mamy pracę w studio, a potem w ujęciach, na których pojawia się się Daniel Miller, mamy już finalny proces mixu kawałka.

depeche MODE w Studio 1984
depeche MODE w Studio 1984

To właśnie podczas takiego mixu w 1984 zgubiono część dźwięków w końcówce Master & Servant, przez co numer brzmi jak brzmi. O tym więcej możecie dowiedzieć się na filmie nagranym do remastera Some Great Reward.

W czasie mixu przygotowuje się różne wersje utworów. Jedne kończą się spokojnym wyciszeniem, gdy w tle numer idzie jakby miał jeszcze grać z godzinę. Kawałek może być nagle urwany, a może mieć również rozbudowane outtro (końcówkę). Dwa przykłady:

  • Dreaming Of Me w wersji singlowej (3:47) spokojnie się wycisza
  • Dreaming Of Me w wersji albumowej (4:02) kończy się wokalizą i ostrym zjazdem klawisza.
  • Never Let Me Down Again w wersji Split Mix (9:36) to w rzeczywistości pełna wersja numeru z czterominutową częścią instrumentalną.
  • Never Let Me Down Again w wersji singlowej (4:24) jest pozbawioną początku i wyciszonym na końcu, przed wejściem sekwencera Split Mixem. Podobnie wersja albumowa, która jest niewiele dłuższa (20 sek) i ma dodane na końcu szumy jako przejście do kolejnego kawałka.

Mix może zyskać uznanie,  można nim spaprać utwór. W 1993, gdy nagrywano 3. płytę Nirvanny, to właśnie on był tym punktem przez który wydanie płyty zostało opóźnione. Pierwotny mix nie zyskał uznania wytwórni i cały album został na nowo zmontowany przez nowy zespół producencki, a w szczególności dwa single – Heart-Shaped Box i All Appologies.

Wszystkie te decyzje zapadają właśnie w procesie mixu. Na dobrą sprawę  można go porównać do procesu montażu filmu. Wszystkie sceny nakręcone na planie są docinane, montowane, skracane, układane w odpowiedniej kolejności. To tu decyduje się, czy scena łóżkowa w Pretty Woman zakończy się na pocałunkach, a potem przeskoczymy już do po łóżkowego fajka, czy też zobaczymy w detalach jak Julia Roberts traci wianek… a nie ona już go straciła… tak ze 30 razy wcześniej. Ale my nie o tym…

Mix nie jest tak kreatywnym procesem, jak czas nagrywania utworu w studio. W sporej części jest to mozolna praca, polegająca na ustawianiu poszczególnych ścieżek co do milisekundy. Mixem można to i owo poprawić, ale z gówna bata nie ukręcisz, jak mawiał poeta. Dlatego kiedy w czasie sesji Delta Machine ogłoszono, że Flood ma zostać inżynierem dźwięku, odpowiedzialnym za mix albumu, to  nie skakałem z radości, doceniając oczywiście fakt, że tak doświadczony i uznany człowiek podjął się tego zadania,, jakby miał zostać co najmniej producentem. To nie ta rola, nie takie zadanie. Jeszcze bardziej żmudną formą postprodukcji jest…

vince-clark-2square-veryrecords-interview-body-image-1465313348

Mastering

Było demo,  studio,  producent, realizator dźwięku, nawet inni koledzy realizatorzy, był mix i co? Jeszcze nie ma albumu? Jest. Ale nadal wymaga on jeszcze jednego procesu, który fachowo nazywa się masteringiem. Co ciekawe – na tym etapie też można jeszcze utwór wynieść ku górze, albo sprawić, że publiczność będzie kręcić nosem, a może uchem – bo to ono dozna największych szkód, jeżeli proces masteringu zostanie położony. Czym jest proces masteringu?

Znowu użyjemy metafory filmowej. Po zakończeniu montażu mamy już właściwie zrobiony film. Tyle tylko, że na planie nigdy nie panują takie same warunki. Raz jest ciut jaśniej, raz ciut ciemniej, bo chmura naszła. Raz światło było o 10 stopni w prawo od kamery, a raz na obiektyw padł paproch. Scen nie nagrywa się po kolei, a w różnej kolejności. Wszystko to sprawia, że na zmontowanym filmie, kolory są nie zawsze spójne w następujących po sobie scenach,  obraz bywa czasami lekko zaszumiony- za jasny, za ciemny, przepalony. Wtedy właśnie poprawia się kolory, natężenie, ciepłotę barw i wiele innych elementów. A mówimy tylko o obrazie, bez zajmowania się udźwiękowianiem.

Na dobrą sprawę te same procesy, ale pod inną nazwą zachodzą w momencie masteringu dźwięku w studio. Mamy 11 wspaniałych kawałków, jeden lepszy od drugiego, co drugi to hit i koncertowy killer. Problem polega na tym, że po zmiksowaniu tych numerów musimy zdecydować o kolejności na płycie i do tego wszystkiego sprawić , aby z 11 samodzielnych numerów stało się albumem. Pamiętacie analogie ze sceną z opisu mixu? To teraz przełóżmy ją na kawałki, jako całość. Numery muszą mieć ten sam poziom głośności, tę samą dynamikę, utwory poddaje się procesowi korekcji, ustawia się poziomy, limity, progi, zejścia, wejścia.

Wszystko to po to, aby na końcu album był, jak jedna pięść, jak „Tommy Lee Jones w Ściganym…”

Formaty

Jeżeli dotrzymałeś do tego etapu, to gratulujemy samozaparcia i wytrzymałości 😉

Rozpoczął się ostatni etap, czyli decyzji w jakich formatach wydać nasze arcydzieło. Jakie ma to znaczenie dla Ciebie drogi słuchaczu? Ano takie, że decydując się na zakup stosownego formatu decydujecie sie na pewnego rodzaju wrażenia odsłuchowe. Krótkie uogólnienie poniżej:

  • Kupując vinyl otrzymacie nagranie cieplejsze i bardziej miękkie.
  • Płyta CD daje wrażenia bardziej surowe
  • Pliki w formatach stratnych i bezstratnych to nagrania zimne i bardziej metaliczne. Oczywiście do tego dokładamy jeszcze kompresje która niszczy jakość odsłuchu.

To są oczywiście tylko uogólnienia, bo do tego dochodzi jakość sprzętu, który może pogorszyć wrażenia odsłuchowe. Nie mniej nie będziemy się zajmować odwieczną walką, co lepiej słuchać – sprzęt, czy muzykę. Wystarczy napisać, że w znakomitej większości my jako konsumenci nie słyszymy znaczącej masy dźwięków, które powstają w procesie nagrywania płyty studyjnej. Właśnie dlatego, że na końcu procesu jest nasza wygoda i łatwość odsłuchu nagranej muzyki.

360891915_1280x720

_

I to właściwie tyle można by powiedzieć. To koniec? W pewnym sensie tak. Zespół nagrał i wydał hit. 4 single na jedynkach Bilboardu, a ludzie wciąż nie mają dosyć. Trasa koncertowa wyprzedana do czerwca 2020, a ludzie walą drzwiami i oknami.

My też nie mamy dosyć i już zapraszamy na kolejny odcinek, tym razem o tym jak wygląda koncertowanie zespołu, od strony sprzętowej. Jak i ile faktycznie panowie grają na żywo i czy bliżej im do zespołu rockowego, czy jednak nadal są zespołem elektronicznym. Sekrety i tajniki grania depeche MODE na żywo, już w kolejnym odcinku sagi…

———————-

AAAAaaaa nie. Kilku tematów nie poruszyliśmy w tak skrótowym opisie całego procesu, jakim jest nagrywanie płyty długogrającej. Na pewno warto poczytać czym jest „Loudness War”. Dowiecie się czemu nienawidzicie reklam, które wchodzą w przerwie filmu. Tekst nr 1 i tekst nr 2 (teksty po angielsku).

Jak się nagrywa płytę cz.2. – poradnik dla początkujących.

W poprzedniej części skupiliśmy się na pojęciach ‚demo’, ‚studio’, ‚producent’. Pora więc zabrać się za nagrywanie naszego wymarzonego krążka, który podbije listy przebojów i uczyni nas sławnymi (lub jeszcze bardziej sławnymi) i bogatymi (lub jeszcze bardziej bogatymi).

Podobnie jak poprzedni tekst, ten jest wynikiem współpracy Jariego i mojej.

Sesja Przedprodukcyjna.

Czyli już nie demo, ale jeszcze nie właściwie nagranie. Czasami zespół zanim wejdzie do studia spotyka się na sesji (sesjach) przedprodukcyjnej i pracuje nad materiałem w dosyć specyficzny sposób. W poprzednim odcinku wspomnieliśmy, że zespół po odsłuchaniu dem decyduje o tym, w jakim kierunku mają iść poszczególne utwory. Który ma być balladą, a który parkietowcem, czy spocząć na dnie szuflady lub skończyć jako b-side. Na następne spotkanie zespół zjawia się, aby pracować nad demami, albo każdy z członków zespołu przychodzi ze swoimi wizjami numerów pracując w domowym zaciszu. Tak rodzą się różne wersje tych samych kawałków, o czym pisaliśmy w poprzednim tekście.

Przepracowane dema mają bardzo często nałożone stopy i basy, loopy pożyczone z innych numerów innych artystów. Po co? Ponieważ jakaś sekcja rytmiczna bardzo pasuje do klimatu utworu lub zespołowi zależy nad osiągnięciem podobnego efektu. W 1984 rok zespół był pod silnym wrażeniem lini bassowej z kawałka RelaxFranky Goes To Hollywood. Bardzo chcieli uzyskać tak mięsisty bass w Master & Servant. Czy im się udało? Oceńcie sami. Inny przykład stopa z sesji przedprodukcyjnej w Never Let Me Down Again zajumana z Led Zeppelin ostała się tam już na zawsze. Alan przyznał się do tego dopiero po latach.

Sesje przedprodukcyjne to jest w naszych czasach styl pracy Dave’a. Najpierw komponuje utwór w postaci demo, dokłada tekst, albo na odwrót. Z tak przygotowanym materiałem spotyka się na sesji z A. Phillpotem i Ch. Eignerem i tam powstają wstępnie przetworzone wersje dem. Dopiero z takim materiałem Dave udaje się do studia i prezentuje je Martinowi i Andiemu. To jest właśnie powód dlaczego w książeczkach przy kawałkach Dave’a lista płac jest zawsze dłuższa, niż przy numerach Martina.

Poniżej dwie wersje Comeback. Jedna jest demem powstałym przy współpracy Dave’a i kolegów, druga jest outtake’iem ze studia. Najprawdopodobniej jest to wyciek kawałka między jedną a druga sesją nagraniową, albo wersja przez finalnym mixem.

No ale nic, pora zacząć nagrywać…

Nagrywamy.

W studio muzycznym, jak już zauważyliśmy, stoi taki dziwny mebel z różnymi suwaczkami i tysiącami migających diod, który określiliśmy mianem stołu mikserskiego (zamienna nazwa – konsoleta). I tak jak wszelkiej maści pojazdy typu samochód i samolot potrzebują kogoś kto je obsłuży, tak i do obsługi tego mebla potrzebny jest ktoś kto wie co z nim konkretnie zrobić. Oczywiście można potraktować to urządzenie jako stół pod żurek czy pulpety i gryczaną, ale chyba nie o to nam chodzi. W tym momencie do głosu dochodzi osoba wykonująca piękny zawód realizatora dźwięku. Czasem zdarza się, że realizatorem dźwięku i producentem jest jedna i ta sama osoba. Dużo częściej spotykaną kombinacją jest obecność osobnego dźwiękowca, którego zadaniem jest bycie przedłużeniem producenta od spraw czysto technicznych związanych z rejestracją. Przykład tak działającego teamu: muzyk śpiewa, producent uznaje, że fajnie jakby za wokalem ciągnęło się takie echo (bo tak będzie fajnie i już, a on się przecież zna), realizator nagrywa ten wokal i nakłada na niego stosowne efekty pogłosowe (rewerb, delay itd).

Czasami producent i inżynier dźwięku tak dużo pracują razem, że w końcu powstaje grupa producencka. Np 140dB, która była odpowiedzialna za powstanie Playing The Angel, Sounds Of The Universe i Delta Machine. Ben Hillier nie był sam w procesie produkcji, obok niego członkowie 140dB i jednocześnie pracowali przy płytach dM to Rob Kirwan – jako Mix Engineer, oraz Flood – jako człowiek od Mixu. O pracy tego ostatniego będzie jeszcze wiele w następnej części.

Jeżeli nagrywany utwór jest utworem czysto akustycznym (np. z towarzyszeniem tylko gitary lub fortepianu) to sprawa jest w zasadzie banalna. Pan muzyk siada do instrumentu, włączamy przycisk ‚record’, gość gra co ma grać, potem przycisk ‚stop’ i po sprawie. Ewentualnie robi się to kilka razy, odsłuchuje i wybiera najlepsze podejście, tzw. take’i i pozostawia do dalszej obróbki już czysto technicznej. Do takiego instrumentalnego podkładu dogrywa się głos wokalisty. Łączy się to w jedną spójną całość w procesie zwanym miksem (o tym potem) i po sprawie. Można przyjąć, że mamy hit. W tym momencie panowie muzycy i wokalista mają już wolne, a do pracy siadają nadal producent, realizator i kilku innych gości, o których jeszcze będzie czas wspomnieć. Nieco bardziej skomplikowana jest czynność polegająca na nagraniu utworu składającego się np. z 30 ścieżek dźwiękowych (każda ścieżka to pojedynczo zarejestrowany instrument grający w dany utworze lub np. głos wokalisty). Jeżeli nasz utwór składa się z partii perkusji, basu, instrumentów smyczkowych, gitar, dźwięków syntezatora, wszelkiej maści ozdobników dźwiękowych, wokali itd. to każdy z tych instrumentów trzeba zarejestrować. I tu musimy zatrzymać się na chwilę, bowiem historia muzyki rozrywkowej doczekała się dwojakiej formy takich nagrań. Jedną z nich jest nagrywanie na tzw ‚setkę’ czyli wszyscy muzycy grają cały utwór i tak to rejestrujemy (oczywiście każdy instrument na osobnej ścieżce). Przewagą tego typu nagrania jest w miarę klarowne zachowanie ‚ducha zespołowości’ utworu, a także dość szybki proces nagraniowy, bo nawet jeżeli jeden z muzyków coś zagrał nie do końca dobrze, to potem dogrywa się tylko tę właśnie ścieżkę, mając pozostałe już zarejestrowane. Taka forma nagrania była dość popularna w przeszłości i wynikała z dość prozaicznego powodu – oszczędności, ale nie czasu, a taśmy nagraniowej. Rewolucja cyfrowa dała muzykom i realizatorom możliwość niezliczenie wielokrotnego nagrywania i kasowania bez żadnych strat finansowych (no chyba, że bierzemy pod uwagę koszt wynajęcia studio liczony w stawkach za każdą godzinę).

depeche MODE w Hansa Studio, 1986.
depeche MODE w Hansa Studio, 1986.

Druga forma rejestracji utworu to tzw. ‚step recording’ czyli krok po kroku nagrywamy poszczególne rzeczy, sklejamy jedną ścieżkę dźwiękową z często 100 różnych podejść (po angielsku: Take). Abo w jednym fajnie zagrano coś tam, a w innym wyszła facetowi ‚solówka życia’) itd. To dość żmudny proces nagraniowy niemniej jednak dający dużo większą swobodę twórczą i możliwość sięgnięcia absolutu, czyli zrealizowania najbardziej karkołomnych dźwiękowo i aranżacyjnie pomysłów. Taki proces po stronie producenta można sprowadzić do absurdu np montując wokal z pojedynczych sylab lub liter. Tak się dzieje np przy słabych wokalistach, gdzie trzeba bardzo dużo poprawiać w procesie postprodukcji. Pamiętacie historię z Mandaryną? depeche MODE takie ‚wpadki” wcale nie są obce. Np. kawałka Sister Of Night Dave tak na prawdę nigdy nie zaśpiewał… w zasadzie nigdy nie zaśpiewał ani w studio, ani na koncercie. Jeżeli ktoś z Was zachwyca się artyzmem wokalu w tym numerze, to powinien dobre wino posłać do Tima Simenona – Producenta, Q i Garethowi Jonsowi i ponownie Timowi za Mix, oraz całemu stadu inżynierów dźwięku, którzy przewinęli się przez studia nagraniowe przy tej płycie. To Ci panowie sklejali ten numer z dziesiątków podejść wokalnych Dave’a, czasami klejąc do siebie pojedyncze wyrazy. Nie będę daleki od stwierdzenia, że spora część wokali Dave’a powstała właśnie w taki sposób. Szczególnie tych z pierwszej połowy 1996.

A skoro już o śpiewaniu Dave’a, ale tym prawdziwym, to proponuję posłuchać jak można wokalnie podchodzić w różny sposób do tego samego utworu. Kilka prób zaśpiewania tego samego numeru potem służy do wyboru najlepszego z nich, albo jako dawcy do sklejek, czyli tego co się zadziało na Ultra. Poniżej 3 różne wokalne podejścia do Enjoy The Silence.


vocal take 3


vocal take 4

A wracając do samego procesu… W praktyce wygląda to tak, że każda rejestrowana ścieżka to efekt wielu godzin pracy nad ową ścieżką, precyzyjne wycinanie często nawet sekundowych fragmentów, doklejanie ich do siebie, nakładanie kolejnych rejestrowanych fraz itd. Ta forma rejestracji utworu daje dużo miejsca do tzw. eksperymentu. W przypadku nagrań na ‚setkę’ tego miejsca na eksperyment jest dużo mniej. Gdyby odnieść te dwie formy nagrań do bohaterów naszej strony czyli depeche MODE – to Somebody i Moonlight Sonata były nagraniami ‚na setkę’ (fortepianik, wokal i jakieś efekty dźwiękowe w tle), a np. Walking In My Shoes nagraniem typu ‚step’. Jako ciekawostkę możemy podać, że np. fortepian w Walking In My Shoes przeszedł przez 28 różnych efektów dźwiękowych włącznie z puszczeniem go ‚od tyłu’ na samplerze, aby osiągnąć takie brzmienie jakie znacie z płyty. Do tego sam numer został zbudowany na nałożonych na siebie 3 gitarach, które na końcu zabrzmiały jako jeden dźwięk Martinowej gitary.

Steve Lyon w Studio
Steve Lyon w Studio

Ponieważ na etapie dyskusji nad demami określa się, który numer będzie jaki – więc teraz należy nagrać tzw. bazę czyli podkład rytmiczny. Przyjmuje się, że mówimy tu o liniach perkusji i basu, bo to one nadają tempo danemu utworowi i poniekąd narzucają klimat dalszych nagrań, niemniej jednak czasem taką bazą może być jakiś charakterystyczny loop czy sekwencja, która sama w sobie niesie pokład rytmiki i atmosfery utworu. Przykładem takich utworów opartych na charakterystycznym loopie (loop – pętla rytmiczna lub melodyczna, czyli fragment zarejestrowanego materiału dźwiękowego dający się odtworzyć w sposób ciągły (koniec tego fragmentu dźwiękowego jest jednocześnie jego początkiem) są np. It Does Not Matter Two (utwór bazuje na sekwencji złożonej z wokalizy nadającej tempo utworu) czy Black Day (no tu każdy chyba już słyszy co jest ową bazą rytmiczną). Powiedzmy, że ten etap mamy za sobą, pora dodać kolejne instrumenty mające być obecne w tym utworze: nagrywamy więc ścieżki gitarowe, syntezatorowe, instrumenty smyczkowe itd). Mówimy tu o step recording’u więc i o wcześniej wspomnianym eksperymentowaniu z samymi ustawieniami instrumentów, doborem stosownych barw dźwiękowych, czy tworzeniem nowych, nigdy nie spotykanych brzmień. I w tym momencie do naszych starych znajomych czyli producenta i realizatora dochodzą programiści instrumentów (w przypadku instrumentów elektronicznych), dodatkowi technicy dźwiękowi, oraz… sami muzycy i producent. Ach ten producent, wszędzie musi być! No musi. Dlatego jest producentem. No więc siedzą sobie panowie i brzdękają, próbują, kręcą gałeczkami od instrumentów, coś tam klepią w komputerach i nagle… eureka, to jest to! Mamy to, tego szukaliśmy od 4 dni, tak ma brzmieć ta gitara i taką melodię ma zagrać do tego co już sobie nagraliśmy. To bardzo częsta sytuacja w studio – i na tym właściwie całą ta zabawa polega. Taki klarowny przykład tego co przed chwilą opisaliśmy, jest sytuacja z sesji nagraniowej Enjoy The Silence gdzie najpierw Martin przyniósł do studio jakiegoś gniota w postaci demo, potem 5 dni toczyła się wojna o to jak ten utwór ma brzmieć (słynny foch Alana, że albo będzie perkusja, albo on idzie i nie wraca) i ostatecznie eksperymenty z poszczególnymi ścieżkami pojawiającymi się w tym utworze. Proces ten fajnie zobrazował Flood podczas jednej ze swoich prezentacji…

Zespół kilka godzin szukał odpowiedniego brzmienia i przede wszystkim instrumentu, aby nagrać ten słynny motyw znany wszystkim. W czasie kiedy wszyscy w pocie czoła oddani byli pracy twórczej niejaki Martin Gore, nudząc się jak mops na kanapie, coś tam sobie brzdąkał na gitarze i nagle… no tak: eureka!. Alan i Flood w jednym momencie skumali, że to co bezwiednie i właściwie bezmyślnie gra Martin jest tym czego szukają od wielu godzin – ‚siadaj tu sobie chłopie i graj to co grałeś przed chwilą, a my to zarejestrujmy, bo to w ch*j dobre jest, będzie hit i kasiorka i laski pod sceną bez staników. Graj!!!‚. Oczywiście cała sytuacja miała pewnie nieco inny przebieg, ale do tego można ją streścić. Efekt finalny znacie. A to co przed chwilą opisaliśmy, może nadal nieco enigmatycznie, zrozumiecie pod odsłuchaniu Enjoy The Silence (Harmonium Mix) – który jest de facto demem tego numeru i finalnej wersji z płyty. To wręcz modelowy przykład pokazujący co po drodze może stać się z utworem jak usiądą nad nim muzycy, producent, realizator, programista i cały ten sztab ludzi pracujący w studio razem z zespołem.

Wracając jeszcze do poszczególnych funkcji pełnionych w studio to bardzo często osoby będące producentami mogą pełnić też role realizatorów, programistów, a nawet współ-kompozytorów. Idealnym przykładem takiej wielozadaniowej osoby jest właśnie Alan Wilder, który w zespole pełnił często rolę drugiego producenta (takiego kierownika z ramienia zespołu), drugiego realizatora, muzyka i programisty. Mając jasną wizję tego do czego dąży zespół (jako muzyk i producent) mógł z łatwością nagrać poszczególne rzeczy (jako realizator) wcześniej przygotowując instrumenty czy efekty dźwiękowe (jako programista).

Przeglądając książeczki do płyt jeżeli natkniecie się na zapis: Production – Flood & depeche MODE, to zawsze przed 1995 oznaczało, że faktycznym producentem pyty byli Flood i Alan. Pozostali Panowie albo wykonywali zlecone zadania – zaspiewaj, albo przynosili dema i dogrywali swoje partie, albo grzali kanapę.

Tak mniej więcej wygląda proces nagrania albumu. Czy to koniec tej opowieści? A skąd! W kolejnym odcinku omówimy sobie proces mixu, masteringu i jeszcze kilka innych tematów związanych z procesem nagrywania albumu.

Na koniec dwa archiwalne filmy z pracy w studio:

Jak się nagrywa płytę – poradnik dla początkujących na przykładzie dM

Nie będzie to recepta na nagranie muzyki, nie będzie to też nic, co odkryłoby nieznane zakamarki tworzenia muzyki w studio. Pomyśleliśmy, że zanim wyjdzie płyta spróbujemy opisać kto jest kim w całym procesie produkcji płyty. Od pomysłu po uszy słuchacza. Przegrzebaliśmy zakamarki swoich półek, szafek, dysków twardych, aby wygrzebać przykłady, które pomaga zobrazować całość w sposób możliwie najbliższy prawdziwemu procesowi nagrywania płyty.

Często dostajecie do ręki krążek Waszego ulubieńca i zaczynacie złorzeczyć na producenta, inżyniera dźwięku, kompozytora, wykonawcę, pana od masteringu i wszystkich świętych odpowiedzialnych za produkt finalny, który trzymacie w ręku, bo album nie przypadł Wam do gustu. Tylko dlaczego? Kto jest temu winien i gdzie spaprano robotę. Czasami czytając opinie mamy wrażenie, że mylicie pojęcia albo funkcje ludzi pracujących przy płycie.

Dlatego zachęcamy Was do przeczytania tego tekstu zanim zdecydujecie się kogo powiesić i konkretnie za co, bo jak mówi stare przysłowie: Cygan zawinił, a Kowala powiesili. Pora wskazać konkretnie ‚who is who’, za co odpowiada i jak powstaje płyta. Wszystko oczywiście na przykładach z depeche MODE wziętych. Zawodowcy mogą sobie darować, bo oni nie znajdą tu nic nowego.

Marini & Jari.

Wszystko zaczyna się w głowie…

Tak, wszystko zaczyna się w głowie i de facto w tej głowie też kończy, bo nasz system dźwięko-lokacyjny* umiejscowiony jest właśnie tam. Pora prześledzić proces przejścia muzyki z jednej głowy do drugiej, z głowy artysty do głowy jego słuchacza, odbiorcy, fana… nazwijmy to jakkolwiek. Ten tekst będzie właśnie o podróży czegoś, co na początku jest tylko myślą i na końcu też staje się myślą. Tym momentem, kiedy muzyka włada naszym ciałem, umysłem… naszym życiem.

Pomysł, dźwięk czy melodia krążąca w głowie, czasem słowo, zdanie, myśl są zaczątkami nowego utworu. Nie ma na to reguły, jedne zespoły przychodzą do studia z tekstem, do którego pisana jest muzyka. Inne zaczynają od melodii, która potem dostaje swój tekst. I co ciekawe, czasem jest to kolektywne pisanie (depeche MODE dziś), czasem autorskie (depeche MODE kiedyś), a czasem wręcz despotyczna aktywność vide ‚Pink Floyd to ja’ (sir. Roger Watters).

Demo

No właśnie, to jest ten początek wszystkiego. Bez tego ani rusz. I co ciekawe, już na tym etapie dzieją się rzeczy ciekawe, bo o ile jest to demo autorskie to raczej stanowi ono bazę konkretnego utworu, który potem jest szlifowany. Natomiast w przypadku zespołów często odbywa się coś takiego jak jam-session gdzie rejestrowane są kilometry taśmy – o przepraszam – gigabajty dysków, a potem z tej, często kakofonii dźwiękowej, wykrajane są fragmenty, nad którymi warto się pochylić dalej. Jakby tego było mało czasem w takim jam-session można zarejestrować kilka dem jednego utworu (wersja wolna, szybka, w stylu blues, rockowa, popowa, słodko-pierdząca itp. itd.). Takim świetnym przykładem jest np. ‚To Have And To Hold’, gdzie panowie Gore i Wilder nie mogli przystać na jedną tylko wersję tego samego utworu.

Przy tym utworze już na etapie dema zapadła decyzja o pójściu dwoma ścieżkami. Jak widać kompozytor w zespole może być jeden, może być ich kilku. Można tak przekształcić oryginał, aby w ogóle nie przypominał dema. Celowo nie zajmujemy się artystami biorącymi nagrania z tzw. publishingu, czyli bazy gotowych nagranych utworów ‚do wykorzystania’ – to jakby osobna kategoria w dziedzinie nagrywania albumów i tyczy się raczej artystów niekomponujących i tych z gatunku bycia ‚produktem rynkowym’ sensu stricte, których istnienie na rynku definiują zazwyczaj tylko wskaźniki sprzedaży i liczba piszczących fanek.

Aby jeszcze bardziej skomplikować temat to napiszemy, że czasem katowanie jednego utworu na wszelkie sposoby kończy się tym, że powstaje zupełnie nowy utwór, którego pierwotnie nikt nie zamierzał nawet napisać. Więcej… pomysł na jeden utwór sprawia, że kawałek rozjeżdża się w dwie strony dając plon w postaci zupełnie nowych utworów np.:

  • U2 na sesji Achtung Baby:
    • Mysterious Ways w One,
  • depeche MODE podczas nagrywania Black Celebration
    • Stripped w Breathing in Fumes,
    • Black Celebration w But Not Tonight i w Black Day.

Ot przewrotność losu. Może też stać się jeszcze inaczej. Muzyka zostaje, ale autor wchodzi do studia z demem z jakimś tekstem, wychodzi z innym. Czasem nieznacznie zmienionym, a czasami kompletnie nowym.

A czasami zmiany są takie, że powstają dwa bliźniacze kawałki jak np Vertigo i Native Son  w wykonaniu U2. Jak widać zagadnienie dema ma wiele aspektów i sam ten proces często jest najciekawszą częścią całego procesu twórczego.

Kiedy już mamy takie, czy inne demo, zespół siada kolektywnie i decyduje: ta piosenka będzie wolna, smutna, w tonacji e-moll, tamta będzie szybka z mocnym beatem itp. itd. Wreszcie po kilku tygodniach takiego grania, nagrywania, odsłuchiwania i debatowania zespół staje przed drzwiami studio muzycznego z nośnikiem zawierającym np. 17 utworów, z których powstanie wymarzona i wyśniona płyta.

Studio
depeche MODE w Studio 1984
depeche MODE w Studio 1984

Hmmm… studio. No właśnie, kiedyś to było takie proste zdefiniować to pojęcie. Wiadomo było, że to taki budynek z kilkoma pomieszczeniami, w tym osobnym dla wokalisty, reżyserką z olbrzymich rozmiarów stołem mikserskim (to ten mebel z takimi suwaczkami góra-dół i tysiącem migających lampek), podwieszonymi kolumnami i szybą. A teraz? A teraz studiem może być wszystko: strych, piwnica, pokój w domu, odpowiednio wytłumiona i odseparowana od hałasu z zewnątrz sala prób. Na przykład U2 użyło zamku Slane Castle na płycie ‚Unforgettable Fire’, a depeche MODE starej duńskiej farmy znanej jako Studio PUK na ‚Violator’, czy willi gdzieś pod Madrytem na ‚Songs Of Faith & Devotion’. Technika pozwala w tym momencie dokonać nagrań każdemu kto jest tylko w posiadaniu komputera (stacjonarny, laptop), stosownego oprogramowania (Steinberg Cubase, Cakewalk Sonar, Pre Sonus Studio One, Pro Tools, Logic Pro itp.), mikrofonu, karty dźwiękowej i kilku kabelków. No właśnie – karta dźwiękowa, to chyba najważniejszy element tej wyliczanki. Dlaczego piszemy o karcie dźwiękowej skoro każdy laptop ją ma? Cóż. Fiat 126p to też samochód, ale jednak w wyścigach formuły 1 nie startował i nie startuje. Do nagrań, które mają mieć charakter profesjonalny taka karta to jednak ciut za mało, dlatego na potrzeby domowych studiów nagrań stworzony wszelkiej maści karty dźwiękowe wewnętrzne lub zewnętrzne, które są bardzo dobrymi konwerterami sygnału analogowego na cyfrowy, bo ostatecznie w takiej postaci nasza muzyka, czy raczej muzyka naszego zespołu, trafia na dysk komputera. Taki cały zestaw zawierający owe przetworniki analogowo-cyfrowe, a czasem i dodatkowe urządzenia nazywa się interfejsem audio.

Gareth Jones at Work
Gareth Jones at Work

No dobra jesteśmy w momencie, w którym nasz zespół staje przed dylematem: nagrywamy w domu, w warunkach mniej komfortowych czy jednak użyjemy studia nagrań. Powiedzmy, że to taki znany zespół z Anglii, więc nie bawi się w tzw. home-recording tylko idzie do takiego Abbey Road Studio (Londyn) czy Electric Lady Studio (Nowy Jork), aby nagrać kolejny album ku uciesze wiernych fanów. Jest demo, jest studio, jest sprzęt. Pora wybrać… Producenta.

Producent

I to jest ten najważniejszy moment dla każdego nagrywającego zespołu z punktu widzenia późniejszego miejsca na wszelkiej maści listach sprzedaży, popularności czy wewnętrznego rankingu fanów opartego na szacunku i uwielbieniu twórczości. Można powiedzieć, że od tej decyzji zależy właściwie wszystko, co dalej będzie się działo z nagrywanymi utworami. Kim do cholery jest ten producent, że to takie ważne?

Daniel Miller w Studio
Daniel Miller w Studio

W skrócie Producent to taki zatrudniony przez zespół Kierownik Budowy (albo Projeckt Manager, że pojedziemy korpo-gadką), projektu pod nazwą płyta. Najczęściej to ktoś mocno siedzący w branży muzycznej, znający najnowsze trendy panujące w muzyce w danym czasie, albo mocno specjalizujący się w jakimś stylu, albo po prostu ktoś kto się zna na wszystkim co związane z nagraniem płyty, tak dobrze jak zespół, albo jest nawet lepszy od zespołu w tej materii (częste u debiutantów) i zespołowi dobrze się z nim pracuje. Często też jest to ktoś, kto intuicyjnie potrafi poznać z jakim typem artysty współpracuje, zna jego potrzeby muzyczne, możliwości i ograniczenia. Co ciekawe – producent wcale nie musi być muzykiem! Nie musi nawet umieć grać na niczym (choć najczęściej umie i to całkiem nieźle), bo też i nie taka jest jego rola. Jego rolą jest nakierowanie zespołu na to, aby nagrania szły w jednym spójnym kierunku, aby wyciągnąć z muzyków jak najlepsze pomysły i umiejętności (choć czasem to osoba, która też te umiejętności musi temperować, ale o tym potem…). To ktoś, kto w stosownym czasie pogładzi pana muzyka po głowie i ojcowskim tonem powie jaki jest świetny tylko po to, by za chwilę walnąć owego muzyka w tę samą głową uświadamiając mu jak bardzo się myli w tym, czy innym momencie pracy. Gdyby porównać to do innej z muz – filmu, to producent jest kimś na kształt reżysera filmu – można mieć super scenariusz (demo), super aktorów (zespół), ale jeżeli całość trafi w ręce jakiegoś dyletanta, to nawet z najlepszej rzeczy zrobi on najwyżej hit klasy B. Jesteście w stanie wyobrazić sobie co z ‚Lotem Nad Kukułczym Gniazdem’ uczyniłby np. pan Krzysztof Zanussi (ksywka ‚Zanudzi’) gdyby scenariusz trafił do niego, a nie do Milos’a Forman’a? No, to coś w ten deseń jest właśnie z  tym producentem.

François Kevorkian
François Kevorkian

Dlaczego napisaliśmy, że producent nie musi umieć grać, albo znać się na muzyce od jej technicznej, szkolnej strony? Jak już wspomnieliśmy producent to kierownik projektu. Takie ‚oko Boga’ czuwające nad wszystkim. Zadaniem producenta nie jest obsługa instrumentów, więc z tego punktu widzenia nie musi on posiadać tej umiejętności. Ciekawostką jest np. to, że wzięty producent William Orbit nagrywając z Madonną ‚Frozen’ i ‚Rey Of Light’ nazwy dźwięków pisał sobie ołówkiem na klawiaturze, aby lepiej orientować się kto i co do niego mówi. Choć i przykład naszych ulubieńców pokazuje, że czasem ‚muzykowi’ też warto napisać coś na klawiaturze, patrz Andy Fletcher.

Klawisz Andy Fletcher’a z akordami do Behind The Wheel
Klawisz Andy Fletcher’a z akordami do Behind The Wheel. Tour Of The Universe 2010

Producent ma przede wszystkim być, słuchać, wypowiadać się, czuwać i w stosownym momencie reagować. Można przyjąć, że na swój sposób jest on też takim reprezentantem fanów i odbiorców tworzącego się produktu. Ma dbać o to by zespół, mimo chęci na przykład poeksperymentowania, nadal obracał się jednak we właściwej stylistyce. Producent jest zatrudniony, aby popłynąć na nowe rejony muzyki i wtedy pomaga zespołowi odejść od znanych szufladek. Producent może być również zatrudniony, aby strzec świętego ognia i nie pozwolić zespołowi na zbytnie szaleństwo, właśnie wtedy gdy zespół tego chce. I tu ogromne ukłony dla producentów albumu ‚Songs Of Faith And Devotion’. Dla depeche MODE była to spora wolta stylistyczna, a jednak zadbano o to, żeby było to nadal znane i kochane depeche MODE z charakterystycznymi cechami właściwymi tylko dla tego zespołu. Zaraz… producentów? To może być ich kilku? Może. A dlaczego nie? Nad albumem może pracować jedna osoba, team producencki lub kilku niezależnych producentów, niemniej jednak nadających na tych samych falach. To już jakby osobisty wybór artysty, czy zespołu zależny od budżetu czy tzw. widzimisię. Nominalnie producentem trzech ostatnich płyt depeche MODE był Ben Hillier, ale tak na prawdę zespół zatrudnił team producencki 140 dB, który był odpowiedzialny za cały proces twórczy. Zespół zostawił sobie stworzenie dem i wybór studia. Reszta, czyli produkcja, programowanie, mix, mastering było w gestii teamu producenckiego 140 dB.

Kurt Uenala
Kurt Uenala

Wspomnieliśmy wcześniej, że producent to też ktoś kogo rolą jest nawet stopowanie umiejętności muzyków. I to prawda. Dzieje się tak w przypadku np. wszelkiej maści wirtuozów instrumentu, gdzie artysta w procesie twórczym potrafi czasem nieźle ‚odlecieć’ z solówką, czy inną zagrywką. Rolą producenta jest wtedy wyważenie wszystkiego i takie dobranie wyrazów ekspresji, aby nie stały się one czynnikiem męczącym słuchacza.

No dobrze, to mamy demo i pomysły, mamy chęci, sprzęt, studio i producenta. Zabieramy się do roboty!

W kolejnym odcinku dowiecie się co to jest realizacja, miks, mastering, postprodukcja, tłoczenie i jaki ma to finalny wpływ na to jak odbieracie słuchaną muzykę i czemu te procesy są ważne i często pomijane w zrozumieniu muzyki.

Koniec części pierwszej.

* Wiemy, że jest echolokacja, ale my go sobie tak nazwaliśmy na potrzeby tego artykułu – bo o brzmieniach i dźwiękach będzie tu sporo.

Ciężko być ochroniarzem, kiedy jest się fanem :-)

Ochraniałem depeche MODE. Tak, miałem tę przyjemność być na Tour Of The Universe w Łodzi podczas obydwu koncertów i to bez biletu he he, i jeszcze dostałem za to kilka groszy – Wspomina Tomek. Zapraszamy do przeczytania tekstu o tym jak ktoś kto ma dbać o nasze bezpieczeństwo na koncercie widzi nas i sam koncert. Trudno być jednak ochroniarzem, gdy się jest jednocześnie fanem depeche MODE.

Gdy dowiedziałem się, że będzie podwójna noc w Atlas Arenie – od razu dzwoniłem do mojego znajomego, że mogę jechać tam nawet za darmo – nie muszę dostać wynagrodzenia za te 2 dni pracy przy ochronie – aby tylko tam być NA OBIEKCIE, a nie gdzieś pod płotem czy bramie. Powiedziałem, że nie mam zamiaru robić żadnych zdjęć, czy filmować, chcę tylko patrzeć i obserwować… no i udało się.

090613_Frankfurt_11

Na halę wszedłem ok. 15:00 godziny w dniu pierwszego koncertu również z nadzieją, że zobaczę i usłyszę zespół na próbie… lipa… Próbę mieli wcześniej i udało mi się tylko obejrzeć próbę świateł i projekcji na telebimie. No ale nic, przyszło do ustalania miejsc – gdzie kto będzie stał podczas koncertu. Myślę sobie – jeśli pójdę pod scenę – OK. Będzie czad, ale jak ja wytrzymam plecami do zespołu, więc mówię do lokalnego dowódcy – Szefie! Ja i dwóch kolegów jesteśmy wyznaczeni przez Pana Maćka do zabezpieczenia loży VIP bo znamy angielski i niemiecki.  – no i uwierzył. Takim oto sposobem oglądałem koncercik z b. dobrego miejsca…

100210_Lodz_05

Za drzwiami zimnica, powoli nadszedł czas…   Bramy otwarto, a czarny rój ruszył na halę i bardzo szybko płyta zapełniła się fanami. Nie byłbym sobą, gdybym czegoś nie wymyślił… Ja na schodach przy sektorze VIP, a w drzwiach pomiędzy korytarzem hali, a halą  na ochronie ze mną jacyś dwaj chłopcy wystraszeni, którzy chyba pierwszy raz byli na takiego formatu imprezie. W mojej szalonej głowie świta myśl, po co moi ziomale mają się cisnąć na płycie daleko od sceny, jak może uda ich się wpuścić i posadzić na porządnych miejscówkach. Jak pomyślałem, tak zrobiłem, kilka szybko wykonanych telefonów. Potem od kolegi który miał miejsca i bilety w sektorze siedzącym „pożyczyłem” bilet i na korytarzu oddałem kilku znajomym żeby sobie „legalnie” przeszli przez bramkę prowadzącą do sektora VIP – który jak podejrzewałem tej nocy będzie w większości pusty. Tym sposobem przez obie noce VIP-ami byli fani którym pomogłem. Jeden z kolegów wygodnie sfilmował nawet którąś noc. Chłopaki zostali odpowiednio poinformowani, jak się zachować jeśli ktoś przyjdzie z biletem na jego miejsce. Tylko raz przez obie noce jeden fałszywy VIP musiał udać głupiego i przepraszając zmienić miejsce na to obok, oczywiście dowódca chodził i obczajał, czy wszyscy swoje obowiązki wykonują jak należy. Widząc go głośno zacząłem rozmawiać po angielsku, niby sprawdzając bilet ze swoim podstawionym znajomym 😉 Sam natomiast podczas koncertu pilnowałem mojego tajnego nagrywającego z kamerą żeby go nikt nie przyuważył.

depeche MODE w Łodzi 2010.02.10 (002)
depeche MODE w Łodzi 2010.02.10 (002)

Koncerty w Łodzi większość z Was doskonale pamięta. Balony, chóralne ”masterowanie” przed bisami  –  ja na sektorze niby w pracy bawiłem się przednio i w towarzystwie znajomych.

Kiedy zespół grał już ostatni bis zszedłem na dół i usiłowałem dostać się za kulisy. Przecież przydałoby się chociaż przybić piątkę z kimś z naszej trójcy, a poza tym w kieszeni moich bojówek miałem płytkę (singiel) i pisaka bo może akurat któryś mi zrobi maziaja. Niestety lipa. Przecież zespół też ma swoją ochronę i przy kulisach duży pan ze stanowczą miną powiedział mi, że dalej już nie ma przejścia nawet dla nas. Potem uśmiechnął się i powiedział, że oni i tak od razu ze sceny wsiadają do busów i jazda na hotel. Chyba po moich sterczących włosach i wzroku kota ze Shreka domyślił się jakie mam zamiary. Zgodził się jedynie, żebym grzecznie tutaj postał i tylko w oddali widziałem jak zespół zapakował się do aut i odjechali podczas, gdy publika jeszcze skandowała depeche MODE, depeche MODE i rozcierała zmęczone łapki od neverowego machania na finał.

Praca ochroniarza to z jednej strony dużo pracy z ludźmi czasami ślepo zapatrzonymi w swoich idoli, ale też wiele śmiesznych sytuacji. Teraz opowiem Wam czemu ochrona wymaga różnych spraw i co się dzieje, gdy ktoś nie słucha się poleceń – mówi Tomek.

Polecenia ochrony to nie prośba tylko rozkaz.

Koncert J.M Jarre – jakiś upierdliwy typ nie chciał zając swojego miejsca, tylko pchał się pod scenę koniecznie chcąc zrobić zdjęcia, a że nie było na tym koncercie typowych miejsc stojących, tylko krzesełka, więc oczywiście jego zachowanie przeszkadzało innym widzom którzy spokojnie chcieli podziwiać show. Osobnik nie chciał zrozumieć wydawanych poleceń, więc któryś z kolegów zameldował dowódcy, że koleś ma chyba w plecaku alkohol i jakby urządzenie nagrywające. No i pomogło. Kolo miał darmowe zwiedzanie zaplecza podobnie, jak Martini w 2013 podczas koncertu dM w Berlinie.

Golden Circle
Metallica’s SnakePit
Metallica’s SnakePit

Po co jest Golden Circle? Powody są dwa. Pierwszy, aby rozdzielić gdzieś po drodze ludzi. Aby Ci, co są pod sceną nie zostali zduszeniu przez tych co są dalej. Ten sektor nazywa się różnie. Właśnie Golden Circle (GC), choć ta nazwa jest nieprecyzyjna, bardziej precyzyjne jest określenie Front Of Stage (FOS). Golden Circle to raczej miejsca wewnątrz sceny, albo wewnątrz zamkniętego wybiegu. Dla uproszczenia GC jest wewnątrz FOS. Takie GC już w latach 90. miała Metallica promująca np. swój Czarny Album, albo U2 podczas trasy w 2009 i wcześniejszych. U Mety nazywa się to Snake Pit (gniazdo węży), a powszechnie mówi się na to również Inner Circle.

Początkowo FOS był określeniem czysto technicznym, każdy kto miał bilet na podłogę mógł się tam dostać do określonego limitu uczestników koncertu. Z czasem zauważono, że parcie na FOS jest na tyle duże, że może warto na tym zarobić i zaczęto różnicować ceny biletów w zależności, czy ktoś chce stać bliżej czy dalej na płycie. Tak pojawiły się płatne FOSy, czy GC (sic!). Ostatnim wynaturzeniem tego procederu jest płacenie za prawo do wcześniejszego wejścia przed wszystkimi – tzw. Early Entrance i  tak pojawiły się te nieszczęsne GCEE, czy FOS EE.

Dalej Tomek opowiada – Ochraniałem kiedyś koncert Metalliki w Chorzowie. Doczekaliśmy się otwarcia bram i pierwsze czarne postacie wbiegły na murawę z biletami w łapce marząc o przyklejeniu się do barierek – ha ha – rozumiałem ich doskonale, w końcu sam kilka razy tak biegłem starając się jak najszybciej zerknąć na bilet wpuszczałem ich szybko życząc dobrej zabawy. Najśmieszniejsze było to, że dostałem specjalne liczydełko i z mojej strony do FOSu mieliśmy limit wpuszczenia iluś tam osób. Nie pamiętam ilu i nie chce strzelać jakiejś głupiej cyfry… ja  to miałem w dupie – wpuszczałem wszystkich który mieli bilet do tego sektora i oczywiście to liczenie stało się bez sensu…

Zdesperowani fani, albo fani, to już inna grupa ludzi. To do czego są zdolni to temat na inny wpis. Koncert Madonny – wpuszczamy na sektor GC – posiadającym bilety zakładamy te posrane opaski i młode dziewczę ze wzrokiem błagalnym mówi – wpuści mnie pan? – a ja na to – nawet jeśli Cię przepuszczę to tam dalej jest druga bramka i stamtąd Cię pogonią jeśli nie masz biletu, ale po chwili… moment! Biorę od kumpla kilka opasek i mówię – pomogę Ci. Jedną opaskę włożyłem do plastikowego kubeczka na napój i podając tej młodej dziewczynie mówię – teraz weź ten kubek i idź do kibelka TOI TOI, załóż ją i przejdź przez bramę jakby nigdy nic pokazując nadgarstek. Udało się <lol>. Zawsze był ze mnie ochroniarz, jak z koziej dupy trąbka… Mojemu koledze inna lala podobno proponowała żeby się z nią udał do tejże TOI TOJki. Może chciała się mu odwdzięczyć za wstęp… nie skorzystał.

_

Poniżej kilka rad, które warto sobie przyswoić, zanim stanie się pod bramą stadionu. Nie są to wszystkie sugestie, jedynie wybrane spostrzeżenia, na które zwraca uwagę ochrona lub lepiej się do nich stosować, aby nie obejrzeć hali z drugiej strony drzwi.

Przed wejściem do hali

131207_Amsterdam_00Stojąc już w kolejce przy bramce bądźcie cierpliwi – mówi dalej Tomek – ludzie którzy stoją po drugiej stronie i będą sprawdzać potem bilety nie decydują o tym, czy bramki mają być otwarte zgodnie z wyznaczoną godziną… to idzie wszystko od szefa wszystkich szefów, czyli głównego menedżera OCHRONY ZESPOŁU. Ci ludzie w żółtych przeważnie ubrankach to OCHRONA OBIEKTU i to oni dostają wytyczne dotyczące organizacji bezpiecznej imprezy od załogi związanej już z ekipą dM – o tym Ty miałbyś więcej do powiedzenia – zresztą pisałeś o tym w wątku ze swoimi przeżyciami na Służewcu 😉

BILETY
Berlin 2006.07.13
Berlin 2006.07.13

Bilety podczas podróży na koncert, jak i oczekując pod stadionem/bramą przechowujcie ze starannością. Dodam od siebie, że szczególnie należy uważać na wydruki z domowej drukarki. Tego typu bilety najlepiej wyjąć dopiero przed kontrolą. Dalej Tomek nadmienia – trzymajcie je w koszulce foliowej lub w jakiejś tekturowej teczce, którą potem można nawet wywalić, albo napisać na niej jak to kochacie depeche MODE i pokazać w kierunku sceny szanujcie kwity, żeby nie zamokły. Potem nie będzie nieszczęścia, że nie wejdziecie na imprezę, bo bilet będzie nieczytelny / rozmazany / zamoknięty. Ochroniarz w pełni rozumie Wasze intencje i zapewnianiam, że wszystko jest jak najbardziej w porządku, ale sorry nikt nie będzie przecież własną dupą ryzykował dla utraty pracy.

Częstym sposobem na przyśpieszenie odprawy jest takie naddarcie, złamanie perforacji, żeby wystarczył podmuch wiatru, aby oderwać część kontrolną od głównej części biletu. Jedni robią, to bo nie chcą mieć potem porwanego biletu na pamiątkę / na handel. Inni właśnie po to, aby przyśpieszyć przejście przez bramki. Parę razy spotkałem się z sytuacją, kiedy zamotany ochroniarz walczył z perforacją, a w tym czasie najlepsze barierki odlatywały.

Fight Fire with Fire

W obiektach obowiązuje zakaz używania otwartego ognia oraz palenia wszelkich rzeczy które się pali… (tytoń i inne liście), więc akcja z zapalniczkami na balladzie to nie jest dobry pomysł. Większość z nas ma przecież smartfony, a jeśli nie  – to malutka kieszonkowa latarka, czy lampeczka rowerowa da i lepszy efekt i chyba będzie łatwiej ją przemycić i potem odpalić 😉 Inhalacja też jest zabroniona od niedawna, więc e-papierosy też są na cenzurowanym, warto o tym pamiętać również.

130725_Warsaw_05

Picie

Na większości obiektów jest zakaz wnoszenia wszelkich butelek szklanych (napoje, perfumy, itp.), także napojów w puszcze. Jeśli już napój, to bezalkoholowy do 0.5 litra w plastikowej butelce, a i tak na bramce zabiera się zakrętkę.

Takie działanie ma kilka celów:

  • Stadion, czy hala mają swoje interesy – umowy sponsorskie, ajentów, którzy chcą zarobić na napojach i podłej jakości jedzeniu (przeważnie nie dogotowanym, ze względu na słabe moce przerobowe urządzeń gastro). Kanapki czy owoca także nie wniesiecie – polecą do kubła nazywanego „depozyt”…  wiec najeść się przed koncertem stosując oczywiście odpowiednią dietę – po co latać po tojtojkach i walić w muszlę w rytm ukochanej muzyki ;)…
  • (1) Bezpieczeństwo – plastikowy kubek nie doleci do sceny, a otwarta butelka wypróżni się w czasie lotu i też spadnie przez sceną.
  • (2) Bezpieczeństwo – z otwartą butelką w ręce biegnie się pod scenę dużo dłużej, wolniej i po drodze się rozlewa sporą część, więc… biznes się kręci.

Tomek radzi otwarcie: jeśli już wnosicie picie, to… ukryjcie gdzieś dodatkową zakrętkę. Przyda się na pewno.

Co do samego picia, to odradzam piwko czy kawę bezpośrednio przed wbiegnięciem pod barierki, dla tych co chcą zachować swoje dobre miejsce pod sceną przez cały koncert. Słyszałem o przypadkach lania po nogach i walenia w majty. Będziecie mistrzami, jeżeli doniesiecie do kibla i wrócicie w czasie jednego numeru pod scenę. Inaczej sprawa się ma gdy ogląda się show na trybunach. Posiadacze FOS powinni pić tylko tyle żeby nie zasychało w gardle, a nadmiar wody lepiej wydalić przez skórę, niż jako 1. Gdy w grę zaczyna wchodzić 2 lub 3 wtedy pora zastanowić się nad przyjęciem pomocy medycznej. W letnie dni to prosta droga do odwodnienia.  Uwierzcie mi –  idzie wytrzymać z półlitrowym napojem przez cały okres kilku godzin wyczekiwania pod sceną, a potem do ostatniego „Thank you! – We see You next time!”

Dobrym pomysłem jest zabranie soków w małych kartonikach, albo w foliowych woreczkach z zakrętką. Za naszą zachodnią granicą takie napoje są bardzo popularne na koncertach. Ochrona przepuszcza z nimi, a i łatwo opakowanie zutylizować pod nogami potem.

FLAGI, BANERY

Nigdy nie robiliśmy problemów z wnoszeniem flag czy bannerów. Przy bramce zgłaszane to było i oczywiście pokazane. Inaczej z możliwością ich montażu na barierkach czy trybunach. Zwróćcie uwagę, czy rozkładając flagę nie zasłonicie przypadkiem logo jakiegoś ze sponsorów imprezy, wtedy może być problem proponuję po raz kolejny kulturalnie pogadać z ochron.

depeche MODE w Mexico City
depeche MODE w Mexico City

Ochrona może mieć za to uwagi do wnoszenia masztów, drzewców i długich parasoli. Flagi tak pod warunkiem, że potem je przyczepicie do barierek, albo będziecie machać nimi w ręku. Parasol, czy długi drzewiec od flagi traktowane jest jako potencjalna rzecz podwójnego przeznaczenia. Tzn może służyć do machania, ochrony przed deszczem lub słońcem, ale może też służyć do zadawania obrażeń, a z tym już żartów nie ma.

Pieniądze, wartościowe rzeczy.

Dla Pań – żadnych kosmetyków w torebkach, tylko niezbędne rzeczy, jeżeli pieniądze, to chowajcie dobrze (w tłumie przebywają nie tylko fani, którzy przyszli się bawić na koncercie ) – w przypadku kradzieży  ochrona nie będzie mogła zbyt wiele pomóc. Torebki tylko zasuwane na zamek, a nie na jakiś szybki zatrzask. Generalnie bagaż jak najmniejszy, żeby było wygodnie nie tylko Wam, ale i innym ludziom dookoła. Drogie Panie torebkę trzymajcie przed sobą, a nie z boku czy na pośladkach. Licho nie śpi, a i dostęp lepszy, o zabieraniu nadmiarowej przestrzeni wokół siebie nie wspomnę 😉

090613_Munich_02

Relacje, jeszcze raz relacje.

Powiem jedno – ochroniarz to nie Twój wróg. Przykleiłeś się do barierki, to fajnie. Zamiast krzyczeń jakieś Aviva, czy inne Warta coś tam, coś tam! Spróbujcie już po wejściu na obiekt zyskać sobie przychylność ludzi z ochrony – zagadajcie, nawiążcie jakąś przyjazną relacje – czas zleci szybciej w oczekiwaniu na koncert przy rozmowie, a jeśli koleś jest przyjaźnie nastawiony możecie liczyć na jego pomoc nawet już w trakcie show (np. dostarczenie jakiegoś picia) lub pomoc w drapaniu się na scenę, gdy Dave będzie chciał z Tobą odśpiewać Somebody do perkusji Christiana.

060314_Katowice_24depeche MODE w Katowicach 2006.03.14 (024)
060314_Katowice_24depeche MODE w Katowicach 2006.03.14 (024)

Warto także zwracać uwagę na zachowanie ludzi obok, bo nie każdy może czyta 101dM.pl (Nie? przypis nadredaktora) i jest na koncercie pierwszy raz i nie będzie wiedział, że np. rzucanie flagi czy elementów bielizny na scenę jest zabronione .. (czy kapelusza 😉  hihi –  w Pradze 2006 kapelusz rzuciłem – Gah podniósł i mi odrzucił…  i ja durny zamiast zostawić sobie pamiątkę – to w Spodku powtórzyłem ten wyczyn… kapelingo poleciało dalej i tyle go widziałem …   

_
131123_Hannover_01
Nie jest to koniec rad przedkoncertowych. W trakcie pisania jest już kolejny art o bardzo wielu innych elementach obozowania przedkoncertowego, przeżycia pod sceną, czy utrzymywania swojego organizmu we względnej wytrzymałości. Niedługo ciąg dalszy, a ja dziękuję Tomkowi za współpracę i jego cennych uwagach. Tekst został w dużej mierze napisany przez Tomka, mnie (Martini) zostało w zlepienie go w całość lub dopisanie kilku uwag, czy też podklejenie zdjęć i linków.

Jak wyglądają koncerty w USA?

Kultura wokół-koncertowa w USA jest kompletnie inna od tej w Europie. Od 4 lat mieszkam w USA, więc w większości uczęszczałam i polowałam na koncerty Depeche Mode w Europie. Dopiero podczas ostatniej trasy wybrałam się na 3 koncerty w USA oraz na jeden Dave’a Gahana i Soulsavers.

Bilety to drogi sport w USA.

Już od samego momentu kupowania biletów zauważyłam, że kultura wokół-koncertowa w USA jest kompletnie inna. Kupienie biletów, które pozwolą na bycie pod sceną, graniczy z cudem, następnie na koncertach nie spotkamy pustych płyt przed sceną, z reguły nie ma koczowania pod halą czy stadionem, a i okazywanie nadmiernej ekscytacji na koncercie też nie jest wskazane. Zatem to, co dla nas może wskazywać, że atmosfera na koncercie będzie kiepska ze względu na słabą frekwencję pod halą, w USA postrzegane jest jako dobra cecha całej organizacji.

Zacznijmy od kupowania biletów i od tego, że w USA (o zgrozo!) funkcjonuje legalny rynek z drugiej ręki. Oprócz oficjalnych serwisów jak Ticketmaster są też inne, na których bilety są odsprzedawane jak np. StubHub. Zresztą sam Ticketmaster często do nich kieruje, gdy nie ma już miejsc. W całym tym biletowym bałaganie najbardziej problematyczny jest fakt, że na na amerykańskich koncertach najczęściej wszystkie miejsca są numerowane, począwszy od pierwszego rzędu – dlatego nikt nie musi koczować pod halą. Jeśli hala nie ma siedzień na płycie, to ustawiane są krzesła. Pewnie bierze się to z tego, że Amerykanie są bardzo wygodni, a służby organizacyjne mają obsesję na punkcie reguł i porządku. Przecież gdyby w dużej hali była samowolka na płycie, to nikt nie wiedziałby jak się zachować! A tak, każdy ma swoje miejsce, przestrzeń do okoła i wszystko gra.

Czytaj: Santa Barbara SHOW

dave-gahan-soulsavers-7-2

Niestety, jak nie trudno zgadnąć, numerowane rzędy i siedzenia pod sceną równają się z kosmicznymi cenami i niedostępnością biletów. Tym samym o miejscu pod sceną można sobie pomarzyć – chyba, że koncerty są kameralne, a sale liczą max kilka tys. osób (byłam na takich w Las Vegas i Santa Barbara, a bilety ‘general admission’ były głównym kryterium wyboru tych lokalizacji). Generalnie biletów na pierwsze rzędy w oryginalnej cenie kupić się nie da (a i tak kosztują ok $1000) i są dostępne dopiero z drugiej ręki w cenie ok $2500. I wiecie co za tym idzie? Atmosfera pod sceną nie ma się nijak do tych w Europie. Przez to, że grubość portfela decyduje o tym, kto zasiada w pierwszych rzędach, pod sceną mamy same ‘pikniki’, które nie dość, że bilety mają ze względu na kasę, członkostwo jakiegoś programu lojalnościowego albo banku (mają wcześniejszy dostęp do biletów), to w trakcie koncertu wychodzą po piwo, hot doga i co nie tylko. Niestety przede wszystkim z tej powodu tej polityki pierwszych rzędów trasy w Ameryce tracą wiele na uroku.

Szybko zorientowałam się też, dlaczego Amerykanie nie mają akcji koncertowych.

dave-gahan-soulsavers-7-4Kolejna ciekawa sprawa to kontrola swobody i ochrona. W Europie jesteśmy przyzwyczajeni do akcji koncertowych, transparentów, tabliczek, prezentów rzucanych na scenę itd. Na swój pierwszy koncert w USA, bodajże w Shoreline Amphitheatre w Mountain View, przyniosłam polską flagę. Niestety w ciągu pierwszych sekund, odkąd ją wyjęłam, zostałam poproszona o schowanie. Ponieważ obiekt ten jest całkowicie wypełniony miejscami siedzącymi, ochrona ze swobodą przechadza się między sektorami i na okrągło zwraca uwagę. To samo tyczy się zbyt swobodnych wygibasów, tańców, itd. Niechętnie na to się patrzy, podejrzewając, że albo przeszkadzasz innymi, albo zaraz zrobisz coś głupiego. Oczywiście ludzie bawią się i podrygują, ale znając europejską widownię, to gdy ma się tyle miejsca wokół będąc w pobliżu sceny (nagle nie tylko możesz szaleć z rękami zgiętymi w łokciach, ale też obracać się wokół własnej osi oraz zrobić pół kroku w bok), ze szczęścia można by zwariować uskuteczniając mimowolnie zaawansowany Dave Dancing. Zresztą, rzeczywiście ci odważniejsi wychodzą poza swoje rzędy do alejek i tym sposobem za chwilę znajdujesz się niemalże na równi i na wyciągnięcie ręki z zespołem. Trzeba pamiętać jednak, że nie tylko ochrona zaraz przywołuje do porządku, ale i ludzie z brzegu rzędów narzekają i zwracają uwagę. Czasem uda się, by wybryki te uszły na sucho – wtedy podczas kilku kawałków udaje się okupować miejscówki, za które inni zapłacili grube $$$ – ale czasem nawet na chwilę będzie to niemożliwe. To zależy od miejsca, szczęścia, itd. Przecież ochrona dostała by zawału.

Czytaj: Dave Gahan i Soulsavers w Los Angeles — wrażenia!

Warto dodać jeszcze, że przy niemalże każdym obiekcie w USA jest sekcja z jedzeniem i alkoholem. Koncerty traktowane są jako wydarzenie służące do relaksu, odpoczynku i spędzenia czasu ze znajomymi. Większość ludzi z tego chętnie korzysta, a przed samym koncertem, zamiast spinać się kto jakie zajmie miejsce, odbywają się spotkania towarzyskie przy budkach i kasach w stylu przerwy między aktami w teatrze.

martin-gore-depeche-mode-santa-barbara-dj-event-soho-restaurant-104

Co do hal, które naprawdę robią wrażenie, to wspomnę raz jeszcze o Shoreline Amphitheatre w Mountain View – kultowe miejsce jeśli chodzi o koncerty, świetna akustyka, wspaniała atmosfera. Nawet te najdalsze bilety, które de facto zapewniają miejsca już poza amfiteatrem na trawie, są warte swojej ceny. Z innych lokalizacji to oczywiście Santa Barbara Bowl – obowiązkowy obiekt, a także inne sale w Las Vegas, gdyż są kameralne i jest szansa, że płyta nie będzie numerowana.

Czytaj: DJ Show Martin’a Gore z Depeche Mode w Santa Barbara

No cóż, po trasach w Europie, tęskni mi się za tym europejskim klimatem. Poza tym, zdając sobie sprawę z tych wszystkich obostrzeń, chyba już nikogo nie dziwi, dlaczego nie ma akcji koncertowych w USA?

_
Zobacz inne projekty Sylwii:
Projekt Ghost | Teledysk Route 66 | Blog JaiOn.pl

Przed trasą… zanim się zacznie.

Rozpoczynam nowy cykl na stronach MODE2Joy.pl w którym zajmiemy się tym wszystkim dookoła koncertów, co może Wam pomóc i przeszkodzić w bezproblemowym dotarciu, oczekiwaniu i… przetrwaniu, a czasami dotrwaniu. Opowiemy Wam o naszych doświadczeniach z koncertami dM. Pojawi się wiele nowych osób, na M2J, które opiszą Wam ze swojej perspektywy jak wyglądają koncerty. Jak koncert widzi fotograf, ochroniarz, jak przygotować się do wyjazdów, co warto zabrać, a co trzeba zostawić w domu.

Od razu na początku chciałbym podkreślić, że nie są to teksty dla starych wyjadaczy koncertowych, z którymi pewnie się spotkam gdzieś na trasie pod Dusseldorfem, albo Madrytem. To raczej zbiór porad dla tych, którzy wybierając się na koncerty zadają różne pytania na forach, FB, czy innych miejscach. Tym razem postaramy się na te pytania odpowiedzieć zanim padną.

Jeżeli ktoś z czytających chciałby się podzielić swoimi life-hackami, albo ma sprawdzone patenty, które pomogą innym – zapraszam. MODE2Joy i 101dM jest otwarte dla każdego, kto chce coś napisać.

Budowa Sceny, koncert w Warszawie 2001.09.02
Budowa Sceny, koncert w Warszawie 2001.09.02

Spróbujemy w tym cyklu przejść cały proces od ogłoszenia rozpiski z koncertami, aż do pierwszych dźwięków intra na najnowszej trasie. Z zakupem biletów już nie zdążymy, ale w tekstach z tego cyklu pojawią się kwestie bezpieczeństwa, aparatów, podróży, noclegów, co trzeba kupić przed wyjazdem w trasę. Sporo czasu poświęcimy również kwestii – czego nie brać, bo to tylko strata miejsca, czasu i źle wygląda i po co wyjść na janusza koncertowania. Teksty już się piszą, a cykl jest otwarty dla wszystkich z Was.

Depeche MODE // Irvine Meadows 1986
Depeche MODE // Irvine Meadows 1986

Podpowiemy kilka life-hacków koncertowych i czego się nie możecie robić na koncertach w USA (jeśli tam jedziecie), oraz na koncertach w Europie. Opowiemy co możecie robić, a za co ochrona Was ukarze. Cykl jest perespektywiczny, bo przed nami koncertowa zima 2017/2018. Koncertowo-depechowe szafiarki na pewno znajdą coś dla siebie, fani survivalu również. Ale najpierw zaczniemy dosyć egzotycznie od Ameryki Północnej, jej specyfiki koncertowej i czym się różni od tego jak my Europejczycy bawimy się na koncertach. Miłej lektury…