Archiwum kategorii: Martin Gore

depeche MODE wejdą do Rock And Roll Hall Of Fame.

Oficjalnie wszędzie dominuje służbowy optymizm i radość z faktu, że pierwsza w historii elektroniczna kapela wejdzie do świata zdominowanego przez muzykę rockową.

Jeżeli popatrzy się szerzej, to w tym roku jest silna reprezentacja szeroko pojętej muzyki nierockowej.

Ja chciałbym się skupić na trochę innym aspekcie tego wydarzenia… bardziej społecznym i relacyjnym.

Tradycją tego typu wydarzeń jest, że zespoły dla uświetnienia wejścia do RNR HOF grają specjalne koncerty dla zgromadzonej publiczności i fanów przed ekranami. Zaproszenia do wejścia do RNR HOF wysyłane są do wszystkich członków, także tych byłych. Tradycją jest, że również oni grają z obecnym składem zespołu na scenie. Oznacza to, że dla depeche MODE będzie to baaaaardzo historyczne wydarzenie. Po raz pierwszy od grudnia 1981 roku Panowie wystąpią na scenie z Vincem w jednym numerze. Będziemy mieli również okazję zobaczyć Alana na żywo po raz pierwszy od koncertu w Londynie 2010.02.17 i po raz pierwszy od zakończenia jego trasy – Selected w 2010-2011.

Jestem również bardzo ciekawy kto wprowadzi depeche MODE do RNR HOF – Metallicę wprowadzał Flea z RHCP. Tradycją jest również, że wspólnie na scenie występują inni artyści, którzy grają i śpiewają numery wprowadzanej gwiazdy.

Kolejny element, który może być bardzo interesujący to fakt, że każdy – były i obecny członek zespołu ma prawo do wygłoszenia przemowy i może powiedzieć co chce. Ten moment może być bardzo interesujący i chyba najbardziej czekam na przemówienie Alana. Czy zachowa powściągliwość, czy też powie coś więcej…

Dobrze, abyście obejrzeli jak wyglądały wejścia innych gwiazd w przeszłości. Poniżej Metallica (2011), U2 (2005), Nirvanna (2014).

Występów innych gwiazd możecie poszukać sobie do woli. Wszystkie są w podobnym schemacie. Polecam jeszcze The Beatles czy Rolling Stones z 1988.

Ja bardzo czekam na majowy występ depeche MODE, szczególnie mając w pamięci ostatni wywiad Dave’a z New Musical Express, gdzie właściwie dał do zrozumienia, że nie planują się spotykać jeszcze przez jakiś czas, a tu nie dość ze będą musieli, to jeszcze będzie to z przytupem i „zmusi” ich do spotkania, próbowania i wspólnego występu z ex-składem oraz oddanie sterów na scenie innym ludziom niż oni sami.

“I can’t honestly answer that question. Depeche have made so many records together and after a tour Martin and I are like, ‘See you then!’ There will more than likely will be another record, but we really don’t make plans beyond what we’ve just done. To be honest, it’s always been like that. In the first 10 years we could keep up with the pace of boshing out a record then a tour, record, tour, record, tour. As you get older you start to get a little more selective about what you want to do. I know Martin is taking a bit of a break at the moment. We’ll see.”

Dave Gahan dla nme.com

Po Waszemu i po mojemu – podsumowanie roku 2018.

Parę tygodni temu zapytałem się Was na FB i Twitterze o to, jaki był dla Was rok 2018 w świecie depeche MODE. Odpowiedzi były raczej znajome i przewidywalne, ale też innych raczej nie oczekiwałem.

2018 był ostatnim z cyklu w czwórpolówce wyczynowej zespołu. Kończy się Spirit Era, a na nową jeszcze poczekamy chwilę.

Cały 2018 upłynął nam pod hasłem Global Spirit Tour. Te trzy słowa były odmieniane przez wszystkie przypadki. Z całej listy Waszych wspomnień wybrałem trzy wątki, które powracały najczęściej, ale też coś od siebie jeszcze dołożyłem.

Miejsce 3.

12″ Single Box — nie skończyła się jeszcze trasa, a przyszła informacja, że naczelny archiwista depeche MODE (nowy tytuł naczelnego webmastera depeche MODE (nowy tytuł…)), szykuje dla nas box winyli z singlami w wersjach 12″. Nie wiedzieliśmy czego się spodziewać, a pierwsze zapowiedzi nie napawały optymizmem. Dziś jesteśmy po drugiej rundzie i wiadomo dużo więcej. Uważam, że jest to wydarzenie ostatniego roku, które będzie rzutować jeszcze przez długie lata, nawet jak nie kupujesz winyli, a muzykę słuchasz jedynie z plików mp3.

Miejsce 2.

Wydarzenie, które wybrałem na numer dwa spośród Waszych głosów były koncerty w Berlinie. To były jedyne pełne koncerty na ostatniej części trasy, ale za to jakie. Były to koncerty istotne na wielu płaszczyznach, części jeszcze nie znamy. Podobno w kwietniu doznamy objawienia…


Nigdy depeche MODE nie zagrali serii takich koncertów, nigdy nie rejestrowali dwa razy koncertów w tym samym mieście trasa po trasie. Nigdy nie rejestrowano koncertów, na których jeden z członków zespołu miał urodziny. Nigdy zespół nie przerotował tyle kawałków podczas dwóch koncertów. Nawet Set A i B na Delta Machine Tour nie przynosił tyle zmian, co dwa koncerty na zakończenie Global Spirit Tour. Podobno miało być więcej koncertów na Waldbuhne, skończyło się jedynie na dwóch. Szkoda, bo Waldbuhne to magiczne miejsce. Człowiek młodnieje i wracają wspomnienia do czasów, zanim pojawiła się w zespole gigantomania stadionowa, a scena pasowała do wielkości obiektu.

Miejsce 1.

Trochę w nutę patriotyczną pojadę. Koncerty depeche MODE w Polsce to przede wszystkim święto dla fanów. Z punktu widzenia zespołu koncerty, to kolejne punkty na trasie, które się zlewają w lotniska, garderoby na tyłach hali, kolejne korytarze i pokoje hotelowe.

Coś, co jest dla Niemców, czy Francuzów codziennością dla nas stało się wydarzeniem, a powinno być normalnością od lat. Szczerze, to bardziej propsy za ten fakt należą się agencji @LiveNation, niż zespołowi. Nie zmienia to faktu, że 5 koncertów w czasie jednej trasy w naszym kraju, to sprawa bez precedensu.

Każdy ma swoje wspomnienia i emocje z tym związane, to było widać w Waszych wpisach. Uważam, że to jest najważniejsze w tym wszystkim, pozostałe sprawy to technikalia.

Zamiast bonusu kilka myśli na rok 2019.

depeche MODE czeka w tym roku urlop od przebywania ze sobą. Najnowsze newsy podchodzić będą raczej z okolic wytwórni, solowych twórczości Martin’a i Dave’a. W tym roku możemy spodziewać się co najmniej 3 premier:

  • wiosna 2019 wideo „Global Spirit Film & Fan Documentary”
  • 12″ single box – single z Black Celebration i Music For The Masses być może jeszcze przed wakacjami.
  • single z Violator i Songs Of Faith and Devotion – jesień/przed gwiazdką.

Anton Corbijn zapowiedział na 2020 książkę (album) o depeche MODE.

Ciekawy jestem, czy i w jakiej postaci może zostać wydana ścieżka dźwiękowa z filmu do którego Dave napisał muzykę. Fani chcieliby oczywiście wydania materiału na CD/Winylach, a skończyć się może płonnej nadziei.

Bardzo cicho jest o Martinie, oczywiście poza obecnością na ślubie na Giblartarze i udzielaniu się przez rodzinkę Gore’ów w lokalnych projektach charytatywnych. Fajnie by było, gdyby Martin nas czymś zaskoczył. Nie mam tu na myśli kolejnych projektów typu VCMG itp., raczej coś bardziej konwencjonalnego.

_

Na początku 2017 pisałem, że:

Rok 2016 to była dla fanów depeche MODE taka przejściówka.

Wracamy do trybu przejściówki, choć nie będzie to czas posuchy do jakiego przyzwyczaił nas zespół w poprzednich latach. Wytwórnia i zespół nauczyli się już, że można zarobić na fanach w czasach zastoju albumowo-koncertowego i po powyższych przykładach widać, że są gotowi wydoić od nas kolejne jednostki. Czy się to im uda, to zależy od Was. Będziemy za to wyszukiwać dla siebie rocznic, które można celebrować, powstana fanowskie projekty, wydarzenia około depeche MODE. Wszystko aby jakoś zabić czas do wydania następnej płyty zespołu.

Na koniec chiałbym napisać Wam, że jest to ostatni tekst w którym pada słowa o podsumowaniu czegokolwiek. Serdecznie mam już dosyć tych podsumowań 😉 Pora spojrzeć w przód i zająć się sprawmi które nie dotyczą trasy Global Spirit, ostatniego albumu i zestawień związanych z nimi. Ile można 🙂

EFEKTY GITAROWE W BRZMIENIU DEPECHE MODE

Zgodnie z obietnicą z poprzedniego tekstu zapraszamy do lektury kolejnego tekstu o sprzęcie gitarowym, jaki wykorzystuje Martin Gore oraz odpowiednikach w tańszych konfiguracjach. Wspólnie ze specjalistami z serwisu strunygitarowe.pl z Krakowa przybliżymy Wam kilka najbardziej popularnych efektów, z których Martin korzystał w studio i na ostatnich trasach koncertowych.

Brzmienie zespołu zależy od wielu czynników – talent, sprawny zespół techników, niepodrabialny styl gry. Są jednak też drobni, cisi bohaterowie, których nigdy nie zobaczymy, a bez których każda gitara wyda bardzo podobny zestaw dźwięków. Tymi czarodziejami brzmienia są efekty gitarowe.

Owszem, sposób gry odgrywa bardzo ważną rolę, ale jego nie można podrobić. Można go co najwyżej imitować. Na scenie muzycznej jest wiele zespołów, które wyróżniają się brzmieniem, a wśród nich jest legenda łącząca muzykę elektroniczną z rockiem. depeche MODE ma własny styl i bardzo specyficzne brzmienie, które od lat inspiruje młodych muzyków. Inspirowanie się innymi zespołami jest bardzo częste wśród początkujących muzyków i to dobrze, ponieważ w ten sposób szybciej poznajemy sprzęt muzyczny i ćwiczymy kreatywność, która jest potrzebna między innymi w tym, aby zbliżyć się brzmieniowo do konkretnego artysty.

Filarem brzmienia zespołu depeche MODE jest połączenie syntezatorów z gitarą elektryczną. Aby jednak gitara posiadała tak charakterystyczne brzmienie, potrzebne będą efekty gitarowe. Martin Gore, który jest gitarzystą zespołu, na przestrzeni swojej kariery używał wielu efektów i wciąż zmienia swój ekwipunek. Od jakiego efektu powinniśmy zacząć, by stworzyć brzmienie zbliżone do tego, które posiada artysta? Podstawą jest przester, czyli efekt odpowiedzialny za ostre, agresywne brzmienie gitary. Muzyk używa różnych efektów tego typu, wśród których warto wymienić efekty takie jak TC Electronic Dark Matter czy TC Electronic MojoMojo Overdrive. Ten drugi zyskuje coraz większą popularność ze względu na jakość brzmienia oraz uniwersalność. Na pokładzie znajdziemy cztery potencjometry odpowiedzialne za poziom przesterowania dźwięku, głośność, oraz korekcję tonów niskich i wysokich. Po za pokrętłami do dyspozycji mamy także przełącznik opisany jako voice, za pomocą którego możemy wzmocnić brzmienie dolnego pasma. Oprócz przesterów, muzyk używa także efektów modulacyjnych, za pomocą których wzbogaca swoje brzmienie. Dobrym przykładem jest często używany na scenie efekt vibrato. W celu osiągnięcia podobnego brzmienia, warto sięgnąć po efekt Voodoo Lab Micro Vibe, który ceniony jest przez profesjonalnych gitarzystów za sprawą jakości otrzymywanego brzmienia. Urządzenie pozwoli dodać do naszego brzmienia efekt wibracji, które możemy kontrolować za pomocą pokręteł odpowiedzialnych za głośność samego efektu i prędkość wibracji. W tym miejscu warto się zatrzymać i skupić się na kwestii samego ustawiania efektów. Można też sięgnąć po efekt używany m.in na Tour Of the Universe – TC Electronic Shaker Vibrato. Martin Gore co prawda używa wielu z nich, ale żaden efekt nie dominuje jego naturalnego brzmienia. Oznacza to, że ustawia on efekty w taki sposób, by jedynie delikatnie zabarwiały one brzmienie. Ma to sens, bo pamiętajmy, że w instrumentarium zespołu znajdują się syntezatory, które znane są z tego, że same w sobie posiadają ogromną ilość brzmień i efektów. Martin Gore na scenie używa także efektów typu octaver i w ich przypadku również zasada ustawiania jest podobna. Octaver może dodać do brzmienia dolną oktawę, górną, lub zamienić naturalny sygnał w taki sposób, abyśmy słyszeli tylko jedną z oktaw, w zależności od modelu efektu. Gitarzysta wzbogaca swoje brzmienie delikatnie słyszalną dolną oktawą, która dodawana jest do naturalnego sygnału. Martin wykorzystuje elektronikę w grze na gitarze tak, samo ja wykorzystuje się ją w grze na klawiszach. Dodatkowo wykorzystując podłogowy system multiefektowy, który można obudowywać o pojedyncze efekty. Można też G-System firmy TC Electronic wykorzystywać jako instrument zapętlając grane riffy, a na to nakładać kolejne partie granego utworu. Urządzenie to można zobaczyć od 20 sek na poniższym filmie. Jez Webb – techniczny Martina opisuje jak działają wykorzystywane efekty na koncertach depeche MODE.

Najbardziej rozpoznawanym efektem, który nieprzerwanie towarzyszy Martinowi od 1993 roku jest E-bow Slide Effect. Urządzenie to przez cały koncert zalega w specjalnym koszyczku umieszczonym na statywie mikrofonu. Kiedy przychodzi ten moment sprawia, że Gretsch Martina brzmi w jeden jedyny charakterystyczny sposób. Brzmienie sola na Walking In My Shoes znacie doskonale (to niewielkie urządzonko, które Martin trzyma w ręku na poniższym zdjęciu.

Jeżeli chcemy zbliżyć się do brzmienia jakie posiada dany artysta, najlepszym sposobem jest sugerowanie się dźwiękiem podczas koncertów. Słuchając nagrań studyjnych należy liczyć się z tym, że dźwięk przechodzi przez miks i zależy nie tylko od samych muzyków, ale także od producenta. Dodatkowo to właśnie podczas koncertów muzycy mogą używać preferowanego sprzętu i wówczas dokładnie słychać jakie są ich upodobania brzmieniowe. Jeżeli chcemy zabrzmieć jak Martin Gore, nie musimy używać tych samych efektów co on. Na rynku muzycznym znajdziemy wiele dobrych alternatyw sprzętu, które mogą być tańsze od efektów używanych przez gitarzystę, a mimo to mogą oferować brzmienie niemal identyczne.

Tekst powstał przy współpracy krakowskim serwisem dla muzyków – strunygitarowe.pl

BRZMIEĆ JAK MARTIN GORE

Z roku na rok przybywa nowych, młodych zespołów, które marzą o tym by pewnego dnia się wybić, nagrywać płyty i grać koncerty. Na drodze do sukcesu stoi wiele problemów, które trzeba pokonać by osiągnąć zamierzony cel. Kiedy przyszli wymiatacze sceny poczują, że swoimi umiejętnościami mogą się pochwalić szerszej publiczności warto też zadbać o kilka czynników przykuwających uwagę. Obok talentu, mniejszych lub większych braków warsztatowych bardzo wielu z początkujących artystów ma jeszcze jeden problem… sprzęt.

Specjaliści ze sklepu muzyczny.pl pokazali jak dobrać sprzęt, efekty, brzmienia, które z jednej strony pozwolą wypracować własne brzmienie, a z drugiej czasami za niewielkie pieniądze pozwolą być… jak Martin Gore choć przez chwilę… Czytaj dalej BRZMIEĆ JAK MARTIN GORE

I Want You Now to nie wszystko…

Martin podczas pobytu w Berlinie ostro trenował nowy repertuar na swoją cześć występów. Wg ludzi z otoczenia zespołu I Want You Now to dopiero pierwszy z kilku staroci odkurzonych na potrzeby dalszych części trasy.

Depeche Mode - live in Berlin 2017.03.17
Depeche Mode – live in Berlin 2017.03.17

Nie znamy repertuaru, jaki trenował, ale to dobrze wróży przed koncertami w Polsce. Home jak zwykle jest nie do ruszenia, ale pozostałe dwie miejscówki stoją otworem przed zmianami. Może obawy o zagranie trzech identycznych koncertów w naszym kraju będą nieuzasadnione.

W jakiejś części Martin zaczyna powtarzać swoje patenty z dwóch poprzednich tras. Żeby pokazać kontekst w jakim się obracamy warto przywołać kilka danych z przeszłości:

  • Tour Of The UniverseMartin 13 kawałków z czego 8 plumkanych
  • Delta Machinę TourMartin 14 kawałków z czego 12 pianinkowych + duet z Davem
  • Global Spirit Tour – Martin 11 kawałków z czego 1 w pełnej elektronice

Jak widać trasa jeszcze się nie skończyła i Martin ma spory potencjał do zagrania kolejnych rarytasów ze swojego repertuaru. O ile cieszy fakt, że Martin działa w tym kierunku i próbuje odkurzać rarytasy – wyszscy czekamy na Things You Said – to niestety takie wieści nie docierają do nas z obozu Dave’a. Czekamy z niecierpliwością co przyniosą kolejne koncerty.

P.S. Daniel Barassi (webmaster dM) opublikował taki tweet jako komentarz do wydarzeń w Norymberdze:

Jak się nagrywa płytę cz.3. – poradnik dla początkujących.

Trzecia odsłona procesu nagrywania płyty, na przykładzie znanych i lubianych – czyli depeche MODE. W poprzednich odcinkach wybraliśmy producenta, a potem weszliśmy do studia. W tym odcinku przyszedł czas na dokonanie finalnego mixu, zrobienie masteringu, wytłoczenie i wysłanie płyt do sklepów, żebyś mógł nabyć album i zapodać go do swoich uszu.

Nareszcie! Pół roku siedzenia w studio zaowocowało nagraniem świeżutkiego albumu. Cytując jednego z członków zespołu: ’Nasz najnowszy album plasuje się gdzieś między Violator, a Sounds Of The Universe ze szczyptą dekadencji i mroku z A Broken Frame.’ Napisaliśmy, że nagraliśmy… technicznie rzecz biorąc, została dokonana rejestracja. Z finalnym nagraniem nie ma ten materiał jednak jeszcze zbyt wiele wspólnego. Teraz zaczyna się etap prac nad płytą, tyleż interesujący, co mało znany i niedoceniany przez wielu. Można tu skopać album, ale też zmienić spojrzenie na efekt prac w studio.

Outtake’i

Zanim pójdziemy dalej, chcielibyśmy na chwilę zatrzymać się przy jednej kwestii. Podczas produkcji każdego kawałka powstaje wiele wersji, wiele podejść do utworu. Często na skutek rozbieżnych wizji artystów, producenta, właścicieli wytwórni. Zanim zostanie wybrana ta jedna, która stanie się hiciorem wszech czasów, zespół musi się zmierzyć z bólem egzystencjalnym, ślepymi uliczkami, czy też niemożnością dobrania do jakiegoś motywu innych składowych utworu. Często zespoły muszą odrzucić to, co stworzyły i wrócić do dema, aby na nowo stworzyć swoje arcydzieło.

Paradoksalnie bardzo dobrze ten proces opisał Flood w swojej historii o Enjoy The Silence. W drugiej połowie filmu jest fragment o tym, jak to Flood i Alan po tygodniach pracy nad numerem, fochach Martina, zostawili to co stworzył i na bazie dema zaczęli tworzyć hicior jaki znamy. Poniżej, ta sama historia co z poprzedniego odcinka, ale opowiedziana na innym evencie.

Zostawmy Enjoy The Silence w spokoju, bo co prawda wątek tego numeru jest dobrze udokumentowany i opracowany, nie mniej jednak są inne utwory, które przeszły podobne koleje losu. Warto tu wspomnieć kilka wersji Behind The Wheel. Wersja z płyty a wersja z singla, to bardzo dobry przykład na ocalenie różnych wizji jednego kawałka od zapomnienia. Oczywiście powszechnie uważa się wersję z albumu za tę lepszą.

Innym przykładem jest World In My Eyes. Jedna z wersji stała się tą albumową, natomiast wizja utworu proponowana przez Daniela Millera nie zyskała uznania i powędrowała na długie lata do szuflady. Dopiero składanka remixów z 2004 pozwoliła ujrzeć mu światło dzienne, już jako World In My Eyes (Daniel Miller remix).

Niektórzy z Was czytali już tę myśl wielokrotnie, nie mniej dla dopełnienia i precyzji tej historii warto przytoczyć ten wątek ponownie. Otóż do 1993 depeche MODE w znaczącej części tworzyło remixy na swoje single. Wiele z nich zostało takimi samymi ikonami, jak klasyki z płyt. Osobiście na równi z albumami cenię single   Policy Of Truth i właśnie World In My Eyes, oraz Stripped, Walking In My Shoes. Klasyka w każdym calu.

Kawałki te nazywa się remixami, choć tak na dobrą sprawę, to bank niewykorzystanych motywów i pomysłów z procesu tworzenia albumu. Bywało że zespół tworząc płytę dorabiał się jakiegoś fajnego motywu, linii bassowej, ale nie pasował on do całości produkcji. Taki zapis nie szedł do kosza, ale na jego bazie  budowano alternatywną wersję utworu, która potem lądowała na stronie b singla jako remix zatytułowany np Mode To Joy. Czasami spór na temat finalnej wersji utworu był tak silny, że tylko rzut kostką decydował o tym, który numer faktycznie będzie określany jako wersja finalna, a który stanie się remixem na stronie b.

Najbardziej zastanawiającą historią jest ta o Happiest Girl i Sea Of Sin. Do tej pory nie znamy wersji oryginalnej, takiej bez dopisku. Na singlach są tylko remixy. Pytaniem jest czy w ogóle wersja nie zremixowana istnieje?

Alan dopóki był w zespole korzystał z tych motywów, tworząc aranże do wersji koncertowych. Są one niczym innym jak remixami, wykorzystaniem niezastosowanych motywów, ukrytych na stronach b singli. Opus magnum sięgania do tej biblioteki jest trasa Devotional. Zachęcam porównać Enjoy The Silence z 1990 i 1993 z remixami singlowymi, podobnie World In My Eyes z 1993 i strony b. Tak na marginesie, w 1998 roku zespół wykorzystał wersję z 1993 obdzierając ją z kilku charakterystycznych motywów, a uwypuklając za to te, które na Devotional Tour były ukryte w drugim szeregu.

Tym w dużej mierze różni się depeche MODE z Alanem i bez – różnorodnością koncertowych wersji, które były zaczerpnięte jako efekt uboczny ich kreatywności i mnogości outtake’ów. Obecnie brak własnych remixów na stronach b sprawia, że na scenie w dużej mierze słyszymy od paru lat zbliżone do siebie wersje Never Let Me Down Again, Enjoy The Silence, Personal Jesus, I Feel You, Behind The Wheel. Są one bardziej lub mniej obdartymi z warstw- wersjami singlowymi,  z dłuższą, lub krótszą wstawką gitarową czy perkusyjną.

Oczywiście są też  wyjątki, takie jak Halo z 2013/2014, A Pain That I’m Used To 2013/2014, Home2005/2006. Jaskółki, których autorami nie są członkowie zespołu, tylko wynajęci ludzie. O koncertowaniu będzie jeszcze na końcu. Tymczasem zachęcam do  posłuchania remixów ze stron b, które jak już wspomnieliśmy, w wielu przypadkach nie są remixami, tylko efektem ubocznym zmagań twórczych w studio podczas tworzenia finalnej wersji. A skoro o niej mowa, to warto zająć się…

Delta Machine - Anal
Delta Machine – Anal

Finalnym MIXem.

Skończyliśmy nagrywanie. Obecnie mamy kawałki w postaci zbiorów nagranych ścieżek dźwiękowych. I fajnie. Tylko tak… Mamy te ścieżki, puszczamy je sobie razem i cholera… coś tu nadal nie gra. Wyobraźcie sobie scenę. Pełno instrumentów, muzyków, sprzętu różnego typu – efekty, wzmacniacze, jakieś ścianki z tysiącem migających światełek. Teraz ustawcie je w swojej wyobraźni na skraju sceny,  z tym samym poziomem głośności. Jednym włącznikiem odpalcie całość- zagra Wam ściana dźwięku. Wszystko gra tak samo głośno, razem, w jednym momencie- robi się jakaś taka nieznośna kakofonia. Niby mamy te efekty, wszystko jest super, ale to nadal nie to, o co nam chodziło przed wejściem do studio. W tym momencie pieczę nad naszym materiałem muzycznym przejmują: producent i producenci aranżacyjni, którzy są odpowiedzialni za tzw. mix. Czym jest ten mix?

Mix jest ustawieniem wszystkich elementów na scenie tak, aby każdy z nich zagrał w odpowiednim czasie, z odpowiednią głośnością i długością wybrzmienia, odpowiednią wibracją, ale również ciszą. Mix- to uszeregowanie elementów. Dzięki niemu to, co ma być na pierwszym planie brzmi najgłośniej, a bohaterowie drugiego planu nie zagłuszają tych z przodu. To wtedy kształtuje się charakter utworu. Wtedy też zapadają decyzje jak mają zaczynać się i kończyć poszczególne zwrotki. Generalnie rzecz ujmując mix to taka ‚ekipa sprzątająca’, której zadaniem jest ustawienie wszystkiego w należytym porządku. To od pracy tych ludzi zależy, jak ostatecznie wygląda dany utwór. Oni decydują co wybija się w utworze na pierwszy plan, co schodzi na dalszy, ale jest nadal słyszalne w utworze. Kiedy wchodzą wokale, poszczególne instrumenty solowe, w którym momencie coś w utworze się pojawia, kiedy zanika. Czasem decydują ostatecznie o wyrzuceniu czegoś, co zostało wcześniej nagrane,  coś jeszcze na tym etapie prac mogą dodać. Ich praca polega na wielogodzinnym słuchaniu i przesuwaniu w stosownym momencie tych wszystkich suwaków na stole mikserskim tak, aby na samym końcu procesu otrzymać to, co znacie z komercyjnych wydawnictw. No, prawie to…

Bardzo dobrze proces mixowania pokazano na filmie ‚Usual thing, try and get the question in the answer’ na DVD dokładanym do limitowanego boxa. Tak mniej więcej od 33:30 możecie zobaczyć, jak przebiega proces mixowania utworu. To jedna z mniej ekscytujących części nagrywania albumu.

To wtedy dogrywa się braki, które wychodzą w czasie procesu mixowania. Na drugim filmie ‚Making The Universe’ od 30:00 do 37:30 minuty, pokazana jest walka z Wrong – w szczególności z końcówką. Kawałek ten, ze studia wyszedł z innym zakończeniem, niż które finalnie słyszymy na płycie. Na początku mamy pracę w studio, a potem w ujęciach, na których pojawia się się Daniel Miller, mamy już finalny proces mixu kawałka.

depeche MODE w Studio 1984
depeche MODE w Studio 1984

To właśnie podczas takiego mixu w 1984 zgubiono część dźwięków w końcówce Master & Servant, przez co numer brzmi jak brzmi. O tym więcej możecie dowiedzieć się na filmie nagranym do remastera Some Great Reward.

W czasie mixu przygotowuje się różne wersje utworów. Jedne kończą się spokojnym wyciszeniem, gdy w tle numer idzie jakby miał jeszcze grać z godzinę. Kawałek może być nagle urwany, a może mieć również rozbudowane outtro (końcówkę). Dwa przykłady:

  • Dreaming Of Me w wersji singlowej (3:47) spokojnie się wycisza
  • Dreaming Of Me w wersji albumowej (4:02) kończy się wokalizą i ostrym zjazdem klawisza.
  • Never Let Me Down Again w wersji Split Mix (9:36) to w rzeczywistości pełna wersja numeru z czterominutową częścią instrumentalną.
  • Never Let Me Down Again w wersji singlowej (4:24) jest pozbawioną początku i wyciszonym na końcu, przed wejściem sekwencera Split Mixem. Podobnie wersja albumowa, która jest niewiele dłuższa (20 sek) i ma dodane na końcu szumy jako przejście do kolejnego kawałka.

Mix może zyskać uznanie,  można nim spaprać utwór. W 1993, gdy nagrywano 3. płytę Nirvanny, to właśnie on był tym punktem przez który wydanie płyty zostało opóźnione. Pierwotny mix nie zyskał uznania wytwórni i cały album został na nowo zmontowany przez nowy zespół producencki, a w szczególności dwa single – Heart-Shaped Box i All Appologies.

Wszystkie te decyzje zapadają właśnie w procesie mixu. Na dobrą sprawę  można go porównać do procesu montażu filmu. Wszystkie sceny nakręcone na planie są docinane, montowane, skracane, układane w odpowiedniej kolejności. To tu decyduje się, czy scena łóżkowa w Pretty Woman zakończy się na pocałunkach, a potem przeskoczymy już do po łóżkowego fajka, czy też zobaczymy w detalach jak Julia Roberts traci wianek… a nie ona już go straciła… tak ze 30 razy wcześniej. Ale my nie o tym…

Mix nie jest tak kreatywnym procesem, jak czas nagrywania utworu w studio. W sporej części jest to mozolna praca, polegająca na ustawianiu poszczególnych ścieżek co do milisekundy. Mixem można to i owo poprawić, ale z gówna bata nie ukręcisz, jak mawiał poeta. Dlatego kiedy w czasie sesji Delta Machine ogłoszono, że Flood ma zostać inżynierem dźwięku, odpowiedzialnym za mix albumu, to  nie skakałem z radości, doceniając oczywiście fakt, że tak doświadczony i uznany człowiek podjął się tego zadania,, jakby miał zostać co najmniej producentem. To nie ta rola, nie takie zadanie. Jeszcze bardziej żmudną formą postprodukcji jest…

vince-clark-2square-veryrecords-interview-body-image-1465313348

Mastering

Było demo,  studio,  producent, realizator dźwięku, nawet inni koledzy realizatorzy, był mix i co? Jeszcze nie ma albumu? Jest. Ale nadal wymaga on jeszcze jednego procesu, który fachowo nazywa się masteringiem. Co ciekawe – na tym etapie też można jeszcze utwór wynieść ku górze, albo sprawić, że publiczność będzie kręcić nosem, a może uchem – bo to ono dozna największych szkód, jeżeli proces masteringu zostanie położony. Czym jest proces masteringu?

Znowu użyjemy metafory filmowej. Po zakończeniu montażu mamy już właściwie zrobiony film. Tyle tylko, że na planie nigdy nie panują takie same warunki. Raz jest ciut jaśniej, raz ciut ciemniej, bo chmura naszła. Raz światło było o 10 stopni w prawo od kamery, a raz na obiektyw padł paproch. Scen nie nagrywa się po kolei, a w różnej kolejności. Wszystko to sprawia, że na zmontowanym filmie, kolory są nie zawsze spójne w następujących po sobie scenach,  obraz bywa czasami lekko zaszumiony- za jasny, za ciemny, przepalony. Wtedy właśnie poprawia się kolory, natężenie, ciepłotę barw i wiele innych elementów. A mówimy tylko o obrazie, bez zajmowania się udźwiękowianiem.

Na dobrą sprawę te same procesy, ale pod inną nazwą zachodzą w momencie masteringu dźwięku w studio. Mamy 11 wspaniałych kawałków, jeden lepszy od drugiego, co drugi to hit i koncertowy killer. Problem polega na tym, że po zmiksowaniu tych numerów musimy zdecydować o kolejności na płycie i do tego wszystkiego sprawić , aby z 11 samodzielnych numerów stało się albumem. Pamiętacie analogie ze sceną z opisu mixu? To teraz przełóżmy ją na kawałki, jako całość. Numery muszą mieć ten sam poziom głośności, tę samą dynamikę, utwory poddaje się procesowi korekcji, ustawia się poziomy, limity, progi, zejścia, wejścia.

Wszystko to po to, aby na końcu album był, jak jedna pięść, jak „Tommy Lee Jones w Ściganym…”

Formaty

Jeżeli dotrzymałeś do tego etapu, to gratulujemy samozaparcia i wytrzymałości 😉

Rozpoczął się ostatni etap, czyli decyzji w jakich formatach wydać nasze arcydzieło. Jakie ma to znaczenie dla Ciebie drogi słuchaczu? Ano takie, że decydując się na zakup stosownego formatu decydujecie sie na pewnego rodzaju wrażenia odsłuchowe. Krótkie uogólnienie poniżej:

  • Kupując vinyl otrzymacie nagranie cieplejsze i bardziej miękkie.
  • Płyta CD daje wrażenia bardziej surowe
  • Pliki w formatach stratnych i bezstratnych to nagrania zimne i bardziej metaliczne. Oczywiście do tego dokładamy jeszcze kompresje która niszczy jakość odsłuchu.

To są oczywiście tylko uogólnienia, bo do tego dochodzi jakość sprzętu, który może pogorszyć wrażenia odsłuchowe. Nie mniej nie będziemy się zajmować odwieczną walką, co lepiej słuchać – sprzęt, czy muzykę. Wystarczy napisać, że w znakomitej większości my jako konsumenci nie słyszymy znaczącej masy dźwięków, które powstają w procesie nagrywania płyty studyjnej. Właśnie dlatego, że na końcu procesu jest nasza wygoda i łatwość odsłuchu nagranej muzyki.

360891915_1280x720

_

I to właściwie tyle można by powiedzieć. To koniec? W pewnym sensie tak. Zespół nagrał i wydał hit. 4 single na jedynkach Bilboardu, a ludzie wciąż nie mają dosyć. Trasa koncertowa wyprzedana do czerwca 2020, a ludzie walą drzwiami i oknami.

My też nie mamy dosyć i już zapraszamy na kolejny odcinek, tym razem o tym jak wygląda koncertowanie zespołu, od strony sprzętowej. Jak i ile faktycznie panowie grają na żywo i czy bliżej im do zespołu rockowego, czy jednak nadal są zespołem elektronicznym. Sekrety i tajniki grania depeche MODE na żywo, już w kolejnym odcinku sagi…

———————-

AAAAaaaa nie. Kilku tematów nie poruszyliśmy w tak skrótowym opisie całego procesu, jakim jest nagrywanie płyty długogrającej. Na pewno warto poczytać czym jest „Loudness War”. Dowiecie się czemu nienawidzicie reklam, które wchodzą w przerwie filmu. Tekst nr 1 i tekst nr 2 (teksty po angielsku).

Jak się nagrywa płytę cz.2. – poradnik dla początkujących.

W poprzedniej części skupiliśmy się na pojęciach ‚demo’, ‚studio’, ‚producent’. Pora więc zabrać się za nagrywanie naszego wymarzonego krążka, który podbije listy przebojów i uczyni nas sławnymi (lub jeszcze bardziej sławnymi) i bogatymi (lub jeszcze bardziej bogatymi).

Podobnie jak poprzedni tekst, ten jest wynikiem współpracy Jariego i mojej.

Sesja Przedprodukcyjna.

Czyli już nie demo, ale jeszcze nie właściwie nagranie. Czasami zespół zanim wejdzie do studia spotyka się na sesji (sesjach) przedprodukcyjnej i pracuje nad materiałem w dosyć specyficzny sposób. W poprzednim odcinku wspomnieliśmy, że zespół po odsłuchaniu dem decyduje o tym, w jakim kierunku mają iść poszczególne utwory. Który ma być balladą, a który parkietowcem, czy spocząć na dnie szuflady lub skończyć jako b-side. Na następne spotkanie zespół zjawia się, aby pracować nad demami, albo każdy z członków zespołu przychodzi ze swoimi wizjami numerów pracując w domowym zaciszu. Tak rodzą się różne wersje tych samych kawałków, o czym pisaliśmy w poprzednim tekście.

Przepracowane dema mają bardzo często nałożone stopy i basy, loopy pożyczone z innych numerów innych artystów. Po co? Ponieważ jakaś sekcja rytmiczna bardzo pasuje do klimatu utworu lub zespołowi zależy nad osiągnięciem podobnego efektu. W 1984 rok zespół był pod silnym wrażeniem lini bassowej z kawałka RelaxFranky Goes To Hollywood. Bardzo chcieli uzyskać tak mięsisty bass w Master & Servant. Czy im się udało? Oceńcie sami. Inny przykład stopa z sesji przedprodukcyjnej w Never Let Me Down Again zajumana z Led Zeppelin ostała się tam już na zawsze. Alan przyznał się do tego dopiero po latach.

Sesje przedprodukcyjne to jest w naszych czasach styl pracy Dave’a. Najpierw komponuje utwór w postaci demo, dokłada tekst, albo na odwrót. Z tak przygotowanym materiałem spotyka się na sesji z A. Phillpotem i Ch. Eignerem i tam powstają wstępnie przetworzone wersje dem. Dopiero z takim materiałem Dave udaje się do studia i prezentuje je Martinowi i Andiemu. To jest właśnie powód dlaczego w książeczkach przy kawałkach Dave’a lista płac jest zawsze dłuższa, niż przy numerach Martina.

Poniżej dwie wersje Comeback. Jedna jest demem powstałym przy współpracy Dave’a i kolegów, druga jest outtake’iem ze studia. Najprawdopodobniej jest to wyciek kawałka między jedną a druga sesją nagraniową, albo wersja przez finalnym mixem.

No ale nic, pora zacząć nagrywać…

Nagrywamy.

W studio muzycznym, jak już zauważyliśmy, stoi taki dziwny mebel z różnymi suwaczkami i tysiącami migających diod, który określiliśmy mianem stołu mikserskiego (zamienna nazwa – konsoleta). I tak jak wszelkiej maści pojazdy typu samochód i samolot potrzebują kogoś kto je obsłuży, tak i do obsługi tego mebla potrzebny jest ktoś kto wie co z nim konkretnie zrobić. Oczywiście można potraktować to urządzenie jako stół pod żurek czy pulpety i gryczaną, ale chyba nie o to nam chodzi. W tym momencie do głosu dochodzi osoba wykonująca piękny zawód realizatora dźwięku. Czasem zdarza się, że realizatorem dźwięku i producentem jest jedna i ta sama osoba. Dużo częściej spotykaną kombinacją jest obecność osobnego dźwiękowca, którego zadaniem jest bycie przedłużeniem producenta od spraw czysto technicznych związanych z rejestracją. Przykład tak działającego teamu: muzyk śpiewa, producent uznaje, że fajnie jakby za wokalem ciągnęło się takie echo (bo tak będzie fajnie i już, a on się przecież zna), realizator nagrywa ten wokal i nakłada na niego stosowne efekty pogłosowe (rewerb, delay itd).

Czasami producent i inżynier dźwięku tak dużo pracują razem, że w końcu powstaje grupa producencka. Np 140dB, która była odpowiedzialna za powstanie Playing The Angel, Sounds Of The Universe i Delta Machine. Ben Hillier nie był sam w procesie produkcji, obok niego członkowie 140dB i jednocześnie pracowali przy płytach dM to Rob Kirwan – jako Mix Engineer, oraz Flood – jako człowiek od Mixu. O pracy tego ostatniego będzie jeszcze wiele w następnej części.

Jeżeli nagrywany utwór jest utworem czysto akustycznym (np. z towarzyszeniem tylko gitary lub fortepianu) to sprawa jest w zasadzie banalna. Pan muzyk siada do instrumentu, włączamy przycisk ‚record’, gość gra co ma grać, potem przycisk ‚stop’ i po sprawie. Ewentualnie robi się to kilka razy, odsłuchuje i wybiera najlepsze podejście, tzw. take’i i pozostawia do dalszej obróbki już czysto technicznej. Do takiego instrumentalnego podkładu dogrywa się głos wokalisty. Łączy się to w jedną spójną całość w procesie zwanym miksem (o tym potem) i po sprawie. Można przyjąć, że mamy hit. W tym momencie panowie muzycy i wokalista mają już wolne, a do pracy siadają nadal producent, realizator i kilku innych gości, o których jeszcze będzie czas wspomnieć. Nieco bardziej skomplikowana jest czynność polegająca na nagraniu utworu składającego się np. z 30 ścieżek dźwiękowych (każda ścieżka to pojedynczo zarejestrowany instrument grający w dany utworze lub np. głos wokalisty). Jeżeli nasz utwór składa się z partii perkusji, basu, instrumentów smyczkowych, gitar, dźwięków syntezatora, wszelkiej maści ozdobników dźwiękowych, wokali itd. to każdy z tych instrumentów trzeba zarejestrować. I tu musimy zatrzymać się na chwilę, bowiem historia muzyki rozrywkowej doczekała się dwojakiej formy takich nagrań. Jedną z nich jest nagrywanie na tzw ‚setkę’ czyli wszyscy muzycy grają cały utwór i tak to rejestrujemy (oczywiście każdy instrument na osobnej ścieżce). Przewagą tego typu nagrania jest w miarę klarowne zachowanie ‚ducha zespołowości’ utworu, a także dość szybki proces nagraniowy, bo nawet jeżeli jeden z muzyków coś zagrał nie do końca dobrze, to potem dogrywa się tylko tę właśnie ścieżkę, mając pozostałe już zarejestrowane. Taka forma nagrania była dość popularna w przeszłości i wynikała z dość prozaicznego powodu – oszczędności, ale nie czasu, a taśmy nagraniowej. Rewolucja cyfrowa dała muzykom i realizatorom możliwość niezliczenie wielokrotnego nagrywania i kasowania bez żadnych strat finansowych (no chyba, że bierzemy pod uwagę koszt wynajęcia studio liczony w stawkach za każdą godzinę).

depeche MODE w Hansa Studio, 1986.
depeche MODE w Hansa Studio, 1986.

Druga forma rejestracji utworu to tzw. ‚step recording’ czyli krok po kroku nagrywamy poszczególne rzeczy, sklejamy jedną ścieżkę dźwiękową z często 100 różnych podejść (po angielsku: Take). Abo w jednym fajnie zagrano coś tam, a w innym wyszła facetowi ‚solówka życia’) itd. To dość żmudny proces nagraniowy niemniej jednak dający dużo większą swobodę twórczą i możliwość sięgnięcia absolutu, czyli zrealizowania najbardziej karkołomnych dźwiękowo i aranżacyjnie pomysłów. Taki proces po stronie producenta można sprowadzić do absurdu np montując wokal z pojedynczych sylab lub liter. Tak się dzieje np przy słabych wokalistach, gdzie trzeba bardzo dużo poprawiać w procesie postprodukcji. Pamiętacie historię z Mandaryną? depeche MODE takie ‚wpadki” wcale nie są obce. Np. kawałka Sister Of Night Dave tak na prawdę nigdy nie zaśpiewał… w zasadzie nigdy nie zaśpiewał ani w studio, ani na koncercie. Jeżeli ktoś z Was zachwyca się artyzmem wokalu w tym numerze, to powinien dobre wino posłać do Tima Simenona – Producenta, Q i Garethowi Jonsowi i ponownie Timowi za Mix, oraz całemu stadu inżynierów dźwięku, którzy przewinęli się przez studia nagraniowe przy tej płycie. To Ci panowie sklejali ten numer z dziesiątków podejść wokalnych Dave’a, czasami klejąc do siebie pojedyncze wyrazy. Nie będę daleki od stwierdzenia, że spora część wokali Dave’a powstała właśnie w taki sposób. Szczególnie tych z pierwszej połowy 1996.

A skoro już o śpiewaniu Dave’a, ale tym prawdziwym, to proponuję posłuchać jak można wokalnie podchodzić w różny sposób do tego samego utworu. Kilka prób zaśpiewania tego samego numeru potem służy do wyboru najlepszego z nich, albo jako dawcy do sklejek, czyli tego co się zadziało na Ultra. Poniżej 3 różne wokalne podejścia do Enjoy The Silence.


vocal take 3


vocal take 4

A wracając do samego procesu… W praktyce wygląda to tak, że każda rejestrowana ścieżka to efekt wielu godzin pracy nad ową ścieżką, precyzyjne wycinanie często nawet sekundowych fragmentów, doklejanie ich do siebie, nakładanie kolejnych rejestrowanych fraz itd. Ta forma rejestracji utworu daje dużo miejsca do tzw. eksperymentu. W przypadku nagrań na ‚setkę’ tego miejsca na eksperyment jest dużo mniej. Gdyby odnieść te dwie formy nagrań do bohaterów naszej strony czyli depeche MODE – to Somebody i Moonlight Sonata były nagraniami ‚na setkę’ (fortepianik, wokal i jakieś efekty dźwiękowe w tle), a np. Walking In My Shoes nagraniem typu ‚step’. Jako ciekawostkę możemy podać, że np. fortepian w Walking In My Shoes przeszedł przez 28 różnych efektów dźwiękowych włącznie z puszczeniem go ‚od tyłu’ na samplerze, aby osiągnąć takie brzmienie jakie znacie z płyty. Do tego sam numer został zbudowany na nałożonych na siebie 3 gitarach, które na końcu zabrzmiały jako jeden dźwięk Martinowej gitary.

Steve Lyon w Studio
Steve Lyon w Studio

Ponieważ na etapie dyskusji nad demami określa się, który numer będzie jaki – więc teraz należy nagrać tzw. bazę czyli podkład rytmiczny. Przyjmuje się, że mówimy tu o liniach perkusji i basu, bo to one nadają tempo danemu utworowi i poniekąd narzucają klimat dalszych nagrań, niemniej jednak czasem taką bazą może być jakiś charakterystyczny loop czy sekwencja, która sama w sobie niesie pokład rytmiki i atmosfery utworu. Przykładem takich utworów opartych na charakterystycznym loopie (loop – pętla rytmiczna lub melodyczna, czyli fragment zarejestrowanego materiału dźwiękowego dający się odtworzyć w sposób ciągły (koniec tego fragmentu dźwiękowego jest jednocześnie jego początkiem) są np. It Does Not Matter Two (utwór bazuje na sekwencji złożonej z wokalizy nadającej tempo utworu) czy Black Day (no tu każdy chyba już słyszy co jest ową bazą rytmiczną). Powiedzmy, że ten etap mamy za sobą, pora dodać kolejne instrumenty mające być obecne w tym utworze: nagrywamy więc ścieżki gitarowe, syntezatorowe, instrumenty smyczkowe itd). Mówimy tu o step recording’u więc i o wcześniej wspomnianym eksperymentowaniu z samymi ustawieniami instrumentów, doborem stosownych barw dźwiękowych, czy tworzeniem nowych, nigdy nie spotykanych brzmień. I w tym momencie do naszych starych znajomych czyli producenta i realizatora dochodzą programiści instrumentów (w przypadku instrumentów elektronicznych), dodatkowi technicy dźwiękowi, oraz… sami muzycy i producent. Ach ten producent, wszędzie musi być! No musi. Dlatego jest producentem. No więc siedzą sobie panowie i brzdękają, próbują, kręcą gałeczkami od instrumentów, coś tam klepią w komputerach i nagle… eureka, to jest to! Mamy to, tego szukaliśmy od 4 dni, tak ma brzmieć ta gitara i taką melodię ma zagrać do tego co już sobie nagraliśmy. To bardzo częsta sytuacja w studio – i na tym właściwie całą ta zabawa polega. Taki klarowny przykład tego co przed chwilą opisaliśmy, jest sytuacja z sesji nagraniowej Enjoy The Silence gdzie najpierw Martin przyniósł do studio jakiegoś gniota w postaci demo, potem 5 dni toczyła się wojna o to jak ten utwór ma brzmieć (słynny foch Alana, że albo będzie perkusja, albo on idzie i nie wraca) i ostatecznie eksperymenty z poszczególnymi ścieżkami pojawiającymi się w tym utworze. Proces ten fajnie zobrazował Flood podczas jednej ze swoich prezentacji…

Zespół kilka godzin szukał odpowiedniego brzmienia i przede wszystkim instrumentu, aby nagrać ten słynny motyw znany wszystkim. W czasie kiedy wszyscy w pocie czoła oddani byli pracy twórczej niejaki Martin Gore, nudząc się jak mops na kanapie, coś tam sobie brzdąkał na gitarze i nagle… no tak: eureka!. Alan i Flood w jednym momencie skumali, że to co bezwiednie i właściwie bezmyślnie gra Martin jest tym czego szukają od wielu godzin – ‚siadaj tu sobie chłopie i graj to co grałeś przed chwilą, a my to zarejestrujmy, bo to w ch*j dobre jest, będzie hit i kasiorka i laski pod sceną bez staników. Graj!!!‚. Oczywiście cała sytuacja miała pewnie nieco inny przebieg, ale do tego można ją streścić. Efekt finalny znacie. A to co przed chwilą opisaliśmy, może nadal nieco enigmatycznie, zrozumiecie pod odsłuchaniu Enjoy The Silence (Harmonium Mix) – który jest de facto demem tego numeru i finalnej wersji z płyty. To wręcz modelowy przykład pokazujący co po drodze może stać się z utworem jak usiądą nad nim muzycy, producent, realizator, programista i cały ten sztab ludzi pracujący w studio razem z zespołem.

Wracając jeszcze do poszczególnych funkcji pełnionych w studio to bardzo często osoby będące producentami mogą pełnić też role realizatorów, programistów, a nawet współ-kompozytorów. Idealnym przykładem takiej wielozadaniowej osoby jest właśnie Alan Wilder, który w zespole pełnił często rolę drugiego producenta (takiego kierownika z ramienia zespołu), drugiego realizatora, muzyka i programisty. Mając jasną wizję tego do czego dąży zespół (jako muzyk i producent) mógł z łatwością nagrać poszczególne rzeczy (jako realizator) wcześniej przygotowując instrumenty czy efekty dźwiękowe (jako programista).

Przeglądając książeczki do płyt jeżeli natkniecie się na zapis: Production – Flood & depeche MODE, to zawsze przed 1995 oznaczało, że faktycznym producentem pyty byli Flood i Alan. Pozostali Panowie albo wykonywali zlecone zadania – zaspiewaj, albo przynosili dema i dogrywali swoje partie, albo grzali kanapę.

Tak mniej więcej wygląda proces nagrania albumu. Czy to koniec tej opowieści? A skąd! W kolejnym odcinku omówimy sobie proces mixu, masteringu i jeszcze kilka innych tematów związanych z procesem nagrywania albumu.

Na koniec dwa archiwalne filmy z pracy w studio:

Jak się nagrywa płytę – poradnik dla początkujących na przykładzie dM

Nie będzie to recepta na nagranie muzyki, nie będzie to też nic, co odkryłoby nieznane zakamarki tworzenia muzyki w studio. Pomyśleliśmy, że zanim wyjdzie płyta spróbujemy opisać kto jest kim w całym procesie produkcji płyty. Od pomysłu po uszy słuchacza. Przegrzebaliśmy zakamarki swoich półek, szafek, dysków twardych, aby wygrzebać przykłady, które pomaga zobrazować całość w sposób możliwie najbliższy prawdziwemu procesowi nagrywania płyty.

Często dostajecie do ręki krążek Waszego ulubieńca i zaczynacie złorzeczyć na producenta, inżyniera dźwięku, kompozytora, wykonawcę, pana od masteringu i wszystkich świętych odpowiedzialnych za produkt finalny, który trzymacie w ręku, bo album nie przypadł Wam do gustu. Tylko dlaczego? Kto jest temu winien i gdzie spaprano robotę. Czasami czytając opinie mamy wrażenie, że mylicie pojęcia albo funkcje ludzi pracujących przy płycie.

Dlatego zachęcamy Was do przeczytania tego tekstu zanim zdecydujecie się kogo powiesić i konkretnie za co, bo jak mówi stare przysłowie: Cygan zawinił, a Kowala powiesili. Pora wskazać konkretnie ‚who is who’, za co odpowiada i jak powstaje płyta. Wszystko oczywiście na przykładach z depeche MODE wziętych. Zawodowcy mogą sobie darować, bo oni nie znajdą tu nic nowego.

Marini & Jari.

Wszystko zaczyna się w głowie…

Tak, wszystko zaczyna się w głowie i de facto w tej głowie też kończy, bo nasz system dźwięko-lokacyjny* umiejscowiony jest właśnie tam. Pora prześledzić proces przejścia muzyki z jednej głowy do drugiej, z głowy artysty do głowy jego słuchacza, odbiorcy, fana… nazwijmy to jakkolwiek. Ten tekst będzie właśnie o podróży czegoś, co na początku jest tylko myślą i na końcu też staje się myślą. Tym momentem, kiedy muzyka włada naszym ciałem, umysłem… naszym życiem.

Pomysł, dźwięk czy melodia krążąca w głowie, czasem słowo, zdanie, myśl są zaczątkami nowego utworu. Nie ma na to reguły, jedne zespoły przychodzą do studia z tekstem, do którego pisana jest muzyka. Inne zaczynają od melodii, która potem dostaje swój tekst. I co ciekawe, czasem jest to kolektywne pisanie (depeche MODE dziś), czasem autorskie (depeche MODE kiedyś), a czasem wręcz despotyczna aktywność vide ‚Pink Floyd to ja’ (sir. Roger Watters).

Demo

No właśnie, to jest ten początek wszystkiego. Bez tego ani rusz. I co ciekawe, już na tym etapie dzieją się rzeczy ciekawe, bo o ile jest to demo autorskie to raczej stanowi ono bazę konkretnego utworu, który potem jest szlifowany. Natomiast w przypadku zespołów często odbywa się coś takiego jak jam-session gdzie rejestrowane są kilometry taśmy – o przepraszam – gigabajty dysków, a potem z tej, często kakofonii dźwiękowej, wykrajane są fragmenty, nad którymi warto się pochylić dalej. Jakby tego było mało czasem w takim jam-session można zarejestrować kilka dem jednego utworu (wersja wolna, szybka, w stylu blues, rockowa, popowa, słodko-pierdząca itp. itd.). Takim świetnym przykładem jest np. ‚To Have And To Hold’, gdzie panowie Gore i Wilder nie mogli przystać na jedną tylko wersję tego samego utworu.

Przy tym utworze już na etapie dema zapadła decyzja o pójściu dwoma ścieżkami. Jak widać kompozytor w zespole może być jeden, może być ich kilku. Można tak przekształcić oryginał, aby w ogóle nie przypominał dema. Celowo nie zajmujemy się artystami biorącymi nagrania z tzw. publishingu, czyli bazy gotowych nagranych utworów ‚do wykorzystania’ – to jakby osobna kategoria w dziedzinie nagrywania albumów i tyczy się raczej artystów niekomponujących i tych z gatunku bycia ‚produktem rynkowym’ sensu stricte, których istnienie na rynku definiują zazwyczaj tylko wskaźniki sprzedaży i liczba piszczących fanek.

Aby jeszcze bardziej skomplikować temat to napiszemy, że czasem katowanie jednego utworu na wszelkie sposoby kończy się tym, że powstaje zupełnie nowy utwór, którego pierwotnie nikt nie zamierzał nawet napisać. Więcej… pomysł na jeden utwór sprawia, że kawałek rozjeżdża się w dwie strony dając plon w postaci zupełnie nowych utworów np.:

  • U2 na sesji Achtung Baby:
    • Mysterious Ways w One,
  • depeche MODE podczas nagrywania Black Celebration
    • Stripped w Breathing in Fumes,
    • Black Celebration w But Not Tonight i w Black Day.

Ot przewrotność losu. Może też stać się jeszcze inaczej. Muzyka zostaje, ale autor wchodzi do studia z demem z jakimś tekstem, wychodzi z innym. Czasem nieznacznie zmienionym, a czasami kompletnie nowym.

A czasami zmiany są takie, że powstają dwa bliźniacze kawałki jak np Vertigo i Native Son  w wykonaniu U2. Jak widać zagadnienie dema ma wiele aspektów i sam ten proces często jest najciekawszą częścią całego procesu twórczego.

Kiedy już mamy takie, czy inne demo, zespół siada kolektywnie i decyduje: ta piosenka będzie wolna, smutna, w tonacji e-moll, tamta będzie szybka z mocnym beatem itp. itd. Wreszcie po kilku tygodniach takiego grania, nagrywania, odsłuchiwania i debatowania zespół staje przed drzwiami studio muzycznego z nośnikiem zawierającym np. 17 utworów, z których powstanie wymarzona i wyśniona płyta.

Studio

depeche MODE w Studio 1984
depeche MODE w Studio 1984

Hmmm… studio. No właśnie, kiedyś to było takie proste zdefiniować to pojęcie. Wiadomo było, że to taki budynek z kilkoma pomieszczeniami, w tym osobnym dla wokalisty, reżyserką z olbrzymich rozmiarów stołem mikserskim (to ten mebel z takimi suwaczkami góra-dół i tysiącem migających lampek), podwieszonymi kolumnami i szybą. A teraz? A teraz studiem może być wszystko: strych, piwnica, pokój w domu, odpowiednio wytłumiona i odseparowana od hałasu z zewnątrz sala prób. Na przykład U2 użyło zamku Slane Castle na płycie ‚Unforgettable Fire’, a depeche MODE starej duńskiej farmy znanej jako Studio PUK na ‚Violator’, czy willi gdzieś pod Madrytem na ‚Songs Of Faith & Devotion’. Technika pozwala w tym momencie dokonać nagrań każdemu kto jest tylko w posiadaniu komputera (stacjonarny, laptop), stosownego oprogramowania (Steinberg Cubase, Cakewalk Sonar, Pre Sonus Studio One, Pro Tools, Logic Pro itp.), mikrofonu, karty dźwiękowej i kilku kabelków. No właśnie – karta dźwiękowa, to chyba najważniejszy element tej wyliczanki. Dlaczego piszemy o karcie dźwiękowej skoro każdy laptop ją ma? Cóż. Fiat 126p to też samochód, ale jednak w wyścigach formuły 1 nie startował i nie startuje. Do nagrań, które mają mieć charakter profesjonalny taka karta to jednak ciut za mało, dlatego na potrzeby domowych studiów nagrań stworzony wszelkiej maści karty dźwiękowe wewnętrzne lub zewnętrzne, które są bardzo dobrymi konwerterami sygnału analogowego na cyfrowy, bo ostatecznie w takiej postaci nasza muzyka, czy raczej muzyka naszego zespołu, trafia na dysk komputera. Taki cały zestaw zawierający owe przetworniki analogowo-cyfrowe, a czasem i dodatkowe urządzenia nazywa się interfejsem audio.

Gareth Jones at Work
Gareth Jones at Work

No dobra jesteśmy w momencie, w którym nasz zespół staje przed dylematem: nagrywamy w domu, w warunkach mniej komfortowych czy jednak użyjemy studia nagrań. Powiedzmy, że to taki znany zespół z Anglii, więc nie bawi się w tzw. home-recording tylko idzie do takiego Abbey Road Studio (Londyn) czy Electric Lady Studio (Nowy Jork), aby nagrać kolejny album ku uciesze wiernych fanów. Jest demo, jest studio, jest sprzęt. Pora wybrać… Producenta.

Producent

I to jest ten najważniejszy moment dla każdego nagrywającego zespołu z punktu widzenia późniejszego miejsca na wszelkiej maści listach sprzedaży, popularności czy wewnętrznego rankingu fanów opartego na szacunku i uwielbieniu twórczości. Można powiedzieć, że od tej decyzji zależy właściwie wszystko, co dalej będzie się działo z nagrywanymi utworami. Kim do cholery jest ten producent, że to takie ważne?

Daniel Miller w Studio
Daniel Miller w Studio

W skrócie Producent to taki zatrudniony przez zespół Kierownik Budowy (albo Projeckt Manager, że pojedziemy korpo-gadką), projektu pod nazwą płyta. Najczęściej to ktoś mocno siedzący w branży muzycznej, znający najnowsze trendy panujące w muzyce w danym czasie, albo mocno specjalizujący się w jakimś stylu, albo po prostu ktoś kto się zna na wszystkim co związane z nagraniem płyty, tak dobrze jak zespół, albo jest nawet lepszy od zespołu w tej materii (częste u debiutantów) i zespołowi dobrze się z nim pracuje. Często też jest to ktoś, kto intuicyjnie potrafi poznać z jakim typem artysty współpracuje, zna jego potrzeby muzyczne, możliwości i ograniczenia. Co ciekawe – producent wcale nie musi być muzykiem! Nie musi nawet umieć grać na niczym (choć najczęściej umie i to całkiem nieźle), bo też i nie taka jest jego rola. Jego rolą jest nakierowanie zespołu na to, aby nagrania szły w jednym spójnym kierunku, aby wyciągnąć z muzyków jak najlepsze pomysły i umiejętności (choć czasem to osoba, która też te umiejętności musi temperować, ale o tym potem…). To ktoś, kto w stosownym czasie pogładzi pana muzyka po głowie i ojcowskim tonem powie jaki jest świetny tylko po to, by za chwilę walnąć owego muzyka w tę samą głową uświadamiając mu jak bardzo się myli w tym, czy innym momencie pracy. Gdyby porównać to do innej z muz – filmu, to producent jest kimś na kształt reżysera filmu – można mieć super scenariusz (demo), super aktorów (zespół), ale jeżeli całość trafi w ręce jakiegoś dyletanta, to nawet z najlepszej rzeczy zrobi on najwyżej hit klasy B. Jesteście w stanie wyobrazić sobie co z ‚Lotem Nad Kukułczym Gniazdem’ uczyniłby np. pan Krzysztof Zanussi (ksywka ‚Zanudzi’) gdyby scenariusz trafił do niego, a nie do Milos’a Forman’a? No, to coś w ten deseń jest właśnie z  tym producentem.

François Kevorkian
François Kevorkian

Dlaczego napisaliśmy, że producent nie musi umieć grać, albo znać się na muzyce od jej technicznej, szkolnej strony? Jak już wspomnieliśmy producent to kierownik projektu. Takie ‚oko Boga’ czuwające nad wszystkim. Zadaniem producenta nie jest obsługa instrumentów, więc z tego punktu widzenia nie musi on posiadać tej umiejętności. Ciekawostką jest np. to, że wzięty producent William Orbit nagrywając z Madonną ‚Frozen’ i ‚Rey Of Light’ nazwy dźwięków pisał sobie ołówkiem na klawiaturze, aby lepiej orientować się kto i co do niego mówi. Choć i przykład naszych ulubieńców pokazuje, że czasem ‚muzykowi’ też warto napisać coś na klawiaturze, patrz Andy Fletcher.

Klawisz Andy Fletcher’a z akordami do Behind The Wheel
Klawisz Andy Fletcher’a z akordami do Behind The Wheel. Tour Of The Universe 2010

Producent ma przede wszystkim być, słuchać, wypowiadać się, czuwać i w stosownym momencie reagować. Można przyjąć, że na swój sposób jest on też takim reprezentantem fanów i odbiorców tworzącego się produktu. Ma dbać o to by zespół, mimo chęci na przykład poeksperymentowania, nadal obracał się jednak we właściwej stylistyce. Producent jest zatrudniony, aby popłynąć na nowe rejony muzyki i wtedy pomaga zespołowi odejść od znanych szufladek. Producent może być również zatrudniony, aby strzec świętego ognia i nie pozwolić zespołowi na zbytnie szaleństwo, właśnie wtedy gdy zespół tego chce. I tu ogromne ukłony dla producentów albumu ‚Songs Of Faith And Devotion’. Dla depeche MODE była to spora wolta stylistyczna, a jednak zadbano o to, żeby było to nadal znane i kochane depeche MODE z charakterystycznymi cechami właściwymi tylko dla tego zespołu. Zaraz… producentów? To może być ich kilku? Może. A dlaczego nie? Nad albumem może pracować jedna osoba, team producencki lub kilku niezależnych producentów, niemniej jednak nadających na tych samych falach. To już jakby osobisty wybór artysty, czy zespołu zależny od budżetu czy tzw. widzimisię. Nominalnie producentem trzech ostatnich płyt depeche MODE był Ben Hillier, ale tak na prawdę zespół zatrudnił team producencki 140 dB, który był odpowiedzialny za cały proces twórczy. Zespół zostawił sobie stworzenie dem i wybór studia. Reszta, czyli produkcja, programowanie, mix, mastering było w gestii teamu producenckiego 140 dB.

Kurt Uenala
Kurt Uenala

Wspomnieliśmy wcześniej, że producent to też ktoś kogo rolą jest nawet stopowanie umiejętności muzyków. I to prawda. Dzieje się tak w przypadku np. wszelkiej maści wirtuozów instrumentu, gdzie artysta w procesie twórczym potrafi czasem nieźle ‚odlecieć’ z solówką, czy inną zagrywką. Rolą producenta jest wtedy wyważenie wszystkiego i takie dobranie wyrazów ekspresji, aby nie stały się one czynnikiem męczącym słuchacza.

No dobrze, to mamy demo i pomysły, mamy chęci, sprzęt, studio i producenta. Zabieramy się do roboty!

W kolejnym odcinku dowiecie się co to jest realizacja, miks, mastering, postprodukcja, tłoczenie i jaki ma to finalny wpływ na to jak odbieracie słuchaną muzykę i czemu te procesy są ważne i często pomijane w zrozumieniu muzyki.

Koniec części pierwszej.

* Wiemy, że jest echolokacja, ale my go sobie tak nazwaliśmy na potrzeby tego artykułu – bo o brzmieniach i dźwiękach będzie tu sporo.

Wywiad z… Jonasem Öbergiem z zespołu Michigan

Ich produkcja zrobiła sporo szumu pomiędzy fanami depeche MODE w ostatnim czasie. Wszystko za sprawą banku brzmień Alana Wildera wykorzystywanego na trasach w latach 80-tych i 90-tych, plus ogromna dawka talentu i poświęcenia.

Pomyślałem, że warto będzie porozmawiać z kimś z ekipy Michigan na temat tego, co ich skłoniło, aby poświęcić swój czas i talent, aby wrócić do życia najlepsze aranże koncertowe z czasów świetności depeche MODE. Dlaczego? Jaki był powód, oraz czego możecie się jeszcze spodziewać. To wszystko i wiele więcej w moim wywiadzie z Jonasem Öbergiem

Pojawiłeś się w umysłach ludzi niedawno za sprawą Twojej aktywności w serwisie SoundCloud i umieszczania tam (prawie) oryginalnych utworów z tras koncertowych zespołu w czasach, gdy Alan był w depeche MODE. Nie przychodzisz jednak z nikąd proszę przedstaw się.

Haha, tak, to jest zabawne, jak ludzie postrzegają moją twórczość. Cóż, nazywam się Jonas Öberg i mam 40+ lat. Jestem muzykiem, kompozytorem, wokalistą, producentem i czym tam jeszcze jest mi potrzebne dla mnie i mojego projektu muzycznego Michigan. Z Michigan nagrałem kilka płyt i kilka singli w przeszłości. Gramy muzykę elektroniczną i jest to naszą pasją. Minęło już co prawda parę lat od czasu jak wydaliśmy ostatni materiał, ale mam nadzieję, że nagramy kolejny materiał jeszcze w tym roku.

To nie jest pierwszy raz kiedy krążysz wokół twórczości depeche MODE odtwarzając i reinterpretując ją.

Nie, nie jest. Graliśmy już niektóre kawałki depeche MODE w przeszłości.

Muzyka jest bardzo żywą częścią Twojego życia. Masz muzyczne wykształcenie, czy jesteś samorodnym talentem muzycznym?

Jestem samorodkiem. Fakt muzyka była zawsze ważna dla mnie.

dm_sounds_4No dobrze, skupmy się na historii z brzmieniami z banku pamięci e-max’a. Jak znalazł się w Twoich rękach ten materiał? Po co Ci były one?

Cóż, znam się z kilkoma gośćmi w sieci, zdecydowaliśmy, że powinniśmy spróbować i kupić te banki na aukcji którą Alan zorganizował. No i tak, nabyliśmy jeden z dysków. Powodem, przynajmniej dla mnie, było to, że chciałem usłyszeć konkretne części / składowe każdego z kawałków, bez reszty materiału.

Kiedy narodził się pomysł, aby poskładać to wszystko razem?

Kiedy dostałem pliki.

Jak udało ci się z partiami gitary Martina Gore’a?

Nie ma ich wiele w utworach z lat 80. Kilka zsamplowałem, kilka stworzyłem samodzielnie.

Jak duży fragment jest Twoją kreacją w tych kawałkach? Samplowałeś studyjne nagrania, czy tworzyłeś na nowo brakujące brzmienia wykorzystując oryginalne ustawienia?

To jest mieszanka wszystkiego w zasadzie.

Jak wygląda Twój warsztat pracy – sprzęt i oprogramowanie?

Pracuję w Cubase 8, a przede wszystkim oprogramowanie Native Instruments, nawet kupiłem ich Komplete Kontrol. NI’s przejął kontrolę nad moim życiem, taki jest dobry…. hahaha. Po za tym używam masy innych rzeczy, Mam całą Arturia Library / Setup, oraz całą masę różnych wirtualnych instrumentów.

Zanim doszło do wywiadu wymieniliśmy się kilkoma emailami, gdzie napisałeś, że materiał nie jest kompletny. Czego brakowało, których partii? Jak wiele z tego co słyszymy w tych nagraniach to Twoja twórczość? Jaki jest stosunek oryginalnego i stworzonego przez Ciebie materiału (uśredniając)?

Większość ze słyszanych dźwięków pochodzi z katalogu depeche MODE, Musiałem poukładać wszystko jednak w taki sposób, który wcześniej wydawał mi się niemożliwy. Jest tam masę rzeczy dziejących się w tle w kawałkach depeche MODE. Każdy kawałek wymagał od 30 do 60 godzin nakładu pracy, aby tylko poukładać wszystko na właściwe miejsca, we właściwy sposób.

Czy używałeś podkładów (backingtapes) z World Violation Tour, które od lat krążą w świecie fanów depeche MODE?

Nie, nie używałem.

Zaskoczyło Cię coś podczas prac nad tym projektem?

Tak. Zauważyłem, jak mądrymi ludźmi są goście (Alan) pracujący nad produkcją. Szczególnie, jeżeli mówimy o ponownym wykorzystaniu brzmień od czasu do czasu. Dlatego myślę, a przynajmniej tak czuję, że każdy album ma swego rodzaju połączenie (łączność).

Czy skończyłeś wszystkie produkcje z plików Alana? Ile łącznie kawałków zrobiłeś lub masz zamiar zrobić?

Pliki Alana pomogły, ale tak po za tym było masę samplowania i pracy. Tak na prawdę to nie wiem. Chyba wyszło jakieś 75-80 kawałków.

Istnieje kilka kawałków depeche MODE, które depeche MODE grało na wielu trasach. Na każdej trasie te utwory były aranżowane inaczej np New Life na Construction Tour oraz Some Great Reward Tour, czy Everything Counts, które miały różne wersje w 87, 90 i 93. Czy możemy spodziewać się tych wersji od Ciebie?

haha …. Nie, nie możecie spodziewać się ich ode mnie. Mam inne projekty nad którymi pracuję, takie jak praca nad materiałem dla Michigan.

Podczas wielu tras depeche MODE przygotowywało kawałki do grania, których potem jednak nie grało jak I Want You Now w 87/88 lub Leave In Silence w 1993. Czy znalazłeś / pracowałeś nad którymś z nich?

Zrobiłem obydwa, zarówno I Want You Now i Leave in Silence. Nie słyszałem wersji z lat o których mówisz, pewnie nie wielu słyszało. Dlatego postanowiłem zrobić co mogłem z dźwiękami które miałem jako baza kawałków. Wyszły z tego wersje z 1994 i 1986 roku.

Znalazłem na Twoim profilu na SoundCloud kilka kawałków takich jak To Have To Hold, czy But Not Tonight, które nie były grane na żywo. Czy to są kawałki odzwierciedlające moje poprzednie pytanie, czy też to jest Twoja kreatywność i inicjatywa?

Byłem ciekawy w jaki sposób zespół tworzył główne partie dźwięków w But Not Tonight, do tego miałem swój pomysł jak powinny brzmieć dźwięki oryginału. But Not Tonight to jest mieszanka dźwięków z innych kawałków, głównie Black Celebration, później zmiksowana i przepuszczona przez kilka efektów.

Grałeś ze swoim projektem na żywo jako support oraz jako główna gwiazda, powiesz nam coś na ten temat.

Tak. To było kilka lat temu, zagraliśmy wiele koncertów w Niemczech w tamtym czasie. Byliśmy supportem De/Vision w czasie ich „Noob Tour”. Zagraliśmy kilka festiwali i kilka innych koncertów…

I podczas tej trasy byłeś również w Polsce. Jakieś wspomnienia, retrospekcje?

To było dziewięć lat temu… Czas leci… Nie mam jakiś szczególnych wspomnień, po za tym, że mieliśmy dużo świetnej zabawy.

Dziękuję za miłą rozmowę i dziękuję za Wasz wysiłek.

Po mojemu – podsumowanie 2015

Na bezrybiu i rak ryba… tak pokrótce można opisać podsumowanie roku 2015. Co prawda coś się dzieje, coś się dzieje… 😉 ale o tym albo jeszcze nie wiemy, albo nie znamy doniosłości tych faktów. Póki co wybór z tego, co było w depeszowskim świecie jest taki sobie.

Zastanawiając się co wybrać z Depeche Extended Universe ciężko jest wybrać coś, co pozwoliło by powiedzieć, że to jest ten walec, który rozwalił system w naszym świecie. Każdy z poniższych wyborów ma tyle samo zwolenników, co przeciwników.

Na pewno nie wybrałem pseudo trasy Andy Fletchera, który kolejnym wyjazdem zjada już własny ogon, a znając przebieg poprzednich występów od zaplecza można je przyrównać jedynie do stania za sterami niektórych miszczów laptopa na zlotach.

Nie wybrałem również 25 rocznicy Violatora, głównie z powodu tego, że wytwórnia zawiodła. Nie zespół, a wytwórnia. Takie akcje, jak wydawanie kolejnych odświeżonych, wzbogaconych i rozbudowanych edycji z okazji kolejnej rocznicy to domena speców od marketingu i sprzedaży.

W myśl zasady „Shout up and take my money” oczekiwałem, że pojawi się okolicznościowy film, nowa wersja płyty, specjalne obchody, promocje, akcje w mediach. Niestety… Gdyby nie fani i ich liczne projekty, to temat jednej z najważniejszych płyt zamykających lata 80. i wyznaczających wejście na salony kluby muzyczne muzyki elektronicznej w latach 90. zostałby praktycznie nie zauważony. Gdyby nie dziennikarze siedzący głęboko w temacie również nie było by po tym śladu w mediach.

W tym roku mamy kolejne rocznice – 35 lat Speak & Spell, 30 lat Black Celebration, 15 lat Exciter i jestem dziwnie spokojny, że nie zobaczymy nic, kompletnie nic w tym temacie… no chyba, że fani się znowu zbiorą w sobie… Wybrałem trzy inne pozycje.

Miejsce 3.

Debiutancka płyta projektu MG

Przyznam się, że jest to kompletnie nie moja zatoka fascynacji elektroniką Martina i zdecydowanie wolę jego zamiłowanie do zabaw starą elektroniką uzewnętrznioną na 3 ostatnich płytach depeche MODE, niż to, co prezentuje na tej płycie.

Nie mniej należy docenić to, że się chłopakowi chce… nadal. Mogę tego nie lubić, ale mimo wszystko doceniam zaangażowanie i potrzebę tworzenia, bo to oznacza, że ma coś jeszcze światu do powiedzenia. Pytanie tylko, czy świat na to czeka…

Miejsce 2.

Marsheaux

Znowu nie do końca moje tematy muzycznie (choć bardziej, niż projekt MG), nie mniej jeżeli podchodzimy do tego tematu bez żyły na czole i napięcia rodem z toalety, to cały pomysł ma swoją urodę i nieznośną lekkość bytu.

Rozmawiając z dziewczynami przed ich koncertem w Warszawie dało się odczuć, że nie jest to coś na serio, ale rodzaj odskoczni od regularnej twórczości obu Pań. Patrząc na ten album, jak na wykwit twórczości coverbandu otrzymujemy efekt więcej niż zadawalający. Duży szacun za to, że Paniom się chciało spędzić czas i wydać pieniądze na pracę w studio.

Pojawiły się gdzieś określenia pokroju, że to najlepsze covery depeche MODE ever. Pewnie dyskutowałbym w jednym, czy w drugim przypadku, ale jako całość – pomysł na muzykę, pomysł na oprawę graficzną, sesję okładkową i zaangażowanie – projekt ten dostaje wysokie noty nie tylko za technikę ale i za styl. Nie jestem zwolennikiem nagrywania całych albumów na nowo, jak to robią zespoły którym nie podoba się własna twórczość z przed lat, ale muzycznie nowe podejście Marsheaux sprawiło, że zacząłem się zastanawiać, czy gdyby depeche MODE wydało w 1982 ten album właśnie w takim brzmieniu, to czy nadal byłby to najgorszy album depeche MODE w historii. Aż boję się zastanawiać, co by było gdyby Marsheaux wzięło się za Some Great Reward, jak to rozważały na starcie.

Mnie osobiście urzekło wydanie wersji extended – formatu zapomnianego w naszych czasach – który w latach 80. był znakiem rozpoznawczym takich zespołów, jak depeche MODE. Szczerze polecam słuchanie tego projektu właśnie w tej wersji… jest wiele do odkrycia.

Właściwie tylko jedna sprawa jest rysą na szkle – czerwcowy koncert w Progresji. Jeden z niewielu występów promujących ten album przez Marsheaux, niestety z taśmy, niestety udawane grania przed ludźmi, którzy przyszli usłyszeć The Sun & The Rainfall na żywo (i to dwa razy), dostali i muzykę i wokal odpalany z laptopa… Ja osobiście czekam nadal na The Sun & The Rainfall na żywo, tak jak nadal czekam na Things You Said live… może przed 50. się doczekam 😉

Miejsce 1.

Dave Gahan & Soulsavers.

Przed wydaniem płyty i trasą zastanawiałem się, czy jest to 3. solowa płyta Dave’a, kolejny album Soulsavers, czy może debiutancki album nowego projektu powstałego na gruzach dwóch pierwszych. Dziś wiem, że dla mnie była to 3. solowa płyta Dave’a.

Wywiady, artykuły, a przede wszystkim koncerty. Wszędzie istniał tylko Dave. Właściwie tylko oglądając EPK kurtuazyjnie pojawia się reszta projektu i zamienia kilka słów z wywiadującym.

Nie mogło być inaczej, jeżeli oficjalna strona Dave’a została w całości przerobiona na potrzeby promocji, a oficjalna strona Soulsavers pamięta nadal promocję poprzedniej wspólnej płyty i do tego, jeszcze coś się na niej posypało ostatnio.

Na koncertach właściwie istniał tylko Dave, to on kreował całe widowisko, to on był tym, który skupiał uwagę publiczności. Pomogli w tym fani, którzy przyszli właściwie dla niego, a nie Soulsavers. Jestem ciekaw jak wielu fanów Soulsavers było na koncercie, którzy przyszli dla tego projektu, a nie dla Dave’a, jak wielu z was zna poprzednie płyty z przed The Light The Dead Sea. Ciekaw jestem, jak wielu z was słuchało najnowszej płyty Soulsavers – Kubrick, która wyszła już po wydaniu Angels & Ghosts. Ci co lubią pierwszą produkcję Dave’a i Rich’a to znajdą wiele wspólnych i ciekawych klimatów. Ci co nie lubią, albo są nie są fanami Soulsavers, a są fanami Dave’a, niech nie sięgają, bo nie znajdą tam nic.

Nawet jeżeli intencja była inna, to cały projekt Angels & Ghosts zaistniał, wypromował się tylko dzięki Dave’owi. W wywiadach istniał tylko temat Dave’a jego osobowości i… depeche MODE.

Muzycznie mam mieszane uczucia, bo muzyka nie do końca jest tym, co mnie kręci. Wolę twórczość Dave’a z drugiej płyty. Koncert muzycznie również nie był zachwycający, bardzo niezgrany zespół był jedynie dopełnieniem, a nie pełnoprawnym uczestnikiem wydarzenia. Każdy muzyk skupiony na tym, aby słyszeć tylko siebie robił wszystko jedynie, aby zagrać swoje.

Do tego zmasakrowane bisy dopełniły reszty. Właściwie osłodą dla fana depeche MODE może być jedynie Condemnation (oczywiście jeżeli lubisz ten numer). Sam nie jestem fanem tego kawałka, ale jeżeli już bym miał wybierać, to chciałbym go słyszeć na koncertach w takiej właśnie wersji. Na pewno nie chciałbym usłyszeć Walking in My Shoes. Jedna wielka pomyłka od początku.

Kończąc już moje wywody dlaczego jest to dla mnie numer 1. 2015 roku musiał bym jeszcze napisać dokładnie to samo, co w przypadku Martina. Cały ostatni akapit.

To nie był łatwy wybór. Jest jednak nadzieja, że 2016 i 2017 przyniosą więcej. Podobno jest na co czekać. Podobno się w zespole pozmieniało, podobno ma być na nowo… (będzie o tym w kolejnym wpisie). W każdym razie mniej wypadków pokroju pseudo djskiej trasy Fletch’a, więcej radości z nowego depeche MODE i niech MODE on the ROAD będzie z Wami… bo wiedzcie, że coś się dzieje, coś się dzieje…

I Want You Now

[Aktualizacja 2014.01.26]

Co jakiś czas odkrywamy różne smaczki z minionych tras dopełniających naszą wiedzę o koncertowej historii depeche MODE. Jedną z największych niewiadomych są faktyczne liczby utworów przygotowanych na każdą z tras. Setlisty grane na trasach, to jedynie wypadkowa pewnych wyborów i upodobań kiedyś czwórki, a potem trójki Panów z depeche MODE.

Dożyliśmy takich czasów, że obecnie wiele spraw wypływa jeszcze w czasie trwania tras. Dawniej dopiero po latach dowiadywaliśmy się o niezagranych utworach na Devotional Tour, a o niezagranym utworze w czasie US Summer Tour dowiedzieliśmy się przez przypadek w czasie aukcji na której Alan wyzbywał się klejnotów rodowych. Póki trasa trwa jest jeszcze nadzieja na Nothing, czy na pojawienie się innych perełek. Tym czasem zespół uraczył nas Stripped, który pojawił się na koncertach po raz pierwszy od koncertu w Dusseldorfie 2010.02.27.

W 1983 roku depeche MODE próbowało przed trasą Work Hard. Były różne spekulacje, że był grany, że nie był grany. Dziś, po przeszło trzydziestu latach można by już stwierdzić, że ten kawałek nie był grany nigdy na żywo. Zespół próbował go na próbach w Hitchin, ale nigdy nie zdecydował się na włączenie tego numeru do setu koncertowego.

Są też utwory, które próbowane są na trasie, ale finalnie nie wchodzą do setu, bo nie leżą jednak Dave’owi. Pół biedy, gdy kawałek dostaje szansę pojawienia się na trasie na jednym, czy dwóch koncertach. Tak było z Here Is The House, Fragile Tension, czy In Sympathy. Dziś wiemy, że In Sympathy było reanimowane jeszcze na próbach przed koncertami w Nowym Jorku w 2009 jako zamiennik na drugą noc, ale ostatecznie poległ w starciu z dwójką Miles Away / Come Back.

Czasami zdarza się, że info o planach zagrania jakiegoś kawałka wypływa zanim numer został zagrany na żywo, bo jacyś fani przypadkowo mieli włączony sprzęt i nagrali całą próbę 😉 Tak się zdarzyło z Condemnation przed koncertem w Warszawie 2001.09.01, który pojawił się na żywo jako zamiennik na drugiej nocy w Berlinie 2001.09.06. Kto nie słuchał ten może teraz:

Historię tego nagrania opisałem onegdaj we wspomnieniach – Exciter Tour In My Eyes.

I tu dochodzimy do tytułowego I Want You Now. Wiemy, że numer był grany w 1990 jako podstawowy numer z solowego setu Martina. Wiemy, że numer zrobił furorę w triphopowym remixie na trasie w 1994. To jest elementarz tych tras. Ostatnio historia dopisała może nie kolejny rozdział, ale raczej prolog do koncertowej historii I Want You Now.

depeche MODE, Berlin Wsch. 1988.03.07
depeche MODE, Berlin Wsch. 1988.03.07

W 1988 roku podstawowym numerem granym przez Gore’a w swojej części setu było Pipeline. Grane od października 1987 aż do końca drugiej trasy po Europie w marcu 1988. Martin jednak kombinował, co by tu zmienić, aby nie grać tego samego (swojego) setu na dwóch europejskich nogach Music For The Masses Tour. Wybór padł na I Want You Now. Numer był przygotowywany do grania w czasie brytyjskich prób przed koncertami w styczniu 1988. Było to na krótko przed powrotem na kontynentalną Europę, na której spędzili już wcześniej przeszło miesiąc zlewając wcześniej kompletnie Wielką Brytanię.

Stało się jednak inaczej i numer nigdy nie wszedł do setu, a zespół po za kilkoma podwójnymi występami tłukł ten sam set przez obie nogi Music For The Masses Tour w Europie. Wg dzisiejszych standardów zespół naraziłby się na gromy ze strony fanów za oklepaną i monotonną setlistę, oraz brak zmian z syndromem WTF włącznie.

Martin. L. Gore, Sheffield 1988
Martin. L. Gore, Sheffield 1988

Czemu Gore nie włączył tego kawałka do setu? Tego nie wiem. Wiem jednak jak brzmiał ten numer. Zanim o brzmieniu I Want You Now cofnijmy się do roku 1985. W owym roku zespół gościł, po za pierwszą ever wyprawą za żelazną kurtyną, również w Japonii. Jednym z punktów programu były trzy koncerty w Tokio, które, aby trochę urozmaicić monotonię występów doczekały się aż 1 zmiany. Zamiast Somebody fani usłyszeli It Doesn’t Matter. Patent na zagranie tego numeru wyglądał prosto. Do podkładu z Somebody Alan dogrywał akordy z It Doesn’t Matter, a Gore dośpiewywał swoje.

Dokładnie ten sam patent chciano powtórzyć z I Want You Now. Na próbach zespół użył podkładów z Pipeline, cała reszta był dogrywana przez Alana na klawiszach i Martina na gitarze.

Skąd o tym wiem? Otóż niedawno wypłynęła paczka mniej lub bardziej znanych prób z całego przekroju historii zespołu. Głównie z lat 80. Właściwie znałem większość z tego, co zostało udostępnione. Z wyjątkiem jednej perełki – próby zarejestrowanej przed koncertem w Manchesterze 1988.01.19, która służyła nie tylko ustawieniu sprzętu przed koncertem, ale również testom kandydatów na wejście do setu koncertowego. Martin próbował, próbował i nic… Ech skąd my to znamy…

AKTUALIZACJA:

Nie przypuszczałem, że powyższy tekst ma charakter rozwojowy. Wczoraj [2014.01.26] dane mi było przesłuchać jeszcze jedną próbę z I Want You Now na pokładzie. Tym razem jest to zapis próby z Hamburga 1988.02.06-07. Nie wiem dokładnie kiedy miała miejsce ta próba, ale na pewno przed pierwszym koncertem. Martin zawzięcie próbuje ten kawałek. Mam wrażenie, że plany były na wymianę 2 numerów z setu Gore’a, ale finał był inny. Co ciekawe istnieje zapis z prób przed koncertami w Londynie 1988.01.11-12 i tam po za katowaniem Behind The Wheel zespół odświeża sobie jeszcze Just Can’t Get Enough, które zastępowało na drugiej nocy Plesure, Little Treasure. Jak widać zespół miał świadomość, że wraca na odwiedzane już terytoria i brał pod uwagę zmiany w setliście, aby na stałe wymienić Pipeline, albo jedynie na koncertach drugonocnych. Ciekawe, co pozytywna decyzja na tak dla I Want You Now oznaczałaby np dla Never Turn Your Back On Mother Earth? I czy na 101 dalej słyszelibyśmy Somebody?

Można dodać jeszcze jeden punkt do spisu ciekawostek, jakie napisałem na 25-lecie 101.

P.S. Uprzedzając pytania, nie podam linku do miejsca skąd można pobrać pliki, ale radzę dobrze poszukać na sieci. Kawałki już są do zdobycia, a za chwilę będą dla wszystkich.