Kiedy parę tygodni temu pisałem Wam o potencjalnych nowych utworach, które zespół na różnym etapie prób testował, pewnie zastanawialiście się kiedy, które utwory pojawią się w secie, a może zanosiliście modły, żeby konkretny utwór nie pojawił się nigdy, bo już Wam się przejadł, czy raczej przesłuchał.
Kiedy ruszyła trasa, część fanów podzieliła się na dwie grupy tych, co chętnie by pożegnali Home na trasę lub dwie, oraz tych, którzy kompletnie nie rozumieją o co całe zamieszanie. Niezależnie w której grupie jesteś, a może nawet w jakiejś trzeciej, to z radością przywitasz mała zmianę setu od czasu do czasu.
Martin Gore przez lata przyzwyczaił nas do tego, że to właściwie on był ostatnią nadzieją fanów, na urozmaicenie setlisty. Na tej trasie zaskakuje nas zarówno Dave – raz a porządnie – w Londynie 2013.05.29, oraz Martin, który przyjął politykę pełzających zmian, czy też ewolucyjnie niż rewolucyjnie. Oczywiście wielu się zastanawia co się stało, że The Child Inside i A Question Of Lust po jednym razie wypadły, choć tak na prawdę odpowiedzi należy szukać w Home, czy When The Body Speaks, niż w problemach w w/w utworami.
Jest jednak jeden utwór, który obecnie jest chyba największa zagadką dla wielu fanów, sytuacji nie ułatwia sam Martin, który najpierw zaskoczył niegraniem The Child Inside i A Question Of Lust, a następnie po koncercie w Londynie pojawiła się setlista na której stało jak byk – But Not Tonight do grania na pierwszy bis – tym czasem tradycyjnie poleciało Home.
Natychmiast pojawiły się różne interpretacje tej sytuacji. Na forach u naszych zachodnich sąsiadów, czy na mniej lub bardziej oficjalnych forach fani dawali do zrozumienia, że granie tego, czy innego utworu to rodzaj nagrody dla fanów, za to jak pracuje publika na koncercie lub też chęć przypodobania się komuś.
Prawda jest zgoła inna. Przede wszystkim But Not Tonight nie może być nagrodą, bo Martin czerpie wręcz mistyczną radość ze śpiewania Home, o czym pisałem w jednym z poprzednich wpisów. Rozmawiając z naszymi źródłami w ekipie technicznej dostaliśmy do zrozumienia, że But Not Tonight nie będzie częstym goście na koncertach. Więcej, to czy But Not Tonight, czy Home będzie pojawiać się na będzie decydowane w czasie przerwy między głównym setem, a bisami. Dlaczego tak?
Odpowiedź jest prozaiczna i tyleż zaskakująca, co prosta. Tym problemem jest tonacja. But Not Tonight jest utworem napisanym i zaaranżowanym pod Dave’a, a nie Martina. Dla Martina nie jest to najwygodniejszy numer do śpiewania. Wg naszych źródeł Martin podejmuje decyzje o graniu tego numeru w czasie trwania koncertu w zależności od tego jaki ma humor, jak czuje się wokalnie i czy ma siłę pociągnąć ten numer. Na potrzeby koncertu Martin już i tak zmienił ten numer w balladę, bo nie jest w stanie zaśpiewać go w wersji oryginalnej. Porównajcie sobie wersję oryginalną i z koncertu. Pierwsze, czego nie ma to zawodzenie „Uuuuuu„, które jest ulubioną częścią Gore’a na Home. I dlatego Martin kończy utwór i jak publika jest ogarnięta, to kończy ten numer zawodzeniem. Przykład poniżej:
Co musiało by się wydarzyć, żeby Gore zaczął częściej śpiewać But Not Tonight i porzucił na dobre Home? Panowie musieli by dokonać transpozycji tonacji w jakiej grany jest ten numer na taką, która jest najwygodniejsza dla Martina. Problem polega na tym, że wtedy fani mogli by nie poznać tego numeru lub zadawać retoryczne pytanie „Co to k…wa jest?”, w wersji międzynarodowej „WTF?”. Ale ja nie o tym… Wówczas numer prawdopodobnie jeszcze szybciej by wyleciał z setu, jak się w nim pojawił. Dlatego nie ma kompletnie reguły, na patent grania But Not Tonight na tej trasie. Równie dobrze można obstawiać zwycięstwo narodowej reprezentacji w obecnych eliminacjach. Wynik może być podobny.
No dobrze co w takim razie w zamian, czy jesteśmy skazani na Home do końca trasy? A od czasu do czasu, w ramach focha pojawi się But Not Tonight? Otóż nie, Home nie będzie wieczne. Ten numer czeka na kolejnych koncertach zamiana na kolejne propozycje. Numery już są przygotowane do grania w wersji bare. Pytanie tylko kiedy. Na mojego nosa raczej nie usłyszymy ich wcześniej niż na amerykańskiej nodze obecnej trasy. Do końca lipca Martin będzie grał Home z wymianą na But Not Tonight, natomiast w USA i Kanadzie usłyszymy kolejne numery. Ale to już moje spekulacje.
A skoro już mówimy o tonacji, to Sister Of Night jest napisane i zaaranżowane w tonacji Gore’owej i o ile w studio można zaśpiewać i zmiksować wszystko i w każdej wersji. To na żywo, jest już z tym problem. Dlatego właśnie Gahan nigdy nie zaśpiewa tego numeru na koncercie, a Martin wprost przeciwnie.
Ta noc powinna przejść do historii. Oczywiście można mieć ale, bo zamienione numery w większości ograne, a zespół ze zmianami nie wyszedł po za rok 1987. I nie było to wydarzenie na miarę Londynu 2010.02.17, gdy wystąpił Alan Wilder. Wszyscy jednak liczyli, że tradycyjnie Martin pociągnie zmiany drugiej nocy i max na 3 zmianach się skończy. Stało się jednak inaczej, a to cieszy.
Tym czasem, to właśnie Dave wszystkich zadziwił wywalając z setu aż 5 numerów. Martin dołożył swoją jedną zmianę i 1/4 setlisty była różna od Londynu 2013.05.28 i znacząco odmienna od setlist z poprzednich koncertów tej trasy. Ale po kolei:
Pierwsza zmiana nastąpiła już po 2 numerze, gdzie Walking In My Shoes – zastąpiło In Your Room. Numer powrócił do setlisty po raz pierwszy od koncertu w Dusseldorfie 2010.02.27. I tu zaskoczeń kilka. In Your Room nigdy nie był grany tak wysoko w setliście, to był numer drugiej części setu, a tu taka zmiana. Ważniejszy do odnotowania jest jednak fakt, że Walking In My Shoesnie zostało zagrane na koncercie po raz pierwszy od początku swojej kariery koncertowej. Utwór nigdy nie wypadł z setlisty pełnowymiarowego koncertu! Nawet na rozgrzewkowych koncertach numer był grany.
Na kolejne zmiany musieliśmy poczekać do części Martinowej. Tym czasem z koncertu dochodziły sprzeczne relacje a to, że publika jest jedną z najgorszych, jakie były na tej trasie, a to, że wprost przeciwnie. Po koncercie fani pisali, że koncert przypominał wyspy bawiących się w morzu stojących. W przeciwieństwie do Dave’a, który przechodził sam siebie i nie zaniżał formy. Nie mnie to oceniać, przytaczam tylko relacje tych co byli i bawili się i tych, co widzieli nie bawiących się.
Nastanie Martina za głównym mikrofonem sprawiło, że Only When I Lose Myself zastąpiło Higher Love i zostało wykonane po raz trzeci na tej trasie. (Ostatni raz w Belgradzie 2013.05.19.) Więcej zmian nam Martin już nie zaserwował. Pozostałe utwory znamy z poprzedniej nocy i koncertów.
Pojawienie się Dave na scenie raczej nie zapowiadało już żadnej zmiany. Myślę, że wielu zakładało, już tylko ew. zmiany w setliście bisowej u Martina. Tym czasem musieliśmy odczekać jedynie 2 numery i pojawiło się chyba największe zaskoczenie tej nocy, czyli wykonanie John The Revelator, zastępującego A Pain That I’m Used To. Jaś pauzował aż od koncertu w Atenach 2006.08.01.
Ostatnia zmiana wybrzmiała w chwilę po zakończeniu poprzedniego zamiennika. Tym razem zaszczyt bycia zastąpionym przypadł – A Question Of Time, na którego miejsce pojawił się utwór – Soft Touch/Raw Nerve. Był to debiut tego numeru na trasie. Poprzednio numer grany był na występach promocyjnych dla mediów. Do A Question Of Time wrócę jeszcze na końcu tego wpisu.
Do końca koncertu nie było już więcej zmian, choć największe emocje budziło pojawienie się ewentualnego zamiennika do Home. Na poprzednich trasach Martin przyzwyczaił nas, że wymiany utworów setliście następują właśnie na tej pozycji, a jednak nic z tego. Każdy ma swoją opinię o Home, nie zmienia to jednak faktu, że gdy w większości fani przyjęli do wiadomości fakt nie-wymiany tego numeru przez Gore’a, tuż po zakończeniu koncertu wypłynęła oryginalna setlista przygotowana na ten koncert: Wynikało z niej, że planowana była jeszcze 7 zmiana w setliście w stosunku do poprzedniej nocy i jednocześnie debiut na The Delta Machine Tour – But Not Tonight. Zmiana niby kosmetyczna, bo właściwie to by było pianinko za pianinko, nie mniej odczarowałoby to trochę przyspawanie Gore’a do Home. Niestety tak się nie stało i tu wracamy do A Question Of Time.
Wymiana A Question Of Time i nie zagranie But Not Tonight sprawiło, że tej nocy po raz pierwszy odkąd są grane utwory z albumu+single z Black Celebration nie został zagrany żaden utwór z tak szeroko pojętej produkcji. Trochę to naciągane, ale właściwie ostatnim koncertem na którym taka sytuacja miała miejsce był koncert w Warszawie 1985.07.30. Tylko, tam to było oczywista oczywistość, album Black Celebration jeszcze nie istniał. Od tamtej pory nie było żadnego pełnego koncertu, na którym choć jeden utwór nie był grany. Przeważnie to zadanie przypadało Stripped, ale jak wiemy na tej trasie ten numer jeszcze nie zaistniał.
Ogromny szacun dla Dave’a za podjęcie wyzwania i zaskoczenie. Podtrzymuję swoje zdanie, że zespół ma ludzi którzy czytają, słuchają fanów, a sam zespół słucha swoich ludzi. Cieszyć może ilość zmian, a tym jednym koncertem zespół załatwił temat i ma już 31 utworów wykonanych na tej trasie. Z But Not Tonight było by ich 32. Przypomnę tylko, że na Tour Of The Universe zespół potrzebował prawie całej trasy, żeby osiągnąć limit 39 zagranych utworów, a na Touring The Angel prawie cała trasa została poświęcona na wykonanie 32 numerów. Jak widać pod względem liczby utworów zespół zbliżył się już do Touring The Angel, albo się zrównał. Zależy kto, jak liczy. Oby to nie był jednorazowy zryw, a koncert z Londynu 2013.05.29 nie był kwiatkiem do kożucha, podobnie jak teraz jawi się Nicea 2013.05.04.
To, co jednak może smucić, to jakość aranżacji. I tu będzie lekkie marudzenie. O ile powrót John The Revelator cieszy, to wykonanie In Your Room, czy zastąpienie zbierającego co raz lepsze recenzje Policy Of Truth (które z koncertu na koncert nabiera mocy) przez World In My Eyes nie jest aż takim wielkim powodem do zachwytu. Gdyby te numery były grane w regularnej setliście, to pewnie napisałbym o nich to samo, co o Personal Jesus, czy A Question Of Time w mojej recenzji koncertu z Nicei. Szczególnie ciepło wyraziłbym się o In Your Room, który nawet kolory i ustawienia świateł ma z poprzedniej trasy.
No nic, depeche MODE od niedzieli zjawia się ponownie bardzo blisko nas, a bardzo wielu rodaków zawita do Berlina 2013.06.09, gdzie i ja będę. Oby zespół nie siadał na laurach i kontynuował, jak dotąd, w sumie na prawdę niezłą i różnorodną trasę.
PS Piszcie i komentujcie zarówno na blogu, jak i na poszczególnych stronach o koncertach na MODEontheROAD. Czekam też na Wasze recenzje i relacje z widzianych koncertów. Miejsca na serwerze jest wiele, każdy się zmieści.
…eee w pewnym sensie. Nie osobiście, ale duchem zawsze, gdy grany jest jakikolwiek numer z przed 1995 roku. Nie chodzi mi również o powrót do setlisty Higher Love w pełnej elektronice, choć również, gdy słyszałem ten numer na koncercie w Nicei 2013.05.04 to nie wiem, czemu ale na chwilę myśli moje właśnie skierowały swój bieg do czasów, gdy depeche MODE = się 4 ludzi.
Kolejnym ukłonem do czasów z okresu Songs Of Faith and Devotion, było wykorzystanie remixu pochodzącego z 2 singla I Feel You – Helmet at the Helm. Znowu cierpko uśmiechnąłem się do czasów niesłusznie minionych. Właśnie o I Feel You będzie reszta tego tekstu.
Oglądając pierwszy raz wizualizację do tego utworu miałem po raz kolejny odczucie, że wizualizacja rodem z dance klubu nie jest najszczęśliwszym wytworem i wyborem Antona, gdyby skupić się na odpowiednim przetworzeniu i animowaniu pracującego głośnika, tak jak to miało miejsce w 2001 roku z przetworzeniem zabawy kreską na wizualizacji do Black Celebration myślę, że byłby to lepszy pomysł niż wsadzanie do ciężkiego numeru kolorowusich, falujących i tańczących wizualizacji. No cóż widocznie każda trasa musi mieć swoje baloniczki. Nie wspomnę już, że ten patent widzieliśmy na poprzedniej trasie jako tańce zespołu do Personal Jesus.
Na koncercie nie było, ani na to czasu, ani siły, dopiero w domu przeglądając uważnie zapisy występów z tej trasy na YT dostrzegłem (choć pewnie nie tylko ja), że na wizualizacji do I Feel You, obok stołu dj’skiego leży okładka Songs Of Faith And Devotion z dostrzegalnymi podobiznami Dave’a, Andy’iego i właśnie Alana. Ciekawe, czy to przypadkowy, czy też celowy zabieg Corbijna, ale w całym zalewie słodkości, akurat ten rodzynek smakuje przednio.
A na koncercie wygląda to tak:
P.S. Jak na razie Nicea 2013.05.04 była jedynym (moim) koncertem w życiu na którym bycie na trybunie na wprost sceny było zaletą, a nie wadą (choć sam byłem na podłodze). W takim Berlinie, czy Monachium, wybór trybuny na wprost sceny, jest albo aktem desperacji, albo nabijaniem sobie spisu koncertów na których się było. Przyjemność z bycia na takim koncercie jest żadna.
Zanim zdradzę Wam swoje dwa małe sekrety, najpierw muszę, w uzupełnieniu poprzedniego wpisu o początku trasy depeche MODE, dopisać jeden akapit…
…którego zabrakło. Dotyczy on małego pokajania się i posypania głowy popiołem. Otóż w licznych poprzednich postach odsądzałem od czci i wiary, oraz podważałem myślą, mową i uczynkiem dobre prowadzanie się Panów z depeche MODE na okoliczność spalenia setu występami promo. Oczywiście, jak wiemy, zespół nie dość, że zaskoczył długością setu, to jeszcze „haniebnie” wywalił Soft Touch/Raw Nerve, zastępując ten utwór innymi produkcjami z nowej płyty. Oczywiście kwestią otwartą pozostaje czas w jakim Dave wytrzyma w tym stanie uświęcenia, ale bądźmy dobrej myśli. Na prawdę nie pogniewałbym się, gdyby Dave nie zmienił (po za drugim Londynem i drugim Dusseldorfem) swojej części za nadto. Po doświadczeniach z poprzedniej trasy myślę, że warto dać szansę wszystkim fanom na przeżycie tego, co niewielu miało okazję zobaczyć i usłyszeć w Nicei. Ponieważ promo set nie został 1:1 przeniesiony do setu koncertowego… i bardzo dobrze, to ciekawi mnie jak szybko Soft Touch/Raw Nerve będzie grany ponownie na trasie. Jeżeli tak się nie stanie, to występy promo zyskają jeszcze na znaczeniu. To samo tyczy ogrania Only When I Lose Myself, a że jest taka szansa (potencjalnie) świadczyć może dalsza część dzisiejszego wpisu.
Mam też złe wieści w temacie Home. Według doniesień z serca trasy. Martin „zazdraszcza” Dave’owi bycia frontman’em i bardzo go kręci bycie nim na koncertach. Czy zauważyliście jak bardzo do przodu i na środku stoi Mart na koncertach? Po za tym lubi, jak fani śpiewają mu swoje wokalizy, a ponieważ łączą się one w znacznej części z Home, więc zapadła w kwaterze głównej decyzja, że numer wraca na stałe do setu i nie ma co się łudzić, że będzie inaczej. Kawałek na stale zagościł na pozycji pierwszego bisowego. Pogódźcie się z tym.
W Sofii Martin zagadnięty o szanse wymiany Home na np A Question Of Lust odpowiedział, że szanse marne, bo ten ostatni jest „too overplayed” No i bądź tu mądry… chyba następnym razem sam się wybiorę do niego ze statystykami w łapie i pokażę mu naocznie w jakim błędzie żyje.
Z tego wynika, że żeby wybić Gore’owi z głowy ten numer, trzeba mu zepsuć występ i nie reagować na jego zaczepki. Niestety nie może być to tylko jednorazowy wybryk na jednym koncercie, ale zaplanowana, systematyczna akcja z koncertu na koncert, inczej będziemy udupieni tym kawałkiem do końca świata.
No dobra pora przejść do zasadniczej kwestii. Pisząc poprzednie teksty z potencjalnymi spoilerami mogłem swobodnie zamieścić to, co przeczytacie poniżej. Jari nawet zaczął wrzucać na wydarzenie o koncercie w Nicei 2013.05.04 początek setlisty przed koncertem, ale daliśmy sobie wtedy na wstrzymanie. Postanowiliśmy jednak cieszyć się, dać radość innym, i nie publikować grubych przecieków z prób, tylko raz na jakiś czas sączyliśmy jakieś głodne kawałki i kompilowaliśmy znane tematy z tymi, które za wiele nie zdradzały. Dziś przyszła pora opublikować trochę więcej. Oczywiście nie znamy i My całej prawdy, ale jakoś nie mamy z tego powodu nocnych moczeń i migotania przedsionków.
Zanim jednak konkret warto obejrzeć ten wywiad. Dave w dalszej części (tak od 14 minuty) wiele opowiada o tym, jak zespół składał set na tą trasę. To, co wcześniej usłyszeliśmy od Fletcha w wywiadzie u Stelmiego, tym razem przytacza Dave:
Nim jednak doszło do stworzenia Dave’owej wersji setlisty, Dave pracował w Nowym Jorku nad wokalami i powoli składała mu się jego wersja. Równolegle Martin i reszta zespołu koncertowego pracowała w Santa Barbara. Poniżej przykład tego, jak zespół Martin & Co kształtował swoją wizję setu.:
Angel Soft Touch/Raw Nerve Walking In My Shoes Barrel Of A Gun Wrong Should Be Higher Heaven The Child Inside Always Only When I Lose Myself The Things You Said Home Somebody Higher Love Little 15 Soothe My Soul Policy Of Truth Miles Away Pleasure Little Treasure Personal Jesus Enjoy The Silence Never Let Me Down Again I Feel You Policy Of Truth World In My Eyes Behind The Wheel Stripped Photographic
Jak głosi legenda, chłopaki pracowali i pracowali, aż Dave przysłał swoją propozycję setu i pozamiatał temat. Tak przynajmniej zeznawał Andy na wywiadzie ze Stelmachem. Jak to tam było na prawdę, to ich sprawa. Powyżej zamieszczony zarys setu pochodzi z grudnia / stycznia.
Zwróćcie uwagę, że w przytaczanym powyżej wywiadzie Dave opowiada, o skupieniu się na płytach MFTM / V / SOFAD. Po części to widać już na objawionej na trasie setliście. Najmniej z tego objawienia dotyczy MFTM, być może dopiero drugonocne występy przyniosą jakieś wyjaśnienie, albo dopiero 3 i kolejne nogi. Pamiętając pierwsze wywiady po konferencji Martin opowiadał, że trasa stadionowa ma być komercyjna, a halowa… alternatywna (czort wie jak ją nazwać)… inna.
Kolejna setlista, jaka wpadła mi w ręce z obozu depeche MODE, nie jest właściwie setlistą rozumianą jako układ utworów następujących po kolei ze swoją dramaturgią itp. Poniższy zestaw został określony jako zbiór utworów z próby, jaka odbyła się 01.05 już w Nicei. Co z tego wypucowało się na wyjściowym secie wiemy dobrze.
Angel Should Be Higher Walking In My Shoes Barrel Of A Gun World In My Eyes Heaven Only When I Lose Myself Child Inside Wrong Soft Touch/Raw Nerve Soothe My Soul Enjoy The Silence Personal Jesus In Your Room Goodbye But Not Tonight Stripped Policy Of Truth Never Let Me Down Again
Kompletnie nie przywiązuję się do powyższych spisów utworów, raczej traktuję to, jako zbiór poglądowy tego, co było na warsztacie, choć nie koniecznie trafiło do setu. Ciekawie to brzmi i jeszcze bardziej zastanawia kiedy i co nowego usłyszymy.
Tekst zacząłem pisać jeszcze w samolocie w Nicei, ale byłem tak padnięty, że nie skończyłem go, dlatego obok myśli na gorąco będzie też trochę laborki. Pierwszy koncert za nami, więc choć raz pokuszę się o analizę setu szczególnie, że potem może już nie być okazji.
Przede wszystkim szok 23 utwory, jak na ten zespół masakrycznie dużo. Ciekawe czy wytrzymają (czytaj Dave) kondycyjnie do finału w lipcu (?) 2014. Póki co szacun za wysiłek. Moje generalne spostrzeżenie jest takie, że jednak zespół (ich ludzie) czytają i słuchają głosów fanów. Oczywiście widać, że filtrują to przez swoje potrzeby, czego wypadkową i kompromisem jest setlista. Nie zmienia to jednak faktu, że zespół odrobił lekcje i przynajmniej postarał się choć trochę zaskoczyć – patrz wykon i aranż A Pain That I’m Used To, czy sam aranż do Halo, nawet jeżeli nie wszystkim podeszła ta wersja Halo, to jednak + za to, że się starali. Ciężko nie mieć wrażenia, że chłopaki byli już zmęczeni klasycznymi wersjami stworzonymi przez siebie na płyty i ogranymi do bólu.
Przez wiele lat lansowałem i lansuję tezę, że w dawnych czasach (gdy Alan był w zespole) i chłopaki robili remixy na swoje single, to wersje pakowane na strony b były tak na prawdę bankami niewykorzystanych pomysłów przy pracy nad podstawową wersją utworu lub też odrzutami, gdzie po głosowaniu okazywało się, że wersja nr 32 idzie na album, jako podstawowa, a wersja 17 i 56 znajdą się na stronie b jako remixy, choć równie dobrze mogło być na odwrót.
Później gdy zespół (czytaj Alan) robił wersje koncertowe utworów, to właśnie remixy ze stron b były bazą do budowania tych wersji. Dziś już zespół nie robi remixów na single, ale pokazali, że umieją korzystać z tego, co pakują na strony b, które nie są tylko zapychaczami badziewnych remixerów lansowanych przez wytwórnie.
Współcześnie przykład takiego podejścia mieliśmy w 2005/2006, gdy Martin wykorzystał remix Air do aranżacji koncertowej Home. Nicejska noc pokazała, że takich cytatów muzycznych będzie na tej trasie wiele. Ale po kolei.
Chłopaki zaczęli od Welcome To My World, czym raczej nie zaskoczyli, bo był to oczywisty opener na tej płycie i trudno się spodziewać, że zagrają go w innym miejscu. Mogli co najwyżej nie zagrać go wcale, ale to byłoby głupie.
Kawałek zaczyna się długim intro, które jest wariacją na temat początku tego utworu na płycie. Świetne intro, bardzo Kraftwerkowe i chyba najlepsze intro od czasu Painkillera, choć intro na Touring The Angel (po mojemu) też było niczego sobie. Kawałkowi towarzyszy wizualizacja, która jest miksem napisów ze słowem Welcome i dziwnych tęczowych okręgów, które w finale przypominają kształtem głowę myszki miki. 😛 Nachodzące się napisy Welcome, To, My, World, przypominają mix klasycznej wizualizacji do Stripped z 1993 i grubego fontu używanego prze Corbijna do Personal Jesus.
Kolejne dwa kawałki to aranże znane z Promo Shows – Angel i Walking In My Shoes. Choć nie wiem, czy przypadkiem Angel nie zostało uproszczone na potrzeby trasy. Natomiast aranż do Walking In My Shoes może się podobać lub nie… kwestia gustu. Myślę, że ta wersja początku, jaki prezentują na tej trasie nie należy do szczytowych osiągnięć zespołu.
Natomiast pierwszy fuckup wieczoru pojawia się po zakończeniu Walking In My Shoes. Wiem, że są tacy co lubią ten numer, ja do nich nie należę. Mam tu na myśli Precious. Mam tego numeru serdecznie dosyć i obok Home i I Feel You ten kawałek jest na liście do nie zagrania już nigdy więcej. Żałosności dopełnia wizualizacja, która jest kiczowata i pretensjonalna. Brakowało jeszcze tylko adresu i numeru telefonu do schroniska dla psów. No dobra nie będę pastwił się, bo jeszcze ktoś pomyśli, że się uwziąłem, a ja po prostu tego numeru nie lubię.
Black Celebration – Pierwsza poważna niespodzianka pojawia się zaraz po Precious. Salę przeszył głos – a brief period of rejoicing – i na tym czar niespodzianki prysł. Potem mamy już tylko wersję znaną z trasy 2001, gdzie cała elektronika chodzi jak złoto, ale śpiew Dave’a spowalnia, aby dostosować się rytmicznie do prze wolnej perkusji. Miło, że przywołują ten kawałek, ale jednak po raz kolejny udowadniają, że perkusja może jest i fajna przy A Question Of Time, czy Personal Jesus, ale tu Eigner powinien mieć przerwę na fajka.
Finał jest taki, że cała praca nad tym numerem zawarta jest w 3 punktach, z czego 1 i 3 są tu kluczowe dla rozwoju wydarzeń:
Początek pracy nad utworem;
Bierzemy wersję 2001, przekładamy sampla z cytatem od W. Churchila na początek;
Koniec pracy nad utworem;
Policy Of Truth znowu miło zaskakuje, na początku znalazły się dźwięki znane z teledysku, gdy zanim wejdzie główny bit widzimy samotnego Dave’a kroczącego po ulicach Nowego Jorku. Potem jest już tylko średnio – mix wyciągnięty żywcem z & calowego singla. Osobiście bardzo lubię aranż z 2009/2010, a ten jest zdecydowanie słabszy.
Should Be Higher sprawia za to wrażenie bardzo dopracowanego i wytrenowanego przez Dave’a, co finalnie sprawia, że kawałek zdecydowanie zyskuje z odsłuchu na odsłuch. To takie Miles Away z poprzedniej trasy. Kawałek co najwyżej przyzwoity na poprzedniej płycie, na trasie uratował środkową część setu po słabych Peace i Come Back. Całość dopełnia wizualizacja żonglera ogniem, bardzo klimatyczny i interesujący film. Jest na co popatrzeć, brawo Anton.
Barrel Of A Gun praktycznie nie różnił się od tego, co słyszeliśmy na showcase’ach z SXSW, czy z Los Angeles. Myślę, że każdy ma ten numer obcykany, jedni go lubią inni nie. Ja należę do sympatyków tego kawałka. Trzeba też przyznać, że Dave mniej „rapuje”, niż to było przy trasie promo i chyba tym kawałek jeszcze bardziej zyskuje. Zobaczymy jak będzie w głąb trasy.
Prawdziwa perełka zdarzyła się jednak dopiero teraz, gdy Dave zszedł ze sceny. Co prawda Dave swego czasu ogłaszał, że namawiał Martina do wyjścia po za schematHome, Somebody, A Question Of Lust i zagrał Higher Love, ale nikt nie przypuszczał, że stanie się niemożliwe. Zaczęło się niepozornie. Myślę sobie – O nie!!! – znowu będzie plumkanie na gitarce, gdy tym czasem… po refrenie wchodzi cały zespół, który do tej pory stał/siedział właściwie niewidzialny. Byłem tak skupiony na Martinie i tym co się dzieje, że zapomniałem wcisnąć nagrywanie, a ciary chodziły od mojego spalonego czoła do obolałych stóp. Żaden utwór z wokalem Dave’a nie pozamiatał mnie tak od czasów Soulsavers, jak właśnie Higher Love tej nocy. Sorry Krzychal, ale pożyczę sobie cytat od Ciebie – „Na Higher Love mogę jechać wszędzie.” Dla tego numeru warto spiąć poślady i pedałować parę tysięcy km, bezcenne. Posłuchajcie sami, odtwarzacz powyżej.
Po emocjach Higher Love – The Child Inside przemyka właściwie bezwiednie. Choć osobiście uważam, że numer zyskuje bardziej na żywo, niż na płycie. Bałem się, że kawałek dostanie niepowtarzalną szansę bycia zagranym tylko na gitarze i pianinie, ale nie, na szczęście Peter potraktował go łaskawie i dobrał prawidłową barwę klawisza, a nie zwykłe pianinko.
Gdy oglądasz wizualizacje do Heaven, to zadajesz sobie pytanie dlaczego ten obraz nie został oficjalnym teledyskiem. Fotografie z książeczki, ten klip, oraz pewnie zdjęcia z tourbooka to jedna spójna całość, a tak powstaje pewien dysonans z oficjalnym klipem. O wizualach z promo shows nikt już nie pamięta, a po obejrzeniu tej wizuali na pewno. Muzycznie standard, choć mam pewną myśl, która warta jest dopracowania na styku Eigner – Fani. Utwór na zejściu ciągnięty jest przez Christiana, a Dave podpuszcza ludzi do klaskania. Aż prosi się, żeby perka szła tak jeszcze ze 30 sek., albo i dłużej, a w tym czasie fani klaskali. Patent jest bardzo podobny do tego co Eigner zrobił na perkusji w końcówce When The Body Speaks, czy Fragile Tension. Jeżeli Panowie to chwycą, to będzie fajny klaskacz na końcu dla publiki, bo w większości numer jest bardzo przestany przez fanów. Wideo z Heaven powyżej.
Sooth My Soul właściwie niczym nie rozczarowuje i nie zaskakuje. Numer jest taki, jak ma być. Zrobiony jako parkietowiec, na prawdę zdanża i możemy być spokojni o granie go dalej na trasie. Tym numerem zespół zaczyna szybką trójcę tego setu.
Wielkimi krokami zbliżamy się do 13 numeru i przeważnie od tego miejsca kończyło się promowanie płyty, a zaczynało Greatest Hits. To gdzieś tu powinien pojawić się Personal Jesus, albo Enjoy The Silence, a tym czasem nie… pierwsze dźwięki A Pain That I’m Used To powodują opad szczeny, a jeszcze większe zaskoczenie, gdy Peter wyskakuje na scenę z bassem (a wszyscy stawiali na Suffer Well, ciepło, a jednak nie…) Zaczyna się szybka jazda na bazie remixu (Jacques Lu Cont Remix). Jedyne co mi się nie podobało, to pocięcie początkowego sampla noisowego. Napiszę coś o tym jeszcze na końcu.
A Question Of Time – był dla mnie zaskoczeniem na minus, szczególnie, że przecieki zapowiadały coś innego, a mianowicie, brak tego utworu w secie. Samo miejsce w setliście też jest zaskakujące. Niestety kawałek od 2 tras nie prezentuje niczego nowego, jest jedynie ogrywaniem tego samego patentu właściwie od 2003.
Secret To The End – po 3 szybkich numerach Dave potrzebował zwalniacza i tak własnie traktuję ten utwór. W tym miejscu równie dobrze może się pojawić Broken, który spokojnością i tempem jest podobny do Secret To The End. Chciałbym, żeby tak było, bo kawałek godny i chyba ciekawszy niż Secret To The End.
Enjoy The Silence – klasyka, klasyka, klasyka. Solo Eignera, solo Martina, Dave oddaje pół kawałka do śpiewania ludziom… standard. Znowu wizualizacja zaskakuje, tym razem nagie Panie wpisane w trójkąty wstają z podłogi. Tak tak, tu jest zastosowany trick w postaci filmowania od strony podłogi, a potem po montażu jest złudzenie filmowania na wprost lub z boku. Ale i tak chętnie spytałbym się o co chodziło Antonowi, gdy przyszedł mu do głowy ten pomysł?
Personal Jesus – ten numer zjada już własny ogon. Jedynie rozwinięcie patentu, z wolnym wejściem, z poprzedniej trasy. O ile na poprzedniej trasie było to coś nowego i interesującego, tak tym razem zaczynam już czekać na moment, aż Panowie wpadną na pomysł zagrania go klasycznie, ale to dopiero na następnej trasie….
Goodbye – ale to takie oczywiste. Numer, który musiał być na zejście, bo potem już nie ma jak. To nie U2, które gra premierowe utwory z najnowszej płyty jako ostatni bis na koncercie. Wizualnie – Heaven part 2. I bardzo dobrze, bo ewidentnie pasuje ten klimat. Jest to takie wizualne spięcie drugiej części setu od Heaven do Goodbye.
A Question Of Lust – szacun za elektronikę, karny jeżyk za ponowne granie tego numeru. Wszyscy czekali, że w tym miejscu poleci… But Not Tonight. Niestety, w to miejsce znany, lubiany i ograny kawałek z tej samej płyty. Choć, może ktoś tego nie zauważył, ale numer jednak dużo mniej ograny niż Home.
Halo – masakra i mógłbym na tym skończyć. Nie jestem fanem remixu Goldfrapp i nie zostanę już. Po za tym klasyczny kawałek od 3 tras w zapomnieniu, a tu chłopaki wycinają taki numer i wracają z nim w taaakiej wersji. To był drugi facepalm tego wieczoru, jaki zrobiłem. Jedyne co u mnie ratuje ten numer, to wizualizacja. Jest przednia. Stary klimat Berlina z przed 1989 roku. Gdzieś tam miałem w tyle głowy Niebo nad Berlinem – Wima Wendersa, czy Królika po berlińsku – Bartosza Konopki, ale przede wszystkim czarno białe klimaty rodem ze Strange Antona.
Just Can’t Get Enough – Niby dla nas, niby specjalnie, ale ja tam nie wiem czemu. Liczyłem na Photographic.
I Feel You – fajnie, ze próbują zmieniać ten numer i użyli fragmentów z remixu Helmet at the Helm. Przypominało to patent z poprzedniej trasy z kawałkiem In Your Room. Tyle tylko, że In Your Room w albumowej wersji jest wyczekiwany, I Feel You zaczyna być niechcianym dzieckiem. Oby przejście do bisów było pożegnaniem z tym numerów na koncertach.
Never Let Me Down Again – musiał być, więc poleciał, nic zaskakującego. Kawałek z patentami słyszanymi od co najmniej 2001. Nie znaczy to, że coś w tym złego, ale odkrywczego też nie. To jest takie koncertowe Where The Streets Have No Name – U2. Mogą nie zagrać jakiegoś innego utworu, ale Never Let Me Down Again musi być i zawsze na koniec koncertu lub na koniec głównej części.
To tyle w temacie opisu poszczególnych kawałków subiektywnie i po mojemu. Pora na myśli końcowe. Przede wszystkim, mimo kilku słabszych momentów, ogromny szacun za przepracowanie setlisty i zagranie tylu numerów, których nikt się już nie spodziewał. Koncert trwał 2 h 10 min. i żeby zmieścić taki set, wiele utworów utraciło swoje rozbudowane intra, na rzecz jedynie symbolicznych początków lub jak w przypadku A Pain That I’m Used To długie hałaśliwe wejście stało się bardzo pocięte. Bardzo na rockowo.
Bardzo, ale to bardzo brakować mi będzie na tej trasie LHNów. Aranże tej trasy oparte są bardzo mocno na niskotonowych brzmieniach. Linia basowa i dolne środki to pasma istotne dla dobrego odsłuchu line-up depeche MODE na tej trasie. Niestety fanowskie bootlegi mają to do siebie, że najlepiej przenoszą środkowe pasma, więc dopiero bycie na koncercie oddaje prawdziwą jakość dźwięku. Stąd moja obawa, że niektórzy dopiero na zimowej trasie posłuchają pełnego spektrum dźwiękowego zespołu. Plenery to jednak nie to samo.
MODE2Joy mówi idźcie i bawcie się, bo warto 🙂 Klipy i zdjęcia: Martini, audio: Wiecor _
A w następnym wpisie zdradzę Wam pewna tajemnicę… a nawet dwie 🙂
Martin zaskoczył nas w Los Angeles tzw akustycznym wykonaniem But Not Tonight, choć bardziej pasuje do tego metka bare. Właściwie nikt się nie spodziewał tego. But Not Tonight było utworem z puli tych niegrywalnych, które powstają tylko dlatego, że jest tekst wolny, albo trzeba zapełnić wolne miejsce na stronie, ale nie gra się tego live. Aż do teraz…
Gdzieś tam w przeciekach padały również inne tytuły, typu Sea Of Sin, czy Pleasure, Little Treasure, ale do tej pory nikt nie traktował tych rewelacji poważnie. Może czas zacząć…
Tak szybko, jak minął pierwszy zachwyt nad faktem odkurzenia klasyka wszystkich depotek i konwencji fanowskich, natychmiast utwór wpisał się w odwieczny spór tych, dla których śpiewanie utworów przez Martina w wersji bare, które oryginalnie były przypisane do Dave’a, jako niszczenie i wypaczanie klasyki depeche MODE.
Z drugiej zaś strony niemilknące zachwyty tych, co w Martinie znaleźli swojego ulubieńca pośród obecnych i byłych członków zespołu, oraz tych, co radują się każdym nowym utworem granym na koncertach.
Trudno rozstrzygnąć gdzie jest prawda, bo obie strony mają swoje racje i nie zawsze wykluczające się. Czasami mam jednak wrażenie, że na bezrybiu i rak ryba. Wszystko przez Dave’a, który ma taki, a nie inny styl śpiewania. Kolega może przez całą trasę lecieć na jednym secie i nie będzie mu to za grosz przeszkadzać. Można to tłumaczyć tym, że ten zespół tak ma i koniec. Można zasłaniać się ograniczeniami technicznymi, choć nie wiem, czy w obecnych czasach to stwierdzenie jest jeszcze do obrony.
Można w końcu tłumaczyć, to charakterem Dave’a zasłaniać się jego naturą, potrzebą poczucia bezpieczeństwa i niechęcią do zmian, czy też, że jest zodiakalnym bykiem, a byki tak mają. Cokolwiek byśmy nie twierdzili nie zmienia to faktu, że w obecnych czasach tylko od Martina można się spodziewać nowych numerów na trasach, on jeden stał się osobą, dzięki której rekordy w postaci 39 na ostatniej trasie i 32 na jeszcze poprzedniej były możliwe.
Ktoś powie, że nie liczy się ilość, tylko jakość i wiele będzie w tym prawdy. Niestety nie zawsze masa przekłada się u Martina w jakość. Pewnie wielu ludzi wybaczyłoby mu chęć śpiewania kawałków, które na płytach śpiewa Dave, gdyby były one w pełnej elektronice, a nie jako bare. A tak czeka nas festiwal pianinkowej masakry klasyków by Peter Gordeno, które obdarte z bogactwa brzmieniowego można by spokojnie zagrać w barze niedaleko dworca, na pianinie pełnym kiepów i piwa z którego dawno już uleciał gaz.
Echhhh, żeby Dave’owi się chciało ryzykować, a Martin nie był taki leniwy… za 14 miesięcy zobaczymy, czy rekord został pobity, czy też 39 zostanie już najwyższą liczbą wykonanych utworów na trasie.
Oby jak najwięcej było tych w pełnej elektronice. Do napisania po Nicei 2013.05.04.
26 kwietnia za nami, więc można zacząć pierwsze podsumowanie, pierwszego etapu trasy promującej album Delta Machine. Za nami 10 występów dla TV, sponsorów, Internetu, + dziesiątki wywiadów maści każdej.
Wszystko się zaczęło w USA i tam skończyło. Zespół praktycznie do samego początku trasy zajmował się promowaniem przez mini koncerty najnowszy album Delta Machine. To obecnie standard na rynku. Tak robią i inni tyle, że… na większą skalę. Brakuje tylko jeszcze tras przed albumowych i mielibyśmy 100% tego, co robi rynek, ale podobno zespół, żeby wyruszyć w trasę musi wydać album. Czasy Exotic Tour nie wrócą już.
Od tego momentu set z Austin 2013.03.15 stał się obowiązującym punktem odniesienia na reszcie trasy promocyjnej.
Później była Europa i występy z playbacku dla Niemców oraz Austriaków. Zespół nie chciał tego robić, ale przemówiono im do rozumu odpowiednią podziękowanio-zapłatą, która sprawiła, że panowie cierpieli śmiertelnie do momentu sprawdzenia wyciągu z konta. Potem podobno przeszło.
Od 1997, kiedy powrócili z albumem Ultra da się zauważyć, że zespół jak ognia unika „lip-sync’ów” podczas tras promo. I bardzo dobrze… Niestety prawda jest taka, że występy dla Wetten Das i ECHO nakręcają mocarnie sprzedaż na terenie DACH i pomijanie ich z punktu widzenia biznesowego to błąd.
[…] ponieważ pomysł na warm-up gig może być dla wielu zaskakujący. Zastrzegam, że nie wiem, czy tak będzie na prawdę, a pomysł na rozgrzewkowy koncert jest jedynie… pomysłem w sztabie wokół zespołu. Otóż koncert ma się podobno odbyć w Anglii, a dokładnie w Basildon. Ma być to na prawdę wyjątkowy i elitarny występ. Wyjątkowy ponieważ, bilety będzie można zdobyć dzięki konkursowi, a elitarny bo liczba zwycięzców będzie liczona w setkach i to raczej bliżej tych z 2 z przodu. Koncert miałby się odbyć pod koniec kwietnia 2013. Ponieważ, jest to tylko pomysł i żadne decyzje nie zapadły, więc radziłby się nie przywiązywać do tego pomysłu. Po smaku, jaki wielu narobił występ w Luxemburgu, tym razem mógłby być spory zawód i w temacie warm-upów cofnelibyśmy się do czasów rozgrzewki z The Roxy w 2001 roku.
No, to właśnie pisałem o koncercie w Wiedniu. Wtedy jeszcze był to pomysł, rozważano różne opcje (w tym UK) i nie wiedziałem o fakcie dużego telekomunikacyjnego sponsora, choć jak później się okazało, wtedy było to już klepnięte. Stąd między innymi pomysł na zorganizowanie koncertu promocyjnego, na który możliwość wstępu byłaby tylko dzięki konkursom. Wypadło na Austrię. EOT
Jakoś malo uwagi poświęcono Walking In My Shoes [4] w komentarzach, w porównaniu do wersji z 2009/2010 początek został znacząco przerobiony nadając temu kawałkowi trochę inny wyraz, niż to tradycyjnie znamy. Dlatego powyżej zamieszczam ten właśnie numer, jako reprezentant występu w Wiedniu 2013.03.24. Wiedeń był, jak na razie, ostatnim miastem, gdzie zespół wykonał Only When I Lose Myself [2].
Po Austrii zespół przeniósł się do Paryża 2013.03.26, gdzie w ramach programu Le Grand Journal Dave próbował zrozumieć, co do niego mówią, rekompensując to 4 numerami, w tym Enjoy The Silence [7].
Nie minęły dwa dni, a zespół już gościł na Wyspach, gdzie w programie Jonathana Rosa – Panowie przycięli jeszcze bardziej swój występ grając jedynie 3 kawałki, za to Andy popisał się ciętą ripostą, za co zyskał moją sympatię. Jak nie pamiętacie to zapraszam:
A tak brzmiał Personal Jesus [6] z Londynu 2013.03.28 (emisja 2013.03.30 w baaaardzo skróconej wersji. Praktycznie można by to opisać jako „muzyczny cytat”)
Marcowy występ w UK zakończył europejskie promo tour. Zespół udał się na odpoczynek i zajął się przygotowaniami do trasy. Przerwa trwała do 24 kwietnia.
Równo 3 lata po występie u Jimmiego Kimmela na ulicach Los Angeles w kwietniu 2009 roku zespół dał mini występ w Los Angeles 2013.04.24, w ramach tego samego programu. Na opener powędrował – Soothe My Soul [6], na którego gra obecnie zespół jako, że wkrótce to będzie główno-promujący singiel płyty (premiera 2013.05.13)
Również starzy znajomi z KROQ wykorzystali sytuację, ze zespół był w mieście i zaciągnęli ich do siebie, gdzie 3 z Basildon dała występ w ramach programu KROQ Locals Only (ani oni local, ani only). I było to mocarne pierdolnięcie z biodra. Martin nie zawiódł fanów i zagrał… But Not Tonight [1] w miejsce Only When I Lose Myself [2], dając kolejne pole do spekulacji i wydłużania listy życzeń o niemożliwe (do zagrania numery) w koncertowej historii depeche MODE.
Przejdźmy na koniec do statystyk.
Typy wykonań:
10 występów. 8 live, 2 playback
Geografia:
5 krajów (USA, Austria, Niemcy, Francja, UK)
7 miast (Nowy Jork, Austin, Wiedeń, Berlin, Paryż, Londyn, Los Angeles)
Delta Machine: 5 The Singles 86>98: 1 Ultra: 1 Songs Of Faith And Devotion: 1 Violator: 2 Black Celebration: 1
Łącznie 11 utworów z 6 płyt/okresów.
I to by było na tyle, jeżeli chodzi o Promo Tour. Za tydzień zacznie się regularna trasa koncertowa, która ma wg zespołu potrwać aż do lata 2014. A wszystko zacznie się w Nicei 2013.05.04, z której przeprowadzimy bezpośrednią relację przy pomocy tego i tego.
Kolejna porcja przecieków na temat setlisty koncertowej na nowej trasie. Nie mam zamiaru ujawniać wielkich tajemnic, bo sporo już napisałem poprzednim razem. Nie mniej jeżeli nie będziecie zadowoleni z nowego setu to powiem Wam kogo winić 😉
W wywiadzie dla Programu III Polskiego Radia Andy Fletcher opisał pracę nad setem koncertowym mniej więcej tak – Cały zespół, z wyjątkiem Dave’a, pracował nad setlistą w Santa Barbara. Stąd zdjęcia zespołu z prób, na których widać wszystkich z wyjątkiem Dave’a. Bo go tam nie było. Dave w tym czasie siedział w Nowym Jorku. Podczas jednej z wymian zdań na temat setu padło sakramentalne – to skoro jesteś taki mądry to podeślij swoją wersję setlisty – i przysłał. Finał tego był taki, że prawdopodobnie to wersja Dave’a będzie tą, którą usłyszymy na trasie.
Wszystko to działo się gdzieś w lutym br. Zespół zanim wyruszył promować album po miastach i wsiach Ameryki i Europy zamknął temat setu i w tej chwili już inni się nad nim pastwią.
Od 3:55
Mogę zdradzić tajemnicę, że jednym z próbowanych przez Martina i spółkę numerem było Sea Of Sin w wersji bare, ale podobno nie przeszedł ten patent. Czyżby numer słabo wychodził bez otoczki elektroniki? Z dwojga złego chyba jednak wolę, żeby nigdy nie został zagrany, niż miałby być potraktowany pianinkiem Gordeno lub pałkami Eignera. To jest jeden z tych klasyków na których depeche MODE = 3 parapety i wokalista. Gdzie 5 występuje zamiast 4, bo 3 nie daje rady, więc 2 musi zastąpić 1.
Tymczasem Andy zapowiada, że będzie kilka perełek, moje przecieki coś mówią o dawno nie granym kawałku z Music For The Masses, ale jak zwykle brałbym poprawkę. Szczypałem się z Sea Of Sin i dobrze, bo temat się po drodze zdezaktualizował… ale za to Higher LoveMartin ma przywrócić do łask. Oby nie było to w wersji bare.. brrry
Dziś wypłynęła wiadomość od południowo-kalifornijskiego radia +KCRW, że na kwiecień również należy się szykować. Na razie jest jeden występ, ale ja bym się nie obawiał, że temat zostanie niezagospodarowany 🙂
Przejrzałem swoje notatki, poprzednie wpisy i postanowiłem zebrać do kupy wszystko, co wiem o nowej setliście. Kolejność utworów przypadkowa.
Utwory z Delta Machine:
Angel Should Be Higher Heaven Soft Touch/Raw Nerve Soothe My Soul
Starsze utwory zagrane już:
Walking In My Shoes Barrel Of A Gun Personal Jesus Enjoy The Silence Only When I Lose Myself *(!)
Niezagrane jeszcze, a podobno pewne utwory do setu:
Never Let Me Down Again I Feel You Behind The Wheel Policy Of Truth
Jak dotąd wychodzi mi 13 numerów i nie mamy jeszcze w tej wyliczance 2-3 kawałków Gore’a. Niestety wiem, że możemy… (znowu) liczyć na Home (sic!) No i pewnie coś z pary The Child Inside / Always. Może będą wymiennie, a może oba, a Home będzie na bis hgw…
Na liście mamy więc Wrong. Pozostałe numery wspominane wcześniej to:
Come Back John the Revelator The Sinner In Me Dream On Strangelove Black Celebration The Things You Said (wersja bare) + Wrong Home The Child Inside Always
Po szybkim zliczeniu mamy 3 numery Gore’a, oraz 7 kawałków Dave’a. Wychodzą łącznie 22-23 numery. Proszę pamiętać tylko, że mówimy o potencjalnym secie wyjściowym, a nie o całej trasie, która ma potrwać do lata 2014 i przez ten czas kolejne utwory powinny pojawić się w setliście. Także z nowej płyty, nie wymienione jeszcze w tym wpisie. W końcu płyta w wersji delux ma 14 utworów. Nie zająknąłem się też słowem o ew. intro/instrumentalu, który może zabrać miejscówkę dla jednego z numerów w setliście.Czy to już wszystko? Otóż nie… jest coś jeszcze, perełka z historii zespołu, ale niech to jeszcze zostanie tajemnicą. Może nie zagrają, więc jak napiszę to wyjdę na fantastę i będę żył w morzu grzechu. Dlatego w tym momencie przerwę snucie swojej opowieści… a po rozpoczęciu trasy, albo powiem „a nie mówiłem?”, albo posypię głowę popiołem i niczym mały piętnastolatek przyznam się do małego kłamstwa i stanę w koncie.
Przyznam się, że czuję lekki zawód po występie naszych ulubieńców. Nie dla tego, że polecieli po schemacie, bo byłbym bardzo zdziwiony, gdyby nie zagrali Enjoy The Silence, czy Personal Jesus. Aż ciśnie się na usta pytanie gdzie jest Never Let Me Down Again? Tu zespół mnie nie zawiódł schemat i standard aż miło.
To co mnie zawiodło, to liczba utworów (aż 9) oraz tak duża liczba nowych utworów w setliście. W sumie nie, nie powinno mnie to zaskakiwać. Nie mniej uważam, że grając taką setlistę zespół popsuł wielu fanom niespodziankę. 9 utworów to właściwie połowa setlisty koncertowej. 5 numerów z nowej płyty, to praktycznie docelowa liczba kawałków zaplanowanych do śpiewania na letniej trasie. Brakuje już tylko solowego kawałka Gore’a i promocję nowej płyty na letniej trasie koncertowej mamy już właściwie załatwioną.
Cały urok i misterny plan wyprawy do Nicei 2013.05.04 powoli pryska. No oki, są jeszcze światła, wizualizacje, scena, kolejność utworów w secie. No i te rarytasy, które mają być na koniec. Nie zmienia to faktu, że byłem nastawiony na góra 7 kawałków, jak to było w 2009 roku, albo mniej. zakładałem, że będzie schemat do bólu i nawet, jeżeli ze stronowo/blogowego obowiązku będę musiał odnotować wszystko na stronie, to nie będzie bólu, że wklepując to tracę urok świeżości.
Mogli spokojnie walnąć jedynie Angel i Heaven, bo już znane i Soothe My Soul, jako zapowiadany nowy singiel. Do tego jeszcze 4 hiciory typu Enjoy The Silence, Personal Jesus, Never Let Me Down Again lub Behind The Wheel, czy nawet ten Walking In My Shoes i mamy pozamiatany temat. A tak zaczyna się znowu wkurw.
Jedyną pociechą jest Barrel Of A Gun, który po 15 latach wraca do setu. Mimo, że pisałem o tym już parę miesięcy temu i ze swoich źródeł wiem o kolejnych utworach, których się nigdy w życiu byście nie spodziewali, że mogą być próbowane, to jednak po cichu liczyłem, że zespół zostawi rarytasy na główną trasę. Znowu przypomina mi się wyskok Dave’a, który gdzieś o tej porze w 2009 roku wyskoczył z tekstem, że planują grać Strangelove i Master & Servant… wtedy też miałem podobne uczucie jak dziś… więc dlaczego to mnie jeszcze dziwi.
W ubiegłym tygodniu pojawiło się na sieci takie zdjęcie z takim oto podpisem:
Dave Gahan from Depeche Mode came by the office for a pair of T1 Lives! Cool guy.
Oczywiście najważniejszymi komentami na Instagramie (gdzie umieszczono, tę fotkę), były określenia jak to 'awesome’ i 'nice’ jest Dave. Zmilczę. Ważniejsze dla mnie jest, gdzie i po co się pojawił.
Firma, w której się Dave zjawił – ACS, to zakład produkujący wkładki i systemy douszne dla profesjonalistów, kto miał kiedykolwiek coś do czynienia z aparatami słuchowymi i całym procesem przygotowania ich, ten będzie wiedział o co chodzi. Analogia jest tu bardzo bliska. Jako, że nie ma dwóch par identycznych uszu, a nawet w parze uszy się różnią, wiec wymaga to indywidualnego dopasowania wkładek IEMów. Szczególnie ma to istotne znaczenie przy odsłuchach tak dynamicznych ludzi, jak Dave. Ale również pozwala na izloację zewnętrznych dzięków tak, aby nie zaburzały selektywnego słyszenia tylko tego, co dociera do muzyka przez słuchawki. Kto słuchał muzyki w komunikacji miejskiej, ten wie o czym mowa. Działa to niczym dobry kit, czy silikon izolujący od reszty świata. Jest to pierwszy raz dla Dave’a, a wcześniejsze próby były wiele razy porzucane. Prawdopodobnie wynikało to z faktu, że zespół aplikował sobie standardowe odsłuchy Sennheiser’a. Z resztą sama firma chwaliła się tym od 2006 roku, a prawdopodobnie były to standardowe odsłuchy od 1998-2001 roku Martina i reszty teamu.
Z odsłuchów firmy ACS korzystają tacy muzycy jak Bono/U2, Muse, Prodigy, a nawet tacy giganci sceny, jak PSY, więcej na „polskiej” stronie tej firmy -> http://www.acscustom.com/pl/
Zaopatrzenie się przez Dave’a w odsłuchy douszne jakby potwierdzało tę tezę. Choć nie musi. Dave będzie musiał przemierzać spore odległości po scenie i wyposażenie wszystkich członków zespołu w IEMy jest po prostu tańsze, niż zamówienie paru ton paczek rozstawionych po całej scenie. Prawdopodobieństwo błędu, niełączenia, znacząco wzrasta. Czas potrzebny na zmontowanie wszystkiego się wydłuża, albo trzeba zainwestować w znakomicie większą liczbę ludzi po stronie obsługi technicznej. Pamiętajmy, że te koszty przenoszą się potem bezpośrednio na ceny biletów. Dlatego, choćby z tego względu jest to ruch logiczny i ekonomiczny, skoro i tak już fani narzekają na ceny biletów. Najprościej mówiąc w całym tym zamieszaniu chodzi po pozbycie się tego stada paczek, które stoją przy Dave’ie na poniższej fotce.
Są również inne względy, które mogą wymuszać na Dave’ie taki ruch. W zależności od punktu widzenia decyzja o użyciu IEM’ów jest zarówno pozytywna, jak i negatywna.
Jednym z zarzutów tuż po zakończeniu Tour Of The Universe był fakt, że Dave śpiewał sobie, a muzyka sobie. Nie wchodził we frazy, fałszował, bardzo niewyraźnie wyśpiewywał końcówki słów, lub poszczególnych linijek. Ta niechlujność mogła być tłumaczona chorobą, zmęczeniem trasą, ale również faktem, że siebie nie słyszy biegając po scenie. IEM pozwolą mu lepiej kontrolować siebie w czasie trasy. Do standardu koncertów depeche MODE przeszedł gest dwóch palców wskazujących robiących kółko, rowerek, różnie to nazywano, który był znakiem dla akustyków z boku sceny do podniesienia głośności odsłuchów, no bo Dave się nie słyszał. Z profesjonalnego punktu widzenia inwestycja w odsłuchy pozwala na ograniczenie pewnej nieprzewidywalności i zmienności koncertu, pozwalając na większe kontrolowanie się zespołu w czasie gry. Wystarczy posłuchać Wrong z początku trasy, jak i z końca, aby zrozumieć jaka różnica na niekorzyść tego numery powstała z faktu niedbałego śpiewania.
Dla mnie jako fana i miłośnika koncertów inwestycja w odsłuchy jest jednak negatywnym posunięciem. Narzekamy na bardzo dużą powtarzalność depeche MODE na koncertach, niestety IEM u Dave’a sprawią, że ta powtarzalność stanie się jeszcze większa. Jaki będzie sens jechać na kolejne koncerty, skoro prawdopodobieństwo niepopełnienia błędu jeszcze bardziej się zwiększy. Potencjalnie kolekcje z cyklu „Something went wrong.” staną się jeszcze uboższe. Ale to jeszcze można uznać za czepianie się. Większym dla mnie problemem, jest potencjalna utrata kontaktu Dave’a z publiką. Zawsze ceniłem interakcję Dave’a z publiką w czasie koncertu i sposób w jaki prowadzi ją. Było to możliwe właśnie dlatego, że nie miał tego kitu w uchu. Oglądając koncerty wielu innych zespołów częstą sytuacją był fakt, gdy wokalista chcąc usłyszeć, co śpiewa publika musiał zatrzymać się na chwilę i wyjąć odsłuchy z uszu. Inaczej nie był w stanie nic usłyszeć. Pół biedy, gdy wokalista ma tylko jeden odsłuch w uchu, gorzej gdy oba uszy są zatkane kitem. Wokalista staje się głuchy na zagrania publiki, do momentu, aż mu ktoś nie powie o tym przez IEMy lub sam nie zobaczy, że coś się dzieje na obiekcie Wówczas sztampa, nawet jeżeli była stałym elementem koncertów, teraz staje się wręcz wymagana. Smutne to niestety.
Podchodzę do tej decyzji z umiarkowanym optymizmem. Dla mnie koncerty to autentyczność spontan i nieprzewidywalność zespołu na scenie. Tego nie da się zrobić, gdy wszystko jest wyreżyserowane do ostatniego punktu, łącznie z tym, że to gość na konsolecie mówi poszczególnym członkom zespołu kiedy mają zacząć grać, jak mają grać i ile razy wolno im powiedzieć You are the best audience in the world czy Mejk some motafokin nojz!!!!! Nie mniej zdaję sobie sprawę, że wiek już nie ten, a i produkcja spektaklu ma pewne wymagania. A możliwość powstania licznych bootlegów zgrywanych z IEM, w pewnym stopniu łagodzi moje obawy…
Zespół nie mając prawie nic do powiedzenia w czasie październikowej konferencji, po za ogłoszeniem trasy koncertowej (z setlistą dziwnie znaną z poprzednich tras), wypuścił teaser w postaci Angel Of Love, czy też Angel (różne nazwy chodzą po sieci). Zespół zapewnia, że numer jest jeszcze nie skończony, że nie będzie to singiel, że być może wcale nie znajdzie się na płycie. Pewnie paru osobom przyjdzie do głowy myśl, że nie wiele można powiedzieć, o nowej płycie słuchając jedynie jednego kawałka, w dodatku w skompresowanej wersji na You Tube. W sumie czy to ważne? Jednym się podoba innym nie. Kwestia gustu. Ja jednak nie o tym…
Przeglądając reakcje na temat Angel można przeczytać wiele prób zrozumienia, rozkminienia tego utworu, jest jednak jeden aspekt nowego brzmienia depeche MODE, który został chyba pominięty. Albo inaczej, został wrzucony do wora pt „Martin kupuje stare klawisze i kolejna płyta będzie znowu na kopyto Sounds Of The Universe”, bo ten sam producent, bo Martin jest współproducentem, bo coś się jeszcze znajdzie…
Właściwie niezauważone przeszły słowa Martina i Dave’a którzy w wywiadach opowiadali o sprzęcie i wynikającym z tego procesie produkcji płyty. Być może nie jest to na tyle ważne, żeby sobie zaprzątać tym głowę. W końcu stary sprzęt to stary sprzęt. Być może jest to tylko dla mnie ważne i w związku z tym zawracam wam głowę pierdołami. No ale nic zaryzykuję, choć temat być może jest mało sexy ;-P .
Martin stwierdził, że nadal kupuje stare sprzęty na ebay’u, co zamknęło dyskusję nad instrumentarium. Pewnie też tak jest, że dla wielu sprzęt użyty na Sounds Of The Universe, a ten który można obejrzeć na konferencyjnym filmie, to jedno i to samo i mogę to zrozumieć. Po to jest jednak ten blog, żeby pokazać, że to nie jedno i to samo 😉 no prawie…
W czasie wywiadów po konferencyjnych padało co jakiś czas stwierdzenie, że zespół licznie wykorzystywał pewien rodzaj instrumentów elektronicznych, który dominuje brzmieniowo w utworze Angel Of Love, ale podobno dominuje również na całej płycie. Wielu z nas próbując opisać nowy album cytowało, stwierdzenia o bluesie, tym, że płyta plasuje się gdzieś pomiędzy Violatorem, a Songs Of Faith And Devotion. Tak na marginesie, jeżeli nowa płyta tak nawiązuje to powyższych arcydzieł, jak Exciter do Black Celebration (Andy Fletcher w 2001 roku), to ja mam problemy z opanowaniem szyderczego śmiechu.
Dwa słowa pozostawały w interpretacjach fanów kompletnie niezauważone. W wywiadach pada jeszcze jedno nowe dla wielu z fanów depeche MODE pojęcie, któremu poświęcę resztę tego wpisu.
Modular Synthesizer (Syntezatory Modularny)
Warto wpisać sobie to pojęcie w wyszukiwarce, warto też zapamiętać to pojęcie zabierając się do przesłuchiwania nowej płyty. Dla jednych może to się stać nowy epitet w opisywaniu płyty, albo nowe pojęcie, które pozwoli odkryć historię muzyki elektronicznej na nowo. Ale do rzeczy…
Przykład nr 1:
Tak od 2:00 minuty pojawia się ta kwestia. Jak prześledzicie inne wywiady, to zauważycie, że u Dave’a i Martina ta kwestia pojawia się jako odpowiedź na przynajmniej jedno pytanie w wywiadzie.
Jak na razie zapowiada się, że depeche MODE najnowszą płytą zabiorą nas w kolejną podróż w historię muzyki elektronicznej, wyrażonej poznawaniem co raz bardziej wiekowego sprzętu do kreacji muzyki. O ile Sounds Of The Universe, to taka specyficzna dla depeche MODE, odpowiedź na modę na lata 80. XX w., jaką mieliśmy kilka lat temu, to najnowsza płyta w jakimś zakresie zabierze nas w podróż w zakamarki lat 70. i wczesnych lat 80., gdzie muzyka tworzona była w sposób bardziej ulotny i nieprzewidywalny. (za chwilę wyjaśnię co miałem na myśli).
depeche MODE w Studio (2012)
Można nie lubić Sounds Of The Universe, ale ciężko nie zgodzić się, że z jednej strony jest to płyta bardzo retro, z garścią cytatów muzycznych w każdym utworze, gdzie nawet hałas, przestery i ściana dźwięku na początku In Chains mają swoje znaczenie.
Od strony sprzętowej urządzenia użyte w procesie tworzenia albumu z 2009 roku miały to do siebie, że każde z tych urządzeń można było samoistnie wykorzystać do tworzenia muzyki. Oczywiście nie wszystkie, ale większość klawiszy użytych do tworzenia Sounds Of The Universe miało swoje banki instrumentów, brzmień, można było je programować, przetwarzać, nie zawsze grać, ale przeważnie mogły służyć do tworzenia muzyki samodzielnie, potocznie rozumiane jako klawisze, parapety. Traktujcie to jako skrót myślowy oczywiście :-).
Z brzmieniem najnowszej płyty będzie inaczej. Na filmie zaprezentowanym 23.10.2012. Widać ściany skrzynek, wręcz szaf z setkami kabli pokręteł i przełączników. Wygląda to miejscami, jak konsola w jakiejś elektrowni, czy innym ważnym miejscu z urządzeniami do robienia bip-bip-bip i buuu-buuuu-biiii-buuuu.
Na powyższej rycinie widać doskonale proporcje między klasycznymi klawiszami, a syntezatorami modularnymi.
Czytając kiedyś wspomnienia byłych i obecnych członków Kraftwerk z pierwszych lat istnienia grupy, Panowie opowiadali, że urządzenia elektroniczne, które oni używali do tworzenia muzyki musiały nagrzewać się cały dzień, aby móc potem generować na niech dźwięki przez 1-1,5h, a następnie należało je wyłączyć, bo albo groziły uszkodzeniem, albo po prostu rozstrajały się i nie dało się na nich pracować. Uspokajam nie takie urządzenia Panowie z dM używali, ale sporo z tego co zobaczycie jeszcze na filmach dokumentujących pracę nad najnowszym albumem, Kraftwerk posiadało w swoim arsenale nagrywając takie dzieła, jak Autobahn i wcześniejsze, a to był rok 1974.
O co chodzi z tymi syntezatorami modularnymi i dlaczego to nie to samo, co sprzęty używane na Sounds Of The Universe. Wyobraźcie sobie, że macie kilka takich urządzeń, które gabarytami przypominają meblościankę na wysoki połysk, z których, żeby zrobić użytek należy podpiąć źródło dźwięku, bo sam sytnezator mógł nie mieć takiej możliwości, a na wyjściu należało podpiąć urządzenie, które zarejestruje wynik pracy.
Sygnał przepuszczany przez takie urządzenie może zostać poddana licznym odkształceniom, zapętleniom, przypominające zabawę oscylatorem, a dźwięki często są bliższe temu co możemy usłyszeć na stacji Trafo. Jest to de facto zabawa prądem elektrycznym w najczystszej formie, gdzie bazą do zabawy jest natężenie, napięcie, moc i inne parametry przynależne energii elektrycznej. Zabawa polifonią itp podobnymi pojęciami wiąże się ściśle z tą generacją instrumentów. Urządzenia takie można łączyć ze sobą przy pomocy krosownic, kabli. Dźwięk odkształcało się spinając gniazda wtykami, kablami (patch’ami) , przełączając pokrętła i suwaki.
Cały myk polegał na tym, że dźwięki generowane w ten sposób uzyskiwało się często na drodze eksperymentu, metodą prób i błędów. Czasami przypadek sprawiał, że urządzenie dawało pożądany dźwięk po wielu godzinach zabawy z nim. Jednocześnie istniało duże ryzyko, że jeden skok napięcia, czasem zmiana temperatury, poziomu wilgotności w pomieszczeniu, mógł zniweczyć wiele godzin pracy, bo uzyskany dźwięk nie dawał się już powtórzyć. Dlatego urządzenia te przeżywają obecnie mały renesans, gdyż dają dużą możliwość kreowania unikalnych brzmień, oraz są znakomitymi bazami do samplowania tychże dźwięków.
Napisałem na początku, że tak mało znane powszechnie instrumentarium może być zarówno epitetem, jak i szansą. Nie znamy jeszcze finalnego efektu prac, ale ciężko nie zgodzić się z twierdzeniem, że zespół poszukuje, że Panowie nie zadowalają się prostym papkowatym popem z radia. Sounds Of The Universe, była trudna w odbiorze, również przez sposób wykorzystania instrumentów elektronicznych z lat 80. Ich swoisty głos w dyskusji o modzie na tę dekadę, który nie zawsze został zrozumiany i przyswojony. Dla mnie też ta płyta d.py nie urywa, ale przynajmniej staram się zrozumieć ich podejście.
Obawiam się, że Nowy Album, może być jeszcze trudniejszy w przyswojeniu, właśnie przez dobór jeszcze bardziej niszowych instrumentów. Również doborem takiego instrumentarium chyba należy tłumaczyć zaangażowanie ponowne Bena Hilliera, tym też należy tłumaczyć zatrudnienie się na stanowisku współproducenta przez Martina (bo tylko on być może ogarniał te maszyny). Stąd też tak liczne odniesienia muzyczne do czasów Roda Stewarda, Davida Bowie i motywów z lat 70. Choć słynny hit Donny Summer – I Feel Love – też był generowany na takich instrumentach, co pokazuje, że te instrumenty można użyć z pomysłem i z jajem.
Panowie są na takim etapie życia, że mogą mieć kompletnie w d.pie zdanie fanów, bo i tak trasa się wyprzeda, a na płycie mogą zrobić sobie co chcą. W końcu robią to za swoje pieniądze, kto bogatemu zabroni….
A na deser kilka filmów z dźwiękami generowanymi przed syntezatory modularne. Warto tego posłuchać…
1. Historia muzyki elektronicznej z czasów wczesnego Kraftwerka:
2.
3.
Oczywiście na YouTube można znaleźć setki innych przykładów użycia syntezatorów modularnych, ale te kilka przykładów wystarczą.
…A teraz na koniec proponuję posłuchać jeszcze raz Angel.
Zacznę od tego, że nie chcę nikomu zepsuć niespodzianki, radości czekania w błogiej nieświadomości. Dlatego lojalnie uprzedzam, że to spoiler dotyczący nowej trasy. Pierwszy taki poważny. Każdy, kto nie chce poznać tytułów numerów wybranych z poprzednich płyt ma szansę jeszcze się wycofać, po skończeniu tego zdania i następnego i dotarciu do kropki nie będzie już takiej możliwości. Wtedy zacznie się już właściwy tekst i pretensje będzie można mieć tylko do siebie… ostrzegałem 🙂
No dobra jeszcze chwila, bo widzę jak parę osób walczy wewnętrznie nie wie co zrobić… To ja poczekam jeszcze chwilę, skoczę po coś dobrego do barku i za chwilę jestem. Może w tym czasie zostaną tylko Ci z najsłabszą silną wolą…
…
No dobra to jestem. Ciut się przerzedziło, no to zaczynamy…
–
Jak wiecie zespół zakończył fazę pracy w studio. Teraz tematem zajmują się fachowcy od mixowania: Flood, Daniel Miller, Denjamin Hillier. Pacz fotka umieszczona przez Bena na sieci. Potem jeszcze tylko mastering i płyta gotowa jest do tłoczenia… ale to temat na po Nowym Roku już. Dla ułatwienia dodam, że Hillier to ten co robi zdjęcie 😛
Jak wiecie w tym czasie zespół nie leży pod palmami, tylko tyra, że pot zalewa im kubki ze starbucksa i ich fajfony gdzieś w klimatycznych miejscach Nowego Orleanu i okolic. Zapowiadali to już Panowie w październiku, że następny punkt programu w ich kalendarzu to wycieczka do Luizjany na tereny Forfitera z Antonem, co by nakręcić wizuale na trasę i podobno coś była mowa i o teledysku singlowym. Tak na marginesie ciekawe jak po holendersku jest Pacz szwagier jaka franca… No nic zajmę się tym tematem później…
Tym czasem fani wypisują na forach co by chcieli, a szpiedzy notują i donoszą zespołowi. Chłopaki podobno pracują zażarcie nad podkładami, po naszemu nazwanymi backingtape’ami, które potem będą wykorzystane na trasie. Podkłady są już w produkcji, a od ludzi zaangażowanych w prace nad nimi można się dowiedzieć, że dostali do opracowania takie oto utwory: Wrong, Come Back, John the Revelator, The Sinner In Me, Dream On, Walking In My Shoes, Barrel Of A Gun, Strangelove, Black Celebration, The Things You Said.
Co ciekawe na potrzeby jednych opracowane są pełne podkłady koncertowe, niektóre numery są tylko aranżowane na nowo, a do niektórych przygotowywane są tylko sample do grania na żywo ze starymi podkładami i liniami melodycznymi.
Martin nie zaskoczy nas chyba faktem, że przygotowuje aranżacje na gitarę i klawisz grający difoltową barwę fortepianu w wykonaniu Gordeno. Natomiast szpiedzy donoszą, że Martin przetrenował i nagrał w studio bardzo wiele piosenek z minionego 10-lecia, cześć pewnie znajdzie się na dodatkach do wersji deluxe, a część była trenowana z myślą o trasie.
Moje (nasze) źródła z HQ potwierdzają, że numery takie jak: Personal Jesus, Enjoy The Silence, Never Let Me Down Again, I Feel You i co ciekawe Behind The Wheel są pewniakami do setu, ale za to w przypadku A Question Of Time zapadła decyzja o niegraniu na najbliższej trasie.
Ach czemu tak późno z troską się zapytam <sarkazm>. Jeszcze chciałbym podobnego newsa usłyszeć w temacie In Your Room i mogę przestać wybrzydzać na resztę numerów.
Tyle źródła, ja osobiście nie przywiązywałbym się do faktu, że coś zostało zakwalifikowane lub wypadło z listy i nie będzie grane. Dziś nie jest, a za tydzień chłopakom się coś przyśni i wcześniej wywalony numer wróci do łask. Słowa takie, jak „nigdy”, „definitywnie”, „na pewno”, „każdy” mają to do siebie, że zawierają w sobie spory ładunek nie prawdy, czy też kłamstwa. Traktujcie to jako raport sytuacyjny z pola walki.
Zmiany, jakie zachodzą na rynku muzycznym w temacie przyszłej płyty i trasy depeche MODE wprowadzały dużą dozę niepewności i frustracji ze strony fanów…. aż do teraz.
Jesteśmy w takim dziwnym czasie, że wiele spraw dzieje się na naszych oczach, nawet jeżeli tego nie widzimy. depeche MODE, firma depeche MODE układa sobie biznesy ze swoimi partnerami na nowo. Od jakiegoś czasu krąży pogłoska o tym, że zespół zwiąże się z nową wytwórnią płytową. EMI wypięło się na depeche MODE argumentując, że zespół miał za niską sprzedaż swojego ostatniego albumu. Nie precyzując, czy chodzi o Sounds Of The Universe, czy też o Remixes 2 81-11. EMI miało/ma tak dużo problemów ze sobą, że pozostawanie na okręcie, z którego nawet szczury uciekają było cokolwiek ryzykowne.
Pół oficjalnie media branżowe donoszą, że nowy album zespół wyda w Columbii, czyli Sony. Już w czasie konferencji prasowej w Paryżu ludzie bliscy zespołowi potwierdzali ten fakt, choć oficjalnie nic takiego nie zostało jeszcze powiedziane.
Jednak to nie koniec zmian i tu wyjaśniam znaczenie tytułu dzisiejszego wpisu. Jak napisałem zespół na nowo układa sobie swój biznes wiążąc się na nowych warunkach z organizacjami, które pozwolą im dalej rozwijać przedsięwzięcie biznesowe pod szyldem depeche MODE. Jednym z takich posunięć było również wypowiedzenie umowy na obsługę artystyczną przez agencję CAA – Creative Artist Agency, po kliknięciu na linka zobaczycie jedynie lokacje biur tej firmy na świecie, ale jeżeli wejdziecie na stronę CAAtouring.com i poszperacie trochę, to znajdziecie w szeregach tej firmy również depeche MODE… jeszcze. Dziś wypłynęła wiadomość, że już nie długo, ponieważ zespół podpisał nowy kontrakt z WME czyli William Morris Endeavor. Jest to agencja, która ma swoją siedzibę m.in. w NY i która zajmuje się dbaniem o prawa autorskie, wszelkiej maści zespołu na terenie Stanów Zjednoczonych. Obie te agencje to są również agencje bookingowe, czyli możesz się zgłosić do takiej firmy i powiedzieć, że chciałbyś wynająć depeche MODE, na swoje urodziny na koncert. Jeżeli zespół będzie zainteresowany, to usłyszysz cenę, oraz warunki po spełnieniu których zespół uświetni Twoje urodziny. Możesz też usłyszeć, że zespół ma w tym czasie i każdym innym do końca świata zajęte terminy i nie widzi możliwości przyjazdu.
Podpisanie tej umowy dopiero otwiera drzwi do organizacji trasy koncertowej zespołu w USA, Kanadzie i przyległościach. No dobrze, a zapytacie się, to gdzie jest J. Kessler w tym wszystkim? Otóż jest to człowiek, który pilnuje spraw zespołu po stronie zespołu, jego zadaniem jest bieżące kontaktowanie się własnie z WME, wytwórnią, czy też nawet Live Nation po za trasą koncertową i uzgadnianie wszystkiego w imieniu zespołu, aby 3. z Basildon mogła się skupić na sprawach artystycznych.
To od tego typu agencji otrzymamy fakturę za wynajem depeche MODE, to oni będą się również starali zaproponować innego artystę ze swojej stajni, gdy depeche MODE wypnie się na sowitą ofertę uświetnienia dorocznych dożynek gminnych na stadionie Huraganu Falencice z supportem lokalnej nadziei – zespołu pieśni i tańca Falencice Dance Fury.
Różne rzeczy mogą do głowy przyjść, gdy dłużej człowiek skupi wzrok na rozpisce koncertów. Czasami ciekawe wnioski mogą się nasunąć.
Nie wiem, czy zauważyliście, ale trasa w standardzie jest ustawiona tak: dzień koncertowy, dzień wolny. Są dłuższe przerwy 2-3 dniowe na odległe transfery, ale z wyjątkiem 2 Londynów zespół praktycznie nie gra noc w noc. Zastanawiające. Oznaczać to może po prostu, że zespół się starzeje i Panowie potrzebują więcej czasu dla siebie na odreagowanie.
Jednak gdy zestawimy to z innymi zapowiedziami dosyć buńczucznymi ze strony zespołu, że będzie to najdłuższa trasa ever. Fani z Ameryki Południowej donoszą, że na ich kontynent zespół przyjedzie dopiero w 2014 roku, to może to oznaczać coś zupełnie innego.
Do tej pory było tak, scenę dostarczał lokalny podwykonawca, w z góry określonym standardzie. Ekipa koncertowa składała scenę po koncercie i jeszcze tej samej nocy ciężarówki wiozły nadbudowę sceny, instrumenty, oświetlanie, ekrany do nowego miasta. Do 17.00 przeważnie wszystko było już rozłożone. W poprzednich latach zespół grywał w schemacie na 4. 2 dni grania, 1 dzień przerwy, 1 dzień grania i prawie nigdy w poniedziałki.
Analizując jednak ogłoszoną rozpiskę koncertową mam wrażenie, że powód jest inny. Wydaje mi się, że techniczni potrzebują o wiele więcej czasu na zbudowanie sceny, stąd minimum dodatkowy 1 dzień przerwy na transfer i montaż. Ciekawe czy to oznacza, że cała scena będzie wożona przez zespół, czy po prostu poziom skomplikowania będzie taki, że wymagać to będzie dłuższego montażu. Myślę, że gdy zespół ruszy promować nowy album wyjają się z większą ilością szczegółów. Póki co są to domysły…
Naszły mnie jeszcze dwa spostrzeżenia. Zanim depeche MODE zawita do nas na koncert do Warszawy 2013.07.25, przynajmniej dwa razy sprzęt koncertowy przemierzy Polskę w drodze na inne koncerty. Pierwszy raz sytuacja będzie mieć miejsce po koncercie w Hamburgu 2013.06.17, gdy Stage Trucki wyruszą w drogę do Moskwy na koncert 2013.06.22. Jeżeli ktoś 18.06 będzie jechał A2/2 może mieć trochę szczęścia i wpaść na srebrne ciężarówki z czarną strzałą na naczepach.
Druga taka sytuacja może mieć miejsce, gdy ciężarówki ze sprzętem będą wracać z koncertu w Kijowie 2013.06.29 na miejsce koncertu w Dusseldorfie 2013.07.03. Tym razem raczej fani z południa Polski przemierzający 4/A4 mogą mieć trochę szczęścia.
Weszliśmy w bardzo ciekawy i bardzo zawirowany okres. Potrwa on pewnie ze 2 lata szczególnie, że Panowie odgrażają się i to bardzo. Dziś kilka plotek, pomysłów jakie docierają do teamu pracującego na 101dMpl na FB, ale też kilka spostrzeżeń mniej oczywistych.
Z graniem tej samej setlisty od 1993 roku, chyba już nie poradzimy nic, czeka nas 7 trasa Greatest Hits z rzędu. Nie jest też pierwszy raz, gdy zespół, ogłosił amerykańskie daty z opóźnieniem, tak samo było w 2009 roku. Co do tytułu, to podobno faktycznie go jeszcze nie ma, choć robocza nazwa płyty, to „Negative”. Zastrzegam, że nazwa ukuta jest na potrzeby pracy w studio i pochodzi o ludzi kręcących się przy produkcji albumu. Podobnie było w 2005, gdy roboczą nazwą Playing The Angel była – Angel. Dave zdradził również w jednym z wywiadów znaczenie nowej wersji logo depeche MODE. Otóż „D” można odczytywać również, jako „Play”, a „M” jako „Pause”.
To ciekawe, że zespół mówi, że nie myśleli o wielu sprawach jeszcze, że jest za wcześnie. Jednocześnie Dave w czasie wywiadu twierdzi, że nazwa płyty jest zakodowana w nowym logo?
Tymczasem depeche MODE przebywają obecnie z Antonem w Louisianie, gdzie kręcą materiały do projekcji, które potem będą wyświetlane w czasie trasy na ekranach / ekranie. Oznacza, to równocześnie, że zespół ma już zarys setlisty, a przynajmniej numerów, które zostaną oprawione obrazem i raczej nie wylecą z setu przez całą trasę. Choć to może być dyskusyjne mając w pamięci wylot Peace z setu.
W każdym razie jest szansa, że zespół nie popełni błędu z 2009 roku, gdy projekcje przygotowane przez Antona Corbijna, po raz pierwszy zobaczyli w czasie koncertu w Luxemburgu. Finał był taki, że jedynie na 3 koncertach pojawiła się wersja nieocenzurowana Strangelove, a po 30 koncertach numer wyleciał z setu. Napisałem, że nie popełni tego samego błędu, ponieważ pomysł na warm-up gig może być dla wielu zaskakujący. Zastrzegam, że nie wiem, czy tak będzie na prawdę, a pomysł na rozgrzewkowy koncert jest jedynie… pomysłem w sztabie wokół zespołu.
Otóż koncert ma się podobno odbyć w Anglii, a dokładnie w Basildon. Ma być to naprawdę wyjątkowy i elitarny występ. Wyjątkowy, ponieważ bilety będzie można zdobyć dzięki konkursowi, a elitarny, bo liczba zwycięzców będzie liczona w setkach i to raczej bliżej tych z 2 z przodu. Koncert miałby się odbyć pod koniec kwietnia 2013.
Skoro już jesteśmy w Anglii to Live Nation w ub. tygodniu ogłosił drugi koncert w Londynie. Dzięki czemu na wyspach będą dwa pełne koncerty. Do czasu ogłoszenia 2go Londynu zapowiadało się też, że trasa po Europie, mogłaby być trasą jednej setlisty. Na pewno w przypadku Dave’a, a tak jest szansa, że przynajmniej w Londynie zespół w części Dave’a zmieni choć jeden utwór. Na razie szykują nam 34 koncerty z jedną setlistą i jeden koncert ekstra. Po koncercie rozgrzewkowym na początku trasy może to być drugi najważniejszy występ przyszłego lata w Europie.
Tymczasem trwa szaleństwo zakupowe biletów. Natychmiast pojawiły się na ebay bilety od koni na FOS – Front Of The Stage w cenach x2 lub więcej za sztukę. Niemieckie miasta sprzedają się na prawdę dobrze i może za chwilę okazać się, że pozostałe kategorie też będą na wagę złota. Po pierwszym weekendzie i najdroższe bilety w Warszawie na trybuny i płytę również sprawnie się wyprzedały i są już tylko wspomnieniem…. dla tych, co się nie załapali.
W każdym razie przygotowania do koncertu i wszystkiego, co się wokół tego wydarzy ruszyły pełną parą, więc trudno nie zauważyć poruszenia na forach, FB i na mieście. Ruszyły przygotowania do organizacji After Show Party, media więcej interesują się fanami i depeche MODE.
Są takie firmy na świecie, których znaczenie jest większe, niż nazwa i potoczna świadomość przeciętnych konsumentów usług. Są takie firmy, bez których wielkie uznane marki nie mogły by być tym kim są. Dziś zaczynam cykl tekstów (a może kontynuuję?) o firmach, bez których depeche MODE nie mogłoby funkcjonować na trasie koncertowej.
Podobnie jak Apple bez Foxconn jest jedynie biurem wzornictwa przemysłowego opakowań do podzespołów Samsunga / LG / Sharpa i paru jeszcze innych dostawców komponentów w świecie emejzingu iPada, czy iPhone’a. Tak również depeche MODE, organizując trasę koncertową zatrudnia pewnych sprawdzonych partnerów biznesowych, którzy są gwarancją standardu i jakości na rynku, na którym firma depeche MODE od lat operuje.
O ile jednak o Foxconnie nie usłyszelibyśmy nigdy, gdyby nie seria samobójstw pracowników fabryk pracujących dla Apple, tak właściwie w świadomości fanów depeche MODE z firm wspierających ulubiony zespół istnieje jedynie firma Stage (piorun) Truck, która wozi dla depeche MODE cały osprzęt sceniczny, instrumenty, garderobę i jeszcze parę innych drobiazgów. Świadomość ta istnieje w umysłach fanów, bo ciężarówki Stage Truck są jak oznaka końca adwentu, niczym ciężarówki pewnej firmy od bąbelków, zbliżające się do miasta z muzyką w tle i podobizną skrzata Clausa z policzkami czerwonymi, jakby grzał od miesiąca siwuchę.
Dziś jednak będzie nie o reniferach i czerwonych lub srebrnych ciężarówkach. Dziś chciałbym zająć się pewną firmą, która wywarła na depeche MODE bardzo duży wpływ i wywiera go nadal. Mam też poczucie, że ten wpis jedynie otrze się o temat. Może to choć w jakiejś części przybliżyć Wam powody pewnych wyborów ekipy z Bassildon. Pisząc o wyżywieniu na trasie właściwie rozpocząłem już cykl opisujący firmy wspierające depeche MODE, w następnych tekstach planuję przybliżenie Wam, czym jest firma Stage Truck, Beat The Street, czy Lite Alternative.
Ten wpis będzie o firmie StageCo. Jest to belgijska firma zajmująca się budową konstrukcji scenicznych. Pierwsze doświadczenia zbierali dostarczając konstrukcje na potrzeby festiwali odbywających się od lat 80 – XX. w krajach beneluxu takich, jak – Torhout, a w szczególności Werchter z którego StageCo pochodzi. Tu zaczynali nawiązując współpracę z wieloma sławami tego świata budując stopniowo potęgę, która obecnie sprawa, że firma ta ma niebagatelny udział przy sukcesach wielu gwiazd muzyki pop. Właściwie dochodzi obecnie do takiej sytuacji, że jeżeli zespół ogłasza trasę koncertową, to w ciemno można wymienić firmy które będą odpowiedzialne za swoją część działalności koncertowej. Na pewno za transport będzie odpowiadać Stage Truck, za autokary Beat The Street, za zarządzanie trasą – Live Nation. W przypadku StageCo ten wpływ jest o wiele większy. Firma ta od lat prowadziła politykę polegającą na oferowaniu swoich usług po baaaardzo przystępnych cenach (ktoś może powiedzieć nawet, że stosują dumping) natomiast, oczywiście, było to w zamian za pewne przywileje wynikające z udziału w trasie koncertowej. Przez wiele lat firma StageCo oferowała pewien, z góry określony, standard konstrukcji scen, dzięki czemu pozwalało to na ustandaryzowanie procesu budowy sceny przez samą firmę. Pozwala to mieć na magazynie ograniczoną liczbę elementów potrzebnych do wybudowania sceny. Ogranicza to koszty logistyczne transportu. Z góry wiadomo ile ciężarówek potrzeba na przewiezienie konkretnej konstrukcji. Z czasem ten standard zaczęły przejmować inne firmy oferujące podobne usługi również na rynkach lokalnych. Doprowadziło to do sytuacji, że kapele takie jak depeche MODE przestały wozić konstrukcje scen. Tym zajmują się lokalni dostawcy, podnajmowani przez lokalnego organizatora koncertu. Pozwala to na ograniczenie kosztów zatrudnienia ekipy, wyżywienia, potencjalnego uszkodzenia takich konstrukcji w transporcie. Odpowiedzialność zostaje przeniesiona na lokalnego organizatora, od którego po prostu się wymaga – “Ma być!”.
060314_Katowice_24depeche MODE w Katowicach 2006.03.14 (024)
Firma StageCo, przez lata współpracy z gwiazdami muzyki dorobiła się takiej renomy, że sposób pracy i oferowane systemy konstrukcji scen stały się standardem w branży i wiele ekip koncertowych zaczęło powoływać się na ten standard konstruując swoje warunki umów koncertowania z innymi firmami w branży w zakresie sceny i scenografii.
Kiedy muzyka na scenie zaczęła się odrywać od kabli i pozwoliło to na budowanie co raz większych i co raz wymyślniejszych konstrukcyjnie scen naturalne było, że zespoły i wykonawcy zwrócą się właśnie do StageCo po robotę.
Nawet jeżeli depeche MODE nie korzysta z usług StageCo zbyt często, to wpisanie do umowy z firmami trzecimi pojęcia Standard StageCo sprawia, że wszyscy wiedzą o co chodzi. Przykład z 2006 roku. StageCo zabezpieczało jedynie kilka wybranych koncertów na letniej trasie po Europie, tym czasem zespół wszędzie miał ten sam standard sceny.
“During the “Touring The Angel” 2005/6 World Tour, Depeche Mode played to more than 2.5 million people in 31 countries at all sizes of venue in support of their latest album ‘Playing the Angel.
The importance of the live show was underlined by the fact that the band recorded and mixed each show to create a unique high-quality CD that captured the Depeche Mode live experience.
StageCo built a three-tower roof stage system for the larger shows at eight of the European venues and some festivals during June and July. Two sets were required to fulfil the touring schedule, with Stageco’s Germany office staff looking after the six trailers’-worth of steelwork per stage.
StageCo supplied stages for eight of the shows. The rest were festivals where staging was already in place.”
Żródło: Newsletter StageCo z 2006 roku.
Z usług StageCo korzystają np organizatorzy Rock Am Ring, dlatego w 2006 zespół miał taką łatwość implementacji wnętrza swojej sceny w konstrukcję festiwalową.
Wielu fanów narzeka, że zespół od lat jeździ właściwie z tą samą sceną, a zamiana materiałowego ekranu na którym wyświetlane są projekcje z 2 projektorów, jak to miało w 2001 roku na rzecz transparentego ekranu led z Tour Of The Universe, to jedynie kosmetyka. Ale dzięki temu zespół może ze sobą wozić jedynie czerwoną podłogę montowaną na konstrukcji sceny oraz ekran + instrumenty i mamy gotowy koncert. Takie dodatki, jak wybieg są jedynie niuansami. Dlatego też m.in. często jednym ze sposobów na rozróżnienie z którego koncertu jest dana fotka jest właśnie kształt wybiegu, który jest zapewniany razem z konstrukcją sceny przez lokalnego dostawcę i często jest wynikiem lokalnych ograniczeń obiektu koncertowego.
depeche MODE w Łodzi 2010.02.10 (001)
No dobrze to jak to jest, że inne zespoły mają takie gigantyczne sceny i jeżdżą z nimi po świecie i żyją. A depeche MODE nie może tak, choć raz… od 1993 roku?
Dla zespołu to same plusy: stosunkowo niskie koszty logistyczne, wysoka powtarzalność koncertów, szybki zwrot z poniesionych kosztów na produkcję sceny i oprawy koncertu. Jakie to ma znaczenie niech świadczy fakt, że U2 w 2009 roku musiało zagrać 42+ koncerty, żeby wyjść na 0 w części koszty produkcji scen(y) i oprawy wizualnej. Dopiero od okolic koncertu w Pasadenie mogli zacząć mówić, że zarabiają na utrzymanie siebie i ekipy zatrudnionej przy obsłudze trasy – hotele, wyżywienie, paliwo, przeloty itp. Tak na marginesie za budowę sceny U2 na ostatniej trasie i poprzedniej również, też odpowiadało StageCo. A nie mówimy tu jeszcze o zysku na czysto dla członków zespołu.
Na koniec taka refleksja. Przeglądając oficjalną stronę firmy StageCo nie znajdziemy nic na temat konstrukcji z jakimi depeche MODE jeździ od lat po świecie. Są za to z dumą prezentowane takie konstrukcje jak U2, Take That czy Rolling Stones. Wszystkie zdjęcia scen są konstrukcjami nieszablonowymi. Z dumą prezentowane są tylko przedsięwzięcia wybiegające po za standard… Standard StageCo. Oficjalna strona www StageCo.
depeche MODE jest w stajni Live Nation, podobnie jak U2. Live Nation sama w Polsce reprezentuje swoje interesy, a nie firma SMG.
Oferty na występy U2, Bon Jovi, Aerosmith, depeche MODE lub Take That, to raczej informacja po potencjalnej możliwości zorganizowania koncertów zespołów, które zapowiadają lub oczekuje się, że będą w 2013/2014 koncertowały.
Jesteśmy za małym krajem jeszcze…, aby udźwignąć dwa koncerty stadionowe w czasie jednego sezonu (letniego). Jeżeli prawdą jest, że ma być koncert depeche MODE na Narodowym (choć są obawy, że tam się koncert nie zapełni), to bez sensu jest robienie drugiego we Wrocku.
Czy wyobrażacie sobie żeby nie było koncertu w Pradze? Ja na pewno nie, a organizując koncert we Wrocławiu staje się nie logiczne organizowanie koncertu w Pradze. Jeżeli podejmiemy ten tok rozumowania i w PL miały by być dwa koncerty, w tym jeden we Wro, to oznacza, że Czesi zostają bez koncertu.
Uważam, po prostu, że jeżeli koncert depeche MODE miałby się odbyć we Wrocławiu, wtedy nie odbędzie się w Wawie. Dwóch nie będzie.
Nie oszukujmy się o ile do Euro2012 miasta / stadiony współpracowały, grały do jednej bramki, tak teraz stały się konkurentami o organizację dużych widowisk. Mecze piłkarskie nie są przedstawieniem najważniejszym, to z czego się będą stadiony utrzymywać nie pochodzi wcale od piłki nożnej.