Martin zaskoczył nas w Los Angeles tzw akustycznym wykonaniem But Not Tonight, choć bardziej pasuje do tego metka bare. Właściwie nikt się nie spodziewał tego. But Not Tonight było utworem z puli tych niegrywalnych, które powstają tylko dlatego, że jest tekst wolny, albo trzeba zapełnić wolne miejsce na stronie, ale nie gra się tego live. Aż do teraz…

Gdzieś tam w przeciekach padały również inne tytuły, typu Sea Of Sin, czy Pleasure, Little Treasure, ale do tej pory nikt nie traktował tych rewelacji poważnie. Może czas zacząć…

Tak szybko, jak minął pierwszy zachwyt nad faktem odkurzenia klasyka wszystkich depotek i konwencji fanowskich, natychmiast utwór wpisał się w odwieczny spór tych, dla których śpiewanie utworów przez Martina w wersji bare, które oryginalnie były przypisane do Dave’a, jako niszczenie i wypaczanie klasyki depeche MODE.

Z drugiej zaś strony niemilknące zachwyty tych, co w Martinie znaleźli swojego ulubieńca pośród obecnych i byłych członków zespołu, oraz tych, co radują się każdym nowym utworem granym na koncertach.

Trudno rozstrzygnąć gdzie jest prawda, bo obie strony mają swoje racje i nie zawsze wykluczające się. Czasami mam jednak wrażenie, że na bezrybiu i rak ryba. Wszystko przez Dave’a, który ma taki, a nie inny styl śpiewania. Kolega może przez całą trasę lecieć na jednym secie i nie będzie mu to za grosz przeszkadzać. Można to tłumaczyć tym, że ten zespół tak ma i koniec. Można zasłaniać się ograniczeniami technicznymi, choć nie wiem, czy w obecnych czasach to stwierdzenie jest jeszcze do obrony.

Można w końcu tłumaczyć, to charakterem Dave’a zasłaniać się jego naturą, potrzebą poczucia bezpieczeństwa i niechęcią do zmian, czy też, że jest zodiakalnym bykiem, a byki tak mają. Cokolwiek byśmy nie twierdzili nie zmienia to faktu, że w obecnych czasach tylko od Martina można się spodziewać nowych numerów na trasach, on jeden stał się osobą, dzięki której rekordy w postaci 39 na ostatniej trasie i 32 na jeszcze poprzedniej były możliwe.

Ktoś powie, że nie liczy się ilość, tylko jakość i wiele będzie w tym prawdy. Niestety nie zawsze masa przekłada się u Martina w jakość. Pewnie wielu ludzi wybaczyłoby mu chęć śpiewania kawałków, które na płytach śpiewa Dave, gdyby były one w pełnej elektronice, a nie jako bare. A tak czeka nas festiwal pianinkowej masakry klasyków by Peter Gordeno, które obdarte z bogactwa brzmieniowego można by spokojnie zagrać w barze niedaleko dworca, na pianinie pełnym kiepów i piwa z którego dawno już uleciał gaz.

Echhhh, żeby Dave’owi się chciało ryzykować, a Martin nie był taki leniwy… za 14 miesięcy zobaczymy, czy rekord został pobity, czy też 39 zostanie już najwyższą liczbą wykonanych utworów na trasie.

Oby jak najwięcej było tych w pełnej elektronice. Do napisania po Nicei 2013.05.04.